Forsyth_Frederic_-_Piesc_Boga.rtf

(1690 KB) Pobierz

Frederick Forsyth

 

 

 

Pięść Boga

 

Przełożył: ARKADIUSZ NAKONIECZNIK

 


Wdowom i sierotom po żołnierzach Special Air Service, a także Sondy, bez której wsparcia byłoby mi o wiele trudniej.

Serdecznie dziękuję tym, którzy wiedzą, co naprawdę zdarzyło się nad Zatoką i zrelacjonowali mi wszystko. Tylko wy macie świadomość tego, kim naprawdę jesteście; niech tak już zostanie.

 


LISTA NAJWAŻNIEJSZYCH POSTACI

AMERYKANIE:

GEORGE BUSH - prezydent USA

JAMES BAKER - sekretarz stanu USA

COLIN POWELL - przewodniczący Kolegium Szefów Sztabów

NORMAN

SCHWARZKOPF - generał, głównodowodzący koalicyjnych sił zbrojnych w Zatoce Perskiej CHARLES “CHUCK”

HORNER - generał, dowódca koalicyjnych sił powietrznych w Zatoce Perskiej

BILL STEWART - zastępca dyrektora CIA ds. operacyjnych

CHIP BARBER - szef Wydziału Bliskowschodniego CIA

WILLI AM WEBSTER - dyrektor CIA

DON WALKER - pilot USAF

STEVE TURNER - dowódca eskadry myśliwców USAF

RANDY ROBERTS - pilot USAF, skrzydłowy Dona Walkera

TIM NATHANSON - pilot USAF, nawigator Dona Walkera

HARRY SINCLAIR - szef placówki CIA w Londynie

SAUL NATHANSON - bankier i filantrop

“TATA” LOMAX - emerytowany fizyk jądrowy

BRYTYJCZYCY:

MARGARET

THATCHER - premier Wielkiej Brytanii

JOHN MAJOR - premier Wielkiej Brytanii, następca Margaret

Thatcher

SIR PETER DE LA BILLIERE - generał, dowódca brytyjskich sił zbrojnych w Zatoce Perskiej SIR COLIN McCOLL - szef SIS

SIR PAUL SPRUCE - przewodniczący Komitetu Meduza J. P. LOVAT - generał brygady, dowódca SAS

BRUCE CRAIG - pułkownik, dowódca 22. pułku SAS

MIKE MARTIN - major SAS

“SPARKY” LOW - oficer SAS w Chafdżi

DR TERRY MARTIN - arabista

STEVE LAING - szef Sekcji Bliskowschodniej SIS

SIMON PAXMAN - pracownik komórki irackiej SIS STUART HARRIS - brytyjski biznesmen w Bagdadzie JULIAN GRAY - szef placówki SIS w Rijadzie

DR BRYANT - bakteriolog, członek Komitetu Meduza

DR R El N HART - specjalista od gazów bojowych, członek

Komitetu Meduza DR HIPWELL - specjalista od broni jądrowej, członek

Komitetu Meduza SEAN PLUMMER - kierownik Sekcji Arabskiej przy Kwaterze

Głównej głównodowodzącego sił koalicyjnych

PHILIP CURZON - pilot RAF - u, dowódca 608. eskadry

LOFTY HARRISON - pilot RAF - u, 608. eskadra

SID BLAIR - jego nawigator

PETER JOHNS - pilot RAF - u, 608. eskadra

NICKYTYNE - jego nawigator

PETER STEPHENSON - SAS BEN EASTMAN »\ - SAS KEVIN NORTH - SAS

IZRAELCZYCY:*

JAAKOW “KOBI”

DROR - dyrektor M osa d u

SAMI GERSZON - szef Wydziału Operacyjnego Mosadu

DAWID SZARON - szef sekcji irackiej Mosadu

BENIJAMIN

NATANJAHU - wiceminister spraw zagranicznych Izraela

ICCHAK SZAMIR - premier Izraela

GIDEON “GIDI”

BARZILAI - kierujący Operacją JOZUE w Wiedniu prof. MOSZE HADARI - arabista z Uniwersytetu w Tel - Awiwie

AWI HERCOG/KARIM

AZIZ - agent Mosadu w Wiedniu

AUSTRIACY:

WOLFGANG

GEMUTLICH - wiceprezes Banku Winklera

EDITH HARDENBERG - jego osobista sekretarka

IRAKIJCZYCY:

SADDAM HUSAJN - prezydent Iraku

IZZAT IBRAHIM - wiceprezydent

HUSAJN KAMIL - zięć Saddama, minister przemysłu i uzbrojenia

TAHA RAMADAN - premier

SADUN HAMMADI - wicepremier

TARIK AZIZ - minister spraw zagranicznych

ALI HASAN MADŻID - gubernator okupowanego Kuwejtu

SADI TUMA ABBAS - generał, dowódca Gwardii Republikańskiej

ALI MUSU LI - generał, dowódca Korpusu Inżynierskiego

ABD ALLAH KADIRI - generał, dowódca wojsk pancernych

AMI RSADI - zastępca Husajna Kamila

HASAN RAHMANI - szef kontrwywiadu

DR ISMAIL UBAJDI - szef wywiadu

UMAR CHATIB - szef tajnej policji (AI - Aman al - Amm)

USMAN BADRI - pułkownik, Korpus Inżynierski

ABD AL - KARIM

BADRI - pułkownik, pilot myśliwca Irackich Sił

Powietrznych DŻAFAR AL - DŻAFAR - dyrektor irackiego programu badań jądrowych

PŁK SABAWI - szef tajnej policji w okupowanym Kuwejcie

DR SALAH SIDDIKI - inżynier jądrowy

POZOSTALI:

AHMAD AL - CHALIFA - kuwejcki kupiec

ABU FU'AD - przywódca kuwejckiego ruchu oporu

ASRAR KABANDI - bohaterka kuwejckiego ruchu oporu

* W nazwiskach i nazwach hebrajskich oraz arabskich zastosowano transkrypcję fonetyczną (przyp. red.)


Rozdział pierwszy

Człowiek, któremu pozostało dziesięć minut życia, wybuchnął śmiechem.

Rozbawiła go historia, jaką tego chłodnego, przesiąkniętego mżawką wieczoru 22 marca 1990 roku, w drodze z pracy do domu opowiedziała mu sekretarka Monique Jamin.

Bohaterką opowieści była ich wspólna znajoma z Europejskiej Agencji Badania Kosmosu, mieszczącej się przy rue de Stalle, kobieta uważana za prawdziwego wampa i pożeraczkę męskich serc, która okazała się lesbijką. Obdarzony niezbyt wyszukanym poczuciem humoru mężczyzna uznał to za niezwykle zabawne.

Za dziesięć siódma wyszli z budynku usytuowanego na przedmieściu Brukseli i wsiedli do renaulta 21 kombi. Monika zajęła miejsce za kierownicą. Kilka miesięcy wcześniej sprzedała volkswagena szefa, gdyż jej pracodawca był tak marnym kierowcą, iż obawiała się, że pewnego dnia spowoduje wypadek i zginie.

Do apartamentu, który mieścił się w środkowej części, składającego się z trzech budynków, kompleksu mieszkalnego Cherideu, w pobliżu rue Francois Folie, jechało się zaledwie dziesięć minut, ale po drodze zatrzymali się przy sklepie z pieczywem, gdzie kupili bochenek jego ulubionego pain de campagne. Deszcz zacinał ostro z boku, niesiony silnym wiatrem. Kobieta i mężczyzna pochylili głowy, i dlatego nie zwrócili uwagi na samochód, który zatrzymał się kilkanaście metrów z tyłu.

Nic dziwnego, gdyż żadne z nich nie przeszło odpowiedniego przeszkolenia. Nie wyróżniające się niczym szczególnym auto ze smagłolicymi pasażerami podążało za uczonym już od kilku tygodni. Mężczyźni, siedzący w samochodzie, tylko obserwowali. Naukowiec nigdy nie okazał im zainteresowania, uczynił to natomiast ktoś inny.

Oboje wyszli ze sklepu, pośpiesznie wsiedli do renaulta i ruszyli w dalszą drogę. Dziesięć po siódmej Monika zatrzymała wóz przed szklanymi drzwiami trójczłonowego zespołu budynków, stojącego jakieś piętnaście metrów od ulicy. Zaproponowała chlebodawcy, że odprowadzi go do mieszkania, ale odmówił. Domyśliła się natychmiast, że jest umówiony ze swoją przyjaciółką Heleną i nie chce dopuścić do spotkania obu kobiet. Na użytek damskiego personelu wymyślił bajeczkę, iż Helena jest tylko kumplem i dotrzymuje mu towarzystwa podczas rozłąki z żoną, a uwielbiające go kobiety udawały, że w to wierzą.

Jak zwykle postawił kołnierz płaszcza, wysiadł z samochodu i zarzucił na ramię czarną płócienną torbę, z którą prawie się nie rozstawał. Ważyła ponad piętnaście kilogramów, zawierała zaś mnóstwo papierów: notatki, obliczenia i szkice. Uczony nie ufał sejfom, na przekór wszystkim wierząc, że szczegóły jego najnowszych projektów są znacznie bezpieczniejsze w torbie przewieszonej przez ramię.

Monika obserwowała, jak jej szef, z torbą zarzuconą na plecy i bochenkiem pod pachą, podchodzi do drzwi, zatrzymuje się, przez chwilę szuka kluczy, a następnie otwiera drzwi i znika za szklaną taflą, która automatycznie zamknęła się za nim. Dopiero wtedy odjechała.

Mężczyzna mieszkał na piątym piętrze ośmiokondygnacyjnego budynku. Dwie windy były usytuowane z dala od wejścia, wokół nich zaś biegły spiralnie schody, na które z każdego piętra prowadziły drzwi przeciwpożarowe. W chwili, kiedy uczony wysiadł, w korytarzu automatycznie włączyły się przyćmione światła. Pobrzękając kluczami, skręcił w lewo, zaraz potem jeszcze raz w lewo, przeszedł kilka metrów po rdzawobrązowej wykładzinie, zatrzymał się przed drzwiami mieszkania i podniósł rękę, by włożyć klucz do zamka;

Zabójca czekał po drugiej stronie wind, za załomem słabo oświeconego korytarza. Teraz, trzymając zawiniętą w plastikową torbę berettę kaliber 7,65, stanął tuż za nie spodziewającym się niczego naukowcem. Torba była po to, aby łuski nie rozsypywały się po podłodze.

Pięć strzałów oddanych w kark i tył głowy z odległości niespełna metra wystarczyło aż nadto. Duży, tęgi mężczyzna runął twarzą na drzwi, i zaraz potem osunął się na podłogę. Morderca nawet nie nachylił się, by sprawdzić, czy ofiara nie żyje; nie było potrzeby. Wielokrotnie ćwiczył ten sposób egzekucji na więźniach i za każdym razem uzyskiwał pożądany efekt. Zbiegł po schodach na parter, wyszedł z budynku tylnymi drzwiami, przemknął przez zadrzewione ogródki i wsiadł do czekającego samochodu. Godzinę później znalazł się w ambasadzie swojego kraju, a następnego dnia opuścił terytorium Belgii.

Helena zjawiła się pięć minut później. W pierwszej chwili pomyślała, że jej kochanek doznał ataku serca. Ogarnięta paniką, po krótkiej szarpaninie z zamkiem otworzyła drzwi i wezwała pogotowie, ale zaraz potem przypomniała sobie, że w tym samym budynku mieszka domowy lekarz jej przyjaciela, i jego także zawiadomiła. Pierwsze zjawiło się pogotowie.

Kiedy jeden z sanitariuszy spróbował odwrócić ciężkie ciało na wznak, poczuł, że dotyka czegoś mokrego, a kiedy spojrzał na ręce, przekonał się, że są lepkie od krwi. Zdyszany lekarz nadbiegł zaraz potem. Stwierdził zgon. Na korytarz wyszła także jedyna poza uczonym - lokatorka piątego piętra: starsza dama, miłośniczka muzyki poważnej, która słuchała zarejestrowanego na płycie koncertu i nie miała pojęcia o niczym, co działo się za solidnymi drzwiami jej mieszkania.

Człowiekiem leżącym w kałuży krwi był doktor Gerald Vincent Buli, nieobliczalny geniusz, cieszący się reputacją jednego z najlepszych na świecie konstruktorów broni artyleryjskiej, ostatnimi czasy pracujący dla Saddama Husajna.

Po zabójstwie doktora Bulla w całej Europie nastąpiła seria bardzo dziwnych wydarzeń. Najpierw belgijski kontrwywiad przyznał oficjalnie, że już od kilku miesięcy uczony był niemal codziennie śledzony przez poruszających się prywatnymi samochodami ludzi o smagłej cerze, najprawdopodobniej pochodzących ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.

11 kwietnia brytyjscy celnicy odkryli na nabrzeżu portu w Middlesborough osiem wielkich stalowych rur, wykonanych” z niezwykłą precyzją. Miały one na końcach potężne kryzy, z gwintowanymi otworami pod ogromne śruby, umożliwiające połączenie ośmiu fragmentów w jedną całość. Władze celne oznajmiły triumfalnie, że wbrew temu, co umieszczono na fakturach i listach przewozowych, nie była to przesyłka dla zakładów petrochemicznych. Rury stanowiły elementy lufy gigantycznego działa, zaprojektowanego przez Gerry'ego Bulla i przeznaczonego dla Iraku. W ten sposób zaczęła się przypominająca farsę afera superdziała, dzięki której udało się ujawnić mnóstwo nielegalnych transakcji, podstępne metody działania kilku agencji wywiadowczych, ogrom biurokratycznej głupoty oraz wynikającą z nadmiernej wiary we własne siły bezradność polityków.

W ciągu kilku następnych tygodni w całej Europie zaczęły pojawiać się kolejne fragmenty superdziała. 23 kwietnia Turcy zatrzymali węgierską ciężarówkę wiozącą do Iraku potężną stalową rurę o niespotykanej długości. Tego samego dnia greccy celnicy odkryli na innej ciężarówce ładunek sprawiających podejrzane wrażenie stalowych części i na kilkanaście dni zaaresztowali niefortunnego angielskiego kierowcę.

W maju Włosi przechwycili siedemdziesiąt pięć ton podobnych części, wyprodukowanych przez Societa delia Fucine, a kolejnych piętnaście ton skonfiskowali w hucie Fucine w pobliżu Rzymu. Były one wykonane ze stali tytanowej najwyższej jakości i miały zostać zamontowane w zamku działa, podobnie jak kilkanaście innych elementów, zarekwirowanych w magazynie w Brescii w północnych Włoszech.

Do zabawy włączyli się także Niemcy, którzy we Frankfurcie i Bremerhaven natrafili na inne elementy słynnego już na cały świat superdziała, dostarczone przez Mannesmann AG.

Gdy Buli bardzo starannie i sensownie rozdzielił zamówienia na części, z jakich miało się składać działo - jego ukochane dziecko. Dwie angielskie firmy, Waltera Somersa z Birmingham i Sheffield Forgemasters, wyprodukowały rury, tworzące lufę. W kwietniu 1990 roku przechwycono ostatnią dostawę: osiem sztuk z pięćdziesięciu dwóch, które, według projektu, potrzebne były do zbudowania dwóch lufo długości 156 metrów każda i niespotyka - nym kalibrze jednego metra. Te monstrualne działa mogły wystrzeliwać pociski wielkości budki telefonicznej.

Elementy zespołu wahadłowego i obrotowego pochodziły z Grecji, części oporopowrotnika - ze Szwajcarii i Włoch, klin zamkowy z Austrii i Niemiec, materiał miotający z Belgii. W sumie, w produkcję zaangażowane były firmy z ośmiu krajów, a żadna z nich nie wiedziała do końca, co właściwie wytwarza.

Prasa brukowa przeżywała wielkie dni, podobnie jak triumfujące władze celne oraz brytyjski wymiar sprawiedliwości, który z wielką gorliwością zajął się Bogu ducha winnymi dostawcami. W ogólnym entuzjazmie nikt nie zwrócił uwagi na to, że sieć została wyciągnięta za późno: przechwycone elementy miały wejść w skład superdział numer dwa, trzy i cztery.

W związku z zabójstwem Gerry'ego Bulla powstało kilka zaskakujących teorii. Zgodnie z przewidywaniami, część dziennikarzy wietrząca wszędzie podstępne knowania CIA obarczyła tę właśnie instytucję odpowiedzialnością za śmierć uczonego. Rzecz jasna, był to całkowity nonsens. Mimo że w przeszłości ludzie z Langley nie raz i nie dwa decydowali się na wyeliminowanie pewnych osób pracujących w tej samej branży - na przykład informatorów grożących szantażem, renegatów czy podwójnych agentów - to wyobrażenie, że podziemia kwatery głównej Agencji są zapchane pod sufit ciałami jej dawnych pracowników, jest nie tylko śmieszne, ale także całkowicie nieprawdziwe.

Tym bardziej że Gerry Buli nie miał nic wspólnego ze światem tajnych operacji. Był znanym naukowcem, znakomitym projektantem bardziej lub mniej konwencjonalnego uzbrojenia artyleryjskiego, obywatelem Stanów Zjednoczonych, przez wiele lat pracującym dla swojej ojczyzny i chętnie opowiadającym o swoich zamierzeniach przyjaciołom z US Army. Gdyby CIA chciała likwidować każdego amerykańskiego projektanta broni lub uczonego, który przez jakiś czas pracował dla innego kraju, niekoniecznie zaliczającego się do przyjaciół USA, to co najmniej pięciuset takich dżentelmenów w obu Amerykach i Europie musiałoby pożegnać się z życiem.

Jednak najważniejszym argumentem przemawiającym przeciwko tej teorii jest ten, iż od co najmniej dziesięciu lat działalność Agencji podlega ścisłej kontroli, i to zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej.

Żaden oficer wywiadu nie wyda rozkazu “zlikwidować”, bez pisemnej zgody zwierzchników. Gdy chodzi o kogoś takiego jak Gerry Buli, zgoda musiałaby pochodzić od samego dyrektora CIA.

Funkcję tę pełnił wówczas William Webster, trzymający się ściśle przepisów były sędzia z Teksasu. Zgodę na przeprowadzenie potajemnej egzekucji można by uzyskać od niego równie łatwo, jak uciec z więzienia Marion podkopem wykonanym za pomocą łyżeczki do herbaty.

Najczęściej wśród domniemanych sprawców śmierci doktora Bulla wymieniano, rzecz jasna, izraelski Mosad. Niemal cała prasa oraz większość przyjaciół i rodziny uczonego doszła do tego samego wniosku. Buli pracował dla Iraku, Irak zaś był wrogiem Izraela. Dwa i dwa daje cztery. Problem polega jednak na tym, że jeśli w świecie pełnym cieni i krzywych luster coś mniej więcej równa się dwóm, po dodaniu do czegoś, co także w przybliżeniu jest dwójką, tylko czasem może dać cztery.

Mosad jest najmniejszą, najbardziej bezwzględną i najczęściej używającą broni agencją wywiadowczą na świecie. Odpowiada za wiele zabójstw, dokonanych przez członków jednego z trzech oddziałów kidon - słowo to znaczy po hebrajsku “bagnet”. Ich członkowie wywodzą się z doborowych jednostek armii izraelskiej. Jednak nawet Mosad obowiązują pewne zasady, choć w większości stanowią one coś w rodzaju dobrowolnego samoograniczenia.

Fizyczna eliminacja przeciwnika dzieli się na dwie kategorie. Pierwsza z nich to “konieczność operacyjna”, czyli niemożliwa do przewidzenia sytuacja, kiedy osoba stanowiąca zagrożenie dla operacji lub biorących w niej udział ludzi musi zostać błyskawicznie i na zawsze usunięta z drogi. W tym wypadku nadzorujący akcję katsa lub dowodzący oficer mają prawo samodzielnie podjąć taką decyzję, wiedząc, że mogą później liczyć na pełne poparcie ze strony zwierzchników w Tel - Awiwie.

Drugą kategorię tworzą ci, którzy trafili na listę osób przeznaczonych do likwidacji. Istnieją tylko dwa jej egzemplarze: jeden spoczywa w prywatnym sejfie premiera, drugi w sejfie szefa Mosadu. Każdy nowy premier, zaraz po objęciu urzędu, ma obowiązek zapoznać się z listą. Zawiera ona od trzydziestu do osiemdziesięciu nazwisk. Tylko od niego zależy, czy zaakceptuje ją w całości, zezwalając w ten sposób Mosadowi na samodzielne podjęcie decyzji co do czasu i miejsca wykonania wyroku, czy też zażąda, by konsultowano się z nim przed każdą misją.

Najogólniej rzecz biorąc, tych, którzy znaleźli się na liście, można podzielić na trzy grupy. Pierwszą tworzą pozostający jeszcze przy życiu, czołowi hitlerowcy. Liczebność tej grupy zmniejsza się z każdym rokiem. Wiele lat temu Izrael przygotował i zrealizował skomplikowaną operację mającą na celu porwanie Adolfa Eichmanna, aby przeprowadzić pokazowy proces, natomiast inni naziści byli likwidowani bez żadnego rozgłosu. Do drugiej grupy zaliczają się niemal wszyscy działający obecnie terroryści, głównie Arabowie, zarówno ci którzy przelali już niejedną kroplę żydowskiej krwi, np. Ahmad Dżibril i Abu Nidal, jak i ci, którzy dopiero chcieliby to uczynić.

Trzecią grupę - do niej właśnie mógłby należeć Gerry Buli tworzą ludzie pracujący dla wrogów Izraela, ale tylko ci, których praca stanowi, lub może stanowić, zagrożenie dla państwa żydowskiego oraz jego obywateli. Krótko mówiąc, każdy, kto znalazł się na liście, ma ręce skalane krwią, albo też robi wszystko, by nastąpiło to w niedalekiej perspektywie.

Kiedy Mosad zwraca się z prośbą o zgodę na likwidację kogoś z listy, premier przekazuje sprawę sędziemu, którego nazwisko jest okryte tak głęboką tajemnicą, że zna je zaledwie kilku izraelskich prawników, a na pewno nikt ze zwyczajnych obywateli. Odbywa się “rozprawa”. Uczestniczą w niej obrońca i prokurator. Jeżeli oskarżony zostanie uznany za winnego, prośba Mosadu wraca na biurko premiera, a ten składa na niej podpis. Resztą zajmuje się oddział kidonów... jeżeli tylko jest to możliwe.

Problem z teorią, według której Buli zginął z ręki agenta Mosadu, polegał na tym, że była zupełnie niespójna. To prawda, Buli pracował dla Saddama Husajna, ale projektował dla niego artylerię konwencjonalną (ta zaś nie stanowiła zagrożenia dla Izraela), rakiety (które w przyszłości ewentualnie stałyby się groźne>, oraz gigantyczne działo (nie mogło służyć do ataku na Izrael). To samo jednak dotyczyło setek innych ludzi. Pięć lub sześć niemieckich firm wspomagało rozwój irackiego przemysłu chemicznego, wytwarzającego śmiercionośne gazy bojowe; Saddam już kilka razy groził Izraelowi użyciem tej straszliwej broni. Niemcy i Brazylijczycy współpracowali przy budowie rakiet saad 16, Francuzi z kolei byli głównymi dostawcami technologii wykorzystywanych w pracach nad skonstruowaniem irackiej bomby atomowej.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Tel - Awiw interesował się działalnością Bulla. Po jego śmierci wiele domysłów wzbudził fakt, że już od kilku miesięcy uczony skarżył się, iż podczas jego nieobecności w mieszkaniu składają wizyty jacyś nieproszeni goście. Nigdy nic nie zginęło, ale pozostawiono wyraźne ślady, które nie mogły ujść uwagi gospodarza: poprzestawiane szklanki, otwarte okno, kaseta wyjęta z magnetowidu i schowana do pudełka. Czy było to ostrzeżenie ze strony Mosadu? Owszem, ale sprawa nie stała się przez to ani odrobinę bardziej jasna.

Środki masowego przekazu bardzo szybko uznały, że śniadoskórzy osobnicy, którzy jeździli za Bullem po całej Brukseli, to izraelscy zabójcy szukający sposobności do wykonania wyroku. Przeciwko tej teorii przemawia jednak fakt, iż agenci Mosadu nie wyglądają jak postaci z kreskówek i nie zachowują się tak jak one. Owszem, byli na miejscu, ale nikt ich nie widział - ani Buli, ani jego przyjaciele i rodzina, ani belgijska policja. Wyglądali i zachowywali się jak stuprocentowi Europejczycy, a w razie potrzeby mogli upodobnić się do Amerykanów lub do jakiejkolwiek innej nacji. To oni właśnie dali znać Belgom, że Bulla śledzi ktoś inny.

Poza tym, trudno byłoby znaleźć człowieka równie mało dyskretnego jak Gerry Buli. Uczony po prostu nie był w stanie oprzeć się pokusie mówienia. W przeszłości pracował już dla Izraela, polubił kraj i ludzi, miał wielu przyjaciół wśród izraelskich wojskowych i nie potrafił trzymać języka za zębami. Gdyby ktoś z jego znajomych rzucił od niechcenia: “Założę się, Gerry, że nigdy nie uda ci się wystrzelić ani jednego saada 16...”, Buli natychmiast rozpocząłby trzygodzinny monolog, w którym przedstawiłby dokładnie co robi, jak dalece zaawansowane są prace, jakie pojawiły się problemy, w jaki sposób stara sieje rozwiązać... jednym słowem, powiedziałby wszystko. Dla każdego wywiadu stanowił wręcz wymarzone źródło informacji. Zaledwie na tydzień przed śmiercią przyjął w swoim gabinecie dwóch izraelskich generałów, informując ich ze szczegółami o swojej bieżącej działalności. (Każde jego słowo zostało zarejestrowane przez magnetofony ukryte w teczkach oficerów.) Kto przy zdrowych zmysłach niszczyłby róg obfitości wypełniony po brzegi drogocennymi informacjami?

Nikt wreszcie nie wziął pod uwagę, że kiedy Mosad ma do czynienia z naukowcem lub biznesmenem, zawsze udziela mu ostatniego ostrzeżenia; zasada ta nie dotyczy jedynie terrorystów* Jest to prawdziwe, ustne ostrzeżenie, nie zaś ukradkowe przestawianie szklanek lub otwieranie okien. Zwyczaju tego dochowano nawet wobec budowniczego pierwszego irackiego reaktora, doktora Jakji Al - Maszhada, egipskiego fizyka jądrowego, który 13 czerwca 1980 roku został zastrzelony w swoim pokoju w paryskim hotelu Meridien. Mówiący biegle po arabsku katsa zastukał do drzwi i w prostych słowach wyjaśnił uczonemu, co się stanie, jeśli ten nie zaprzestanie działalności. Egipcjanin zrewanżował się nieznajomemu raczej mało elegancką sugestią, co powinien zrobić ze swoimi ostrzeżeniami. Nie było to rozsądne posunięcie. Wszystkie firmy ubezpieczeniowe stanowczo odradzają klientom udzielanie agentom Mosadu mało praktycznych, za to wywołujących niemiłe emocje rad. Dwie godziny później Jakja Al - Maszhad już nie żył, ale nikt nie mógł powiedzieć, że nie dano mu szansy. Rok po tym wydarzeniu izraelskie myśliwce zrównały z ziemią cały, wyposażony przez Francuzów, kompleks jądrowy Osirak Jeden i Dwa.

Buli był zupełnie inny: Amerykanin urodzony w Kanadzie, niezwykle towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty, a w dodatku ogromny amator whisky. Izraelczycy mogli rozmawiać z nim jak z przyjacielem, i robili to niemal bez przerwy. Wystarczyło posłać któregoś z jego kolegów, żeby powiedział mu wprost, jak sprawy się mają: albo zerwie kontrakt, albo zajmie się sporządzaniem testamentu. Przykro mi, Gerry, po prostu tak właśnie wygląda sytuacja.

Bullowi z całą pewnością nie zależało na tym, by pośmiertnie zostać odznaczonym przez Kongres Medalem za Odwagę. Mało tego: zasygnalizował już wcześniej zarówno Izraelczykom, jak i swojemu bliskiemu przyjacielowi George'owi Wongowi, że ma serdecznie dość Iraku. *

Gerald Vincent Buli urodził się w roku 1928 w North Bay w stanie Ontario. Był bardzo dobrym uczniem, gdyż od początku łaknął sukcesu i uznania w oczach świata. Skończył szkołę w wieku szesnastu lat, lecz nie miał wielkiego wyboru, jeśli chodzi o swoją dalszą karierę, bowiem jedyną uczelnią, która chciała przyjąć tak młodego studenta, okazał się Uniwersytet w Toronto, a dokładniej wydział inżynierski. Dopiero tam udowodnił, że jest nie tylko zdolny, ale wręcz błyskotliwy...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin