Dick Philip K. Roger Zelazny - Deus Irae.rtf

(455 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

Philip K. Dick

Roger Zelazny

 

 

 

Deus Irae

(tłumaczył Paweł Kruk)


Z serca dedykuję tę powieść Stanleyowi G. Weinbaumowi -

za to, że ofiarował światu Marsjańską odyseję.


l

 

 

Jest! Czarno-biała krowa ciągnęła wózek rowerowy. Stojący na progu zakrystii ojciec Handy powiódł wzrokiem poprzez promienie porannego słońca od strony Wyoming ku północy, jakby słońce wschodziło z tamtej strony, i dostrzegł pracownika kościoła; pozbawiony kończyn korpus z pokrytą guzami głową kołysał się - niby w transie - w rytm jazdy wózka, który ciągnęła powoli krowa rasy holstein.

Zły dzień, pomyślał ojciec Handy. Miał przekazać złe wieści Tiborowi McMastersowi. Odwrócił się i wszedł do kościoła. Tibor nie dostrzegł go ze swojego wózka, gdyż całkowicie pochłaniały go własne myśli oraz nudności. Działo się tak zawsze wtedy, kiedy artysta zabierał się do pracy: robiło mu się niedobrze i wszelkie zapachy czy widoki - nawet te związane z jego pracą - sprawiały, że zaczynał kaszleć. Ojciec Handy zastanawiał się nad tą przypadłością, niechęcią do odbierania bodźców zmysłowych już na początku dnia, wyglądało jakby Tibor nie chciał go przeżyć.

On sam, duchowny, lubił słońce. Lubił zapach nagrzanej ogromnej koniczyny, porastającej pastwiska otaczające Charlottesville w Utah, świst krowich ogonów... Wciągnął nozdrzami powietrze wypełniające kościół, a jednak... nie chodziło o widok Tibora, lecz o świadomość bólu tego pozbawionego kończyn człowieka - to go niepokoiło.

Za ołtarzem widać było fragment dzieła, które zostało ukończone. Zajęło ono Tiborowi pięć lat, ale czas nie miał tutaj znaczenia: na wieczność - nie, pomyślał ojciec Handy, nie na wieczność, ponieważ rzecz ta została wykonana ręką człowieka, a przez to jest przeklęta - ale na wieki, pozostanie tutaj na pokolenia. Przybędą inni, pozbawieni rąk i nóg, którzy nie będą w stanie przyklęknąć bez odpowiedniego sprzętu; wydano na to oficjalną zgodę.

Muuu - zaryczała krowa, kiedy Tibor, posługując się prostownikami U.S. ICBM, zatrzymał ją, ściągając lejce. Stanął na wewnętrznym dziedzińcu kościoła, gdzie ojciec Handy trzymał swojego nie używanego już cadillaca z 1976 roku, w którym zbierały się na noc śliczne kurczęta, wszystkie pokryte złocistym, lśniącym puszkiem; należały do karłowatej odmiany meksykańskiej kury. Niszczyły wprawdzie... ale właściwie dlaczego nie? Były to odchody pięknych ptaków, które chodziły w niewielkim stadzie, prowadzone przez Herberta G, koguta; całe wieki temu stawił on czoło wszystkim rywalom i od tego czasu panował niepodzielnie. Przywódca zwierząt, pomyślał ojciec Handy. Była to jego cecha wrodzona, cecha Herberta G, który w tej właśnie chwili grzebał w żyznej glebie ogrodu w poszukiwaniu robaków, szczególnie tych tłustych, mutantów.

On sam, duchowny, nienawidził robaków. Zbyt wiele dziwnych odmian wychodziło z ziemi w ciągu nocy, dlatego kochał stworzenia, które żywiły się chitynowymi paskudztwami, kochał swoje stadko - śmieszne, gdy się o tym pomyślało - ptaków! Nie ludzi.

Ludzie jednak przychodzili, przynajmniej w Dzień Święty, wtorek, żeby odróżnić go - celowo - od archaicznego chrześcijańskiego Dnia Świętego, jakim była niedziela.

Tibor wyprzągł krowę z wózka na wewnętrznym dziedzińcu. Następnie - zasilany baterią wózek wtoczył się do kościoła po specjalnej rampie z desek. Ojciec Handy poczuł jego obecność w kościele, wyczuł przybycie człowieka bez kończyn, który nękany nudnościami, starał się opanować okaleczone ciało, by kontynuować dzieło, pozostawione poprzedniego dnia o zachodzie słońca.

- Masz dla niego gorącą kawę? Proszę - powiedział ojciec Handy do swojej żony Ely.

- Tak - odpowiedziała. Była drobna, pomarszczona, zwiędła, jakby zasuszona. Z niechęcią patrzył na jej bezbarwną postać, kiedy wyjmowała filiżankę i spodek; w jej ruchach nie było miłości, tylko chłodne oddanie żony duchownego, a tym samym sługi duchownego.

- Cześć! - zawołał Tibor pogodnie. Pomimo powracających nudności był zawsze pogodny, jakby należało to do jego obowiązków.

- Czarna - powiedział ojciec Handy. - Gorąca. Już przygotowana. - Odsunął się, by wózek - ledwo mieszczący się w drzwiach - mógł przejechać przez korytarz do kościelnej kuchni.

- Dzień dobry, pani Handy - rzekł Tibor.

- Dzień dobry, Tibor - odpowiedziała Ely Handy niewyraźnie, nie patrząc na pozbawionego kończyn mężczyznę. - Pokój z tobą i twoją świętą iskrą.

- Iskrą czy ikrą? - odparł Tibor, mrugając do ojca Handy’ego.

Kobieta nic nie odpowiedziała, wydęła tylko usta. Nienawiść, pomyślał ojciec Handy, może przyjąć najprzeróżniejsze, zdumiewające formy. Nagle zapragnął doświadczyć jej w sposób bezpośredni, otwarty. Nie jakieś etykiety czy zwykły chłód... patrzył, jak wyjmuje mleko z chłodziarki.

Tibor przystąpił do trudnej czynności picia kawy.

Najpierw musiał unieruchomić wózek. Zablokował prosty hamulec. Następnie odłączył od obwodu okrężnego przekaźnik i skierował moc baterii ciekłego helu na obwód ręczny. Wysunął się rurkowy prostownik z czystego aluminium; znajdujący się na jego końcu sześciopalcowy mechanizm chwytny - którego każda jednostka podłączona była przez przejścia wyrównawcze do mięśni barków pozbawionego kończyn mężczyzny - zbliżył się do pustej filiżanki. Ujrzawszy, że jest pusta, Tibor spojrzał pytająco.

- Na kuchni - powiedziała Ely, uśmiechając się znacząco.

Tak więc trzeba było zwolnić hamulec wózka, który potoczył się w kierunku piecyka. Tibor ponownie zaciągnął hamulec, posługując się przekaźnikami, i wysłał swoje ręczne chwytniki do czajnika. Przypominający ramię rurkowy prostownik z aluminium podniósł naczynie niezgrabnymi ruchami, przypominającymi ruchy kończyny dotkniętej chorobą Parkinsona, aż wreszcie Tiborowi udało się - dzięki skomplikowanym elementom naprowadzającym systemu ICBM - nalać kawy do filiżanki.

- Nie napiję się z tobą - odezwał się ojciec Handy - bo miałem w nocy i rano skurcze odźwiernika. - Czuł się fizycznie podrażniony. Jestem podobny do ciebie, pomyślał, chociaż jestem Perfektusem, to dzisiejszego ranka doskwiera mi moje ciało: gruczoły i hormony. Zapalił papierosa - pierwszego tego dnia - delektując się luźno ubitym, prawdziwym tytoniem, wypuścił dym ł poczuł się znacznie lepiej. Jeden środek chemiczny kontrolował nadprodukcję innego. Usiadł przy stole, Tibor zaś, uśmiechając się pogodnie, pił spokojnie zbyt gorącą kawę.

A jednak...

Czasami ból fizyczny staje się zwiastunem niegodziwych rzeczy, pomyślał ojciec Handy; czy i tak jest w twoim przypadku? Czy wiesz, co mam zamiar, co muszę ci oznajmić? Nie mam wyboru, gdyż jestem zaledwie człowiekiem-robakiem, który otrzymuje polecenia i który je przekazuje we wtorki, a to jest właśnie ten dzień.

- Tibor - powiedział. - Wie geht es heute?

- Es geht mir gut - odpowiedział natychmiast Tibor.

Obaj z wielkim upodobaniem wracali pamięcią do niemieckiego i mówili po niemiecku. Przywodził im na myśl Goethego, Heinego, Schillera, Kafkę i Falladę; dla obu stanowiło to treść życia. Takie rozmowy - prowadzone zanim rozpoczęli pracę - stały się nieomal świętym rytuałem, przypominały im o godzinach po zapadnięciu zmroku, kiedy nie dało się malować i można było - i trzeba było - już tylko rozmawiać. Prowadzili rozmowy w słabym świetle lamp naftowych i ognia; było to zbyt słabe źródło światła i zbyt zmienne, poza tym Tibor narzekał nieśmiało na zmęczone oczy. Nie wróżyło to nic dobrego, ponieważ na całym obszarze Wyoming i Utah nie sposób było znaleźć kogoś, kto zrobiłby soczewki; w całej okolicy nie znaleziono ani odrobiny szkła refrakcyjnego. Żeby dostać szkła dla Tibora, trzeba by było udać się na Pielg. Wzdrygnął się na samą myśl o tym, gdyż bardzo często pracownicy kościoła wysyłani na Pielg nigdy nie wracali. Nie wiadomo było nawet dlaczego: czy gdzieś tam było lepiej czy gorzej? Należało przypuszczać, że - do takich doszedł wniosków, wysłuchawszy wiadomości radiowych o szóstej po południu - i jedno, i drugie, wszystko zależało od miejsca.

Teraz świat składał się z wielu miejsc. Połączenia zostały zerwane. Tak pogardzana niegdyś „jednolitość” już nie istniała.

- Rozumiesz. - Ojciec Handy zaintonował śpiewnie fragment z Ruddigore. Tibor natychmiast przestał pić kawę.

- Chyba tak - odpowiedział przeciągle cytatem. - Zadanie musi zostać wykonane - dodał po chwili. Filiżanka została odstawiona za pomocą skomplikowanych ruchów wykorzystujących zamykanie się i otwieranie przejść wyrównawczych.

- Zasada ta obowiązuje wszystkich - powiedział ojciec Handy.

- Uniknąć zadania. - Tibor wymówił te słowa z goryczą, częściowo do siebie samego. Odwrócił głowę, mlasnął wprawnie językiem i spojrzał uważnie na duchownego. - O co chodzi?

Rzecz w tym, pomyślał ojciec Handy, że jestem związany; jestem częścią sieci, która drży i chłoszcze całym łańcuchem poruszanym u góry. A my wierzymy - jak ci wiadomo - że ostateczny ruch pochodzi z Gdzie Indziej, skąd otrzymujemy niewyraźne przekazy, które staramy się usilnie zrozumieć i wypełnić, ponieważ wierzymy - wiemy - że to, czego ono pragnie, jest nie tylko przekonujące, ale i słuszne.

- Nie jesteśmy niewolnikami - rzekł głośno. - Jesteśmy tylko sługami. Możemy to rzucić; ty możesz. Nawet ja mógłbym to zrobić, gdybym był przekonany, że tak będzie słusznie. - Wiedział jednak, że nigdy by tego nie zrobił. Już dawno temu ślubował w sercu wierność. - Dlaczego zajmujesz się tym tutaj? - spytał.

- No cóż, płacisz mi - odpowiedział Tibor ostrożnie.

- Ale do niczego cię nie zmuszam.

- Muszę jeść. To wystarczy.

- Jedno jest pewne - powiedział ojciec Handy. - Możesz znaleźć wiele zajęć gdzie indziej; mógłbyś pracować wszędzie pomimo twoich... ograniczeń.

- Drezdeńskie Amen - rzekł Tibor.

- Co? - Nie zrozumiał.

- Kiedyś - powiedział Tibor - kiedy znowu podłączysz generator do elektronicznych organów, zagram ci to. Na pewno rozpoznasz. Drezdeńskie Amen wznosi się wysoko, ku Ponad, skąd cię terroryzują.

- Ależ nie - zaprotestował ojciec Handy.

- Ależ tak - rzekł Tibor sardonicznie, jego twarz zmarszczyła się jeszcze bardziej, ściągnięta niewłaściwym uczuciem, jego przekonaniem. - Może i jest to „dobre”, może jest życzliwą mocą. I tak jednak zmusza cię do robienia różnych rzeczy. Powiedz mi tylko jedno: czy mam zamalować coś, co już kiedyś namalowałem? Czy chodzi o cały fresk?

- No cóż, jeśli chodzi o wynik ostateczny, to twoja dotychczasowa praca została doceniona. Wysłaliśmy trzydziestopięciomilimetrowe kolorowe slajdy, byli nimi zachwyceni; no wiesz, ci, którzy je oglądali, Starsi Kościoła.

- Dziwne - powiedział Tibor po chwili zamyślenia. - Wciąż można dostać kolorowe filmy i wywołać je, ale nie sposób dostać czegoś takiego jak gazeta codzienna.

- Mamy wiadomości radiowe o szóstej - zauważył ojciec Handy. - Z Salt Lake City. - Czekał z nadzieją. Nie padła żadna odpowiedź; pozbawiony kończyn mężczyzna pił swoją kawę w milczeniu. - Czy wiesz, jakie jest najstarsze słowo w języku angielskim? - spytał ojciec Handy.

- Nie - odparł Tibor.

- Moc - rzekł ojciec Handy. - W znaczeniu bycia potężnym. Macht po niemiecku. Jednakże słowo to wywodzi się jeszcze sprzed czasów pragermańskich, pochodzi z czasów Hetytów.

- Hm.

- Hetyci mieli słowo mekkis. „Moc”. - Wciąż nie opuszczała go nadzieja. - Czy nie trajkotałaś? Czy nie tak postępują kobiety? - cytował teraz słowa z Zaczarowanego fletu Mozarta. - Dla mężczyzn pozostaje działanie - dokończył.

- To ty trajkoczesz - powiedział Tibor.

- Ale ty musisz działać - odparł ojciec Handy. - Miałem ci coś powiedzieć. - Zamyślił się. - Ach, tak. Owce. - Na pięcioakrowym pastwisku za kościołem wypasał swoje sześć owiec. - Wczoraj dostałem barana - powiedział. - Dostałem go od Theodore’a Bentona. Pożyczył mi tego barana; ma pokryć moje owce. Benton przyprowadził go, kiedy mnie nie było. Stary tryk z siwym pyskiem.

- Hm.

- Przyszedł pies i próbował podejść stado; ten rudy seter irlandzki Yeatsów. Wiesz, ciągle podchodzi moje stado.

Pozbawiony kończyn mężczyzna odwrócił wreszcie głowę, zainteresowany.

- Czy ten baran...

- Pies pięć razy podchodził stado. Pięciokrotnie zakradał się powoli, a baran wychodził do niego, zostawiając za sobą stado. Pies, oczywiście, zatrzymywał się i stał nieruchomo, kiedy widział zbliżającego się barana: baran wtedy także się zatrzymywał i udawał, że skubie trawę. - Ojciec Handy uśmiechnął się na wspomnienie tego wydarzenia. - Mądry był ten stary tryk; widziałem, jak skubał trawę, ale ani na chwilę nie spuszczał oka z psa. Pies warczał i szczekał, a baran skubał trawę. Później pies podkradł się jeszcze raz. Tym razem jednak rozpędził się, przeskoczył obok barana i znalazł się między nim a stadem.

- I stado spłoszyło się.

- Tak. Wtedy pies - wiesz, co one wtedy robią - zagonił jedną owcę i przewrócił ją. Psy zwykle zabijają owce albo je okaleczają, atakują od brzucha. - Zamilkł. - Baran był za stary, nie potrafił dogonić psa. Odwrócił się tylko i patrzył.

Milczeli obaj przed długą chwilę.

- Czy one potrafią myśleć? - spytał Tibor. - Mówię o baranach.

- Wiem - powiedział ojciec Handy. - Też się nad tym zastanawiałem. Poszedłem po strzelbę, żeby zabić psa. Musiałem to zrobić.

- Gdybym był na jego miejscu - przemówił Tibor - gdybym był tym baranem i musiał patrzeć, jak pies mnie omija i podchodzi stado, a ja nic nie mogę zrobić... - Zawahał się.

- Pragnąłbyś raczej umrzeć, niż dożyć takiej chwili - dokończył ojciec Handy.

- Tak.

- A zatem śmierć, zgodnie z tym, czego uczymy Sługi Gniewu, jest rozwiązaniem, nie przeciwnikiem, jak uczyli chrześcijanie, jak mówił Paweł. Pamiętasz ten fragment: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twoje żądło?” Rozumiesz chyba, o co mi chodzi.

- Lepiej żebyś nie żył, niż nie potrafił wykonać swojego zadania - powiedział wolno Tibor. - Co mam zrobić?

Na swoim fresku, pomyślał ojciec Handy, musisz pokazać jego twarz.

- Jego - odparł. - Takiego, jakim jest naprawdę.

Tibor milczał zdumiony, nim zapytał:

- Masz na myśli jego dokładny fizyczny obraz?

- Nie jego subiektywne wyobrażenie.

- Masz zdjęcia? Jakieś wideo?


- Przysłali mi trochę materiału, żebym ci pokazał.

- Chcesz powiedzieć, że masz zdjęcie Deus Irae?

- Mam kolorowe zdjęcie; przed wojną nazywali takie zdjęcia trójwymiarowymi. Żadnych ruchomych obrazów, ale to wystarczy. Tak myślę.

- Pokaż je. - W głosie Tibora dało się wyczuć zdumienie, strach i wrogość osaczonego, ograniczonego artysty.

Ojciec Handy poszedł do swojego biura, wziął teczkę, wrócił z nią i wyjął ze środka trójwymiarową fotografię Boga Gniewu. Podał ją Tiborowi, którego prawy prostownik natychmiast porwał zdjęcie.

- Oto i Bóg - powiedział ojciec Handy.

- Tak, widzę. - Tibor pokiwał głową. - Te czarne brwi. Zmierzwione, czarne włosy. I oczy... widzę w nich ból, ale się uśmiecha. - Jego prostownik oddał nagle zdjęcie. - Nie potrafię namalować go na podstawie czegoś takiego.

- Dlaczego nie? - spytał ojciec Handy, choć wiedział dlaczego. Zdjęcie nie oddawało boskości; było to tylko zdjęcie mężczyzny. Nie sposób było wyrazić cechy boskości na kawałku celuloidu powleczonego azotanem srebra. - Kiedy robiono to zdjęcie - mówił - odbywał sjestę na Hawajach. Objadał się młodymi liśćmi kalokacji z kurczakiem i ośmiornicą. Widzisz ten nienasycony głód, żądzę zmieniającą jego twarz w nienaturalny sposób? Odpoczywał w niedzielne popołudnie przed jakimś przemówieniem, które pewnie miał wygłosić na którymś z uniwersytetów, nie pamiętam, na którym. Te szczęśliwe dni lat sześćdziesiątych.

- Jeśli nie mogę wykonać swojego zadania - powiedział Tibor - to jest to twoja wina.

- Marny robotnik zawsze wini...

- Nie jestem pudełkiem narzędzi. - Oba prostowniki uderzyły w wózek. - Oto moje narzędzia. Nikogo nie winie, używam ich. Ale ty... ty jesteś moim pracodawcą. Ty mówisz mi, co mam robić, ale jak miałbym to zrobić, mając do dyspozycji zaledwie jedną kolorową fotkę? Powiedz mi...

- Pielg. Starsi Kościoła postanowili, że jeśli nie wystarczy ci to zdjęcie - a nie wystarczy, wszyscy dobrze o tym wiemy - będziesz musiał udać się na Pielg i odszukać Deus Irae. Przysłali już odpowiednie dokumenty.

Tibor zdumiony, zamrugał oczami i otworzył usta, zanim zaprotestował:

- A moja metabateria! Co będzie, jeśli się wyładuje?

- A jednak obwiniasz narzędzia - rzekł ojciec Handy. Powiedział to ostrożnie, kontrolując ton głosu.

- Wyrzuć go i niech go piekło pochłonie! - odezwała się Ely.

- Nikogo nie wyrzucam - odpowiedział jej ojciec Handy. - Piekło, mieli je chrześcijanie. My nie mamy czegoś takiego - przypomniał jej. Odwrócił się do Tibora i wyrecytował wielki Poemat wszystkich światów, który obaj rozumieli, lecz nie potrafili uchwycić jego istoty, nie potrafili opleść go siecią, tak jak Papagano. Mówił głośno, co miało symbolizować więź jednoczącą ich w tym, co oni, chrześcijanie, nazywali agape, miłością. Jednakże wznosiło się to jeszcze wyżej; obejmowało miłość, człowieka, piękno: nową trójcę.

 

 

Ich sih die liehte heide

in gruner varwe stan.

Dar süln wir alle gehen,

die sumerzit enphahen.

 

Kiedy skończył recytować, Tibor skinął głową i podniósł jeszcze raz filiżankę - był to trudny, skomplikowany ruch i problem; napił się kawy. W pokoju zapadła cisza; nawet Ely, kobieta, nic nie mówiła.

Na zewnątrz krowa Tibora jęknęła ochryple i poruszyła się. Może szuka, może spodziewa się jedzenia, pomyślał ojciec Handy. Potrzebuje strawy dla swojego ciała, a my dla naszych umysłów. Inaczej wszyscy umrą. Musimy mieć ten fresk. On musi przebyć tysiące mil; jeśli jego krowa zdechnie albo wyładuje się jego bateria, wszyscy przestaniemy istnieć. On nie jest osamotniony w swojej śmierci.

Zastanawiał się, czy Tibor wie o tym. Gdyby miało mu to pomóc? Pewnie nie. Dlatego nic nie powiedział; w tym świecie nic już nie pomagało.


2

 

 

Obaj mężczyźni nie wiedzieli, kto napisał ten stary poemat; w słowniku Cassela nie znaleźli niemieckich słów pochodzących ze średniowiecza. Wyobrażali sobie ich znaczenie, zgadywali, odnajdywali; byli przekonani, że ich przypuszczenia są słuszne, że je rozumieją, ale nie do końca - z czego drwiła Ely.

To było tak, jakby patrzyli na oświetlony gąszcz. Jaśniała zieleń, a jednak nie byli pewni. Wychwytywali wrażenie zieleni. I wszyscy tam pójdziemy... czy miało to nastąpić niebawem? Lato prowadzące do... do czego? Do osiągnięcia czegoś? Odnalezienia? A może miało ono prowadzić do odejścia?

Obaj - on i Tibor - wyczuwali to; prawda ostateczna, a mimo to dla obydwu - pogrążonych w poszukiwaniach i niewiedzy - pozostawała lasem oblanym słonecznym blaskiem. Była jak mieszanina życia i odchodzenia od życia, gdyż nie potrafili do końca jej zrozumieć; bali się, a jednak powracali do niej, ponieważ - może przede wszystkim dlatego, że nie mogli zrozumieć - stanowiła dla nich ukojenie, ocalenie.

Teraz zarówno ojciec Handy, jak i Tibor potrzebowali mocy - mekkis, pomyślał ojciec Handy - która miałaby nadejść z Ponad i pomóc im... w tym względzie Słudzy Gniewu zgadzali się z chrześcijanami: dobra moc istniała Ponad, Überm Sternenzelt, jak powiedział niegdyś Schiller, ponad gwiazdami. Tak, poza gwiazdami. Co do tego nie mieli wątpliwości - to wyrażał współczesny niemiecki.

Dziwne jednak wydawało się poleganie na poemacie, którego znaczenie nie było do końca zrozumiałe. Rozwinął i zaczął studiować starą, poplamioną mapę stacji benzynowych; takie mapy rozdawano darmo w czasach przedwojennych. Zastanawiał się jednocześnie, czy nie było to oznaką degeneracji. Zwiastun zła... co nie znaczy, że czasy były złe, ale że oni sami stali się źli, że w nich zagnieździło się zło. Miał właśnie spotkanie z Dominusem McComasem, swoim przełożonym w Kościele Sług Gniewu. Ogromny, otępiały Dominus siedział; jego dziwnie okrutne zęby wyglądały, jakby rozrywał nimi rzeczy, niekoniecznie żywe, lecz także bardzo twarde; sprawiał wrażenie, że wszystko, co robi, wykonuje zębami.

- Carl Lufteufel - powiedział Dominus McComas - był sukinsynem. Jako człowiek. - Dodał to, gdyż nikt nie wyrażał się w podobny sposób o boskiej stronie boga-człowieka, Deus Irae. - Stawiam dziesięć do pięciu, że przyrządzał martini ze słodkim wermutem.

- Czy ty kiedykolwiek piłeś czysty słodki wermut albo z lodem? - spytał ojciec Handy.

- Słodkie siki - wycedził McComas przez zęby niskim, przerażającym głosem, wbijając w mięsiste dziąsło koniec drewnianej zapałki. - Ja nie żartuję. To, co kupowali, nie było lepsze od końskich sików.

- Konie musiały chorować na cukrzycę - rzekł ojciec Handy.

- Taak, srały cukrem. - McComas zaśmiał się burkliwie; jego czerwone oczy - czerwone, jakby nastąpiło w ich wnętrzu spięcie i znajdujący się w nich metal rozgrzał się, niebezpieczne, jakby nie na swoim miejscu - zaiskrzyły. Było to coś normalnego u niego, podobnie jak nie zapięty do końca rozporek. - Tak więc twój imp - cedził przez zęby McComas - potoczy się aż do Los Angeles. Czy to aby jest z górki? - Roześmiał się tak gwałtownie, że napluł na stół. Ely, zajęta w kącie pokoju robieniem na drutach, obrzuciła go tak złowrogim spojrzeniem, że ojciec Handy poczuł się nieswojo i skierował wzrok na pogniecione mapy stacji benzynowych.

- Carleton Lufteufel - powiedział ojciec Handy - stał na czele Ministerstwa Rozwoju i Eksploatacji Energii od 1982 roku aż do początku wojny. - Mówił po części do samego siebie. - Aż do momentu użycia grudy. - Była to ogromna bomba, która nie wybuchała nad żadnym konkretnym miejscem na powierzchni ziemi, lecz miała skazić całą warstwę atmosfery. Dlatego też nie dało się jej powstrzymać (taka była teoria tworzenia broni przed Trzecią Wojną Światową), tak jak powstrzymywano pociski przeciwpociskami czy też bombowce załogowe - bez względu na to, jak były szybkie, a w 1982 roku były już całkiem szybkie - dwupłatowcami, choć trudno w to uwierzyć. Powolnymi dwupłatowcami.

W 1978 roku dwupłatowiec ponownie pojawił się w postaci modelu D-III. Samolot obronny III: trzepoczący skrzydłami, wykonany ludzką ręką pelikan z nieograniczonymi zapasami paliwa; potrafił krążyć na małych wysokościach całymi miesiącami, znajdujący się w środku pilot żywił się swoim kombinezonem, tak jak nasi dziadkowie żywili się tym, co rosło na drzewach i krzewach. Dwupłatowiec D-III posiadał urządzenie tropikowe, które przejmowało kontrolę nad jego działaniem, kiedy pojawiał się - bez względu na wysokość - bombowiec załogowy. D-III zaczął się wznosić, kiedy bombowiec znajdował się o całe tysiące mil od niego, wypuszczając spomiędzy skrzydeł obciążnik podobny do tych, jakich używało się przy wędkach, o ogromnej masie właściwej; ten obciążnik utrzymywał samolot na właściwej wysokości. D-III wraz z pilotem został wyrzucony wysoko, poza atmosferę. Obciążnik - tak go nazwano, chociaż skutki jego działania były wręcz odwrotne - popchnął dwupłatowiec razem z pilotem w kierunku bombowca załogowego, obydwa obiekty nagle spotkały się. Wszyscy zginęli. „Wszyscy” oznaczało trzech ludzi: dwóch z bombowca i jednego z D-III. Pod nimi rozciągało się tętniące życiem miasto.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin