Jordan_Robert_-_Triumf_chaosu.rtf

(1705 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

Robert Jordan

 

 

 

TRIUMF CHAOSU

 

(Przełożyła Katarzyna Karłowska)


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dla Betsy

 

Śpiewają lwy, góra skrzydeł dostaje.

Księżyc o poranku, słońce nocą wstaje.

Ślepa matka, głuchy ojciec i zakuty łeb,

Niechaj Władca Chaosu zapanuje wnet.

 

Fragment dziecięcej wyliczanki

zasłyszanej w Wielkim Aravalonie,

Czwarty Wiek


PROLOG

PIERWSZA WIADOMOŚĆ

Demandred wyszedł na czarne zbocza Shayol Ghul; brama, otwór w materii rzeczywistości, zamigotała i przestała istnieć. Niebo nad jego głową zasnuwały spiętrzone szare chmury - odwrócony ocean z falami barwy popiołu ­które ospale kłębiły się wokół ukrytego wśród nich szczytu góry. Przez pustą dolinę rozpościerającą się u stóp wzniesień pomy­kały dziwaczne błyski spranych błękitów i czerwieni, nie roz­praszając wszelako mętnych ciemności, które spowijały ich źródło. Smugi błyskawic mknęły nie w dół, a w górę, w stronę chmur, przy akompaniamencie wolno przetaczających się grzmo­tów. Z lejów w zboczu, rozrzuconych w rozmaitych odległoś­ciach, jednych małych jak ludzka dłoń, innych tak wielkich, że wchłonęłyby dziesięciu ludzi, dobywały się kłęby pary i dymu.

Natychmiast uwolnił Jedyną Moc i wraz ze słodyczą ode­szło charakterystyczne spotęgowanie wrażliwości zmysłów, od którego wszystko stawało się bardziej wyraziste, czystsze. Bez saidina czuł czczość, ale tutaj tylko dureń zdradziłby bodaj gotowość do przenoszenia. I tylko dureń zresztą pragnąłby w tym miejscu przyglądać się czemukolwiek dokładniej, zgłę­biać istotę rzeczy, odczuwać.

Kiedyś, w czasach zwanych obecnie Wiekiem Legend, w tym miejscu znajdowała się sielankowa wyspa, oblana ze­wsząd wodami chłodnego morza. Miłośnicy wiejskich kraj­obrazów uwielbiali tu przyjeżdżać. Teraz, mimo unoszących się wokół kłębów pary, panował dojmujący ziąb; Damodred nie poczuł go - nie pozwolił sobie na to - jednak instynkt nakazał mu otulić się szczelniej podbitą futrem jedwabną pe­lisą. Ślad jego oddechu znaczyły w powietrzu pierzaste obło­czki, ale wątłe, przezroczyste, szybko pozbywały się zawartej w nich wilgoci. Mimo iż w odległości kilkuset lig stąd, na północy, świat przemieniał się w lity lód, w Thakan'dar, nie­odmiennie ściśniętym w okowach zimy, królowała susza ­jak na pustyni.

Woda wszakże tu była, czy raczej podobna do niej ciecz atramentowej barwy, która ściekała cienką strużką w dół ska­listego zbocza, mijając po drodze zbudowaną z ciosanych ka­mieni, krytą szarym dachem kuźnię. Z jej wnętrza dobywał się brzęk młotów, każdemu uderzeniu towarzyszyła łuna białego światła, która rozświetlała zmętniałe szyby okien. Pod ścianą kuźni przycupnęła kobieta w łachmanach, kupka nieszczęścia tuląca w ramionach niemowlę, w jej spódnicach zaś kryła buzię dziewczynka o przerażająco cienkich nóżkach i rączkach. Bez wątpienia byli to jeńcy pojmani podczas rajdu na Ziemie Gra­niczne. Ale tylko garstka, Myrddraale zapewne zgrzytały­bami ze złości. Ostrza ich mieczy zawodziły po jakimś czasie i wymagały wymiany, niezależnie od ograniczeń, jakim pod­dane zostały wyprawy na Ziemie Graniczne.

Z budynku wyszedł jeden z kowali, ociężała, człekokształt­na postać, jakby wyciosana z materii samej góry. Kowale tak naprawdę nie zaliczali się do żywych istot - zagnani na dal­szą odległość od Shayol Ghul zamieniali się w kamień albo pył. Nie byli też zresztą kowalami z prawdziwego zdarzenia, gdyż nie wytwarzali nic prócz mieczy. Ten obiema rękami trzymał długie szczypce, a w nich ostrze, już zahartowane, białe niczym śnieg oświetlony srebrem księżyca. Następnie za­nurzył połyskliwy metal w czarnych wodach strumienia, bar­dzo ostrożnie, każde bowiem, nawet najmniejsze zetknięcie z płynącą w nim cieczą mogło pozbawić go choćby resztek podobieństwa do żywej istoty. Wyciągnięty metal stał się czar­ny jak śmierć. Ale nie był to jeszcze koniec całego procesu. Kowal poczłapał z powrotem do wnętrza kuźni i nagle rozległ się stamtąd donośny, rozpaczliwy krzyk mężczyzny.

- Nie! Nie! Nie...! - W tym momencie krzyk przeszedł w przeraźliwy wrzask, który nikł stopniowo, nie tracąc jedno­cześnie na intensywności, jakby krzyczący został porwany w jakąś niewyobrażalną dal. I dopiero wówczas ostrze było gotowe.

Z kuźni wyłonił się następny kowal - może był to zresztą ten sam - i poderwał siedzącą pod ścianą kobietę z przytu­lonymi do niej dziećmi na nogi. Wszyscy troje zaczęli płakać; niemowlę zostało wyrwane z objęć kobiety i wciśnięte w ra­miona dziewczynki. Kobieta nareszcie zdobyła się na śladowy chociaż opór. Łkając, kopała jak oszalała nogami, drapała pa­znokciami powłokę ciała kowala. Kamień zwróciłby tyleż sa­mo uwagi. Krzyki kobiety ucichły, kiedy zawleczono ją do wnętrza kuźni. Po chwili na nowo rozległ się brzęk młotów, całkiem zagłuszając szloch dzieci.

Jedno ostrze już wykute, jedno w robocie i dwa jeszcze do wykonania. Demandred nigdy przedtem nie widział, by mniej niż pięćdziesięciu jeńców czekało na swoją kolej, by złożyć ofiarę Wielkiemu Władcy Ciemności. Myrddraale naprawdę musiały zgrzytać zębami ze złości na tak lichy wynik polowania.

- Zostałeś zawezwany przez Wielkiego Władcę, a ośmie­lasz się mitrężyć czas? - Brzmienie tego głosu przypominało chrzęst przegniłej skóry.

Demandred obrócił się powoli - Półczłowiek, a ośmiela się przemawiać takim tonem? - ale słowa reprymendy za­marły mu w ustach. Nie przez ten bezoki wyraz ciastowatej twarzy; spojrzenie Myrddraala wywoływało strach u każdego, on jednak dawno wyplenił z siebie wszelkie resztki trwogi. Chodziło raczej o sylwetkę obleczonego w czerń stwora. Myrd­draale, wszystkie tak podobne do siebie, jakby je odlano z jed­nej formy, stanowiły zniekształconą imitację ludzi, dorównując wzrostem najwyższym spośród nich. A tymczasem ten był wyższy przeszło o głowę.

- Zaprowadzę cię do Wielkiego Władcy - powiedział. - Jestem Shaidar Haran. - Odwrócił się i zaczął wspinać w górę zbocza, robił to tak zwinnie, że przywodził na myśl wijącego się z gracją węża. Atramentowej barwy płaszcz zwi­sał nienaturalnie nieruchomo, bez jednej fałdy.

Demandred zawahał się, zanim ruszył jego śladem. Półlu­dzie zawsze brali swe imiona z narzecza trolloków, na którym ludzie wyłamywali sobie język. “Shaidar Haran” natomiast po­chodziło z ludzkiej odmiany języka, zwanej obecnie Dawną Mową; tłumaczyło się jako “Ręka Ciemności”. Kolejna nie­spodzianka, a Demandred nie lubił niespodzianek, zwłaszcza w Shayol Ghul.

Wejście do wnętrza góry wyglądało tak samo jak inne roz­siane w zboczu leje, z tą różnicą, że nie dobywały się zeń para ani dym. Przejście było dostatecznie szerokie, by pomieścić dwóch mężczyzn idących pierś w pierś, a jednak Myrddraal nadal szedł przodem. Droga prawie natychmiast zaczęła opadać w dół, przekształcając się w tunel o ścianach tak gładkich, jakby wyłożono je ceramicznymi płytkami. Chłód ustępował, wypierany przez żar, który potęgował się, w miarę jak Deman­dred, wbijając wzrok w szerokie barki Shaidara Harana, postę­pował naprzód; schodzili coraz niżej. Czuł narastający żar, ale postanowił nie okazywać tego. Tunel wypełniało bijące od ka­mienia blade światło, jaśniejsze niźli ten wiekuisty zmierzch, który panował na zewnątrz. Ze sklepienia wystawały poszar­pane kolce, niczym kamienne szczęki gotowe w każdej chwili się zewrzeć, kły Wielkiego Władcy, które mogły rozedrzeć na strzępy niewiernego bądź zdrajcę. Choć nie prawdziwe, ale równie skuteczne.

Nagle coś dotarło do jego świadomości. Za każdym razem, kiedy odbywał tę wyprawę, kolce ocierały się o czubek jego głowy. A teraz nawet od głowy Myrddraala dzieliła je odle­głość dwóch dłoni, może nawet większa. Zdziwił się. Nie fa­ktem, że zmieniła się wysokość tunelu - dziwniejsze rzeczy były w tym miejscu na porządku dziennym - lecz tą dodat­kową przestrzenią łaskawie ofiarowaną Półczłowiekowi. Wiel­ki Władca udzielał napomnień nie tylko ludziom ale również Myrddraalom. To wyższe sklepienie było więc wskazówką godną zapamiętania.

Tunel znienacka zmienił się w szeroki występ, z którego roztaczał się widok na jezioro stopionego kamienia, czerwieni skłębionej z czernią, gdzie po powierzchni tańczyły płomienie wysokości człowieka, tańczyły, umierały i na nowo powstawa­ły. Nie było tam dachu, tylko wielki otwór na przestrzał całej góry, ziejący ku niebu, które nie było niebem Thakan'dar. W porównaniu z nim niebo Thakan'dar wyglądało normalnie, z jego dzikimi strzępiastymi chmurami mknącymi tak chyżo, jakby napędzały je najszybsze wiatry świata. To miejsce ludzie nazwali Szczeliną Zagłady, mało kto jednak wiedział, jak traf­na to była nazwa.

Demandred tyle już razy odwiedzał to miejsce - pierw­szą wizytę złożył przed ponad trzema tysiącami lat - a mimo to wciąż czuł przepełniającą go grozę. Tutaj zdawało mu się czuć niemalże namacalną bliskość Szybu, otworu wybitego, jakże dawno już temu, do tego miejsca, w którym od momentu Stworzenia więziono Wielkiego Władcę. Tutaj nurzał się we wrażeniu obecności Wielkiego Władcy. Tak naprawdę, to miej­sce wcale nie znajdowało się bliżej Szybu niźli jakiekolwiek inne na świecie, niemniej jednak był on tu znacznie lepiej wyczuwalny, a to za sprawą rozluźnienia Wzoru.

Demandred omal się nie uśmiechnął, miał na to ochotę jak nigdy dotąd w życiu. Jakimiż to głupcami są ci, którzy sprze­ciwiają się Wielkiemu Władcy! To prawda, Szyb jest nadal zablokowany, znacznie jednak luźniej niż wtedy, gdy Deman­dred przebudził się z długiego snu i wyrwał na wolność z włas­nego, tamże umieszczonego więzienia. Zablokowany, a mimo to coraz szerszy. Wciąż jeszcze nie tak, jak wtedy, gdy wraz ze swymi towarzyszami został doń zapędzony pod koniec Woj­ny o Moc; jednak od czasu przebudzenia, przy każdej kolejnej wizycie stawał się wyraźnie bardziej przestronny. Już niedługo blok przestanie istnieć i Wielki Władca Ciemności na powrót zagarnie świat. Już niedługo nastanie Dzień Powrotu. A wtedy on przejmie władzę nad światem i będzie ją sprawował po wsze czasy. Pod Wielkim Władcą Ciemności, ma się rozumieć. I oczywiście razem z innymi Wybranymi, przynajmniej tymi, którzy pozostaną przy życiu.

- Możesz już odejść, Półczłowieku. - Nie chciał, by ten stwór zauważył narastającą w nim ekstazę. Ekstazę i ból.

Shaidar Haran nie drgnął nawet.

Demandred otworzył usta... i wtedy pod jego czaszką eks­plodował głos.

- DEMANDREDZIE!

Nazywać to głosem, to jak określić górę mianem kamyczka. Omal nie starł na proch myśli tłukących się po głowie, samej jaźni; przepełnił go uniesieniem. Demandred osunął się bez­władnie na kolana. Myrddraal stał i obserwował go obojętnie. Głos wypełniający najgłębsze zakamarki jestestwa Demandre­da sprawiał, że tylko niewielką cząstką swej istoty w ogóle uświadamiał sobie obecność tamtego.

- DEMANDREDZIE. CO SŁYCHAĆ NA TYM ŚWIECIE?

