Friedrich Dürrenmatt
UPADEK
(Przełożył: Stanisław Andrzej Owsianko.)
W Sali Bankietowej Biura Politycznego znajdował się zimny bufet z faszerowanymi jajkami, szynką, kanapkami, kawiorem, wódką i szampanem - członkowie Biura mieli zwyczaj pokrzepiać się tam przed naradami; N wstąpił do bufetu, po czym zjawił się jako pierwszy w Sali Posiedzeń. Od kiedy został członkiem Najwyższej Instancji, tylko w tym pomieszczeniu czuł się bezpiecznie; był niby tylko Ministrem Łączności i wydana z okazji Konferencji Pokojowej seria znaczków - jak doszły doń słuchy z kół zbliżonych do D (dokładniej dowiedział się o tym od E) - podobała się A, ale jego poprzednicy, pomimo raczej podrzędnej roli tego resortu w aparacie Państwa - przepadli bez śladu i dopytywać się o nich nie było rzeczą wskazaną - nawet, jeśli Szef Bezpieki C był w stosunku do niego bardzo uprzejmy.
Przed wejściem do Sali Bankietowej i przed wejściem do Sali Posiedzeń N został obmacany - najpierw obmacał go, jak zawsze, kapitan o sportowej sylwetce, potem pułkownik - blondyn, którego N nigdy przedtem nie widział; łysy pułkownik, który zwykle obmacywał przed Salą Posiedzeń musiał być na urlopie, albo go przeniesiono, albo zwolniono, zdegradowano lub rozstrzelano. N położył aktówkę na stole i zajął miejsce. L usiadł obok. Sala Posiedzeń była długa i niewiele szersza od stołu przy którym siadano. Ściany do połowy wysokości wyłożone były boazerią, wyżej, podobnie jak sufit, białe. Porządek miejsc określała hierarchia Systemu. A zasiadał na szczycie. Ponad nim, na białej ścianie wisiał Sztandar Partii. Przeciwległy koniec stołu był wolny i tam znajdowało się jedyne w pokoju okno - wysokie, o wypukłym sklepieniu, podzielone na pięć części i bez zasłon. B D F H K M zasiadali po prawej (patrząc od A) stronie stołu, naprzeciw nich C E G I L N, obok N jeszcze Kierownik Organizacji Młodzieżowej P, zaś obok M, Minister Gospodarki Jądrowej O. P i O nie brali jednak udziału w głosowaniach. L był najstarszy w gremium i przed objęciem władzy przez A, pełnił funkcje sprawowane obecnie przez D. Zanim został rewolucjonistą był kowalem. Wielki, barczysty, bez śladu tłuszczu. Twarz miał czerstwą, krzepkie ręce i gęste jeszcze, siwe, krótko przystrzyżone włosy. Był nieogolony. Jego ciemny garnitur przypominał odświętne ubranie robotnika. Nigdy nie nosił krawata, a kołnierzyk jego białej koszuli był zawsze zapięty. L był popularny w Partii i wśród ludu, o jego czynach w czasie Powstania Czerwcowego legendy krążyły, jako że jednak czasy te tak już były odległe - A nazywał do Pomnikiem. Uważano go powszechnie za człowieka prawego, był bohaterem - toteż jego zejście z areny nie mogło być pokazówką - polegało ono na stopniowym pogrążaniu w hierarchii. L żył dręczony ciągłą obawą Procesu, wiedział, że upadek musi w końcu nadejść. Jak obaj Marszałkowie - H i K, był często pijany, nawet na Posiedzenia Biura nie przychodził już trzeźwy. Teraz też śmierdział wódką i szampanem, ale jego chrypliwy głos był spokojny, a wodniste, nabiegłe krwią oczy spoglądały szyderczo: “Kolego - odezwał się do N - jesteśmy załatwieni, O nie przyszedł”. N nie odpowiedział. Nawet nie drgnął.. Udawał obojętnego. Może aresztowanie O było plotką, może L się mylił, a jeśli się nie mylił, to może położenie N nie było tak beznadziejne jak położenie L, który odpowiadał za transport. Kiedy coś nie grało w przemyśle ciężkim, w rolnictwie, w konwencjonalnej lub jądrowej gospodarce energetycznej (a zawsze gdzieś coś nie grało) - odpowiedzialność zawsze można było zwalić na Ministra Komunikacji. Awanse, opóźnienia, zahamowania. Odległości były olbrzymie, a kontrola niezwykle trudna.
Weszli: Sekretarz Partii D i Minister I. Sekretarz był otyły, potężny i inteligentny. Nosił skrojone na wzór wojskowy ubranie, w czym naśladował A - zdaniem jednych - wiernopoddańczo, zdaniem innych - z czystej kpiny. I był rudy i szczupły. Po przejęciu władzy przez A był Generalnym Prokuratorem - niezwykle wnikliwym. W okresie Pierwszej Wielkiej Czystki forsował wyroki śmierci na starych rewolucjonistów; przy tym zdarzył mu się lapsus: na życzenie A załatwił wyrok na jego zięcia, a kiedy nieoczekiwanie A przebaczył nagle zięciowi i interweniował - ów właśnie był już rozstrzelany; ten lapsus kosztował I nie tylko stanowisko Generalnego Prokuratora, gorzej, wyniósł go do władzy. Został mianowany członkiem Biura Politycznego i tym samym znalazł się na najbardziej dogodnej liście odstrzału. Osiągnął pozycję, na której żeby dostać kopa, wystarczały polityczne powody - a te zawsze można było znaleźć. W przypadku I powody już były. Nikt przecież nie wierzył, że A wówczas chciał ratować zięcia; jego zgładzenie na pewno nie było mu nie na rękę (córka A już sypiała wtedy z P); ale w ten sposób A miał teraz publiczny pretekst żeby załatwić I kiedy przyjdzie mu na to ochota, a ponieważ A nigdy jeszcze nie przepuścił okazji załatwienia kogoś, I nie dawano żadnych szans. I wiedział o tym, ale udawał, niezbyt zresztą zgrabnie, że nie wie. Teraz też zbyt ostentacyjnie próbował tuszować swój strach. Opowiadał Sekretarzowi o występie Państwowego Baletu. Opowiadał o balecie, rzucając przy tym fachowymi wyrażonkami tak jak na każdym Posiedzeniu Biura, zwłaszcza od kiedy został Ministrem Rolnictwa - jako prawnik nie miał o rolnictwie zielonego pojęcia. A przy tym Ministerstwo Rolnictwa było (o ile to możliwe) jeszcze bardziej wrednym resortem niż Ministerstwo Komunikacji i z czasem nikomu jeszcze nie wyszło na zdrowie; na rolnictwie Linia Partii łamała się w sposób nieuchronny. Chłopi byli nie do wychowania - samolubni i leniwi. N też nienawidził chłopów - nie jako takich, lecz jako problem nie do rozwiązania, problem, przy którym załamywało się planowanie - a ponieważ każde takie załamanie oznaczało zagrożenie życia - nienawidził ich podwójnie i w swej nienawiści pojmował zachowanie I: któż jeszcze chciałby mówić o chłopach? Tylko Minister Przemysłu Ciężkiego, który wyrósł na wsi - był, jak jego ojciec, wiejskim nauczycielem (posiadał nawet wykształcenie - surowe, prymitywnie sklecone półwykształcenie Seminarium dla Nauczycieli Wiejskich), który sam miał wiejski wygląd i z chłopska mówił, opowiadał na Posiedzeniach Biura o chłopach, przytaczał chłopskie dykteryjki, które jego tylko bawiły, i chłopskie porzekadła, które sam tylko rozumiał - a wykształcony prawnik I, aby tylko nie mówić o chłopach, z którymi, zrozpaczony ich ciemnotą, codziennie się mordował - paplał swoje baletowe historyjki i nudził tym wszystkich - najbardziej A, który nazywał I “Nasza Baletnica” (przedtem nazywał go “Nasz Jurysta od Zaświatów”). Ale jednocześnie N pogardzał byłym Generalnym Prokuratorem i piegowata twarz kauzyperdy była dlań wstrętna - zbyt szybko z etatowego kata stał się strachliwym płazem. N podziwiał natomiast zachowanie D. Przy jego kierowniczym stanowisku w Partii, przy jego politycznej bystrości, Dzika Świnia - jak go A nazwał - na pewno miał stracha (jeśli wiadomość o niezjawieniu się O była prawdą). Ale ten panował nad sobą - zresztą nigdy nie tracił rezonu. Sekretarz znajdował się w zasięgu niebezpieczeństwa, jednak to nie było jasne: aresztowanie O (jeśli nie była to zwykła plotka, powstała na skutek jego nieobecności). mogło być punktem wyjścia do ataku na D, któremu O podlegał po linii partyjnej, równie też dobrze mogło być przygrywką do upadku Głównego ideologa G, którego O był osobistym podopiecznym; ewentualność, że likwidacja O (o ile była faktem), oznaczała jednocześnie zagrożenie D i G - jakkolwiek sama w sobie możliwa - była raczej mało prawdopodobna.
Główny Ideolog już wszedł do Sali Posiedzeń. Był to pierdoła w staromodnych szkłach bez oprawy, z przekrzywioną, białogrzywą, profesorską głową - dawniejszy nauczyciel gimnazjum na prowincji. A nazywał go “Herbaciany Święty. G był teoretykiem Partii. Abstynent i asceta w schillerowskim kołnierzyku, chudy introwertyk, latem i zimą w sandałach. Sekretarz D był pełen życia, smakosz i dziwkarz - u Ideologa każdy krok był wydedukowany i nierzadko wiódł do absurdów i krwawych łaźni. Ci dwaj byli wrogami. Miast dopełniać - ścierali się, zastawiali pułapki, próbowali obalić nawzajem: Sekretarz, technik władzy, był przeciwieństwem teoretyka rewolucji. D chciał wszelkimi środkami umacniać władzę, G - również nie przebierając w środkach - uczynić ją czystą, niczym sterylny skalpel w rękach niepokalanej Nauki. Ze Świnią byli związania: Minister Spraw Zagranicznych B, Minister Oświaty i Kultury M i Minister Komunikacji L, po stronie Świętego znajdowali się: Minister Rolnictwa I, Przewodniczący Rady Państwa K, jak również Minister Przemysłu Ciężkiego F, który wprawdzie nie ustępował D w kulcie przemocy, ale znajdował się w obozie G wiedziony nienawiścią, jaką ktoś opętany żądzą władzy może odczuwać w stosunku do innego, podobnego sobie - choć jednocześnie, obarczony kompleksem niższości nauczyciela wiejskiego wobec nauczyciela gimnazjum - prawdopodobnie w duchu nienawidził G.
Właściwie G już nie witał się z D. To, że teraz, jak zauważył przerażony N, Ideolog pozdrowił Sekretarza oznaczało obawę, że zniknięcie O nie było dlań bez znaczenia; podobnie jak fakt, że D odpowiedział pozwalał sądzić po jego strachu, że i ten czuł się zagrożony. A to że ci dwaj się bali, musiało oznaczać, że O rzeczywiście został aresztowany. Przy tym jednak powitanie Świętego było serdeczne a odpowieDź Świni jedynie uprzejma - to wskazywało, że zagrożenie Ideologa musiało być o włos bardziej prawdopodobne niż zagrożenie Sekretarza. N odetchnął nieco. Upadek D wpędziłby i jego w opały. N mianowicie został uprawnionym do głosu członkiem Biura na wniosek D i uważany był za jego pupila - opinia która mogła stać się niebezpieczną, nawet nie całkiem odpowiadając prawdzie: po pierwsze, N nie należał do żadnej z grup, po drugie - Ideolog forsował wówczas kandydaturę Ministra Gospodarki Jądrowej i przed wyborami przypuszczał, że Sekretarz zaproponuje swego podopiecznego, Kierownika Organizacji Młodzieżowej P. Ale Świnia zorientował się, że w głosowaniu łatwiej przejdzie kandydat neutralny aniżeli jego, lub jego wroga satelita (poza tym córka A w międzyczasie puściła już kantem P żeby spać z pewnym poważanym w Partii powieściopisarzem) - D zrezygnował więc ze swego kandydata i zaproponował N; wymanewrowany w ten sposób G musiał również głosować na N. Po trzecie, N nie był niczym innym jak tylko specjalistą w swoim resorcie i ani dla D ani dla G nie był groźny. Dla A zaś - do tego stopnia nic nie znaczył, że mu nawet nie nadał przezwiska.
To odnosiło się również do Ministra Handlu Zagranicznego E, który wszedł do sali za G i zaraz usiadł - podczas gdy Ideolog wciąż stał obok wyszczerzonego niefrasobliwie Sekretarza, mordowany gadaniną Ministra Rolnictwa o pierwszym soliście baletu z zakłopotanym uśmiechem przecierał belfrowskie okulary - E był człowiekiem światowym i eleganckim. Miał na sobie angielski garnitur z luźno udrapowaną chusteczką a kieszonce i palił amerykańskiego papierosa. Minister Handlu Zagranicznego, podobnie jak N został członkiem Biura Politycznego niejako mimowolnie; walka o władzę wewnątrz Partii wysunęła go automatycznie na pozycje kierownicze; inni, bardziej od niego ambitni padali ofiarą wzajemnych walk o czołowe miejsca a E przetrwał jako fachowiec wszystkie czystki - to zyskało mu ze strony A przydomek “Lord Evergreen”. N stał się chcąc nie chcąc trzynastym, E - również chcąc nie chcąc - piątym człowiekiem w Imperium. Odwrotu nie było. Jedna fałszywa reakcja, jedna nierozważna wypowiedź mogły oznaczać koniec: aresztowanie, przesłuchania, śmierć. Dlatego E i N musieli pozostawać w dobrych stosunkach z każdym kto był, lub mógł się stać od nich mocniejszym. Musieli być mądrzy, nie przegapiać okazji, w razie potrzeby przyzwyczajać się i wykorzystywać ludzkie słabości innych. Bywali nieraz zmuszani do rzeczy podłych lub śmiesznych.
I to było naturalne. Władza, jaką dysponowało trzynastu członków Biura Politycznego była olbrzymia. To oni stanowili o losach Imperium-kolosa, oni wysyłali masy ludzkie na zesłania, do więzień, na śmierć, oni ingerowali w życie milionów, z niczego budowali przemysły, przesiedlali rodziny i narody, rozkazywali powstawać olbrzymim miastom, wystawiali niepoliczalne armie, rozstrzygali o wojnie i pokoju - ale że jednocześnie własny instynkt samozachowawczy zmuszał ich czyhać nawzajem na siebie - przy podejmowaniu decyzji wzajemne sympatie i antypatie były o wiele bardziej istotne niż konflikty czy zjawiska gospodarcze, wobec których stawiała ich Historia. Władza, a wraz z nią - wzajemny strach, były zbyt wielkie aby uprawiać tu czystą politykę. Rozsądek nie grał już żadnej roli.
Z brakujących członków Biura weszli obaj Marszałkowie: Minister Obrony Narodowej K i Przewodniczący Rady Państwa H: obaj nadęci, obaj sztywni, obwieszeni orderami, obaj starzy i spoceni, śmierdzący machorką, wódą i perfumami - dwa nabite tłuszczem, mięsem, moczem i strachem wory. Usiedli jednocześnie - obok siebie, nie witając się z nikim. H i K występowali zawsze we dwójkę. A, nawiązując do ich ulubionego trunku, ochrzcił ich “Dżin-gis-chanami”. Marszałek H, Przewodniczący Rady Państwa, bohater wojny domowej - zapadł natychmiast w drzemkę; Marszałek K, wojskowe zero - marszałka dochrapał się tylko dzięki swej prężności partyjnej (swych poprzedników wydawał jednego po drugim, jako zdrajców stanu A pod nóż - a ten zdawał się to przyjmować z dobrą wiarą) zanim wybałuszył gały, zebrał się w sobie i wrzasnął: “Na pohybel wrogom w łonie Partii!” - przyznając tym samym, że i on wie o aresztowaniu O. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi - przyzwyczajono się do jego strachu i wyduszanych strachem frazesów. W każdym posiedzeniu Biura Politycznego widział swój koniec, kajał się w samokrytyce a potem atakował dziki - nie precyzując kogo.
N patrzył na Ministra Obrony Narodowej K, którego czoło lśniło potem i czuł jak i jego czoło zaczyna wilgotnieć. Myślał o bordeaux które chciał posłać F ale jeszcze nie mógł, bo go jeszcze nie miał. Zaczęło się od tego, że Sekretarz D pijał bordeaux a przed trzema tygodniami, z okazji międzynarodowej konferencji ministrów poczty w Paryżu, N mógł zorganizować niewielkie dostawy wina (jego paryski kolega lubił rodzimą gołdę i w rewanżu, N polecił go w nią zaopatrzyć). Nie żeby N był jedynym, który zaopatrywał w bordeaux potężnego D. Robił to również Minister Spraw Zagranicznych B. Ale nie chcąc być posądzonym o wyrachowanie, podał siebie również za amatora bordeaux (choć wino mogło dla niego nie istnieć) i teraz i on dostawał wino od B. Kiedy N odkrył, że wielki narodowy wódziarz F, pan i władca ciężkiego przemysłu (A ochrzcił go “Pucybutem”) był chory na cukrzycę i za poradą lekarza po kryjomu pijał tylko bordeaux - długo zwlekał, nim zdecydował się również i temu podarować wino. W ten sposób dałby poznać, że wie o jego chorobie. Wreszcie powiedział sobie że inni członkowie Biura też muszą o tym wiedzieć - on sam dowiedział się od Szefa C i wydawało się nieprawdopodobne, żeby ten i innych nie wtajemniczył. Tak więc w końcu zdecydował się posłać F skrzynkę Lafitte 45. Minister Przemysłu Ciężkiego zrewanżował się od ręki. Podarki Pucybuta były słynne. N nierozważnie otworzył paczkę przy stole rodzinnym. Zawierała ona szpulę z filmem i nie mając pojęcia o treści, zmylony napisem: “Sceny z Rewolucji Francuskiej”, N polecił na prośbę żony i czworga dzieci wyświetlić film w domowej sali projekcyjnej. Była to pornografia. Jak potem dowiedział się, podobne podarunki otrzymywali i inni członkowie Biura Politycznego. Wiedziano przy tym, że F sam nie interesował się pornografią; obdarowywał, żeby mieć w ręku środki nacisku i robił to w taki sposób, jakby to właśnie obdarowany był jej amatorem. “No i jak Wam się podobał balecik?” - zapytał potem N - “Ja wprawdzie w tym nie gustuję, ale wiem, Wy to lubicie!” N nie ważył się oponować. Żeby się odwdzięczyć posłał Pucybutowi skrzynkę Château Pape Clément 34. I tak u beznamiętnego i umiarkowanego seksualnie N gromadziły się materiały pornograficzne, a on sam widział się zmuszonym kombinować dalsze butelki - dostawy z Paryża nadchodziły tylko co pół roku, a tych, które sam dostawał od D nie ważył się przekazywać F. Wprawdzie Sekretarz Partii i Minister Przemysłu Ciężkiego byli wrogami, ale fronty mogły się zmienić. Już nieraz tacy nieosobiści wrogowie w wyniku zaistniałej nagle wspólnoty interesów stawali się nierozerwalnymi przyjaciółmi. N musiał zwierzyć się Ministrowi Handlu Zagranicznego - wyszło przy tym że i ten obdarowywał Świnię i Pucybuta bordeaux. Dzięki swym zagranicznym kontaktom E był w stanie pomóc N, ale nie à la long. N przypuszczał że i inni jeszcze zaopatrywali D i F i że im też F odpłacał takim samym obciążającym materiałem.
Naprzeciw N zajęła miejsce Muza Partii M. Minister Oświaty była okazałą blondyną. Kiedyś podczas posiedzenia gremium A wyraził się o jej piersiach, że są niczym góry i jak Sekretarz z nich zleci, to zginie. Muza zjawiła się wówczas szczególnie elegancko wygalowana a prymitywny dowcip A był pogróżką w stosunku do Świni - D uchodził za kochanka M. Od tamtej pory przychodziła na posiedzenia Biura wyłącznie w skromnym, szarym kostiumie. To, że dziś wystąpiła w głęboko wydekoltowanej, czarnej sukni koktailowej, zmieszało N - tym bardziej, że i biżuterię miała na sobie. Powód musiał być naprawdę szczególny. I ona musiała wiedzieć o aresztowaniu O, pozostało jedynie pytanie, czy Muza swą dzisiejszą kreacją miała zamiar okazać niefrasobliwość i w ten sposób dystansować się od D, czy też zdecydowana była przedstawić się jako najmilsza. Sekretarz Partii nie dał N odpowiedzi na to pytanie - zdawał się nie zauważać M. Siedział na swoim miejscu i studiował jakieś pismo.
Wybór kreacji przez Muzę stał się jeszcze bardziej dwuznaczny kiedy zjawił się F, mały, gruby Minister Przemysłu Ciężkiego. Nie zwracając uwagi na innych, pospieszył wprost do M. “Job twoju mać! To jest strój - wspaniale, fantastycznie, wreszcie coś innego niż te wieczne szmaty, które noszą w Partii! Do czorta z uniformami. Po co właściwie zrobili Rewolucję, wytępili plutokratów i krwiopijców a kułaków na gruszach wieszali? Żeby zapanowało piękno!” Obłapił Ministra Oświaty i obcałował ją niczym wiejską blać: “Diora klasie robotniczej!” - wreszcie usiadł na swoim miejscu pomiędzy D i H - obaj odsunęli się od niego - musieli (jak N) stwierdzić, że to był wisielczy humor - najwidoczniej Minister Przemysłu Ciężkiego zdawał sobie sprawę, co oznacza dla Ideologa, a więc i dla niego samego zniknięcie O. (Choć możliwe również, że jego zuchwała radość nie była udawana - mógł mieć jakieś pewniejsze wiadomości - że to właśnie D poleci).
Wszedł B. (Dopiero teraz N zauważył, że Kierownik Organizacji Młodzieżowej P już od dawna siedzi obok - blady, zaokularzony, zastraszony, gorliwy szczurek partyjny - jego wejścia nawet nikt nie zauważył). B spokojnie podszedł do swego miejsca, położył na stole aktówkę i usiadł. Ideolog i Minister Rolnictwa, którzy wciąż jeszcze stali, również usiedli. Minister Spraw Zagranicznych miał niezaprzeczalny autorytet - choć go wszyscy nienawidzili. Górował nad nimi wszystkimi. N właściwie go podziwiał. Sekretarz był inteligentny, dobry organizator, Minister Przemysłu Ciężkiego - instynktownie chytrym praktykiem terroru, Ideolog był teoretykiem, ale Minister Spraw Zagranicznych był jakimś niemal nieuchwytnym czynnikiem Zespołu Władców. Tak jak E i N suwerennie panował w swoim resorcie - był idealnym ministrem spraw zagranicznych. Ale w przeciwieństwie do tamtych dwóch stał się mocny również na terenie Partii - ale bez wikłania się, jak D i G w wewnętrzne rozgrywki. Także poza Partią miał szerokie wpływy. W zasadzie pełnił tylko swoje zadanie. To czyniło go mocnym. Nie był wiarołomny, ale i nie wiązał się - w życiu osobistym też pozostał kawalerem. Jadał i pijał z umiarem - na bankietach kieliszek szampana, to było wszystko. Jego niemiecki, angielski, francuski, rosyjski i włoski były nienaganne, jego studia o Mazarinim i jego rozprawę o Imperium Wczesnoindyjskim przełożono na wiele języków, podobnie jak pracę o chińskim systemie liczbowym. Znane były również jego przekłady Rilkego i Stefana George’a. Ale najbardziej słynna była jego “Teoria przewrotu” - zyskała mu ona miano Clausewitza rewolucji. Był niezastąpiony i dlatego nienawidzono go. Zwłaszcza nienawidził go A - nazwał go Eunuchem i przezwisko to przyjęli wszyscy, ale nikt, nawet A nie ważył się używać go w obecności B. A nazywał go tylko “Przyjaciel B”, a jak wychodził z siebie - “Nasz Geniusz”. B natomiast zwracał się do gremium per “Moje Panie, Moi Panowie”, niczym w jakimś stowarzyszeniu mieszczańskim. “Moje Panie, Moi Panowie” - zaczął i teraz, zaledwie usiadłszy i wbrew swojemu zwyczajowi by zabierać głos tylko wtedy, kiedy go o to proszono: “Moje Panie, Moi Panowie, być może ciekawe, że nie zjawił się Minister Gospodarki Jądrowej”. Milczenie. B wyjął z teczki papiery, zaczął je wertować i już się nie odezwał. N czuł, że wszyscy mieli stracha. Aresztowanie O nie było plotką, nic innego nie mógł mieć B na myśli. Przewodniczący Rady Państwa K oznajmił - on zawsze wiedział - że O jest zdrajcą. O jest intelektualistą, a wszyscy intelektualiści są zdrajcami, a Marszałek H znów ryknął: “Na pohybel wrogom w łonie Partii!”. Obaj Dżin-gis-chani byli jedynymi którzy zareagowali - reszta udawała obojętnych, z wyjątkiem D, który na głos mruknął: :Idioci”. Tego też pozostali zdali się nie zauważyć. Muza Partii otworzyła torebkę i pudrowała się. MHZ studiował akta, Minister Przemysłu Ciężkiego - swoje paznokcie, Minister Rolnictwa po prostu wlepił wzrok przed siebie, Ideolog coś notował, a Minister Komunikacji zdawał się być tym, czym go ochrzczono: martwym pomnikiem.
Weszli A i C. Nie drzwiami za Ministrem Przemysłu Ciężkiego i Ministrem Obrony Narodowej, lecz tymi, które znajdowały się za Ideologiem i Ministrem Rolnictwa. C jak zawsze miał na sobie dość niechlujne, niebieskie ubranie, A był w uniformie lecz bez orderów. C usiadł, A przystanął za swoim fotelem i uważnie nabijał fajkę. C rozpoczął swoją karierę w Organizacji Młodzieżowej, został jej szefem, po czym poszedł w odstawkę. Nie z powodów politycznych, zarzuty były innego rodzaju. Następnie zniknął. Chodziły pogłoski jakoby wegetował gdzieś w obozie koncentracyjnym - nikt nic bliższego nie wiedział; nagle pojawił się: z miejsca jako Szef Bezpieki. Teraz też był wplątany w historie homoseksualne - to było pewne. A otwarcie nazywał go “Państwowa Ciota”, nikt jednak nie ważył się już podnieść przeciw C głosu. Wysoki, łysy, lekko podtłuściały - ongiś był muzykiem, posiadał dyplom Konserwat...
Sabaidee