Kosinski_Jerzy_-_Kroki.rtf

(306 KB) Pobierz
Jerzy Kosiñski

Jerzy Kosiński

 

 

 

Kroki

(Przełożył Henry Dasko)


MOJEMU OJCU człowiekowi łagodnemu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla człowieka nieopanowanego nie istnieje mądrość, nie istnieje także zdolność skupienia; bez skupienia zaś nie można zaznać spokoju. A czyż niespokojni mogą mówić o szczęściu?

BHAGA VADGITA


Jechałem coraz dalej na południe. Wioski były małe i ubogie; gdy tylko się w którejś zatrzymałem, wokół samochodu zbierał się tłum, a dzieci śledziły każdy mój ruch.

Postanowiłem spędzić parę dni w ogołoconej z ro­ślinności, pełnej pobielonych chat wiosce; chciałem odpocząć, a także oddać do prania i reperacji odzież. Kobieta, która się podjęła tej pracy, wyjaśniła, że zrobi to szybko i sprawnie, ponieważ ma pomocni­cę — młodą dziewczynę, sierotę, zmuszoną do zara­biania na własne utrzymanie. Wskazała na dziewczy­nę patrzącą na nas z okna.

Kiedy wróciłem następnego dnia, żeby odebrać uprane rzeczy, we frontowym pokoju się na nią na­tknąłem. Od czasu do czasu podnosiła na mnie oczy, a ilekroć napotkałem jej wzrok, usiłowała ukryć za­interesowanie moją osobą i coraz niżej pochylała gło­wę nad szyciem.

Przekładając dokumenty do kieszeni świeżo upra­sowanej marynarki zauważyłem, z jaką ciekawością spogląda na plastikowe karty kredytowe, które na chwilę położyłem na stole. Zapytałem, czy wie, do czego służą; odrzekła, że nigdy czegoś takiego nie wi­działa. Powiedziałem, że przy pomocy każdej z tych kart można kupić meble, pościel, naczynia kuchenne, jedzenie, odzież, pończochy, obuwie, torebki, perfu­my, niemal wszystko, co się chce — bez płacenia za to pieniędzmi.

Niedbałym tonem wyjaśniłem dziewczynie, że mogę również używać swoich kart w najdroższych sklepach pobliskiego miasta, że wystarczy je poka­zać, by podano mi jedzenie w jakiejkolwiek restaura­cji, że mogę zatrzymać się w najlepszych hotelach i że wszystko to dostępne jest zarówno dla mnie, jak i dla wybranych przeze mnie osób. Chciałbym ją za­brać ze sobą — dodałem — ponieważ podoba mi się i jest ładna, mam też wrażenie, że chlebodawczyni nie traktuje jej dobrze. Jeżeli sobie życzy, może pozo­stać ze mną, jak długo zechce.

Ciągle nie patrząc na mnie dziewczyna spytała — jak gdyby pragnąc się upewnić — czy będą jej po­trzebne pieniądze. Po raz wtóry powiedziałem, że je­żeli mamy ze sobą karty i postanowimy z nich korzy­stać, ani jej, ani mnie pieniądze nie będą potrzebne. Obiecałem, że zwiedzimy razem różne miasta, a na­wet różne kraje; nie będzie musiała pracować ani ro­bić czegokolwiek poza dbaniem o siebie, kupię jej, co tylko zapragnie, będzie mogła nosić wspaniałe stroje i pięknie dla mnie wyglądać i zmieniać uczesanie czy nawet kolor włosów, jak często zechce. Aby tak się stało, wystarczy, aby nie mówiąc nikomu ani słowa, późno w nocy wyszła z domu i spotkała się ze mną przy drogowskazie na krańcu wioski. Zapewniłem ją, że gdy już znajdziemy się w mieście, do jej chleboda­wczyni wysłany zostanie list wyjaśniający, że jak wiele dziewcząt przed nią opuściła dom, by znaleźć pracę w wielkim mieście. W końcu powiedziałem, że będę na nią czekał tej nocy i bardzo liczę na to, że przyjdzie.

Karty kredytowe leżały na stole. Dziewczyna wsta­ła i wpatrywała się w nie ze czcią, w której było nie­dowierzanie; wyciągnęła prawą rękę, by ich dotknąć, ale natychmiast ją cofnęła. Wziąłem jedną z kart i podałem jej. Trzymała ją delikatnie w palcach jak sakralny opłatek, unosząc ku światłu, by zbadać wytłoczone na niej litery i cyfry.

Wieczorem zaparkowałem samochód wśród krza­ków o parę metrów od drogowskazu. Przed zapad­nięciem ciemności minęło mnie wiele furmanek, wra­cających z targu do wioski, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Nagle z tyłu za mną pojawiła się dziewczyna; za­dyszana i przerażona, przyciskała do piersi zawiniąt­ko z rzeczami. Otworzyłem drzwi auta i bez słowa wskazałem jej tylne siedzenie. Zapaliłem niezwłocz­nie silnik i dopiero gdy znaleźliśmy się poza obrębem wioski, zmniejszyłem szybkość i powiedziałem, że jest teraz wolna i że dni jej ubóstwa minęły. Przez ja­kiś czas siedziała bardzo cicho, a potem niepewnym głosem spytała, czy mam nadal swoje karty. Wyjąłem karty z kieszeni i podałem jej. Po kilku minutach przestałem widzieć głowę dziewczyny we wstecznym lusterku: usnęła.

Następnego dnia przed południem dotarliśmy do miasta. Dziewczyna obudziła się i wpatrując się w ruch uliczny przylgnęła twarzą do szyby. Nagle dotknęła mego ramienia i wskazała na duży dom to­warowy, który właśnie mijaliśmy. Powiedziała, że chce sprawdzić, czy moje karty rzeczywiście mają moc większą od pieniędzy. Zaparkowałem samochód.

Wewnątrz sklepu przywarła do mego ramienia; czułem, że wnętrze jej dłoni jest wilgotne z emocji. Przyznała, że nigdy przedtem nie była ani w mieście, ani nawet w miasteczku; trudno jej było uwierzyć, że tylu ludzi zgromadzić się może w jednym miejscu, a mimo to tyle rzeczy zostaje jeszcze do nabycia. Wskazywała suknie, które jej się podobały i zgodziła się z kilkoma moimi sugestiami dotyczącymi strojów, w których będzie jej najbardziej do twarzy. Przy po­mocy dwóch sprzedawczyń, patrzących z nie ukrywa­ną zazdrością na moją towarzyszkę, wybraliśmy kilka par butów, rękawiczek, pończoch, trochę bielizny, kilka sukienek i torebek oraz płaszcz.

Ogarniał ją coraz większy lęk. Kiedy spytałem, czy się boi, że moimi kartami nie będzie można zapłacić za wszystko, co wybraliśmy, z początku zaprzeczała; wreszcie przyznała się do swoich obaw. Dlaczego — zapytała — tylu ludzi w jej wiosce musi harować przez całe życie, by móc zapłacić za rzeczy, jakie ku­piliśmy, podczas gdy ja, nie będąc słynnym piłka­rzem ani gwiazdorem filmowym, ba, nawet prałatem, w ogóle nie potrzebuję pieniędzy, by stać się posiada­czem wszystkiego, czego zapragnę.

Kiedy zapakowano już wszystkie nasze zakupy, podałem kasjerce jedną z kart. Podziękowała uprzej­mie, zniknęła na chwilę, po czym wróciła i oddała mi kartę wraz z rachunkiem. Moja przyjaciółka stała za mną; paliła się, by porwać paczkę, ale wciąż bała się to zrobić.

Opuściliśmy sklep. Gdy znaleźliśmy się w aucie, otworzyła pakunek i obejrzała swoje rzeczy: dotyka­ła ich, wąchała i znów dotykała, otwierała i zamyka­ła pudło. Kiedy ruszyłem, zaczęła przymierzać pan­tofle i rękawiczki. Zatrzymałem się przed niewielkim hotelikiem i weszliśmy do środka. Nie zwracając uwagi na pełne domysłu spojrzenie portiera, zażąda­łem połączonych ze sobą pokoi. Moje walizki wnie­siono na górę, ale dziewczyna nalegała, by własnorę­cznie nieść pudło, jak gdyby w obawie, że ktoś je za­bierze.

Na górze poszła się przebrać do swojego pokoju i wróciła ubrana w nową suknię. Paradowała przede mną, stawiając niepewne kroki w nowych pantoflach na wysokim obcasie, przeglądała się w lustrze, po czym znów wracała do swego pokoju, żeby przymie­rzać kolejne stroje.

Późnym popołudniem przywieziono ze sklepu pozo­stałe pakunki zawierające damską bieliznę. Dziewczy­na była lekko oszołomiona winem, które wypiliśmy podczas lunchu; teraz, jakby usiłując zaimponować mi swą nowo nabytą światowością, którą musiała podpatrzyć w pismach, opisujących socjetę i świat filmu, stała przede mną z dłońmi wspartymi na biod­rach, zwilżając wargi językiem i szukając rozchybotanym wzrokiem mojego spojrzenia.

 

*

 

Było nas kilkoro. Pracowaliśmy na jednej z wysp jako asystenci profesora archeologii, który przez całe lata prowadził poszukiwania resztek dawnej cywili­zacji, będącej u szczytu swego rozwoju piętnaście stuleci przed naszą erą.

Profesor twierdził, że była to cywilizacja wysoce rozwinięta, którą w pewnym momencie starł z po­wierzchni ziemi jakiś potężny kataklizm. Nie zgadzał się z powszechnie uznaną teorią, że wyspę nawiedzi­ło straszliwe trzęsienie ziemi, a następnie zalała ją gigantyczna fala morska. Gromadziliśmy szczątki naczyń, przesiewaliśmy popioły szukając resztek przedmiotów zrobionych ręką ludzką i odkopywaliś­my materiały budowlane, profesor zaś katalogował to wszystko jako dowody mające wesprzeć jego nie opublikowane jeszcze dzieło.

Po miesiącu postanowiłem opuścić wykopaliska i zwiedzić sąsiednią wyspę. Spieszyłem się, by zdążyć na prom i odjechałem przed otrzymaniem wypłaty, ale obiecano mi, że mój czek nadejdzie następną ło­dzią pocztową. Miałem ze sobą dość pieniędzy, by przeżyć jeden dzień.

Po przyjeździe spędziłem cały dzień na zwiedza­niu. Nad wyspą górował nieczynny wulkan, którego rozległe zbocza pokrywała zwietrzała porowata lawa, tworząca uprawną, choć mało urodzajną glebę.

Zszedłem do portu; godzinę przed zachodem słoń­ca, gdy robiło się chłodniej, łodzie rybackie wypły­wały na nocny połów. Patrzyłem, jak ślizgają się po spokojnej, prawie gładkiej wodzie, aż ich wydłużone, niskie sylwetki zniknęły z pola widzenia. Wyspy, na­gle pozbawione blasku, odbijającego się od ich ska­listych grzbietów, stały się czarne i groźne. W końcu zniknęły jedna po drugiej, jakby wciągane bezgłośnie pod powierzchnię morza.

Następnego ranka poszedłem na nabrzeże, by ocze­kiwać łodzi pocztowej. Ku memu zaskoczeniu wypła­ta nie nadeszła. Stałem na molo zastanawiając się, jak dam sobie radę i czy w ogóle uda mi się opuścić wyspę. Przy sieciach, przyglądając mi się, siedziało kilku rybaków; wyczuli, że coś jest nie w porządku. Trzech z nich zbliżyło się do mnie; zaczęli coś mówić. Nie zrozumiałem i odpowiedziałem w obu językach, które znałem: twarze ich stały się posępne i wrogie, gwałtownym ruchem odwrócili się ode mnie. Tej nocy zaniosłem śpiwór na plażę i spałem na piasku.

Rano wydałem resztkę pieniędzy na filiżankę kawy. Wspiąłem się krętymi uliczkami koło portu i przez wynędzniałe pola dotarłem do najbliższej wioski. Siedzący w cieniu wieśniacy przyglądali mi się ukradkiem. Głodny i spragniony, wystawiony na palące promienie słońca, wróciłem na plażę. Nie mia­łem nic, co by się dało zamienić na żywność lub pie­niądze: zegarka, wiecznego pióra, spinek do mankie­tów, aparatu fotograficznego czy portfela. W połud­nie, gdy słońce stało wysoko i mieszkańcy ukryli się w domach, poszedłem na posterunek policji. Jedyny policjant na wyspie drzemał przy telefonie. Zbudzi­łem go, lecz nie kwapił się, by pojąć nawet najprost­sze moje gesty. Wskazywałem na telefon i wywraca­łem moje puste kieszenie; dawałem mu znaki i ryso­wałem obrazki, odgrywałem nawet sceny głodu i pra­gnienia. Nic z tego nie przyniosło efektu; policjant nie wykazywał zainteresowania ani zrozumienia i te­lefon pozostał pod kluczem. Był to jedyny telefon na wyspie; przewodnik, który przeczytałem, zawierał nawet tę drobną informację.

Po południu spacerowałem po wiosce, uśmiechając się do mieszkańców w nadziei, że poczęstują mnie czymś do picia lub zaproszą do stołu. Nikt nie od­wzajemniał moich pozdrowień, a sklepikarze po pro­stu mnie ignorowali. Kościół znajdował się na naj­większej wyspie archipelagu, i nie miałem żadnych środków, by się tam dostać i poprosić o pożywienie i nocleg. Wróciłem na plażę, jakbym się spodziewał, że ratunek nadejdzie od morza. Byłem wygłodzony i wyczerpany. Od słońca dostałem silnej migreny i fa­lami nachodziły mnie zawroty głowy. Nagle usłysza­łem obcy język. Obróciłem się i zobaczyłem dwie ko­biety siedzące nad wodą. Z ich ud i ramion zwisały fałdy szarego, gęsto pokreślonego żyłami tłuszczu, a ich pełne, obwisłe piersi wciśnięte były w staniki ogromnych rozmiarów.

Opalały się wyciągnięte na ręcznikach plażowych wśród ekwipunku, jaki zabiera się na piknik: koszy­ków z jedzeniem, termosów, parasoli, siatek pełnych owoców. Na piętrzących się obok książkach widniały sygnatury biblioteczne. Kobiety były najwyraźniej letniczkami wynajmującymi pokój u miejscowej ro­dziny. Zbliżyłem się powoli, lecz otwarcie, pełen obaw, że je przestraszę. Przerwały rozmowę, a ja po­zdrowiłem je z uśmiechem, używając po kolei dwóch języków, które znałem. Odpowiedziały w innym. Nie mieliśmy wspólnego języka, ale świadomość znajdu­jącego się obok pożywienia działała na mnie nieod­parcie. Usiadłem obok nich, jak gdyby pod wraże­niem, że zostałem zaproszony, a gdy zaczęły jeść, wpatrywałem się w jedzenie: ignorowały moje upor­czywe spojrzenie lub go nie dostrzegały. Po paru mi­nutach kobieta, którą uznałem za starszą, poczęsto­wała mnie jabłkiem. Jadłem powoli, starając się nie okazać głodu, ale i w nadziei na coś bardziej treści­wego. Przyglądały mi się z uwagą.

Na plaży było gorąco: zapadłem w drzemkę. Obu­dziłem się jednak, gdy kobiety podniosły się na nogi. Ramiona i plecy miały czerwone od słońca. Strużki potu żłobiły piasek, który przywarł do ich obwisłych ud, a zwały tłuszczu spływały z bioder, gdy pochylały się z trudem, by zebrać rzeczy. Pomogłem im. Skinęły kokieteryjnie i ruszyły wzdłuż wewnętrznego brzegu plaży. Podążyłem za nimi.

Dotarliśmy do domu, w którym mieszkały. Przy wejściu chwyciła mnie kolejna fala zawrotów gło­wy; potknąłem się na stopniu i upadłem. Śmiejąc się i szczebiocząc, kobiety rozebrały mnie i zaciąg­nęły na duże, niskie łóżko. Wciąż oszołomiony, wskazałem na swój żołądek. Bez zwłoki przyniosły mi mięso, owoce, mleko. Nim zdążyłem skończyć posiłek, zaciągnęły zasłony i zdarły z siebie kostiu­my kąpielowe. Nagie zwaliły się na mnie. Pogrze­bały mnie ich wielkie brzuchy i szerokie zady; ko­biety przygwoździły mi ręce; miętosiły mnie, obściskiwały i gniotły.

O świcie byłem na molo. Przypłynęła łódź poczto­wa, ale do mnie nie nadszedł ani czek, ani list. Sta­łem patrząc na łódź znikającą w gorącym słońcu, które spalało poranną mgłę odsłaniając jedną po dru­giej odległe wyspy.

 

*

 

Jako instruktor narciarski pracowałem w uzdrowi­sku górskim, dokąd wysyłano na leczenie pacjentów-gruźlików. Z mojego mieszkania mogłem dostrzec sanatorium i odróżnić blade twarze nowo przybyłych od opalonych twarzy starych pacjentów, którzy opa­lali się na tarasach.

Pod koniec każdego popołudnia moi zmęczeni pod­opieczni wracali do swoich pensjonatów, ja zaś do mojego samotnego posiłku. Większość czasu spędza­łem sam. Po kolacji przytłumiony dźwięk gongu w sanatorium obwieszczał ciszę nocną i w kilka minut potem światła gasły kolejno, jak gdyby wykradane z jednego okna po drugim.

W chacie wysoko na zboczu zawył pies. Trzasnęły gdzieś drzwi. Dostrzegłem sylwetki ludzkie brnące poprzez głęboki śnieg, pokrywający pobliskie pole: instruktorzy narciarscy z okolicznych domów skra­dali się ukradkiem na swe nocne schadzki. Z bezkre­su mroku otaczającego sanatorium wyłoniło się kilka postaci spiesząc ku czekającym poniżej mężczyznom: to pacjentki wymykały się do swoich kochanków. Sylwetki stykały się i wtapiały jedna w drugą jak sklejane ze sobą kawałki cienia. Każda z par odcho­dziła osobno. W świetle księżyca wyglądały jak kar­łowate sosenki górskie schodzące ze zbocza, by węd­rować wśród bezwietrznych pól. Wkrótce wszystkie zniknęły.

W ciągu następnych kilku tygodni zorientowałem się, że niektórym z silniejszych pacjentów wolno było spędzać część dnia na świeżym powietrzu. Spotykali się w kawiarni u podnóża stoków i wielu z nich nawiązywało znajomości z wczasowiczami i praco­wnikami uzdrowiska. Często ukryty w kępie świer­ków, obserwowałem ich, jak łączą się w pary; przy­glądałem się, jak od czasu do czasu zmieniają par­tnerów; zapisywałem w pamięci zarówno t...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin