Crichton_Michael_-_Jurassic_Park.doc

(2558 KB) Pobierz

MICHAEL CRICHTON

 

 

 

Jurassic Park

 

(Przełożył: Arkadiusz Nakoniecznik)


Gady są nadzwyczaj odrażające, a to ze względu na swe zimne ciało, blade ubarwienie, chrząstkowy szkielet, paskudną skórę, gwałtowny charakter, lodowate spojrzenie, wstrętny zapach, ostry glos, plugawy żywot i straszliwy jad; dlatego też Stwórca nie uczynił ich nazbyt licznymi.

LINNEUSZ, 1797

 

 

Nie da się stworzyć nowej formy życia.

ERWIN CHARGRAFF, 1972

 

 

Dla A-M oraz T


PODZIĘKOWANIA

 

Przygotowując się do pisania tej powieści korzystałem z prac wielu wybitnych paleontologów, a szczególnie Roberta Bakkera, Johna Homera, Johna Ostroma i Gregory'ego Paula. Bardzo pomocne okazały się także dokonania najmłodszej generacji ilustratorów, między innymi Kennetha Carpentera, Margaret Colbert, Stephena i Sylvii Czerkasów, Johna Gurche, Marka Halletta, Douglasa Hendersona oraz Williama Stouta, którzy w swoich rekonstrukcjach uwzględnili najnowsze teorie dotyczące sposobu, w jaki zachowywały się dinozaury.

Wiele zaprezentowanych przeze mnie poglądów na temat paleo-DNA, to znaczy materiału genetycznego wymarłych zwierząt, zostało po raz pierwszy sformułowanych przez Charlesa Pellegrino, który opierał się głównie na badaniach George'a O. Polnara juniora, oraz Robertę Hess, która utworzyła w Berkeley specjalny zespół zajmujący się tym zagadnieniem. Szczegóły dotyczące teorii chaosu pochodzą w znacznej części z komentarzy Ivara Ekelanda i Jamesa Gleicka, komputerowe programy Boba Grossa przyczyniły się do powstania ilustracji, a prace nieżyjącego już Heinza Pagelsa legły u podstaw teorii głoszonych przez Iana Malcolma.

Pragnę jednak podkreślić, że książka jest dziełem literackim i tylko ja ponoszę odpowiedzialność za zaprezentowane w niej poglądy, podobnie jak za wszelkie błędy formalne, jakie mogły znaleźć się w tekście.

M.C.


WSTĘP

PRZYPADEK INGEN

 

U schyłku dwudziestego wieku wybuchła, zdumiewająca swymi rozmiarami, naukowa gorączka złota: wszyscy za wszelką cenę starają się skomercjalizować inżynierię genetyczną. Proces ten postępuje tak szybko - przy niewielkiej zewnętrznej kontroli - że nie jesteśmy w stanie ogarnąć jego prawdziwych rozmiarów i wszystkich implikacji.

Biotechnologia może dokonać największego przewrotu w dziejach ludzkości. Pod koniec bieżącej dekady z pewnością będzie wywierała na nasze codzienne życie znacznie większy wpływ niż energia atomowa i komputery. Jak powiada jeden z badaczy tego problemu: Biotech­nologia zmieni wszystkie aspekty życia człowieka - opiekę medyczną, żywienie, zdrowie, rozrywki, nawet nasze dala. Nic nie będzie już takie jak przedtem. Zmianie ulegnie oblicze całej planety.

Rewolucja biotechnologiczna różni się od dotychczasowych nauko­wych przemian trzema istotnymi szczegółami.

Po pierwsze, opiera się na solidnych podstawach. Ameryka wkro­czyła w epokę atomu dzięki dokonaniom samotnej placówki badawczej w Los Alamos. Erę komputerów zapoczątkowały prace prowadzone w dziesięciu firmach. Badania z dziedziny biotechnologii, tylko na terenie Ameryki, podjęło ponad dwa tysiące laboratoriów, a pięćset korporacji przeznacza na nie co roku pięć miliardów dolarów.

Po drugie, wiele z tych przedsięwzięć można określić mianem bezmyślnych albo co najmniej lekkomyślnych. Starania mające na celu wyprodukowanie jaśniejszych pstrągów, które byłyby lepiej widoczne w strumieniu, drzew o pniach w kształcie prostopadłościanu, ułat­wiających składowanie ich, lub też inplantowanie komórek zapacho­wych, które pozwoliłyby każdemu czuć zawsze woń ulubionych perfum, mogą wydawać się marnym żartem, ale wcale nim nie są. Fakt, iż biotechnologia znakomicie nadaje się do wykorzystania w gałęziach przemysłu tradycyjnie uzależnionych od zmieniającej się mody, takich jak produkcja kosmetyków lub organizacja wypoczynku, wywołuje tym większe obawy dotyczące takiego wyzyskania tej nowej, dys­ponującej ogromnym potencjałem dziedziny wiedzy, że przyniesie ona ludzkości same szkody.

Po trzecie, prace badawcze nie są kontrolowane. Nikt ich nie nadzoruje. Żadne prawo federalne nie określa sposobu, w jaki powinny przebiegać. Żaden rząd na świecie, nie wyłączając amerykańskiego, nie prowadzi w tej dziedzinie spójnej polityki, co zresztą byłoby bardzo trudne, choćby ze względu na to, że produktami biotechnologu mogą być zarówno leki, jak nowe odmiany roślin uprawnych czy sztuczny śnieg.

Jednak najbardziej niepokojący jest fakt, że nawet wśród naukowców nie ma nikogo, kto mógłby pełnić rolę nadzorcy. Zastanawiające jest to, iż prawie wszyscy uczeni zajmujący się genetyką zaangażowali się także w komercjalizację biotechnologii. Nie ma już neutralnych badaczy. Każdy walczy o jakąś stawkę.

 

 

Komercjalizacja biologii molekularnej, z punktu widzenia etyki, jest najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii nauki. Proces ten przebiega z niebywałą prędkością. Przez czterysta lat po Galileuszu nauka zapewniała możliwość swobodnego, niczym nie skrępowanego wglądu w tajemnice natury. Uczeni zawsze ignorowali granice państ­wowe, wznosząc się ponad przejściowe konflikty polityczne, a nawet wojny. Zawsze też protestowali przeciwko utajnianiu swoich badań, nie podobał im się nawet pomysł patentowania odkryć, gdyż uważali, że pracują dla dobra całej ludzkości. I rzeczywiście, przez wiele pokoleń ich działania miały całkowicie bezinteresowny charakter.

Kiedy w roku 1953 dwaj młodzi Anglicy, James Watson i Francis Crick, rozszyfrowali strukturę DNA, ich osiągnięcie zostało uznane za triumf ludzkiego ducha, który przez stulecia kazał uczonym dążyć do naukowego wytłumaczenia świata. Powszechnie uważano, że odkrycie to będzie wykorzystane ku ogólnemu pożytkowi.

Tak się jednak nie stało. Trzydzieści lat później działania niemal wszystkich kolegów po fachu Watsona i Cricka miały już całkowicie odmienny charakter. W badania z dziedziny genetyki molekularnej zaangażowano ogromne, wielomiliardowe sumy. Zaczęło się to w kwiet­niu 1976 roku.

Właśnie wtedy odbyło się słynne już spotkanie Roberta Swansona, przedsiębiorczego kapitalisty, z Herbertem Boyerem, biochemikiem zatrudnionym w Uniwersytecie Kalifornijskim. Dwaj mężczyźni po­stanowili założyć firmę, której celem byłoby komercyjne wykorzystanie opracowanej przez Boyera techniki łączenia genów. Nowa firma, Gentech, w krótkim czasie stała się największym i najbardziej ekspan­sywnym przedsiębiorstwem mającym związek z inżynierią genetyczną.

Wydawało się, że nagle wszyscy zapragnęli być bogaci. Niemal co tydzień powstawały nowe firmy, a uczeni pchali się drzwiami i oknami, aby rozpocząć prace badawcze z dziedziny genetyki. W 1986 roku co najmniej 362 naukowców - w tym 64 członków Akademii Nauk - zasiadało w ciałach doradczych różnych kompanii zajmujących się biotechnologią. Liczba tych, którzy pełnili rolę konsultantów, była wielokrotnie większa.

Należy koniecznie podkreślić znaczenie, jakie miała ta nagła zmiana postaw. W przeszłości uczeni odnosili się ze snobistyczną niechęcią do biznesu, uważając pogoń za pieniędzmi za zajęcie nieciekawe intelek­tualnie, właściwe dla sklepikarzy. Badania dla przemysłu - nawet w znakomitych laboratoriach Bella lub IBM - prowadzili tylko ci, którym nie udało się dostać na żadną uczelnię. Naukowcy pracujący dla idei wyrażali się bardzo lekceważąco o kolegach zatrudnionych przez przemysł, i o przemyśle w ogóle. Ten długotrwały antagonizm sprawił, że pracownicy uniwersyteccy nie mieli rąk spętanych więzami kontraktów, a w chwili, kiedy pojawiały się jakieś ogólne problemy natury technologicznej, w ich rozwikłanie angażowali się fachowcy nie zainteresowani tym materialnie.

Obecnie sytuacja diametralnie się zmieniła. Tylko bardzo niewielu biologów molekularnych i jeszcze mniej instytucji badawczych nie ma żadnych powiązań z przemysłem. Dawne układy odeszły bezpowrotnie w przeszłość. Badania genetyczne są prowadzone w dalszym ciągu, może nawet bardziej energicznie niż kiedykolwiek do tej pory, ale odbywa się to potajemnie, w wielkim pośpiechu i dla pieniędzy.

 

 

Chyba należało się spodziewać, że w klimacie powszechnej komer­cjalizacji prędzej czy później wykiełkuje firma tak ambitna jak International Genetic Technologies z Palo Alto. Równie oczywiste jest to, że kryzys, jaki spowodowała, pozostał właściwie nie zauważony. Bądź co bądź, wszystkie prace prowadzono w głębokiej tajemnicy, wypadek zdarzył się w niedostępnym rejonie Ameryki Środkowej, jego zaś świadkami było niespełna dwadzieścia osób, z których jedynie kilka pozostało przy życiu.

Nawet później, kiedy 5 października 1989 roku InGen złożyła w Sądzie Miejskim San Francisco wniosek o ogłoszenie upadłości, fakt ten nie wzbudził większego zainteresowania prasy. Wydawało się, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego; InGen była trzecią amerykańską firmą bioinżynieryjną, jaka w tym roku dokonała żywota, a siódmą od roku 1986. Opublikowano jedynie niewielką część dokumentów, ponieważ kredytodawcami były japońskie konsorcja inwestycyjne, takie jak Hamaguri i Densaka, które zawsze starały się unikać nadmiernego rozgłosu. Aby uczynić sprawę jeszcze bardziej poufną, Daniel Ross z kancelarii adwokackiej Cowan, Swan & Ross, pełniący obowiązki doradcy prawnego InGen, reprezentował w sądzie japońs­kich inwestorów, a dość niezwykłe pismo wicekonsula z Kostaryki zostało odczytane za zamkniętymi drzwiami. W związku z tym nie należy się dziwić, że problemy InGen udało się w ciągu miesiąca rozwiązać po cichu i ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych stron.

Następnie strony te, nie wyłączając ich szacownych doradców naukowych, podpisały zgodne oświadczenie, w którym zobowiązały się do zachowania ścisłej tajemnicy. Tak się jednak złożyło, że wielu z tych, którzy odegrali istotną rolę w „przypadku InGen”, nie było wśród sygnatariuszy tego oświadczenia, i osoby te zgodziły się opowiedzieć o wszystkim, co poprzedzało zdumiewające wydarzenia, jakie rozegrały się podczas dwóch ostatnich dni sierpnia 1989 roku na samotnej wyspie w pobliżu zachodniego wybrzeża Kostaryki.


Prolog: Ukąszenie Raptora

 

Tropikalna ulewa łomotała w dach kliniki wykonany z blachy falistej, z rykiem spływała metalowymi rynnami i w postaci spienionych wodospadów rozpryskiwała się na ziemi. Roberta Carter westchnęła, spoglądając przez okno. Deszcz był tak gęsty, że prawie nie mogła dojrzeć plaży i spowitego mgłą oceanu. Nie spodziewała się tego, przyjeżdżając do rybackiej wioski Bahia Anasco, położonej na za­chodnim wybrzeżu Kostaryki, aby przez dwa miesiące pracować tu jako lekarz. Po dwóch paskudnych latach na oddziale chirurgii urazowej szpitala Michaela Reese w Chicago Bobbie Carter była spragniona słońca i wypoczynku.

W Bahia Anasco mieszkała już od trzech tygodni. Przez ten czas deszcz padał codziennie.

Poza tym wszystko było w porządku. Podobało jej się odosobnienie wioski oraz przyjazne nastawienie tubylców. Kostaryka ma jeden z dwudziestu najlepszych systemów opieki medycznej na świecie i nawet w tej odległej rybackiej osadzie znajdował się zadbany i bardzo przyzwoicie wyposażony szpitalik. Pielęgniarz, Manuel Aragon, był inteligentny i dobrze wyszkolony. Bobbie właściwie nie odczuwała żadnej różnicy między tym miejscem a szpitalem w Chicago.

Tylko ten deszcz! Ciągły, nie kończący się deszcz.

Siedzący w przeciwległym kącie ambulatorium Manuel nagle przechylił głowę.

- Proszę posłuchać - powiedział.

- Słyszę, możesz mi wierzyć - odparła Bobbie.

- Nie o to chodzi. Proszę posłuchać.

I wtedy to usłyszała: najpierw ledwo uchwytny dźwięk, niemal zlewający się z szumem deszczu, potem głęboki łoskot, który stopniowo narastał, aż wreszcie nie miała już żadnych wątpliwości co do jego pochodzenia. Był to odgłos zbliżającego się śmigłowca. Niemożliwe, żeby ktoś leciał w taką pogodę! - pomyślała.

Jednak dźwięk coraz bardziej przybierał na sile, a potem śmigłowiec rozdarł zasłonę wiszącej nad oceanem mgły, przemknął nad budynkiem szpitala, zatoczył koło i wrócił, by zawisnąć nad plażą, w pobliżu łodzi, zaraz potem przesunął się nad skleconą byle jak z desek przystań, a w chwilę później ponownie wrócił nad plażę.

Szukał miejsca do lądowania.

Była to pękata maszyna typu Sikorsky z błękitnym pasem na kadłubie i napisem „InGen Construction”. Tak właśnie nazywała się firma budowlana wznosząca nowy ośrodek wypoczynkowy na jednej z okolicznych wysepek. Ośrodek miał być jedyny w swoim rodzaju; wielu tubylców znalazło zatrudnienie przy jego budowie, która trwała już sporo ponad dwa lata. Bobbie bez trudu mogła go sobie wyobrazić: jeden z tych wielkich amerykańskich kombinatów wypoczynkowych z basenami i kortami tenisowymi, gdzie goście mogą bawić się i popijać drinki, izolując się od otaczającego ich świata.

Co mogło zdarzyć się na wyspie, że pilot zaryzykował start przy tak paskudnej pogodzie? Przez zalaną deszczem szybę dostrzegła, że odetchnął z ulgą, kiedy koła maszyny zetknęły się z mokrym piaskiem. Ze śmigłowca wyskoczyli umundurowani ludzie i otworzyli duże boczne drzwi. Krzyczeli coś po hiszpańsku. Manuel trącił ją łokciem.

Wzywali lekarza.

Dwaj czarnoskórzy mężczyźni nieśli w kierunku szpitala bezwładne ciało, a trzeci, biały, chrapliwym głosem wydawał rozkazy. Miał na sobie żółty płaszcz przeciwdeszczowy. Spod baseballowej czapeczki sterczały kosmyki rudych włosów.

- Jest tu jakiś lekarz?! - zawołał do niej, kiedy podbiegła.

- Jestem doktor Carter - odparła. Strugi deszczu spływały jej po głowie i ramionach. Rudowłosy mężczyzna skrzywił się na widok Roberty; miała na sobie dżinsy z obciętymi nogawkami i wojskowy podkoszulek.

- Ed Regis. Mamy tu ciężko rannego człowieka, pani doktor.

- W takim razie powinniście zawieźć go do San José.

Do San José, stolicy kraju, leciało się zaledwie dwadzieścia minut.

- Zrobilibyśmy to, ale przy tej pogodzie nie przedostaniemy się przez góry. Musi pani zająć się nim tutaj.

Bobbie pobiegła wraz z mężczyznami do szpitala. Ranny był jeszcze prawie dzieckiem, liczył sobie nie więcej niż osiemnaście lat. Kiedy uniosła jego przesiąkniętą krwią koszulę, ujrzała wielką, otwartą ranę na barku. Drugą, niemal identyczną, miał na nodze.

- Co mu się stało?

- Wypadek na budowie - wyjaśnił Ed. - Przewrócił się i dostał pod koparkę.

Nieprzytomny chłopak był bardzo blady, a jego ciałem wstrząsały silne dreszcze. Manuel stał przy jaskrawozielonych drzwiach kliniki, ponaglając ich machaniem ręki. Mężczyźni wnieśli chłopca do budynku i położyli go na stole pośrodku pokoju. Manuel natychmiast podłączył kroplówkę, a Bobbie przesunęła lampę nad stół i pochyliła się nad ciałem, aby obejrzeć obrażenia. Były paskudne. Wszystko wskazywało na to, że dzieciak umrze.

Wielka rana o poszarpanych brzegach biegła od barku w dół tułowia. Ramię uległo przemieszczeniu, a z krwawej miazgi sterczały białe kości. Druga rana, na udzie, była tak głęboka, że Roberta wyraźnie widziała pulsującą rytmicznie tętnicę. Wyglądało to tak, jakby tkanki uległy rozerwaniu.

- W jaki sposób do tego doszło? - zapytała.

- Nie widziałem wypadku - odparł Ed. - Później powiedzieli mi, że koparka ciągnęła go przez jakiś czas za sobą.

- Można by przypuszczać, że coś go rozszarpało - powiedziała Bobbie Carter, uciskając ostrożnie brzegi rany. Jak większość lekarzy mających do czynienia z obrażeniami po wypadkach, doskonale pamiętała przypadki, z którymi zetknęła się nawet wiele lat temu. Do tej pory dwukrotnie widziała takie uszkodzenia ciała: u dwuletniego chłopca zaatakowanego przez rottweilera i u pijanego pracownika cyrku, który nie spodobał się tygrysowi bengalskiemu. Tamte rany, zadane przez zwierzęta, bardzo przypominały te, które teraz widziała na ciele chłopca.

- Rozszarpany? - powtórzył Ed. - Skądże znowu! To była koparka, może mi pani wierzyć.

Co kilka sekund zwilżał językiem wargi i był bardzo spięty, jakby zrobił coś niewłaściwego. O co tu może chodzić? - zastanawiała się Bobbie. Jeżeli przy budowie ośrodka zatrudniali niewykwalifikowanych miejscowych robotników, to wypadki takie jak ten musiały zdarzać się niemal codziennie.

- Przemyć ranę? - zapytał Manuel.

- Tak. Ale najpierw daj mu znieczulenie.

Pochyliła się nad nieprzytomnym chłopcem. Jeżeli dostał się pod koparkę, to rana powinna być bardzo brudna. Jednak zamiast piasku i ziemi Bobbie dostrzegła jedynie coś w rodzaju lepkiego śluzu i jednocześnie poczuła dziwny, zgniły zapach rozkładającego się ciała. Z czymś takim spotkała się po raz pierwszy w życiu.

- Kiedy to się stało?

- Godzinę temu.

Ponownie zwróciła uwagę na niepokój Eda Regisa. Był jednym z tych wiecznie spiętych i nerwowych mężczyzn. Swym wyglądem nie przypominał brygadzisty, mógł raczej zajmować jakieś kierownicze stanowisko. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, ze znalazł się tu wbrew swojej woli i czuje się bardzo niepewnie.

Bobbie Carter ponownie zajęła się pacjentem. Mimo wszystko, myślała, nie jest to uraz spowodowany przez maszynę budowlaną. Zbyt wiele elementów nie pasowało: nie było zmiażdżonych tkanek i zanie­czyszczeń. Niemal w każdym wypadku tego rodzaju poszkodowani mieli rany miażdżone, a tutaj skóra i ciało były po prostu rozszarpane.

Najbardziej przypominało to pogryzienie, ale przeciwko tej hipo­tezie przemawiał fakt, że na ciele nie było żadnych innych śladów, co w przypadku zaatakowania przez zwierzę należało do rzadkości. Bobbie przyjrzała się uważnie głowie, ramionom, rękom...

Ręce. Przez jej ciało przebiegł nagły dreszcz. Na obu dłoniach znajdowały się płytkie skaleczenia, a przeguby i przedramiona były pokryte licznymi siniakami. Pracowała w Chicago wystarczająco długo, aby wiedzieć, co to oznacza.

- W porządku - powiedziała. - Proszę zaczekać na zewnątrz.

- Dlaczego? - zapytał mocno zaniepokojony Ed. Najwyraźniej ten pomysł niezbyt mu odpowiadał.

- Chce pan, żebym mu pomogła, czy nie? - odparła, po czym wypchnęła go za drzwi i natychmiast je zamknęła. Nie bardzo wiedziała, co się właściwie dzieje, ale zupełnie jej się to nie podobało.

- Mam myć? - zapytał niepewnie Manuel.

- Tak.

Bobbie wyciągnęła swój mały olympus z auto focusem i zrobiła kilka zdjęć, przesuwając nieco lampę dla uzyskania lepszego oświet­lenia. To naprawdę wygląda na pogryzienie, pomyślała. Nagle chłopak jęknął, więc szybko odłożyła aparat i nachyliła się nad rannym, który otworzył usta i szepnął, z trudem poruszając obrzmiałym językiem.

- Raptor... Lo sa raptor...

Manuel zamarł w bezruchu, po czym wytrzeszczył z przerażeniem oczy i cofnął się o krok.

- Co to znaczy? - zapytała Bobbie. Pielęgniarz potrząsnął głową.

- Nie wiem, pani doktor. Lo sa raptor - no es español.

- Naprawdę? - Wydawało jej się, że to jednak jest po hiszpań­sku. - W takim razie myj go dalej.

- Nie, pani doktor. - Zmarszczył nos. - Brzydko pachnie. - Przeżegnał się.

Bobbie ponownie spojrzała na śluz oblepiający ranę, wyciągnęła rękę, dotknęła go ostrożnie i roztarta między palcami. Do złudzenia przypominał ślinę...

Ranny chłopiec ponownie poruszył ustami.

- Raptor... - szepnął.

- Ugryzł go! - wykrzyknął ze zgrozą Manuel.

- Kto go ugryzł?

- Raptor.

- A co to jest raptor?

- Raptor to hupia.

Bobbie z zastanowieniem zmarszczyła brwi. Kostarykańczycy nie byli nadmiernie przesądni, ale zdążyła już kilka razy spotkać się z tym słowem. Hupie miały być nocnymi duchami, nieuchwytnymi wampirami porywającymi małe dzieci. Według ludowych wierzeń hupie zamiesz­kiwały niegdyś góry w głębi kraju, ale potem przeniosły się na przybrzeżne wyspy.

Manuel cofał się w kierunku ściany, mamrocząc coś pod nosem i raz za razem czyniąc znak krzyża.

- To zły zapach - wykrztusił. - To hupia.

Bobbie miała już zamiar ostro przywołać go do porządku i kazać wrócić do pracy, kiedy nagle ranny chłopiec otworzył oczy i usiadł wyprostowany na stole. Manuel wrzasnął z przerażenia. Chłopak jęknął głośno, rozejrzał się dokoła, po czym zwymiotował wielką ilość krwi. Zaraz potem zaczęły się gwałtowne konwulsje. Bobbie rzuciła się do niego, usiłując przycisnąć go do stołu, ale on runął na betonową posadzkę i ponownie zwymiotował. Otworzyły się drzwi i stanął w nich Ed.

- Co tu się dzieje, do diabła? - zapytał, lecz kiedy zobaczył krew, odwrócił się raptownie, zasłaniając ręką usta. Bobbie próbowała wsadzić drewniany kołek między zaciśnięte zęby, mimo iż zdawała sobie sprawę, że jest już za późno na cokolwiek. Rzeczywiście - ciało wyprężyło się jeszcze raz, po czym znieruchomiało.

Nachyliła się nad chłopcem, aby wykonać sztuczne oddychanie, lecz Manuel chwycił ją za ramiona i gwałtownie odciągnął do tyłu.

- Nie wolno - powiedział. - Hupia przejdzie na panią.

- Manuel, na litość boską...

- Nie wolno - powtórzył, wpatrując się w nią z napięciem. - Pani tego nie rozumie.

Bobbie spojrzała na nieruchome ciało i uświadomiła sobie, że i tak jest już za późno. Manuel zawołał mężczyzn, którzy przywieźli chłopca, żeby zabrali ciało. Zaraz potem pojawił się Ed.

- Jestem pewien, że zrobiła pani wszystko, co było można... - wymamrotał, ocierając usta wierzchem dłoni.

Odprowadziła spojrzeniem małą grupkę niosącą do śmigłowca martwego chłopca. Kilkadziesiąt sekund później maszyna uniosła się z łoskotem w powietrze.

- Tak jest lepiej - powiedział Manuel.

Bobbie wciąż myślała o rękach ch...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin