Czechow_Antoni_-_Egzamin_na_wyzsze_stanowisko.rtf

(13 KB) Pobierz

Antoni Czechow

Egzamin na wyższe stanowisko

 

Gałkin, nauczyciel geografii, uwziął się na mnie i zobaczycie, że dziś nie zdam u niego egzaminu - mówił, nerwowo zacierając potniejące ręce, ekspedytor Oddziału Pocztowego Jefim Zacharycz Fendrikow, siwy brodaty mężczyzna, z dużą, wzbudzającą szacunek łysiną i solidnym brzuchem. Nie zdam... Jak Bóg na niebie... A rozgniewał się na mnie z powodu bagatelki. Pewnego razu przychodzi do mnie z listem poleconym i przeciska się przez tłum interesantów, żebym ja, rozumiecie, przyjął jego list najpierw, a potem dopiero listy pozostałych. Tak nie powinno być... Należy on wprawdzie do ludzi wykształconych, ale mimo wszystko powinien przestrzegać porządku i zaczekać. Zrobiłem mu grzeczną uwagę. “Łaskawy panie, proszę stanąć w kolejce" - mówię do niego, on zaś poczerwieniał i odtąd zawziął się na mnie niczym Saul*[1]. Synkowi memu Jegoruszce pałki stawia, o mnie zaś różne brednie rozpowiada po mieście. Pewnego razu przechodzę obok traktierni*[2] Kuchtina, a on wychyla się przez okno z kijem bilardowym i krzyczy po pijanemu na cały plac: “Proszę państwa, proszę spojrzeć: oto idzie wycofany z obiegu stary znaczek pocztowy".

Nauczyciel języka rosyjskiego Piwomiodow, który stał w korytarzu X Powiatowej Szkoły wraz z Fendrikowem i raczył łaskawie zapalić jego papierosa, wzruszył ramionami i powiedział uspokajająco:

- Niech się pan nie denerwuje. Nigdy nie mieliśmy wypadku, żeby takich, jak pan ścinano na egzaminie. To tylko pro forma.

Fendrikow uspokoił się, ale nie na długo. Przez korytarz przeszedł Gałkin, młody mężczyzna, z rzadziutką, jakby wyskubaną bródką, w spodniach z płótna żaglowego, w nowym, granatowym fraku. Spojrzał na Fendrikowa surowym wzrokiem i poszedł dalej.

Potem rozeszła się wiadomość, że przyjedzie inspektor. Fendrikow zdrętwiał i czekał już z takim strachem w sercu, jaki jest znany tylko podsądnym i przystępującym po raz pierwszy do egzaminu. Przez korytarz biegł na ulicę etatowy pedel Powiatowej Szkoły Chamow. Za nim, na spotkanie inspektora, podążał katecheta Zmijeżałow, w sutannie, z krzyżem na piersi, i inni. Inspektor szkół ludowych Achachow przywitał się głośno, wyraził swe niezadowolenie z powodu nadmiernego kurzu i wszedł do gmachu szkoły. Po pięciu minutach egzaminy rozpoczęły się.

Przeegzaminowano dwóch popowiczów, którzy kandydowali na nauczycieli wiejskich. Jeden zdał, drugi się obciął. Ten, który ściął się na egzaminie, wytarł nos w czerwoną chusteczkę, postał chwilę, pomyślał i wyszedł. Przeegzaminowano dwóch wolontariuszów trzeciego stopnia. Wreszcie przyszła kolej na Fendrikowa.

- Gdzie pan pracuje? - zwrócił się do niego inspektor.

- Pracuję jako ekspedytor w miejscowej filii pocztowej, wielmożny panie - odpowiedział Fendrikow stojąc na baczność i usiłując ukryć przed publicznością drżenie rąk. - Pracuję od dwudziestu jeden lat, wielmożny panie, a obecnie zażądano ode mnie świadectwa w związku z postawieniem mojej kandydatury na stanowisko registratora kolegialnego, wobec tego ośmielam się poddać przeegzaminowaniu, by otrzymać stanowisko pierwszej kategorii.

- Taak... Proszę napisać dyktando.

Piwomiodow podniósł się z krzesełka, odchrząknął i zaczął dyktować niskim, przenikliwym basem, usiłując przyłapać egzaminowanego na wyrazach, które pisze się inaczej, niż się wymawia: “doskonała jest zimna woda, gdy człowiek ma pragnienie" itd...

Ale mimo podstępów Piwomiodowa dyktando się udało. Przyszły registrator kolegialny błędów zrobił niewiele, choć więcej zwracał uwagi na kaligrafię niż na ortografię. W wyrazie “nadzwyczajnie" napisał dwa “n", wyraz “lepiej" napisał “lebiej", słowami zaś "nowe stanowisko" wywołał na twarzy inspektora uśmiech, gdyż napisał “nowe satanowisko", ale to nie były zbyt wielkie błędy.

- Z dyktanda dostatecznie - powiedział inspektor.

- Ośmielam się podać do wiadomości wielmożnego pana - powiedział zachęcony Fendrikow spoglądając z ukosa na swego wroga Gałkina - ośmielam się zameldować, że geometrii uczyłem się z podręcznika Dawydowa, poza tym uczyłem się jej u mego siostrzeńca Warsonofiego, który przyjeżdżał na wakacje z Troicko-Sjergiejowskiego, a takoż Wifańskiego Seminarium. I planimetrii się uczyłem, i stereometrii... wszystkiego, co jest...

- Stereometrii według programu nie należało się uczyć.

- Nie należało? A ja cały miesiąc nad nią prześlęczałem... Co za szkoda! - westchnął Fendrikow.

- Na razie nie będziemy mówili o geometrii. Przystąpimy do nauki, którą pan, jako urzędnik pocztowy, prawdopodobnie lubi. Geografia jest nauką pocztowców.

Wszyscy nauczyciele uśmiechnęli się z szacunkiem. Fendrikow nie zgadzał się z tym, że geografia jest nauką pocztowców (nigdzie o tym nie napisano: ani w przepisach pocztowych, ani w zarządzeniach wydawanych dla okręgu), ale powiedział z szacunkiem: “Tak jest". Odchrząknął nerwowo i z przerażeniem oczekiwał pytań. Jego wróg, Gałkin, przechylił się do tyłu w krześle i nie patrząc na niego spytał przeciągle:

- E... proszę mi powiedzieć, jaki jest ustrój w Turcji?

- Wiadomo jaki... turecki...

- Hm!... turecki... Pojęcie bardzo rozległe. Turcja ma ustrój konstytucyjny. A jakie pan zna dopływy Gangesu?

- Uczyłem się geografii z podręcznika Smirnowa i, przepraszam bardzo, niewiele się nauczyłem... Ganges, to jest rzeka w Indiach, która płynie... rzeka ta płynie do oceanu.

- Ja pana o to nie pytam. Jakie dopływy ma Ganges? Nie wie pan? A gdzie przepływa Araks? I tego pan nie wie? W jakiej guberni znajduje się Żytomierz?

Trakt osiemnasty, miejsce sto dwudzieste pierwsze.

Na czoło Fendrikowa wystąpił zimny pot. Fendrikow zamrugał powiekami i grdyka jego tak się poruszyła, że się wydawało, że przełknął własny język.

- Mówię jak na spowiedzi, wielmożny panie - zaczął bełkotać. - Nawet ojciec protojerej*[3] może poświadczyć... Przepracowałem dwadzieścia jeden lat i teraz tak jakoś... Całe swe życie będę prosił Boga...

- Dobrze, dajmy spokój z geografią. Co pan przygotował z matematyki?

- I matematykę nie bardzo... Nawet ojciec protojerej może poświadczyć... Całe swe życie będę prosił Boga... Z podręcznika samego Pokrowa kułem i kułem; ale jakoś do głowy nie szło... Za stary jestem do tych nauk... Niech pan będzie tak łaskaw, wielmożny panie, proszę mi kazać przez całe swe życie prosić Boga...

Na rzęsach Fendrikowa zawisły łzy.

- Pracowałem uczciwie, nieskazitelnie. Spowiadam się co roku... Nawet ojciec protojerej może poświadczyć... Niech pan będzie wspaniałomyślny, wielmożny panie.

- Nic pan nie przygotował?

- Wszystko przygotowałem, ale nic nie pamiętam... Wkrótce stuknie mi sześćdziesiątka, wielmożny panie, gdzie mi tam do nauki? Niech pan będzie łaskaw!

- On już nawet czapkę z bączkiem obstalował sobie... - powiedział protojerej Zmijeżałow i uśmiechnął się.

- Dobrze, może pan wyjść! - powiedział inspektor.

Po upływie pół godziny Fendrikow triumfalnie szedł w towarzystwie nauczycieli do traktierni Kuchtina na herbatę. Twarz jego promieniała, oczy płonęły, ale co chwila drapał się za uchem, widać nękała go jakaś myśl.

- Jaka szkoda! - mruczał. - Co za głupota z mej strony!

- O co chodzi? - spytał Piwomiodow.

- Po co ja się uczyłem stereometrii, jeśli nie ma jej w programie? Cały miesiąc nad nią, podłą, siedziałem. Jaka szkoda!

 

1884


[1]* Saul - władca żydowski, zawzięty przeciwnik późniejszego króla Dawida.

[2]* traktiernia - jadłodajnia.

[3]* protojerej - prawosławny wyższy duchowny.

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin