Margit Sandemo - Saga o czarnoksiezniku t. 3.rtf

(442 KB) Pobierz
Margit Sandemo

Margit Sandemo

 

 

 

Saga o czarnoksiężniku tom 3

Zaklęty las

(Przełożyła Iwona Zimnicka)


Księgi złych mocy

 

Przyczyna wszystkich dziwnych i przerażających wypadków, przez jakie musiała przejść pewna młoda dziewczyna z zachodniego wybrzeża Norwegii na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku, zawiera się w trzech księgach zła, dobrze znanych z najbardziej mrocznego rozdziału w historii Islandii.

Księgi pochodzą z czasów, gdy w Szkole Łacińskiej w Holar, na północy Islandii, rządził zły biskup Gottskalk, czyli z okresu pomiędzy latami 1498 a 1520. Biskup uprawiał prastarą i już wtedy surowo zakazaną czarną magię; Gottskalk Zły nauczył się wiele o magii w osławionej Czarnej Szkole na Sorbonie.

Szkoła Łacińska w Holar była za panowania Gottskalka tak niebezpieczna, że macki zła rozciągały się stamtąd zarówno w czasie, jak i w przestrzeni; żądza posiadania owych trzech ksiąg o piekielnej sztuce rozpalała się w każdym, kto o nich usłyszał. Ani jedna dusza nie pozostała wobec nich obojętna.

Zresztą... Aż do naszych dni przetrwała ich ponura, budząca lęk sława.


Rozdział 1

 

Baronówna Catherine van Zuiden...

W chwili gdy poznała Tiril Dahl i jej psa Nera, podróżujących w towarzystwie dwóch przyjaciół, bogatego Erlinga Müllera i tajemniczego Móriego (których natychmiast postanowiła uwieść), miała już za sobą bogatą przeszłość.

Przyszła na świat w szlacheckiej flamandzkiej rodzinie. Rodzina ta naprawdę znała swoją wartość.

Najbardziej liczyły się w niej konwenanse. Na drobne skandale zawsze patrzono przez palce, o ewentualnych skokach w bok nigdy nie wspominano, pod warunkiem, że nie rzucały się w oczy. Strój odpowiedni do sytuacji, umiejętność dobrania właściwego widelca do ryby i nie- dostrzeganie pospólstwa, kłaniającego się czapką do ziemi, miały większe znaczenie niż cierpienia samotnych panien szlochających w eleganckich komnatach czy zapomnianych starych ciotek, żyjących w wielkiej biedzie. Byle tylko nie pokazać, że każdy grosz trzeba wielokrotnie obracać w dłoni, byle tylko uśmiechać się do innych przedstawicieli tej samej warstwy społecznej, a wtedy przepłakane noce i zdarte pończochy przestawały się liczyć. Najistotniejsza w życiu była fasada, blichtr.

Mała Catherine bardzo wcześnie zaczęła się przeciw temu burzyć. Potrafiła na przykład z czystej złośliwości pozamieniać wszystkie szklanki na pięknie nakrytym stole babci, za co dostawało się pokojówce, albo w rozmowie z ogrodnikiem zarzucać mu, że lilie zwiędły, zanim ona im na to przyzwoliła. Takie zachowanie w jej rodzinie uważano za naganne. Owszem, można było zrzucać winę na podwładnych, lecz komuś należącemu do rodziny nie wypadało prowadzić rozmów z osobą niższego stanu. Catherine dopuszczała się jeszcze wielu innych skandalicznych wybryków - zjeżdżała po szerokiej poręczy schodów w swojej najlepszej sukience lub po prostu nie stawiała się na nudne spotkania. Gdy uważała, że kuzynka Charlotte mizdrzy się do panów, nie wahała się mówić o tym otwarcie. Głośno i wyraźnie.

Oczywiście przyswoiła sobie tę jakże ważną dla szlachty zasadę noblesse oblige, szlachectwo zobowiązuje, lecz interpretowała ją na swój własny sposób. Gdy zauważyła, że pospólstwo (do którego między innymi zaliczał się Bogu ducha winien ogrodnik), zanadto się spoufala, jeśli ktoś zwrócił się do niej na „ty” zamiast „jaśnie pani” lub „baronówno”, potrafiła stać się zimna jak lód i odejść ze wzgardą. Takiego biedaka od tej pory traktowała jak powietrze. Jeśli natomiast spodobało jej się towarzystwo szlacheckich i nieszlacheckich, lecz bardzo zamożnych dzieci, umiała się naprawdę dobrze bawić, zapominając o wszelkich zasadach taktu, dobrego tonu i etykiety.

Catherine dawno już postanowiła, że posmakuje w życiu wszystkiego.

Nie byłoby właściwie w tym nic złego, gdyby do tej zasady dodać: „dopóki nie wyrządzi się krzywdy lub nie zrani innych”.

Tej jednak reguły Catherine się nie trzymała. Często zdarzało jej się sponiewierać bliźnich, bywała okrutna, a nawet bezwzględna. W takich momentach okazywała się szlachcianką po koniuszki palców, a osoba, która popadła w jej niełaskę, czuła się jak pisklę ścigane przez jastrzębia.

Niełaska ta dotykała zarówno dzieci, jak i dorosłych, rodzina także nie uchroniła się przed ciętymi niczym uderzenia batem komentarzami Catherine. Najczęściej spadały one na kuzynkę Charlotte, nieznośną nastolatkę, która nie umiała zachowywać się naturalnie. Przy każdej okazji wykonywała wiele idiotycznych, niby kobiecych gestów, które tylko w jej mniemaniu wyglądały wytwornie, inni uważali je za śmieszne. Mówiła wówczas udawanym dziecinnym piskliwym głosikiem, nieprzyjemnym dla ucha.

Mała Catherine natomiast z czasem stała się rodzinnym enfant terrible, okropnym dzieckiem, albo inaczej: czarną owcą. Nie da się jednak zaprzeczyć, że odznaczała się inteligencją. Prędko nauczyła się mówić po francusku, grać na szpinecie i pięknie haftować. Na tym powinna zakończyć edukację, lecz jej to nie wystarczało. Miała wrodzoną potrzebę napięcia i dramatycznych przygód, często dość szokującą otoczenie.

Była prześlicznym dzieckiem i może właśnie dlatego na ogół wybaczano jej przewinienia, jakich się dopuszczała. Doskonale potrafiła wykorzystywać swą urodę i rozbrajający wdzięk.

Bardzo wcześnie odkryła oszałamiającą moc zauroczenia i erotyzmu. Chętnie pozwalała się dotykać młodym chłopcom, których sama uznała za pociągających. Starsi mężczyźni być może zbyt nachalnie obłapywali dziewczynę, ale Catherine bawiło ich podniecenie. W dodatku kiedy wujaszkowie gładzili ją po piersiach, których jeszcze nie było widać, albo przypadkiem zawadzili o pewne miejsce poniżej, jej ciało przenikało rozkoszne drżenie. Gdy jednak stawali się zbyt natarczywi, panna szlachcianka umiała mocno trzepnąć ich po palcach, urażona odwracała się plecami i znikała w dalszych komnatach. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że podniecona szła prosto do swojego pokoju i w uniesieniu dalej dotykała owego niezwykłego miejsca swego ciała.

Kiedyś ukryta za ciężkimi zasłonami obserwowała Charlotte i pewnego pana w średnim wieku, który złożył wizytę w jej pokoju. Przyglądała się pieszczotom kochanków i czuła, jak rozpala się w niej rozkoszny ogień, a kiedy schadzka dobiegła końca, nie mogła dłużej nad sobą panować.

Ale chociaż wielu starszych i młodszych hrabiów i baronów usiłowało zdobyć młodziutką Catherine, panna bardzo świadomie wyznaczyła granice. Catherine, w przeciwieństwie do Carli, była twarda i dokładnie wiedziała, czego chce.

 

Prędzej czy później jednak lekkomyślne flirtowanie z mężczyznami musiało skończyć się źle. Catherine w wieku dwunastu, prawie trzynastu lat, postanowiła, że tak jak kuzynka Charlotte musi „skosztować owoców miłości”. Ogromnie też ich była ciekawa.

W pewien letni wieczór zwabiła do labiryntu z żywopłotu trzech młodych, nieopierzonych szlachciców.

Dostała to, czego chciała. Tego wieczoru bezpowrotnie straciła wianek, a młodzieńcy, wszyscy trzej, mogli wreszcie naprawdę dać upust swoim żądzom.

Cala sprawa z pewnością rozeszłaby się po kościach, gdyby nie najmłodszy z chłopców, pobożny piętnastolatek, który za wszelką cenę pragnął się wyspowiadać.

Z płaczem wyznał wszystkie grzechy rodzinnemu spowiednikowi. Historia wyszła na jaw ze szczegółami - o tym, jak to Catherine wykazała inicjatywę. Że była właściwie dzieckiem? Oni powinni okazać się mądrzejsi? Ależ to zdecydowanie ona przywiodła młodzieniaszków do zguby. Czyżby oni wcale nie byli chętni? Hm, no tak, ale z początku się bali. Potem wszelkie hamulce przestały działać.

Wybuchł wielki skandal, którego nie udało się zatuszować.

Na cale szczęście Catherine nie osiągnęła jeszcze dojrzałości, bo być może skandal byłby znacznie większy.

Chłopców ukarano surowo, ale najsroższą karę poniosła młodziutka baronówna. Wysłano ją do apodyktycznej i przeraźliwie nudnej ciotki, od której dwa lata później uciekła. Miała wówczas do tego stopnia dość modlitw przy stole, modlitw wieczornych i porannych, modlitw pokutnych i codziennych kazań o losie tych, którzy wpadają w sidła żądzy, że postanowiła raz na zawsze skończyć z kościołem i religią. Była to być może decyzja zbyt pochopna, tak się jednak niestety często dzieje, kiedy dziecko poddawane jest presji strachu i bezustannie grozi mu się ogniem piekielnym.

Prawdę mówiąc, w tym czasie piekło wydawało się Catherine kuszącym i wielce zabawnym miejscem.

A przecież nie tego chciała ją nauczyć ciotka i cała rodzina.

W pewną letnią noc Catherine uciekła w nieznane. Wtedy właśnie rozpoczęły się jej związki z niezwykle interesującym światem czarnej magii. Dziewczyna była dostatecznie dojrzała, by się nim zafascynować, ziarno trafiło też na podatny grunt, niezamierzenie przygotowany przez straszliwie nudne moralizatorskie rozprawy ciotki.

Początek był bardzo niewinny. Catherine nie miała pojęcia, dokąd zaprowadzi ją obrana droga.

Zgłodniała. To całkiem normalne, gdy pomyśli się, że miała zaledwie piętnaście lat i w środku nocy wyskoczyła przez okno tak jak stała. Bez jedzenia, bez zapasowego ubrania.

Przez całą pierwszą noc na zmianę to biegła, to szła, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Dom ciotki leżał po drugiej stronie granicy, w Szwecji, a Catherine pragnęła wrócić do Norwegii. Kierowała się więc na zachód. Przemierzała pustkowia, piaski i lasy, w których jej droga krzyżowała się jedynie ze ścieżkami łosi, choć żadnego z nich nie widziała, poznawała to jednak po śladach w postaci świeżych odchodów. Przeprawiała się przez strumienie, co nierzadko sprawiało jej wiele trudu, ale postanowiła się nie poddawać.

Najbardziej dokuczał jej głód. Catherine nigdy nie czuła strachu przed duchami ani dzikimi zwierzętami, a już najmniej przed lubieżnymi gwałcicielami, z nimi - jak sądziła - potrafiłaby sobie radzić tak, by obie strony były zadowolone. No cóż, od czasów zajścia w ogrodowym labiryncie nie przeżyła kolejnej miłosnej przygody, gdyby jednak na drodze stanął mężczyzna mający wobec niej niecne zamiary, powitałaby go ze spokojem. Z typową dla piętnastolatki lekkomyślnością wyobrażała sobie owego człowieka jako przystojnego młodzieńca. Jaśnie panienka nie wielu wędrownych rzezimieszków widziała w swym młodym życiu i takie przypadkowe spotkanie jawiło jej się wręcz romantycznie.

Po południu, kiedy na stopach utworzyły się już bolesne odciski, dotarła wreszcie na równiny. W jakiś czas później ujrzała dom. Cóż za szczęście!

Słodki nieduży domek stał na skraju lasu, otaczał go malutki ogródek, a na progu wylegiwał się w słońcu czarny jak smoła kot. W okolicy nie było widać innych domostw, ale po rosnącym na polu zbożu można się było domyślać, że gdzieś niedaleko, może za zagajnikiem, znajduje się chłopskie gospodarstwo.

Catherine, zła, głodna i zmęczona, z gniewem odkryła, że w tej Krainie Nigdzie nikt jej nie usługiwał. Do tej pory ubierała ją i rozbierała osobista pokojówka, która towarzyszyła jej nawet na wygnaniu. Baronówna przyzwyczajona była do tego, że ktoś zawsze w pełnej gotowości wyczekuje, czy czegoś nie będzie potrzebowała. Eskorta towarzyszyła jej przy każdym wyjściu, by nie musiała brudzić białych szlacheckich rączek pieniędzmi albo trudzić się niesieniem ciężkich paczek czy też samodzielnie wsiadać do powozu. Gdy chciała coś odłożyć, upuszczała to po prostu na podłogę, a natychmiast zjawiał się ktoś, kto rzecz podnosił.

Co drugi dzień zmieniano jej pościel, ubrania wisiały w garderobie zawsze czyste. Posiłki podstawiano jej pod nos, Catherine nigdy właściwie się nie zastanawiała, skąd bierze się jedzenie. Zawsze po prostu leżało na talerzach ze złotym brzeżkiem.

Wielokrotnie podczas swej ucieczki miała na końcu języka: „Jestem głodna i spragniona. Proszę natychmiast podać coś do jedzenia”. Albo: „Nie powinnam tak się męczyć. Natychmiast podstawić powóz”. A gdyby rzeczywiście spotkała łosia, oświadczyłaby z pewnością tonem nie znoszącym sprzeciwu: „Precz z drogi, nędzniku!” Szczęśliwie dla łosia, że nigdy się nie pokazał.

Ogromnie ją irytowało, że wszystko musi robić sama. Wychodziło jej to dziwnie niezdarnie, bezczelne gałązki kłuły ją w twarz, mokradła, od których przemakały trzewiczki, zagradzały drogę. Często użalała się nad sobą.

Mimo wszystko jednak wolność wydawała się cudowna. Catherine była bardzo zmysłową panną, a ciotka zabezpieczyła swe domostwo podwójnymi zamkami przed ewentualnymi wielbicielami młodziutkiej siostrzenicy. Dbała też, by nikt nie pozostawał sam na sam z tą przerażającą, grzeszną pannicą. Rzecz jasna nie miała pojęcia, co w samotności wyprawia Catherine w swoim łóżku.

Baronówna nie wiedziała, czy zdoła dowlec się do chaty pod lasem. Nogi bolały ją niemiłosiernie, każdy krok sprawiał trudność. Nie miała przecież na sobie butów sposobnych do wędrówki, lecz cienkie, eleganckie pantofelki, odpowiednie na salony.

Kot podniósł się, kiedy doszła do drzwi i zapukała. Pragnęła w tej chwili tylko jedzenia i wypoczynku.

Nikt jej nie otworzył. Drzwi były zamknięte na klucz.

Obecność kota wskazywała jednak, że ktoś tutaj mieszka. Catherine z przeciągłym jękiem osunęła się na próg.

 

Obudziły ją zafrasowane głosy.

- Ach, moja droga, co to może znaczyć?

- Ta biedulka wygląda na bardzo zmęczoną!

Biedulka? Nigdy, przenigdy nikt jej tak w rodzinie nie nazywał. Te głosy należały do starych, miłych osób. Mówiących po norwesku!

Catherine otworzyła oczy.

Dwie starsze damy stały przed drzwiami do własnego domu, do których nie miały dostępu. Obie ubrane były na czarno, jedna z nich pod pachą trzymała coś, co przypominało książeczkę do nabożeństwa. Miny miały naprawdę zatroskane.

Catherine prędko się podniosła, ale nie zdołała powstrzymać jęku:

- Ojej, moje nogi!

- Ach, moja droga, moja droga! - znów użaliła się jedna ze staruszek. - Te biedne małe stópki! I takie piękne buciki!

- I suknia, na dole ubłocona! Płaszcz podarty! Ale wszystko takie eleganckie! Czy pani jest... księżniczką?

Catherine oparła się o futrynę. Próbowała się uśmiechnąć, lecz na twarzy pojawił jej się raczej grymas bólu. Dlaczego nie spytały, czy nie jest szlachcianką albo córką pastora? Mogłaby wtedy z dumną miną oświadczyć: „Nie, baronówną”. Tymczasem sugerując książęce pochodzenie zepsuły jej cały efekt. Baron stoi wszak w hierarchii niżej od księcia.

- Och jej, baronówna! - staruszka aż klasnęła w ręce, a książeczka do nabożeństwa wysunęła jej się spod pachy. Catherine prędko się schyliła, by podnieść z ziemi otwartą książkę, i odkryła, że to najniezwyklejszy modlitewnik, jaki widziała w życiu. Pełen był dziwacznych znaków i liter. Podała go staruszce, która niemal wyrwała go jej z rąk.

Staruszki zaprosiły Catherine na orzeźwiającą herbatę i ciasteczka. Dziewczyna mogła zdjąć niewygodne buciki. Nareszcie ktoś się nią zajmował. Mieszkanki domku wprost nie wiedziały, jak jej dogodzić, obłożyły jej stopy rozkosznie chłodzącymi kompresami, krzątały się, przygotowując posiłek i nakrywając do stołu.

W małej zadbanej chacie pachniało przyjemnie, ale też i dziwnie. Jakbym znalazła się w ogrodzie pełnym ziół albo w kramie z przyprawami, pomyślała Catherine. Gdy tylko weszły do środka, jedna ze staruszek pośpiesznie usunęła z kredensu jakieś przedmioty, chowając je na półki i do szuflad.

Zasiadły wraz z Catherine przy filiżankach gorącej herbaty. Dziewczyna upiła łyk i stwierdziła, że napój jest wyjątkowo smaczny. Para uderzała w nos, przyjemnie ułatwiając oddychanie.

Catherine przyjrzała się swoim gospodyniom.

Były bardzo podobne do siebie, uznała więc, że są siostrami. Jedna miała nieco gęściejsze włosy niż druga, w czarnym koronkowym czepku na wystrzępionych, żółtawych kosmykach. Kiedyś włosy były zapewne rude.

Ta druga, nieco pulchniejsza, miała małe, wesołe, życzliwie patrzące oczka. Jedna nosiła imię Maja, druga Kaja. Właściwie nazywały się Margrete i Karoline, ale od dawien dawna nikt już się tak do nich nie zwracał, z wyjątkiem proboszcza, który często zaglądał na herbatę.

Potem Catherine musiała opowiedzieć swoją historię, lecz ponieważ staruszki najwyraźniej przyjaźniły się z proboszczem, starała się nie wspominać o swojej niechęci do umoralniających kazań. Powiedziała tylko, że uciekła, ponieważ ciotka, u której mieszkała, okazała się zbyt surowa, poza tym tęskniła za domem, za Norwegią. Przy okazji spytała, gdzie się teraz znajduje.

- W Rømskog - odparły chórem.

Catherine niewiele ta nazwa powiedziała, ale kiedy objaśniły bardziej szczegółowo, zorientowała się, że do rodzinnej posiadłości w Vestfold ma kawał drogi.

Czy jednak warto tam wracać? Wyruszyła przecież na poszukiwanie przygód. Gdyby tylko miała dość jedzenia i jakieś ubranie, długo wytrzymałaby na wolności. A i o skandalu, jaki wywołała, w domu z pewnością jeszcze nie zapomniano.

O czymś tak nieistotnym jak pieniądze piętnastoletnia Catherine w ogóle nie myślała.

Niestety stopy okazały się zbyt obolałe, by dziewczyna mogła zaraz wyruszyć w dalszą drogę. Szczęśliwie obie staruszki bardzo chciały zatrzymać młodą baronównę na kilka dni.

- To trochę utrze nosa tej wyniosłej pastorowej - prychnęła Kaja, ta z rzadkimi włosami.

Catherine doszła do wniosku, że obie damy podkochują się chyba w proboszczu, tak to przynajmniej wyglądało.

Bardzo szybko się zaprzyjaźniły. Czasami jednak Catherine przyłapywała staruszki na tym, że patrzą na siebie w jakiś dziwny sposób, jednej z oczu wprost biło pytanie, druga ostrzegawczo kręciła głową. Boją mi się o czymś powiedzieć, stwierdziła baronówna.

Zaczęła się czegoś domyślać dopiero pewnego dnia o zmierzchu, gdy sąsiad po cichu przyprowadził krowę. Siostry zabrały się za leczenie krowy z zapalenia wymienia, ale rozglądały się przy tym ze strachem, jak gdyby w obawie, że ktoś nadejdzie. Catherine najpierw uznała, że pomaganie choremu zwierzęciu to dobry uczynek, zorientowawszy się jednak, że poczynania Kai i Mai są dość tajemnicze, zaczęła się zastanawiać. Staruszki popluły na coś, co trzymały w dłoniach, długo mruczały pod nosem, a potem przygotowały paskudne smarowidło w... Co to, na miłość boską, mogło być? Czaszka?

W końcu zauważyły jej obecność.

- Ach, moja droga! - jęknęła Maja. - Nie wiedziałam, że młoda baronówna się przygląda!

- To bardzo ciekawe.

Kaja szepnęła:

- Może lepiej nie wspominać o niczym dobremu pastorowi.

Catherine zabłysły oczy.

- Czary?

Obie zaprzeczyły z przerażeniem.

- Och, nie!

- Szkoda! - beztrosko oświadczyła Catherine. - Bardzo by mnie to zainteresowało.

Naradzały się szeptem. Chłop z krową dawno już odszedł, wręczywszy przedtem siostrom sporą paczkę w podziękowaniu za trud. Dom pogrążył się w wieczornym mroku.

Staruszki z uroczystymi minami zwróciły się do Catherine.

Mówiła Kaja:

Nasza droga baronówna z pewnością wie, że szlachetna znajomość naturalnych metod leczenia ginie w dzisiejszych czasach. Zostało nas tak niewiele, nie ma komu przekazać tradycji.

I tutaj Maja i Kaja popełniły błąd. Catherine nie była urodzoną czarownicą, świat magii po prostu bardzo ją ciekawił, do wszystkiego, co tajemnicze, ciągnęło ją jak ćmę do światła.

- Mogę się nauczyć - podchwyciła z zapałem. - Ja przekażę dalej tradycję. Bo jestem bardzo mądra.

Ani cienia skromności!

Po całkiem naturalnej chwili namysłu siostry się zgodziły.

Prawdę mówiąc były uradowane.

Tak oto doszło do wtajemniczenia Catherine w „naturalne metody leczenia”, jak starsze panie z uporem określały swoją działalność. Słowa takie jak „czary” czy „czarna magia” nigdy nie przeszły im przez usta.

Ale... czy do naturalnych metod leczenia zaliczało się stosowanie takiego środka jak krew nietoperza, wkładano noworodka do dziupli albo mamrotanie długich formuł i popluwanie na ranę? No i odmawianie diabelskich wersetów, jak to określały.

Catherine chłonęła wiedzę. Do domu jej się nie spieszyło, a Maja i Kaja starzały się i chorowały. Cieszyły się, że mogą uniknąć męczących zajęć i namolnych gości. Baronówna z zaciśniętymi zębami nosiła wodę i opróżniała nocniki, bo z nauk staruszek nie chciała zrezygnować za nic na świecie.

Udostępniły jej wszystko, co przechowywały na strychu i w kredensie. Nie wolno jej było niczego stamtąd zabierać, lecz miała się nauczyć, co tam jest i jak się to stosuje.

Znalazł się tam czosnek i pieprz do nacierania zębów konia, który nie chce jeść, sitowie i mieszanka soku drzewnego dla dziewcząt, które nie chciały mieć dziecka, krwisty kamień, mąka jęczmienna i ocet dla krów, u których w moczu pojawiła się krew, specjalna woda dla tych, którzy nabawili się opuchlizny wdychając zaklęty ogień...

Catherine nie umiała powtórzyć połowy nazw przeróżnych remediów, nigdy wcześniej o nich nie słyszała.

Wśród tych niezwykłości były też rozmaite przedziwne amulety, jeden przypominał utrącony kawałek dziwacznej figurki demona, wyrzeźbionej w jakimś miękkim kamieniu. Gdy dziewczyna zainteresowała się jego pochodzeniem, staruszki odpowiedziały zakłopotane, że dostały go od pewnego zamożnego jegomościa, który wybierał się do Szwecji, aby połączyć tę cząstkę z pozostałymi fragmentami figurki. Dlaczego więc nie zabrał go ze sobą, dopytywała się Catherine. Kaja i Maja wykręcały się zakłopotane. No cóż, on chyba tutaj umarł...

Chyba umarł? Catherine o nic więcej nie pytała, czuła bowiem, że siostrzyczki maczały w tym palce. Może skusił je majątek owego mężczyzny?

Czy to miało znaczyć, że mogą posunąć się do ostateczności? Catherine się zlękła, ale tylko troszeczkę.

Wśród amuletów, jakie znajdowały się w ich posiadaniu, były zęby żmii, pudełeczka z ziemią cmentarną i szczątki wisielców. Ku wielkiemu żalowi sióstr nigdy nie udało im się zdobyć alrauny. Ale mieszkały przecież na uboczu.

Z czasem Catherine musiała przejąć na siebie większą część obowiązków uzdrowicielskich. Maja, starsza, przestała wstawać z lóżka z powodu opuchlizny na nodze, której nie mogły zaradzić żadne oczy trytona, kocia skórka ani jad wężowy. Kai coraz bardziej dokuczała skleroza, z czasem całkiem straciła kontakt z rzeczywistością.

Catherine więc mogła rządzić się sama.


Rozdział 2

 

Proboszcz często zaglądał z wizytą. Przy ich pierwszym spotkaniu przerażone siostry szeptem przestrzegły Catherine, by ani słowem nie wspomniała o pędzeniu samogonu w szopie! I ani mru-mru o „,książeczce do nabożeństwa”! Catherine dawno już odkryła, że była to budząca grozę księga, zawierająca magiczne formuły. Oczywiście nie należało też zdradzić tajemnic ukrytych w kredensie i na strychu.

Pastor ciepło mówił o ofiarnej uczynności dam, o pomocy, jaką świadczą ubogim... To ci dopiero, powiedziała sobie w duchu Catherine, przecież one żądają słonej zapłaty za swoje usługi. Obie są dobrze odżywione, do domu nigdy nie zagląda bieda. Mają w bród mleka, jajek, szynki, masła i wszystkich płodów ziemi.

Catherine czuła, że zbyt długo już żyła w celibacie. Chwile samotności w łóżku przestały jej wystarczać. Świetnie rozumiała zachwyt sióstr nad proboszczem: był przystojnym mężczyzną o melancholijnym jak u spaniela spojrzeniu, w którym odbijało się niebo. Miał jednak nieprzyjemną żonę, to znaczy nieprzyjemną tylko dla Catherine. W rzeczywistości była to łagodna, ciepła kobieta o zrośniętych brwiach, wiecznie pachnąca czosnkiem. Maja i Kaja też nie mogły na nią patrzeć. Należała ona do rodzaju ludzi, którzy bez względu na to, jak dbają o czystość, zawsze sprawiają wrażenie nie domytych. Włosy wiązała w niechlujny węzeł na karku, a nieokreślonego koloru tłuste kosmyki zwisały nad uszami. Catherine, bardzo dbającą o swój wygląd, ogromnie irytowało flejtuchostwo pastorowej, która raz sama powiedziała: „Próżność to cecha ladacznic. Porządna kobieta jest posłuszna swemu mężowi i utrzymuje w porządku jego dom” Catherine nie zdołała się powstrzymać od komentarza: „Powinna się także zatroszczyć o to, by jego wzrok mógł spocząć na czymś miłym dla oka” Kobieta zacisnęła tylko usta, lecz pastor z uznaniem popatrzył na Catherine, która doskonale zdawała sobie sprawę, że oto wyrasta na piękną pannę. Rosła, co prawda, za szybko i za dużo, ale długie nogi wciąż pozostawały nadzwyczaj zgrabne. Pokazała je pastorowi pewnego dnia, kiedy to wraz z innymi parafianami wybrali się na przykładną wycieczkę. Przechodząc przez strumień podciągnęła spódnicę aż po uda, choć wcale nie było to potrzebne. Pastor poczerwieniał na twarzy, a jego żona wzrokiem zasztyletowała Catherine.

Baronówna znów poczuła ów rozkoszny ból w dole brzucha. Dyskretnie zerknęła na pastora, by sprawdzić, czy i on coś czuje, ale odwrócił się i zatopił w gorączkowe; rozmowie z jedną ze swych owieczek.

Catherine podejmowała potem liczne próby pozostania z pastorem sam na sam, ale na próżno. Wydawało jej się, że bez mężczyzny dłużej już nie wytrzyma, coraz trudniej było jej zapanować nad żądzami. Niedługo rzucę się . na sąsiada, myślała z goryczą. Osiemdziesięcioletniego starca, najpewniej całkiem już wyschniętego.

Catherine miała wkrótce skończyć siedemnaście lat, długo już mieszkała u staruszek. Wiedziała jednak, że wiele się jeszcze może od nich nauczyć, poza tym jej potrzebowały, więc została.

Przez te lata chłonęła wiedzę tajemną Dowiedziała się, jak leczyć gorączkę połogową łyżeczką spalonej niedźwiedziej żółci rozpuszczonej w wódce, jak skłonić do miłości dziewczynę. Potrzebne było do tego zaklęcie, którym siostry często musiały się posługiwać, bo niemal co tydzień przybywali o zmierzchu chorzy z miłości młodzieńcy z prośbą o pomoc. Aby rozpalić dziewczęce żądze, należało wyrwać pióro z czubka koguciego ogona, w chwili gdy pokrywał kurę. Pióro nie mogło upaść na ziemię, trzeba je było nosić przy sobie w absolutnej tajemnicy do chwili spotkania z ukochaną. Dziewczyna połaskotana piórem w usta natychmiast nabierała ochoty na mężczyznę.

Catherine, szlachciance, od samego początku spodobała się metoda króla Fryderyka I przeciwko padaczce. Sposób ten znany był od roku 1447, nauczyła się go na pamięć: Odciąć tuż nad oczami kość czołową powieszonego lub łamanego kołem mężczyzny, zanim jego ciało zgnije na szubienicy lub na kole. Prażyć kość na niedużym ogniu, a następnie zmiażdżyć i dodać trzy zmielone nasiona peonii. Do jednej piątej masy wlać trzy łyżki wody lawendowej i starannie wymieszać. Podawać choremu na czczo przez trzy kolejne poranki. Chory musi następnie wystrzegać się niebezpiecznych mostów, nie może się też wspinać za wysoko. Środka nie należy aplikować, kiedy słońce stoi w znaku Barana.

Dobrze wiedzieć, pomyślała Catherine. Maja i Kaja często stosowały tę kurację.

Chcąc zemścić się na kimś, należało zebrać odchody wroga, najświeższe jak tylko się dało, do woreczka i powiesić je w dymie nad ogniem. Wróg z każdym dniem tracić będzie siły, aż w końcu ogarnie go całkowita niemoc. Gdy jednak nie pragnęło się śmierci nieprzyjaciela, można było zatrzymać ten proces, wrzucając woreczek do bieżącej wody.

Tych rad Catherine nigdy nie wypróbowała.

Aby uzyskać odpowiedź na pytanie, kto umrze przed upływem roku, wystarczyło spojrzeć w okno izby, w której zebrało się sporo osób. Gdy na odbiciu jakaś postać pozbawiona była głowy, oznaczało to, że właśnie ta osoba pożegna się z życiem. Catherine nie wierzyła w tę metodę. Sprawdziła ją, patrzyła w okno sąsiada podczas wielkiej świątecznej uczty i wszyscy biesiadnicy mieli głowy na swoim miejscu, a mimo to w ciągu roku dwoje z nich zmarło.

Faktem jednak było, że Catherine nie urodziła się prawdziwą czarownicą i w tym tkwił cały problem.

Naznaczony wiekiem kot przeniósł się w końcu do kociego raju, gdzie zapewn...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin