Słodko-gorzka symfonia, rozdziały I-XII.pdf

(1257 KB) Pobierz
Słodko-gorzka Symfonia
1
1
2
Pamiętaj, że nie wolno kopiować Ci tego tekstu bez zgody Autorki!
Wszelkie plagiaty czy „pożyczki” bez mojej wiedzy będą
natychmiastowo zgłaszane do Administratora
portalu/strony/forum/etc., na której ów plagiat/„pożyczka” się
znalazły.
Szanuj moją pracę!
Spis treści
Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 3
Rozdział I Masz prawo zachować milczenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Rozdział II Jak można litować się nad mordercą? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9
Rozdział III Sacrum . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14
Rozdział IV Pokory nabywa się z czasem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17
Rozdział V Wyjątkowo nachalne owady . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 22
Rozdział VI Ochroniarz na służbie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27
Rozdział VII Ciemne chmury . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32
Rozdział VIII Niewinność godna świętej Magdaleny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37
Rozdział IX Starzy przyjaciele . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37
Rozdział X Krwawią . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 42
Rozdział XI Slumdog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 47
Rozdział XII Chore żądze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 51
2
Spis treści
3
Beta: ScaryMary
Był czerwiec, bardzo zimny czerwiec. Na dworze siąpił deszcz, a termometry wskazywały
raptem kilka stopni na plusie. Małe dzieci skakały po kałużach, rozlewając ich zawartość wokoło i
rozchlapując wodę na przechodniów. Modnie ubrane panie z kolorowymi parasolkami w ręku
patrzyły na nie z dezaprobatą, gdy próbowały uchronić swoje bezcenne płaszczyki przed brudną,
mętną breją. Zapadł już zmrok, a latarnie oświetlały twarze spieszących się ludzi bladym światłem.
Jakiś mężczyzna spacerował właśnie główną ulicą. Był wysoki i szczupły. Miał na sobie szary
płaszcz, a jego jasne, przemoknięte włosy przykleiły mu się do czoła. Szedł powolnym, spokojnym
krokiem, zaciskając rękę w kieszeni. Kropelki deszczu spływały po jego twarzy powoli, w świetle
latarni przypominając ruchome brylanciki. Wyglądał na góra dwadzieścia pięć lat, a jego uroda
przyciągała wzrok wszystkich mijających go kobiet.
Mężczyzna skręcił w jedną z uliczek i zatrzymał się przed wejściem jakiegoś obskurnego
hotelu. Spojrzał w górę, na okno na ostatnim piętrze, gdzie paliło się światło. Otworzywszy drzwi
jednym ruchem, wszedł do środka i stanął przy recepcji.
- Witamy - przywitała go ciepło ładna recepcjonistka. - W czym mogę panu pomóc?
Zmarszczył brwi, rzucając szybkie spojrzenie na plakietkę na jej piersi, na której widniał
napis: Maria Gonzalez, recepcja . Uśmiechnął się.
- Mario... Mogę tak do ciebie mówić, prawda? - zapytał, uśmiechając się jeszcze szerzej,
gdy kiwnęła głową z iskierkami w oczach. - Więc, Mario, mogłabyś mi powiedzieć, gdzie znajdę
mężczyznę o takim nazwisku? - Podał jej jakiś świstek papieru. - Na pewno jest tu zakwaterowany.
Kobieta zmierzyła go spojrzeniem, marszcząc brwi, lecz po chwili przysunęła się do
komputera, wystukała coś na klawiaturze i poczekała chwilę.
- Pięć osiemnaście - wymamrotała, przyglądając się mężczyźnie uważnie.
- Dzięki, Mario - odparł, machając do niej i puszczając oko.
Ruszył szybkim krokiem w stronę wind i wcisnął guzik. Przyglądał się, jak kropelki wody z
jego włosów skapywały na ziemię. W końcu drzwi windy otworzyły się, a on wszedł do środka i
nacisnął guzik z numerem pięć. Jadąc na górę, zauważył, że jest lekko zdenerwowany. Nie
powinien.
Kiedy drzwi wreszcie się otworzyły na piątym piętrze, mężczyzna wyszedł szybkim krokiem
na korytarz. Dwa, cztery, sześć, osiem, dziesięć... czternaście... osiemnaście - wyliczał. Stanął
przed drzwiami z numerkiem, którego szukał i nacisnął na klamkę. Cóż za głupota - były otwarte!
Zaśmiał się w duchu na myśl o braku rozwagi tego kretyna. Cichutko przekroczył próg pokoju i
znalazł się w jakimś ciemnym, brzydkim pomieszczeniu. Ale to nie to go wtedy obchodziło.
- Kto tam? - usłyszał głos. Uśmiechnął się pod nosem, bo oto w jego kierunku szedł ten
blond skurwiel. - Co ty tu...
Ale nowo-przybyły gość nie czekał na cokolwiek lub kogokolwiek. Wyjął z kieszeni rękę
zaciśniętą na czarnym pistolecie i pociągnął za spust.
Huk.
Krzyk.
Śmiech.
Blondyn upadł na ziemię, rozbryzgując wokół siebie krew. Charczał coś, krztusząc się
własną nią i próbując coś powiedzieć. Złapał się za ranę w brzuchu, kaszląc i chrapliwie łapiąc
powietrze. Druga kulka. Drugi strzał. Prosto w głowę. Facet przestał się wić i jego głowa opadła na
zimną, zakrwawioną podłogę.
A potem wszystko potoczyło się tak szybko - gdy mężczyzna stał nad swoją ofiarą nadal z
wyciągniętą bronią, usłyszał kolejny krzyk. Syreny policyjne. Ktoś wyważył drzwi. Czyjeś dłonie
zacisnęły się na jego nadgarstkach. Wołania. Ktoś powalił go na ziemię, kto inny wyrwał mu broń.
Poczuł zimny metal kajdanek. Barki go bolały... Jego ramiona zostały boleśnie wykręcone. Wyczuł
coś ciepłego na policzku - to krew jego ofiary dopłynęła aż tutaj...
3
4
Beta: Cornelie
Angela Weber kochała swoją pracę. Była bardzo ciepłą, empatyczną osobą. Lubiła ludzi.
Lubiła z nimi rozmawiać i próbować ich zrozumieć. Dlatego została policyjnym psychologiem.
Teoretycznie, ta praca nie należała do najprzyjemniejszych. Nie jeden raz słyszała wyzwiska
padające pod jej adresem albo sprośne propozycje od starych, śmierdzących więźniów. Ale ona
uwielbiała to zajęcie. Kochała każdy przypadek, w którym wzbudziła skruchę w bezlitosnym
mordercy, albo gdy pomogła potencjalnemu samobójcy wyjść z dołka. Była szczęśliwa jako
psycholog. Cieszyła się, że może poświęcić swoje życie dla innych.
Oczywiście, nie zawsze osiągała pozytywny skutek.
- Cześć, Angelo - usłyszała, mijając jednego z ochroniarzy, Bena. Był bardzo
sympatycznym mężczyzną w jej wieku, z którym zawsze można było zamienić kilka słów.
- Cześć, Ben. Co u twojej mamy?
- Nic, postanowiła założyć hodowlę kaktusów. Ten klimat Arizony zdecydowanie źle działa
na jej rozumowanie...
Angela zaśmiała się i pomachała do kolegi, idąc dalej. Uśmiechnęła się do mijanej Lauren
Mallory, mimo że w rzeczywistości jej nie znosiła.
- Angelo? - To Eric Yorkie, szef Departamentu, podszedł do niej z jakimiś papierami. -
Angelo, mamy problem. A właściwie przypadek...
- Nie lubię, jak określasz moich pacjentów „przypadkami” - wymamrotała, biorąc od niego
papiery.
- Niech ci będzie. Pacjent. Cullen Edward, lat dwadzieścia czte...
- Cullen? Ten Cullen?
- Tak, ten - odparł Eric niecierpliwie, kręcąc głową.
- Co on tu robi? - zapytała Angela, głęboko poruszona. Widziała Cullena kilka razy w
telewizji albo w Internecie. Młody, przystojny i inteligentny pisarz... Oto, kim był. Co w takim razie
robił w departamencie?
- No właśnie próbuję ci powiedzieć. Morderstwo.
Kobieta wytrzeszczyła oczy.
- Że niby go zabili?
- Że niby go nie zabili. Gdyby tak się stało, nie zgłosiłbym się do ciebie, a do Lauren -
mruknął zniecierpliwiony Eric. Lauren zajmowała się tutaj sekcją zwłok. I to był powód, dla którego
Angela akceptowała jej oschłość. Sama nie potrafiłaby normalnie funkcjonować, grzebiąc trupom
we wnętrznościach. - To on zabił. Jeszcze nie zostało to nagłośnione przez media, zadbaliśmy o to,
ale, niestety, pierwsze przecieki już się pojawiły...
- Kogo?
- Newton Mike, trzydzieści dwa, słynny mecenas sztuki. Znany głównie na zachodzie,
urodził się w stanie Waszyngton, w Seattle.
- W takim razie co ta sprawa robi w wydziale NY?
- Znaleziono go właśnie w nowojorskim hotelu West Side. Razem z Cullenem, który
wyglądał, jakby zwariował.
Angela zmarszczyła brwi, podziękowała Ericowi i ruszyła do swojego biura, przeglądając
uważnie akta młodego poety. To właśnie było straszne - młodzi, zdolni ludzie z przyszłością, z
szansą na rozwój, karierę i szczęście tak często kończyli za kratkami czy w psychiatrykach. Zaczęła
się zastanawiać, jak mogło dojść do tak wielkiego nieporozumienia, że ten utalentowany człowiek
jest podejrzewany o morderstwo...
Gdy zamknęła drzwi do swojego gabinetu, usiadła za biurkiem i otworzyła szufladę.
Westchnęła głęboko i spojrzała na kartkę papieru z wydrukowanym czarną czcionką wierszem. Ten
chłopak miał ewidentny talent. Jeżeli faktycznie był mordercą, co skłoniło go do popełnienia tak
obrzydliwego czynu na niewinnym człowieku? Czy poszło o pieniądze, miłość, zemstę?...
- Cullen, ruszaj dupę i idziemy!
Edward zacisnął powieki. Nie zamierzał nigdzie się ruszać. Jego żywot dobiegł końca wraz z
chwilą, w której pociągnął za spust. I tak nie widział już sensu istnienia. Nie obchodziło go, co z
4
5
nim zrobią, chyba, że zamierzają wrzucić go w stado napalonych więźniów. Podejrzewał, że wtedy
jego instynkt samozachowawczy na pewno zrobiłby swoje.
- Słyszysz mnie?
Usłyszał czyjeś kroki, a potem ktoś się pochylił i nim potrząsnął.
- Nie, nie ruszę dupy i nie idziemy - wycedził, otwierając oczy.
- Masz rozmowę z policyjnym psychologiem - wymamrotał jakiś goryl. Plakietka na jego
piersi mówiła, że nazywa się Ben.
- Nie jestem psycholem - odwarknął.
- Chciałbyś być. Wstawaj, to ci nie zaszkodzi.
Edward uniósł brew i zaśmiał się.
- Psychol - wymamrotał, wstając i uśmiechając się do siebie. - Pewnie, że wolałbym.
Pięknie. Tego mu jeszcze brakowało - czterogodzinnej gadki z jakimś walniętym psychiatrą,
który będzie się doszukiwał traumy w jego dzieciństwie albo skrzywień w psychice. Jakby to mu
miało pomóc. Jakby to miało przynieść jakieś skutki. Jakby mu zależało...
Klawisz wyprowadził go z aresztu i poprowadził korytarzami. Szli powolnym krokiem, a
ochroniarz ściskał jego przedramię z nadludzką siłą. Edward skrzywił się. Czuł na sobie wzrok
mijanych ludzi. Nie chciał na nich patrzeć, więc spuścił głowę, klnąc pod nosem jak szewc. Wolałby
być niewidzialny.
- To tu - usłyszał niski, tubalny głos strażnika. Podniósł wzrok i zobaczył, że ten otwiera
drzwi do jakiegoś niezbyt przytulnego pomieszczenia ze stołem i dwoma krzesłami po obu jego
stronach naprzeciwko siebie. Z sufitu zwieszała się stara lampa, oświetlając cały pokój niemrawym
światłem. Ben wepchnął go do środka, zdjął kajdanki z jego nadgarstków, by lewą rękę zakuć w te
drugie przyczepione do poręczy krzesła. - Dla bezpieczeństwa.
- Dla psycholi - poprawił go Edward, siadając grzecznie. Ochroniarz spojrzał z
powątpieniem na skórzane pasy, zwisające bez życia z oparcia krzesła. Chłopak rzucił im szybkie
spojrzenie. - Jak na psycholi przystało.
Ben tylko pokręcił głową z uśmiechem na ustach i wyszedł z pomieszczenia, na odchodnym
rzucając tylko jakąś uwagę o zakazie ruszania się z miejsca.
- Eric, prosiłam, żebyś wreszcie załatwił mi jakieś normalne miejsce na rozmowę z
więźniami... Pokój dwieście dwa nie sprzyja przyjaznej atmosferze.
Eric Yorkie pokręcił głową.
- Angelo - wymamrotał spokojnie, prowadząc ją powoli wzdłuż korytarza. - Departament
nie ma pieniędzy...
Skręcili w korytarz, a Eric otworzył przed nią drzwi.
- Rozmowa skończona - powiedział stanowczo, gdy otworzyła usta. - Przyp... Pacjent czeka.
Angela rzuciła mu mordercze spojrzenie i weszła do pomieszczenia, zamykając drzwi.
Rozejrzała się wokoło i od razu zmarszczyła brwi. Pokój był tak odpychająco brzydki i szary,
że jej samej odechciało się jakiejkolwiek rozmowy. Szare, zimne ściany, zmatowiała, brunatna
podłoga, do tego srebrny metalowy stół i takie same krzesła. W rogu dwie kamerki, na środku
stara lampa ledwo co trzymająca się na cienkim kablu przyczepionym do sufitu. No i jej pacjent -
słynny nowoodkryty poeta, Edward Cullen w całej okazałości.
Pamiętała jego zdjęcia z Internetu i gazet. Był nieziemsko przystojny - miał kasztanowe,
błyszczące włosy, wydatną szczękę, zielone oczy okalane ciemnymi rzęsami, wąskie, ale bardzo
zachęcające usta, wspaniałą sylwetkę - po prostu mężczyzna idealny.
Teraz jednak wyglądał inaczej. Oczy miał podkrążone i przekrwione, szczękę pokrył
kilkudniowy zarost, był przygarbiony i smutny. Jego włosy były brudne i w nieładzie, usta
poranione, a twarz przybrała barwę kredy. Przeniósł wzrok na Angelę, gdy usiadła naprzeciw niego.
- Cześć - powitała go ciepło, uśmiechając się. W jego oczach zobaczyła iskierkę kpiny. –
Nazywam się Angela. - Milczał. - Nie przedstawisz się?
- Przecież wiesz, jak się nazywam, ile mam lat, znasz imiona moich rodziców, miejsce
mojego urodzenia, ulubiony kolor oraz fakturę papieru toaletowego, którego używam najczęściej,
więc po co odstawiać tę całą szopkę?
Pokręciła głową, wyciągając z teczki notatnik i ołówek. Edward zaśmiał się ochryple.
- Będziesz notować moje oznaki zdenerwowania i te inne kurewskie psychologiczne
pierdoły, tak? - zapytał, nadal chichocząc.
- Słyszałam, że nie chcesz nikomu wyznać motywu morderstwa. - Angela spojrzała na
niego uważnie, wypatrując w jego oczach jakiejś reakcji. One jednak pozostały niewzruszone.
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin