KEN FOLLETT
Klucz do Rebeki
Przełożył Hieronim Mistrzycki
Dla Robin McGibbon
“Największym bohaterem ze wszystkich jest nasz kairski szpieg.”
- Erwin Rommel,
wrzesień, 1942
(cytat wg Anthony Cave Brown Bodyguard of Lies)
Część pierwsza
Tobruk
1
Ostatni wielbłąd padł w południe.
Był to pięcioletni biały samiec, którego mężczyzna kupił w Gialo, najmłodszy i najsilniejszy z trzech wielbłądów, również najłagodniejszy. Lubił go, tak jak człowiek może lubić wielbłąda, to znaczy tylko trochę go nienawidził.
Wspinali się na wzgórek od zawietrznej, grzęznąc nieporadnie w miękkim piasku. Stanęli na wierzchołku, z którego spojrzeli przed siebie, tylko po to, by zobaczyć następny wzgórek i tysiąc innych do pokonania. Na ten widok wielbłąda jakby ogarnęła rozpacz - ugięły mu się przednie nogi, zad się opuścił i zwierzę osiadło na szczycie pagórka niby posąg, wpatrzone w przestrzeń pustyni obojętnym wzrokiem konających.
Mężczyzna pociągnął za uzdę w nozdrzach wielbłąda - łeb pochylił się naprzód, szyja wyciągnęła, lecz zwierzę nie wstało. Mężczyzna podszedł od tyłu i kopnął je mocno ze cztery razy w zadnie nogi. W końcu wyjął zakrzywiony nóż beduiński, ostry jak brzytwa, spiczasto zakończony, i wbił go w zad. Z rany pociekła krew, zwierzę jednak nawet nie odwróciło łba.
Mężczyzna zrozumiał, co się stało - po prostu nie odżywione mięśnie wielbłąda przestały funkcjonować, podobnie jak maszyna, której zabrakło paliwa. Widział już wielbłądy padłe na skraju oazy, mimo że dookoła miały życiodajną zieleń - nie starczało im sił na to, by nią się pożywić.
Mógłby spróbować jeszcze ze dwóch sposobów, na przykład nalać wody do nozdrza zwierzęcia, aż zaczęłoby się dusić, albo rozpalić ogień za jego zadnimi nogami. Nie stać go jednak było ani na stratę wody, ani drewna, poza tym żadna z metod nie wróżyła wielkiego powodzenia. Zresztą i tak nadszedł czas postoju. Słońce stało wysoko, rozżarzone. Zaczynało się długie saharyjskie lato, temperatura sięgała w południe 43/0 C w cieniu.
Nie zdejmując bagażu z grzbietu wielbłąda mężczyzna otworzył jeden z worków i wyjął namiot. Ponownie rozejrzał się odruchowo dookoła - w polu widzenia nie było ani cienia, ani żadnej kryjówki, właściwie wszędzie było tak samo źle. Rozbił namiot przy zdychającym wielbłądzie, na wierzchołku wzgórka.
Usiadł po turecku w wejściu do namiotu, by przyrządzić herbatę. Uklepał kwadrat piasku przed sobą, ustawił bezcenne suche gałązki w stożek i rozpalił ogień. Kiedy woda w czajniku się zagotowała, zaparzył herbatę w taki sposób, w jaki parzą ją koczownicy, to znaczy nalał z dzbanka do kubka, dodał cukru, znów przelał do dzbanka, by bardziej naciągnęła, i tak kilka razy. Ostatecznie herbata zrobiła się tak mocna i jakby melasowata, że stanowiła najbardziej orzeźwiający napój na świecie.
Czekając, aż słońce opuści się niżej, zjadł kilka daktyli i patrzył na zdychającego wielbłąda. Potrafił zachować spokój. Przewędrował ogromny szmat pustyni, ponad półtora tysiąca kilometrów. Przed dwoma miesiącami wyruszył z El Agela na wybrzeżu Morza Śródziemnego w Libii i udał się na południe przemierzając siedemset kilometrów przez Gialo i Kufra w samo puste serce Sahary. Potem skręcił na wschód i przekroczył granicę Egiptu, nie zauważony ani przez ludzi, ani przez zwierzęta. Przeciął skaliste pustkowie na Pustyni Zachodniej i w pobliżu Kharga ruszył na północ. Teraz był już blisko celu. Znał pustynię, ale bał się jej - podobnie jak wszyscy inteligentni ludzie, nawet koczownicy, którzy spędzili na pustyni całe życie. Nigdy jednak nie dopuszczał, by ten strach nim zawładnął, wpędził go w panikę czy też sparaliżował. Przecież zawsze może dojść do katastrofy: popełnia się błędy w nawigacji, które powodują ominięcie studni o kilka kilometrów, bywa że bukłaki z wodą pękają lub ciekną, bywa że po kilku dniach zaczyna chorować absolutnie zdrowy wielbłąd. Jedyną odpowiedzią na to jest słowo Inshallah - to znaczy: Taka była wola boska.
W końcu słońce zaczęło zapadać na zachodzie. Spojrzał na juki wielbłąda, zastanawiając się, ile sam mógłby unieść. Były tam trzy małe europejskie walizki - dwie z nich ciężkie, jedna lekka, ale wszystkie trzy jednakowo ważne. Miał też małą torbę z ubraniem, sekstant, mapy, żywność i bukłak z wodą. To już i tak za dużo - będzie musiał pozostawić namiot, naczynia do herbaty, garnek, almanach i siodło.
Połączył trzy walizki razem, na nich umieścił ubrania, żywność i sekstant, po czym związał to wszystko kawałem szmaty. Włożył prowizoryczne szelki na ramiona i dźwignął bagaż tak jak plecak. Z przodu powiesił sobie na szyi bukłak z koziej skóry napełniony wodą.
Bagaż był ciężki.
Trzy miesiące wcześniej mógłby dźwigać podobny przez cały dzień, a potem wieczorem grać w tenisa, był bowiem silnym mężczyzną. Pustynia jednak wyssała z niego siły. Jelita odmawiały mu posłuszeństwa, skóra była jedną wielką raną, schudł z dziesięć, piętnaście kilogramów. Bez wielbłąda nie ujdzie daleko.
Ruszył marszem, z kompasem w dłoni.
Szedł zgodnie ze wskazanym kierunkiem, opierając się pokusie, by zboczyć i okrążyć wzgórze, przez ostatnie kilometry określał bowiem swoje położenie według kursu i logu, toteż najdrobniejsza pomyłka mogła go kosztować kilkaset metrów i mogła się skończyć śmiercią. Szedł miarowo, powoli, wyciągniętym krokiem. Nie miał w sobie nadziei ani strachu, skupiał się na kompasie i piasku. Zdołał zapomnieć o bólu zmęczonego ciała, stawiał nogę za nogą automatycznie, machinalnie, a więc bez wysiłku.
Czuło się już chłód wieczoru. Bukłak wiszący na szyi robił się coraz lżejszy, w miarę jak mężczyzna wypijał z niego wodę. Nie chciał myśleć o tym, ile jeszcze wody mu pozostało - jak obliczył, wypijał trzy litry dziennie, wiadomo więc, że nazajutrz wody zabraknie. Nad głową przefrunęło z głośnym gwizdem stado ptaków. Spojrzał w górę osłaniając oczy ręką i stwierdził, że to stado stepówek, ptaków pustynnych podobnych do brązowych gołębi, które co rano i wieczór szukały wody. Leciały w tym samym kierunku, w którym on zmierzał, co oznaczało, że jest to kierunek właściwy. Niemniej wiedział, że ptaki te potrafią przebyć w poszukiwaniu wody nawet siedemdziesiąt kilometrów, a to nie dodawało mu wiele otuchy.
Na pustyni zapanował chłód, co spowodowało, że nad horyzontem zebrały się chmury. Za jego plecami słońce zapadło się jeszcze niżej, zamieniło w duży, żółty balon. Trochę później na fiołkowym niebie pojawił się biały księżyc.
Pomyślał, że urządzi sobie postój. Nikt nie da rady iść przez całą noc. Nie miał jednak namiotu ani koca, ani ryżu, ani herbaty. Był pewien, że znajduje się blisko studni, z obliczeń wynikało, że powinien już do niej dotrzeć.
Szedł dalej. Spokój już go powoli opuszczał. Chciał zwyciężyć bezwzględną pustynię siłą i doświadczeniem, ale zaczynało wyglądać na to, że pustynia jego zwycięży. Pomyślał znów o wielbłądzie, którego zostawił, o tym, jak zwierzę ułożyło się na wierzchołku wzgórza, spokojne, wyczerpane, czekając na śmierć. Pomyślał, że on nie będzie czekał na śmierć, lecz kiedy nie da jej się uniknąć, popędzi na jej spotkanie. Nie dla niego kilkugodzinna agonia i wszechogarniające szaleństwo - byłoby to niegodne. Ma przecież nóż.
Ta myśl sprawiła, że zaczęła ogarniać go rozpacz, nie potrafił już przezwyciężyć strachu. Księżyc zaszedł, ale gwiazdy jasno oświetlały okolicę. W oddali zobaczył swoją matkę, która powiedziała: “Tylko nie mów, że nigdy cię nie ostrzegałam!” Słyszał pociąg turkoczący w rytm jego serca, powolny. Szlakiem sunęły kamienie niby galopujące szczury. Czuł zapach pieczonego jagnięcia. Wspiął się na wzgórek i ujrzał za nim czerwony blask ognia, na którym pieczono mięso. Mały chłopiec siedział i ogryzał kości. Wokół ogniska stały namioty, spętane wielbłądy skubały rzadko rosnące krzewy cierniste, w oddali widać było studnię. Zaczęły się halucynacje. Ludzie w tych zwidach spojrzeli na niego, zdumieni. Wysoki mężczyzna wstał i przemówił. Wędrowiec sięgnął do swojego zawoju i odsłonił część twarzy.
Wysoki mężczyzna postąpił krok naprzód.
- Przecież to mój kuzyn! - zawołał zdumiony.
Wędrowiec zrozumiał, że nie jest to jednak złudzenie, uśmiechnął się blado i upadł.
Kiedy oprzytomniał, przez chwilę zdawało mu się, że jest kilkunastoletnim chłopcem, że jego dorosłe życie to tylko sen.
Ktoś dotknął jego ramienia i powiedział w języku pustyni:
- Obudź się, Achmedzie.
Od lat nikt nie nazywał go Achmedem. Zdał sobie sprawę, że zawinięty jest w szorstki koc i leży na zimnym piasku, na głowie ma zawój. Otworzył oczy i ujrzał wspaniały wschód słońca podobny do tęczy wyciągniętej w linię prostą na tle płaskiego czarnego horyzontu. Wiał mu w twarz lodowaty poranny wiatr. W chwili tej znów przypomniał sobie, jaki człowiek może się czuć zagubiony i niespokojny w wieku piętnastu lat.
Kiedy po raz pierwszy wówczas obudził się na pustyni, czuł się całkiem zagubiony. Pomyślał wtedy: “Ojciec nie żyje”, a potem: “Mam nowego ojca”. Przez głowę przemknęły mu urywki sur Koranu, pomieszane z fragmentami wyznania wiary, którego matka nauczyła go w tajemnicy po niemiecku. Przypomniał mu się ból obrzezania, a potem wiwaty i wystrzały z karabinów - to mężczyźni gratulowali mu w ten sposób tego, że przystał do nich, stał się prawdziwym mężczyzną. Potem była długa podróż pociągiem, ciekawość, jacy okażą się ci żyjący na pustyni kuzyni, i pytanie, czy nie będą się wyśmiewać z jego bladego ciała i miejskiego stylu bycia. Wyszedł szybko z dworca i zobaczył dwóch Arabów siedzących w piachu przy wielbłądach, na placu przed budynkiem, zawiniętych od stóp do głów w tradycyjne stroje - tylko przez szparę w zawoju na głowie było coś widać: ich ciemne, nieprzeniknione oczy. Zabrali go do studni. Wszystko było przerażające - nikt się do niego nie odzywał, porozumiewano się z nim gestami. Wieczorem zdał sobie sprawę, że u tych ludzi nie ma “toalet”, co niezwykle go stropiło. W końcu musiał o to zapytać. Po chwili milczenia wszyscy wybuchnęli śmiechem. Okazało się, że byli przekonani, iż nie zna ich języka, i dlatego usiłowali z nim rozmawiać językiem gestów. Ponadto pytając o toaletę użył na nią dziecinnego określenia, przez co sytuacja stała się jeszcze zabawniejsza. Ktoś mu wyjaśnił, że należy wyjść poza koło namiotów i kucnąć na pisaku. Po tym zajściu już się tak nie bał. bo wprawdzie byli to twardzi ludzie, lecz nie okazali się nieprzyjemni.
Wszystkie te myśli powróciły, kiedy patrzył na swój pierwszy wschód słońca na pustyni, pojawiły się też teraz, dwadzieścia lat później, tak samo świeże i bolesne jak wczorajsze złe wspomnienia, wywołane słowami: “Obudź się, Achmedzie”.
Usiadł raptownie, myśli przejaśniały nagle jak poranne niebo. Przeszedł przez pustynię mając do wypełnienia niezwykle ważną misję. Trafił do studni, nie była ona złudzeniem - kuzyni koczowali tu jak co roku o tej porze. Zasłabł z wyczerpania, owinęli go w koce i pozwolili spać przy ognisku. Kiedy pomyślał o swoim cennym bagażu, ogarnęła go nagła panika - czy przydźwigał go tu na miejsce? Lecz w tej samej chwili zobaczył, że bagaż leży u jego nóg.
Obok siedział w kucki Ismail. Zawsze tak było - przez rok, który obaj chłopcy spędzili razem na pustyni, Ismail zawsze budził się pierwszy rano. Teraz powiedział:
- Masz jakieś ciężkie zmartwienie, kuzynie.
- Jest wojna - jakby potwierdził Achmed.
Ismail przysunął malutką, wysadzaną klejnotami czarę z wodą. Achmed zanurzył w niej palce i przemył oczy. Ismail odszedł. Achmed wstał.
Jedna z kobiet, cicha, służalcza w zachowaniu, podała mu herbatę. Wziął ją nie dziękując i szybko wypił. Zjadł trochę zimnego gotowanego ryżu. W obozowisku panowała powolna krzątanina. Ta gałąź rodziny chyba nadal była bogata - kilku służących, dużo dzieci i ponad dwadzieścia wielbłądów. Owce z namiotami były tylko częścią stada, którego reszta wypasała się parę kilometrów dalej. Podobnie rzecz się miała z wielbłądami. W nocy oddalały się one w poszukiwaniu roślinności i chociaż były spętane, czasami znikały z oczu. Teraz chłopcy będą je zaganiać, podobnie jak kiedyś robił to on z Ismailem. Zwierzęta nie miały imion, lecz Ismail każde z nich i ich historię znał z osobna. Mówił, na przykład: “To jest samiec podarowany przez mojego ojca jego bratu Abdelowi w roku, w którym zmarło wiele kobiet. Samiec okulał, ojciec więc dał Abdelowi innego, a tego zabrał z powrotem, i widzisz, ten wielbłąd nadal kuleje.” Achmed dobrze znał się na wielbłądach, nigdy jednak nie miał do nich takiego stosunku jak koczownicy - przypomniał sobie, że nie rozpalił wczoraj ognia za zadnimi nogami swojego białego samca, który zdychał. Ismail to by zrobił.
Achmed skończył śniadanie i zabrał się do bagażu. Walizki nie były zamknięte na kluczyki. Otworzył teraz małą skórzaną i jego oczom ukazały się przełączniki i gałki nadajnika radiowego w prostokątnej obudowie. To wywołało wspomnienie jakby ze znanego filmu: wrące życiem, szalone miasto Berlin, trzypasmowa ulica Tirpitzufer, czteropiętrowy budynek z piaskowca, labirynt korytarzy i schodów, od frontu biuro z dwiema sekretarkami, głębokie drugie biuro, w którym stały: biurko, kanapa, regał, małe łóżko, a na ścianie wisiał japoński obraz przedstawiający uśmiechniętego demona, oraz podpisana fotografia Franco. Na balkonie zaś, wychodzącym na Landwehr Canal, widywało się parę jamników i przedwcześnie osiwiałego admirała, który mówił: “Rommel chce, bym wyznaczył naszego agenta w Kairze.”
W walizce była też książka, powieść napisana po angielsku. Achmed odruchowo przeczytał pierwszą linijkę: “Śniło mi się tej nocy, że znów jestem w Manderley.” Spomiędzy stronic książki wypadła złożona kartka papieru. Podniósł ją z uwagą i włożył z powrotem między stronice. Zamknął książkę, wsunął do walizeczki i ją też zamknął.
Obok stanął Ismail.
- Długą odbyłeś podróż? - spytał.
Achmed skinął głową.
- Wyruszyłem z El Agela w Libii. - Nazwy te nic nie znaczyły dla jego kuzyna. - Przywędrowałem znad morza.
- Znad morza!
- Tak.
- Sam?
- Na początku miałem kilka wielbłądów.
Ismail był przerażony i pełen podziwu; nawet koczownicy nie odbywają tak długich wędrówek, poza tym nigdy nie widział morza.
- Ale dlaczego?
- Bo jest wojna.
- Jedna gromada Europejczyków walczy z drugą o to, kto będzie panował w Kairze... jakie to ma znaczenie dla synów pustyni?
- Ale w tej wojnie bierze udział naród mojej matki - powiedział Achmed.
- Mężczyzna powinien iść za ojcem.
- A jeśli ma dwóch ojców?
Ismail wzruszył ramionami. Rozumiał, co to znaczy mieć dylemat.
Achmed podniósł zamkniętą walizkę.
- Przechowasz mi ją?
- Tak. Kto zwycięża w tej wojnie?
- Naród mojej matki. Podobny jest do ludu koczowniczego... dumny, okrutny i silny. Ma zapanować nad światem.
- Achmedzie - uśmiechnął się Ismail - zawsze wierzyłeś w lwa pustyni.
Achmed przypomniał sobie, jak to w szkole go uczono, że kiedyś na pustyni żyły lwy i że prawdopodobnie niektóre z nich nadal tam żyją w górskich kryjówkach, żywiąc się jeleniami, lisami pustyni i dzikimi owocami. Ismail nie chciał mu wierzyć, a problem wydawał im się wtedy niezwykle ważny i prawie się pokłócili.
- Nadal wierzę w lwa pustyni - powiedział Achmed z uśmiechem.
Spojrzeli na siebie. Nie widzieli się przez pięć lat. Świat się zmienił. Achmed zastanawiał się, o czym mógłby opowiedzieć kuzynowi: o decydującym spotkaniu w Bejrucie w 1938 roku, o swojej podróży do Berlina, o wielkim mistrzowskim posunięciu w Istambule... Kuzyn nic by z tego nie zrozumiał, podobnie jak on nie zrozumiałby spraw Ismaila. Odkąd jako chłopcy odbyli razem pielgrzymkę do Mekki, to chociaż kochali się żarliwie, nie mieli sobie nic do powiedzenia.
Po chwili Ismail odszedł zabierając walizeczkę do swojego namiotu. Achmed przyniósł trochę wody w misce. Otworzył torbę, wyjął małą kostkę mydła, pędzel, lusterko i brzytwę. Wetknął lusterko w piach, odpowiednio je ustawił i zaczął rozwijać swój zawój.
Przeraził go widok własnej twarzy w lustrze.
Wypukłe, zazwyczaj gładkie czoło teraz pokryte miał ranami. W oczach taił się ból, w ich kącikach rysowały się zmarszczki. Na twarzy o delikatnych rysach wyrosła mu zmierzwiona broda, skóra na długim orlim nosie była zaczerwieniona i spękana. Rozchylił pokryte bąblami wargi i zobaczył, że ładne, równe zęby ma brudne, poplamione.
Nabrał mydła na pędzel i zaczął się golić.
Twarz stopniowo upodabniała się do tej, którą znał. Jej wyraz sugerował silny charakter, nie była przystojna. Na ogół malowało się na niej coś, co w chwilach, kiedy Achmed przyglądał się sobie bezstronnie, uważał za oznaki rozpusty, lecz teraz była po prostu zniszczona. Miał ze sobą małą fiolkę pachnącego olejku, którą niósł setki kilometrów przez pustynię z myślą o tej chwili, ale nie użył ani kropli, gdyż uznał, że skóra zacznie go piec nie do zniesienia. Dał fiolkę przyglądającej mu się dziewczynce. Odbiegła, zachwycona podarkiem.
Zaniósł torbę do namiotu Ismaila, skąd wypędził kobiety. Zdjął pustynną odzież i ubrał się w białą angielską koszulę, krawat w paski, szare skarpetki i garnitur w brązową kratę. Usiłując włożyć buty stwierdził, że stopy mu spuchły - wciskanie ich w nowe skórzane buty było niezwykle bolesne. Nie mógł jednak włożyć do europejskiego garnituru prymitywnych gumowych sandałów. W końcu naciął buty zakrzywionym nożem i wsunął je bez trudu.
Chciałby się znaleźć w bardziej luksusowych warunkach: wykąpać się w gorącej wodzie, ostrzyc, nasmarować rany uśmierzającą maścią, włożyć jedwabną koszulę, złotą bransoletę, napić się zimnego szampana i mieć ciepłą, pulchną kobietę. Musiał na to poczekać.
Kiedy wyszedł z namiotu, koczownicy patrzyli na niego, jak gdyby był obcy. Chwycił kapelusz i podniósł dwie pozostałe walizy - jedną ciężką, drugą lekką. Ismail podszedł z bukłakiem z koziej skóry. Kuzyni się objęli.
Achmed wyjął portfel z kieszeni marynarki, żeby sprawdzić dokumenty. Patrząc na paszport ponownie sobie uświadomił, że jest Alexandrem Wolffem, ma trzydzieści cztery lata, mieszka w Villa les Oliviers, w Garden City, w Kairze, jest biznesmenem, Europejczykiem.
Włożył kapelusz, chwycił walizki i ruszył w chłodnym zmierzchu do miasta, od którego dzieliło go jeszcze kilka kilometrów pustyni.
Wielki pradawny szlak karawan, którym Wolff wędrował od oazy do oazy przez ogrom pustyni, prowadził przez przełęcz w łańcuchu górskim i w końcu łączył się z normalną nowoczesną drogą. Przypominała ona linię narysowaną na mapie przez Boga, po jej jednej stronie bowiem ciągnęły się żółte, piaszczyste, nagie wzgórza, a po przeciwnej żyzne pola bawełny, podzielone na prostokąty kanałami irygacyjnymi. Wieśniacy, pochyleni nad uprawami, ubrani byli w proste galabije z pasiastej bawełny, zastępujące kłopotliwe stroje koczowników. Wędrując drogą na północ, czując chłodny wilgotny powiew od pobliskiego Nilu, rejestrując coraz to więcej oznak, że zbliża się do rejonów cywilizowanych, Wolff poczuł, że znów stał się człowiekiem. Wieśniacy pracujący to tu, to tam na polu już przestali w jego pojęciu być osaczającym go tłumem. W końcu usłyszał silnik samochodu - wiedział, że jest bezpieczny.
Pojazd nadjeżdżał od strony miasta Asjut. Kiedy wyjechał zza zakrętu, Wolff zobaczył, że to wojskowy jeep. Po chwili dostrzegł w nim mężczyzn w mundurach armii brytyjskiej i uświadomił sobie, że przestało mu zagrażać jedno niebezpieczeństwo, a zaczęło drugie.
Zmusił się do zachowania spokoju. Pomyślał, że ma prawo tu przebywać. Przecież urodził się w Aleksandrii. Jest narodowości egipskiej. Ma dom w Kairze. Wszystkie dokumenty ma w porządku. Jest bogatym człowiekiem, Europejczykiem, szpiegiem niemieckim za liniami wroga...
Koła jeepa zapiszczały hamując w chmurze kurzu. Wyskoczył jeden mężczyzna. Na bluzie munduru miał na obu ramionach po trzy belki - był kapitanem. Wyglądał strasznie młodo, lekko utykał.
- Skąd idziecie, do diabła? - spytał kapitan.
Wolff postawił walizki i wykonał nad ramieniem ruch kciukiem do tyłu.
- Samochód mi nawalił na pustynnej drodze.
Kapitan skinął głową, przyjmując natychmiast wyjaśnienie - nigdy by mu nie przyszło do głowy ani też nikomu innemu, że Europejczyk mógłby przywędrować tu pieszo z Libii.
- Proszę pokazać mi dokumenty - powiedział.
Wolff spełnił polecenie. Kapitan sprawdził dokumenty, po czym spojrzał na Wolffa, który pomyślał: “Był przeciek z Berlina, szukają mnie teraz wszyscy oficerowie w Egipcie, a może od mojego ostatniego tu pobytu zmieniono dokumenty i mam nieaktualne...”
- Wygląda pan na wykończonego - powiedział kapitan. - Jak długo idzie pan pieszo?
Wolff zdał sobie sprawę, że jego wygląd może wzbudzić w Europejczyku współczucie, co miałoby praktyczne skutki.
- Od wczoraj wieczorem - odpowiedział z wyrazem znużenia które nie było całkiem udawane. - Trochę błądziłem.
- Spędził pan tu całą noc? - Kapitan przyjrzał się bliżej twarzy Wolffa. - Dobry Boże, rzeczywiście, to widać. Lepiej niech pan z nami się zabierze. - Zwrócił się w stronę jeepa. - Kapralu, weźcie pana walizki.
Wolff otworzył usta, by zaprotestować, lecz raptownie znów je zamknął. Człowiek, który szedł pieszo przez całą noc, powinien być tylko zachwycony tym, że ktoś ma pomóc mu przenieść bagaż. wyrażenie sprzeciwu nie tylko by sprawiło, że jego opowieść stałaby się podejrzana, lecz także zwróciłoby uwagę na bagaż. Kiedy kapral układał walizki z tyłu jeepa, Wolff uświadomił sobie ze zgrozą, że nawet nie zamknął ich na kluczyk. Jak mogłem być taki głupi? - pomyślał. Wiedział, dlaczego tak się stało - przez cały czas zachowywał się zgodnie z tym, co narzucała mu pustynia, gdzie ludzi widywało się raz na tydzień i ostatnią rzeczą, jaką mieliby ochotę ukraść, był nadajnik radiowy, który działa dopiero po włączeniu do prądu. Zmysły wyczulone miał na wszystko, co teraz nie przedstawiało już żadnej wartości: na wędrówkę słońca po niebie, na zapach wody, obliczanie odległości, na lustrowanie horyzontu, jak gdyby w poszukiwaniu samotnego drzewa, w którego cieniu znalazłby schronienie przed żarem dnia. Teraz musiał przestać pamiętać o tym wszystkim i zacząć myśleć o policjantach, dokumentach, zamkach i kłamstwach.
Postanowił, że będzie ostrożniejszy i wsiadł do jeepa.
Kapitan zajął miejsce obok niego i rzucił do kierowcy:
- Z powrotem do miasta.
Wolff postanowił rozwinąć swoją opowieść, żeby stała się jeszcze bardziej prawdopodobna. Kiedy jeep skręcił w piaszczystą drogę, spytał:
- Czy macie wodę?
- Oczywiście.
Kapitan sięgnął pod siedzenie i wyciągnął blaszaną manierkę w wojłoku, podobną do dużej butelki whisky. Zdjął zakrętkę i podał manierkę Wolffowi.
Ten dorwał się łapczywie do wody i wypił prawie pół litra.
- Dziękuję - powiedział i oddał manierkę.
- Chciało się panu pić. Nic dziwnego. Hm... może się poznamy... jestem kapitan Newman. - Wyciągnął rękę. Wolff uścisnął ją i przyjrzał się bliżej kapitanowi. Był on młody, tuż po dwudziestce, miał świeżą cerę, chłopięcą grzywkę i uśmiech na twarzy, ale było też w nim coś ze znużonego dojrzałego mężczyzny, coś, czego szybko nabywa się w czasie wojny.
- Widział pan bezpośrednio jakąś bitwę?
- Chyba tak. - Newman dotknął kolana. - Załatwiłem sobie nogę w Cyrenajce, dlatego też odesłali mnie do tej dziury. - Uśmiechnął się. - Nie powiem, żebym znów miał ochotę natychmiast popędzić na pustynię, ale chciałbym robić coś ważniejszego niż to, co robię, setki kilometrów od prawdziwej wojny. Jedyne walki, jakie oglądamy, to starcia między chrześcijanami i muzułmanami w miasteczku. Skąd pan pochodzi, nie mogę rozpoznać po akcencie?
Niespodziewane pytanie, nie związane z dotychczasowym tematem rozmowy, zaskoczyło Wolffa. Pomyślał, że na pewno nie jest przypadkowe - kapitan Newman był bystrym młodym człowiekiem. Na szczęście Wolff miał gotową odpowiedź.
- Moi rodzice byli Burami przybyłymi z Afryki Południowej do Egiptu. Uczono mnie mówić językiem Burów i po arabsku. - Zawahał się w obawie, by nie przesadzić z wyjaśnieniami i nie wzbudzić tym podejrzeń. - Nazwisko Wolff jest holenderskie, na chrzcie dano mi imię Alex, od nazwy miasta, w którym się urodziłem.
Newman okazał uprzejme zainteresowanie.
- Co pana tu sprowadza?
Wolff i na to był przygotowany.
- Prowadzę interesy w kilku miastach w Górnym Egipcie. - Uśmiechnął się. - Muszę w nich złożyć niespodziewane wizyty.
Wjeżdżali do Asjut. Jak na warunki egipskie, było to duże miasto, z fabrykami, szpitalami, uniwersytetem dla muzułmanów, słynnym klasztorem i jakimiś sześćdziesięcioma tysiącami mieszkańców. Wolff już miał prosić, żeby wysadzili go na dworcu kolejowym, kiedy nagle Newman uratował go przed popełnieniem tego błędu.
- Musi pan znaleźć warsztat samochodowy - powiedział. - zawieziemy pana do Nasifa, on ma ciężarówkę do holowania.
- Dziękuję. - Wolff zmusił się do powiedzenia tego słowa. Miał sucho w gardle. Jeszcze nie zaczął prawidłowo ani szybko myśleć. Lepiej, żebym się pozbierał do kupy, pomyślał. To przez tę cholerną pustynię, zupełnie pozbawiła mnie refleksu. Spojrzał na zegarek - miał dość czasu, by rozwiązać łamigłówkę w warsztacie i jeszcze zdążyć na jedyny pociąg do Kairu. Zastanawiał się, co zrobić. Musi wejść do warsztatu, bo Newman będzie go obserwował. Potem wojskowi odjadą. Będzie musiał udawać, że chodzi mu o jakieś części zapasowe do samochodu czy coś w tym rodzaju, po czym po prostu wyjdzie stamtąd i pójdzie na dworzec.
Jeśli dopisze mu szczęście, nigdy może nie dojść do tego, by Newman z Nasifem wymienili spostrzeżenia na temat Alexa Wolffa.
Jeep jechał ruchliwymi wąskimi ulicami. Znajomy widok egipskiego miasta sprawił Wolffowi przyjemność - barwne bawełniane stroje, kobiety z tobołkami na głowach, nadmiernie gorliwy policjant, faceci w okularach przeciwsłonecznych, małe sklepiki wychodzące z towarem na ulicę, stragany, poobtłukiwane samochody, objuczone osły. Zatrzymali się przed rzędem niskich glinianych budynków. Droga była na wpół zatarasowana przez starą ciężarówkę i resztki rozszabrowanego fiata. Mały chłopiec siedział na ziemi przed wejściem do domu i majstrował przy przekładni kluczem maszynowym.
- Niestety, muszę pana tutaj zostawić. Wzywają mnie obowiązki - powiedział kapitan.
- Jest pan bardzo uprzejmy. - Wolff uścisnął mu rękę.
- Wolałbym pana tak tu nie wysadzać - mówił Newman. - Już i tak miał pan dość kłopotów. - Zmarszczył brwi, ale nagle twarz mu się rozjaśniła. - Wie pan co... zostawię tu panu kaprala Coxa, może się przyda.
...
Sabaidee