Nigdy nie zdawał sobie do końca sprawy, ile Wielki Wład­ca wie o rzeczach świata. Ignorancją zaskakiwał go w równym stopniu, co przenikliwością. Nie miał jednak wątpliwości, o czym Wielki Władca chce usłyszeć teraz.

- Rahvin zginął, Wielki Władco. Wczoraj. - Ból. Eu­foria często szybko przeradzała się w ból. Dostał skurczy w no­gach i rękach. Pocił się już. - Lanfear zniknęła bez śladu, podobnie Asmodean. A Graendal twierdzi, że Moghedien nie stawiła się na umówione spotkanie. To wszystko stało się wczoraj, Wielki Władco. Nie wierzę w zbiegi okoliczności.

- LICZBA WYBRANYCH ZMNIEJSZA SIĘ, DEMAN­DREDZIE. SŁABI ODPADAJĄ. TEN, KTO MNIE ZDRA­DZI, UMRZE ŚMIERCIĄ OSTATECZNĄ. ASMODEAN SPACZONY PRZEZ WŁASNĄ SŁABOŚĆ. RAHVIN ZABI­TY PRZEZ WŁASNĄ PYCHĘ. SŁUŻYŁ JAK NALEŻY, ALE NAWET JA NIE MOGŁEM GO URATOWAĆ PRZED OGNIEM STOSU. NAWET JA NIE MOGĘ OPUŚCIĆ CZASU.

Przez chwilę straszliwy gniew przepełniał ten wszechwład­ny głos, gniew, a także... czy mogła to być rozpacz? Trwało to jednak tylko krótką chwilę.

- SPRAWCĄ TEGO WSZYSTKIEGO JEST MÓJ OD­WIECZNY WRÓG, TEN, KTÓRY ZWIE SIĘ SMOKIEM. CZY UWOLNISZ OGIEŃ STOSU W MOIM IMIENIU, DE­MANDREDZIE?

Demandred zawahał się. Po skroni spływała mu strużka potu, zdawała się tak toczyć już od godziny. Podczas Wojny o Moc był taki rok, kiedy obie strony do woli wykorzystywały ogień stosu. Obie przekonały się na własnej skórze, jakie są konsekwencje. Bez żadnej ugody czy zawieszenia broni ­nigdy nie doszło do żadnego zawieszenia broni, podobnie jak nikomu nigdy nie darowano życia - obie strony najzwyczaj­niej przestały go stosować. Tamtego roku od ognia stosu wy­ginęły całe miasta, z Wzoru wypaliły się setki tysięcy wątków; mało co, a sama rzeczywistość byłaby się spruła, świat i wszechświat omal nie wyparowały niczym mgła. Gdyby zno­wu doszło do uwolnienia ognia stosu, a nuż zabrakłoby świata, którym przecież miał władać?

Jeszcze jedna rzecz dotknęła go boleśnie. Wielki Władca wiedział już, że Rahvin zginął. Najwyraźniej również lepiej zdawał sobie sprawę z kolei losów Asmodeana.

- Jak rozkażesz, Wielki Władco, tak się też i stanie. ­Jego mięśniami targały drgawki, ale mówił głosem pewnym i niewzruszonym. Od zetknięcia z rozpalonym kamiennym podłożem kolana miał już pokryte pęcherzami, ale jego ciało równie dobrze mogło teraz należeć do jakiejś innej osoby.

- OKAŻ ZATEM POSŁUSZEŃSTWO.

- Wielki Władco, Smoka da się zniszczyć. - Martwy człowiek nie mógł władać ogniem stosu i może wówczas Wiel­ki Władca nie będzie już widział takiej potrzeby. - On ni­czego nie wie, jest słaby, rozprasza swą uwagę, kierując ją jednocześnie na kilkanaście spraw. Rahvin był próżnym głup­cem. Ja...

- CZY CHCIAŁBYŚ ZOSTAĆ NAE'BLIS?

Demandred poczuł, jak drętwieje mu język. Nae'blis. Ten, który stanie zaledwie stopień niżej u tronu Wielkiego Władcy i będzie rozkazywał innym.

- Chcę ci tylko służyć, Wielki Władco, jak tylko mogę. - Nae'blis.

- SŁUCHAJ ZATEM I SŁUŻ. USŁYSZ, KTO UMRZE, A KTO BĘDZIE ŻYŁ.

Demandred krzyknął przeraźliwie, gdy brzmienie słów ru­nęło na niego niczym lawina. Zalał się łzami radości.

Myrddraal przyglądał mu się, żadnym ruchem nie zdradza­jąc swych myśli.

 

 

- Przestańcie się wiercić! - Nynaeve gniewnym ruchem przerzuciła warkocz na plecy. - Nic z tego nie wyjdzie, jeśli nie skończycie z tymi podrygami. Zupełnie jak dzieci, kiedy coś je swędzi.

Żadna z kobiet siedzących po drugiej stronie rozchybota­nego stołu nie wyglądała na starszą, mimo iż miały po dwa­dzieścia z okładem więcej lat niż ona, i żadna wcale się nie wierciła, jednak przez ten upał Nynaeve zaczynała już wycho­dzić z siebie. W tej niewielkiej, pozbawionej okien izbie niemal brakowało już powietrza. Ona cała ociekała potem, a tymcza­sem te dwie były świeże, jakby w pomieszczeniu panował miły chłód. Leane, ubrana w suknię z Arad Doman, uszytą z o wiele za cienkiego, niebieskiego jedwabiu, nieznacznie wzruszyła ra­mionami; wysoka kobieta o miedzianej karnacji najwyraźniej dysponowała nieskończonymi zapasami cierpliwości. Nato­miast Siuan, o jasnej cerze i krzepkiej budowie, chyba całkiem była jej pozbawiona.

Siuan mruknęła coś niewyraźnie i z irytacją poprawiła fałdy sukni; przeważnie nosiła się dość pospolicie, tego ranka wszak­że przywdziała cienki żółty len z taireniańskim haftem przy dekolcie, któremu niewiele brakowało do miana zbyt głębokie­go. Niebieskie oczy były zimne jak woda w bardzo, bardzo głębokiej studni. To znaczy, porównanie to byłoby trafne, gdy­by ta pogoda nie oszalała. Suknie Amyrlin mogła zmieniać, ale nie potrafiłaby tego zrobić z wyrazem oczu.

- Tak czy siak, nic z tego nie wyjdzie - warknęła. Nie zmieniła też stylu wyrażania się. - Nie łata się kadłuba, jeśli spłonęła cała łódź. Dlatego jest to strata czasu, no ale skoro już obiecałam, to w takim razie weźmy się do rzeczy. Leane i mnie czeka jeszcze robota.

Obie kierowały siatkami szpiegowskimi, pracującymi dla Aes Sedai zgromadzonych tu, w Salidarze, zawiadując poczy­naniami agentów, którzy nadsyłali raporty, donoszące o fa­ktach, a także i plotkach z całego świata.

Żeby odzyskać panowanie nad sobą, Nynaeve zaczęła wy­gładzać spódnice. Suknię miała ze zwykłej białej wełny, z sied­mioma barwnymi paskami przy rąbku, oznaczającymi poszcze­gólne Ajah. Suknia Przyjętej. Trudno jej było sobie wyobrazić, co innego mogłoby ją mocniej zezłościć. O wiele bardziej wo­lałaby ten zielony jedwab, który musiała schować na dnie skrzyni. Była wprawdzie gotowa przyznać, przed sobą przy­najmniej, że nabyła upodobania do pięknych strojów, ale tę suknię wybrałaby wyłącznie dla wygody - była cienka i lekka - a wcale nie dlatego, że zieleń należała do ulubionych ko­lorów Lana. Wcale nie. Jałowe marzenia najgorszego rodzaju. Przyjęta, która włożyłaby coś innego prócz bieli ozdobionej różnokolorowymi paskami, rychło dowiedziałaby się, że bar­dzo, ale to bardzo dużo brakuje jej jeszcze do pełnej Aes Sedai. Jedną stanowczą decyzją przepędziła te myśli z głowy. Nie znalazła się w tym miejscu po to, by deliberować nad fatała­szkami. Błękit też lubi. Dosyć!

Posługując się Jedyną Mocą, zaczęła delikatnie sondować, najpierw Siuan, potem Leane. Poniekąd to nie ona przenosiła. Nie potrafiła przenieść nawet strzępka, jeśli nie była dostatecz­nie rozwścieczona; teraz nie czuła nawet Prawdziwego Źródła. A mimo to rezultat był taki sam. Cienkie włókienka saidara, żeńskiej połowy Prawdziwego Źródła, przeciekały przez obie kobiety jak przez sito. Ale to nie ona tkała te sploty.

Na lewym nadgarstku Nynaeve nosiła cienką bransoletę wykonaną z prostych srebrnych detali. Przeważnie srebrnych, przy czym srebro pochodziło ze specjalnego źródła, niczego to jednak ostatecznie nie zmieniało. Była to jedyna ozdoba, jaką nosiła, wyjąwszy pierścień z Wielkim Wężem - Przy­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin