Herbert George Wells
Atak z głębiny
Tytuły oryginałów: In the Abbyss The Sea–Raiders
Przełożył Adam Kaska
Dwa opowiadania Herberta George’a Wellsa, które czytelnik otrzymuje w edycji Wydawnictwa Morskiego, czytane być mogą przynajmniej na trzy różne sposoby, wzajemnie się zresztą wcale nie wykluczające.
Można by więc je na przykład czytać po prostu dla rozrywki ze szczególnym zainteresowaniem dla akcji obu utworów, niecierpliwie czekając na wyjaśnienie, co się stanie z Elsteadem po zanurzeniu się w głębiny morskie, lub jak się skończy przygoda pana Fisona na skałach wybrzeża Kornwałii. Dla tego typu lektury wstęp wprowadzający jest całkowicie zbyteczny — mógłby on zdradzić czytelnikowi rozwiązanie akcji tych krótkich opowieści, pozbawiając go przyjemności oczekiwania na ich koniec, przyjemności zupełnie podstawowej w bezpośrednim odbiorze literatury. Może więc do wstępu tego zajrzymy dopiero po skończeniu lektury?
Czytać te opowiadania można by też. było w ścisłym związku z profilem tematycznym wydawcy, jeszcze bliżej określonym serią publikacji, w której nowelki te się pojawiają. Krąg przypuszczalnych odbiorców naszego niewielkiego tomiku okazałby się wówczas nieco wąski — zacieśniłby się on bowiem do tych osób, które w sposób szczególny związane są z morzem właśnie, czy to poprzez wykonywanie „morskiego” zawodu, czy przez fakt zamieszkania na terenie do morza przyległym i w środowisku z morza żyjącym, czy też po prostu z powodu wyjątkowych swych zainteresowań tym tematem. Odbiorcę takiego ciekawić by mogło, czym był ów żywioł dla ludzi mniej lub bardziej odległych epok, jaki był do niego stosunek wielkich postaci historycznych, jak z tego tematu korzystali znani twórcy i pisarze. Dwa opowiadania H.G. Wellsa, wyjątkowe w jego spuściźnie literackiej poprzez fakt, iż akcja ich dotyczy niezwykłych wydarzeń morskich, pociągać by więc mogły swego czytelnika nie tylko dlatego, że są relacją niezwykłych przygód na morzu, lecz również i dlatego, że świadczą o tym, co na początku naszego wieku taką przygodą być mogło, czego się spodziewano po odkryciach w głębinach oceanu (a jakże naiwna była wówczas ta wyobraźnia!), czego się też w owych czasach ze strony morza obawiano.
Czytelnikowi o tym typie zainteresowań przypomnieć może warto, iż H.G. Wells był szczególnie predysponowany do napisania takich właśnie opowiadań morskich, opowiadań, które wskazują na fascynację życiem w głębinach oceanu. Miał przecież za sobą studia biologiczne, a wiele recenzji z książek naukowych, które pisał w latach 1887–1901, poświęconych było pozycjom z tej dziedziny. Dwie z tych recenzji mogą być — jak się zdaje — ściśle związane z opowiadaniami, które czytać będziemy. Jedna z nich, o książce S.J. Hicksona Fauna głębokiego morza, została opublikowana w „Pall Mall Gazette” pod znamiennym tytułem Życie w głębinach dziesiątego lutego 1894 roku. W recenzji tej Wells stwierdzał, iż wiedza o morzu znajduje się na bardzo przyjemnym etapie: wystarczy ona, aby pobudzić wyobraźnię, a zarazem jest zbyt mała, by wyobraźnię tę przytłumić. Wyobraźni właśnie, jak zobaczymy, dał się Wells swobodnie ponieść, pisząc dwa lub trzy lata później opowiadanie pod podobnym tytułem.
Druga recenzja, zamieszczona w „Pall Mall Gazette” w sierpniu 1894 roku, pod tytułem Rośliny fosforyzujące, stanowi pochwałę książki Kernera von Marilaun Historia naturalna roślin, którą Wells poznał w tłumaczeniu P.W. Olivera. Wiedza o świecących roślinach morskich przydała się później — być może — autorowi w przedstawieniu świata fikcyjnego jednego z naszych opowiadań, który zostanie rozświetlony nie tylko przez reflektor z prymitywnej batysfery Elsteada, ale także przez fosforyzujące ryby i fosforyzujące odzienie podwodnych istot.
Zdajemy więc sobie sprawę, że jednym z kontekstów, w którym można umieszczać naszą lekturę, jest ówczesna wiedza o morzu. Byłby to wszakże kontekst znowu bardzo wąski. Opowiadania Wellsa świadczą przecież nie tylko o tak „specjalistycznym” aspekcie niegdysiejszej wiedzy, lecz także wyrastają z całej kultury końca dziewiętnastego wieku — z problemów, zainteresowań, obaw ówczesnego społeczeństwa. Rozumiemy też, że pytania o te zainteresowania i obawy, o ich przejaw w tekstach tu prezentowanych, to pytania jak gdyby „obok” samych opowiadań, które potraktowane zostają wówczas jako dokument epoki. A przecież nie po to były pisane, by o epoce owej zaświadczyć. Były pisane przede wszystkim jako szkice literackie, powstawały obok różnych dzieł literackich zarówno innych pisarzy jak i samego Wellsa. A więc i w tej perspektywie czytane być mogą: jako teksty literatury, korzystające z pewnych konwencji na terenie literatury wypracowanych, dążące do pobudzenia pewnych określonych reakcji czytelnika, pisane pewną techniką narzucającą bogatszy zasób znaczeń, niż by się to początkowo wydawało.
Spróbujmy więc przyjrzeć się pobieżnie obu tym kontekstom: epoki i literatury — w nadziei, iż pogłębi to nasze odczytanie opowiadań. Nie stać nas będzie na pełny tych kontekstów obraz — uchwycimy z niego tyle tylko, ile przydać się nam może w naszej lekturze. Ale też i świadomi będziemy tego, że to twórczość Wellsa właśnie skupia w sobie, jak w soczewce, wszystkie niemal podstawowe nurty i tendencje nie tylko literackie, ale również i szerzej, nurty i kierunki kulturowe tego okresu.
Oba opowiadania, które znalazły się w centrum naszego zainteresowania, ukazały się w siódmej kolejnej publikacji literackiej ich autora, w zbiorze nowel The Plattner Story and others, w roku 1897. Był to — jak widać choćby z samej daty — koniec wieku, fin de siécle. Owo poczucie nadchodzącego końca epoki, zmierzchu wspaniałego okresu wytężonej aktywności umysłowej i działań praktycznych, poczucie niepewności i obawy przed zbliżającymi się nowymi czasami upowszechniało się wówczas niezwykle silnie w wykształconych kręgach społeczeństwa angielskiego. Mijał oto czas upajającego rozkwitu w imperium światowe; mijały lata względnie spokojnego i dostatniego panowania „dobrej królowej Wiktorii” (zmarła w roku 1901); mijał okres kolejnych reform administracyjnych i społecznych, starających się sprostać wymaganiom nowych układów w populacji: zwiększeniu ludności miast w obliczu nagłego, szybkiego rozkwitu przemysłu i wzrostu proletariatu; mijał wreszcie czas niebywałego, jak dotąd, rozwoju cywilizacji i nauk szczegółowych. Coraz wyraźniej ujawniały się wszakże i zagrożenia w postępie tak wieloaspektowym ukryte.
Zachwiał się oto przede wszystkim neoklasycystyczny jeszcze obraz harmonii świata, wsparty romantycznym przekonaniem o wartości człowieka i jednostki. Nowe odkrycia w geologii ukazały obraz rozległych perspektyw czasowych, prowadzących miliony lat wstecz, w których to perspektywach historia człowieka okazała się krótka, jak mgnienie oka. Z kolei odkrycia astronomiczne przyniosły poczucie zawrotu głowy wobec rozmiarów przestrzeni kosmicznej, odległości gwiezdnych oraz energii magnetycznych i grawitacyjnych — jakże pomniejszających status technologicznych osiągnięć ludzkości. Poprzez darwinowską teorię ewolucji człowiek dojrzał własną zwierzęcość i przypadkowość; teoria doboru naturalnego nie tylko załamała powszechne rozumienie historii stworzenia, ale także — jak się wówczas wydawało — kompromitowała wierzenia w szczególna rolę i miejsce człowieka w świecie przyrody; dojrzenie rządzącej wszystkim walki o byt podminowało wiarę we wszystkie niemal etyczne, moralne i estetyczne wartości homo sapiens. W perspektywie zaś nauk społecznych okazało się, iż jednostka nie ma znaczenia, iż jest nieliczącym się wręcz zerem wobec anonimowych praw produkcji i kumulacji kapitału, determinujących historyczne dzieje kolektywów.
We wcześniejszej zaś nieco praktyce społecznej rosnąca wtedy wiara w postęp cywilizacyjny i dążenie do sukcesu społecznego rozbudowały w późniejszym okresie, nas tu interesującym, sztywny system zasad, rządzący i dyktujący jednostce jej sposób życia. Powstały zwyczajowe standardy społecznych zachowań oparte na represyjnych regułach zachowania zewnętrznego, zamykające jednostkę w konformizmie, w drobnomieszczańskim zadbaniu o zewnętrzne oznaki przyzwoitości, w swoistej „dulszczyźnie”. Społeczeństwo objawiło swoje oblicze „zbiorowego średniactwa”, ujawniając zarazem zakłamanie rodzinnej i jednostkowej moralności „na pokaz”. Człowiek jako jednostka poczuł się w tym świecie wyobcowany, przestał rozumieć świat jako znaczącą i celową całość, mimo iż nauki tłumaczyły mu i wyjaśniały poszczególne aspekty jego uniwersum, od historii Ziemi poczynając, a kończąc na jego własnej genealogii jako gatunku. Nie mogło mu się. to wszakże wszystko powiązać w sensowną całość; świat okazał się tajemniczy, kryjący w sobie zaskakujące niespodzianki, w istocie swej albo obojętny, albo wręcz człowiekowi wrogi. Nawet drugi człowiek, w którego wartości moralne trudno było uwierzyć ,w świetle teorii walki o byt, mógł okazać się zagrożeniem. Jednostka— została podporządkowana żelaznym prawom tego świata, swobodne jej wybory i decyzje zostały zdeterminowane społecznym zakorzenieniem poszczególnego człowieka i jego człowieczą tylko już (nie aż!) naturą. Człowiek poczuł się sam w ogromnym świecie, czyhającym na jego zgubę, pozbawiony tradycyjnych więzi i autorytetów, zduszony w swej wyjątkowości przez konwenanse społeczne, prowadzony w niewiadome przez mechanizmy społecznej, cywilizacyjnej i technicznej ewolucji; poczuł się nieważny, ograniczony, wyalienowany.
Cóż mogła więc przynieść nadchodząca przyszłość? Jakie nowe zagrożenia miały się objawić na granicy epok? Co mogło czekać człowieka i ludzkość w wieku dwudziestym? Te i tym podobne pytania były w końcu epoki nacechowane obawą i lękiem, nie niosły radosnego oczekiwania na dalszy postęp, na większe zdobycze i triumfy.
Literatura tego okresu daje świadectwo o takim właśnie obrazie kultury, poświadczą^ wszystkie niepokoje i lęki ówczesnego człowieka. Wiele utworów epoki fin de siécle’u obiera za swój cel przede wszystkim stworzenie mimetycznego obrazu społeczeństwa oraz jego siły determinującej poczynania i życie jednostki. Bliskie są one nieraz naturalizmowi, jak na przykład słynna powieść George’a Moore’a Esther Waters (1894), traktująca o losach uwiedzionej dziewczyny, podobna w swym głównym temacie do równie słynnej powieści Thomasa Hardy’ego Tess of the D’Urbervilles (1891), który w innym swym utworze, Jude the Obscure (1895), ukazał znów bardzo deterministyczny i ponury obraz życia jednostki. Po roku 1900 ten nurt w literaturze znalazł swą kontynuację najbardziej typową w twórczości Arnolda Bennetta, choćby w cyklu z życia „pięciu miast” wielkiego okręgu przemysłu ceramicznego, Staffordshire: W roku 1906 rozpocznie swoją wielką sagę Forsyte’ów John Galsworthy, portretując pokolenie przełomu wieków, opanowane żądzą gromadzenia kapitału.
W tym nurcie znajdą też swoje miejsce i niektóre utwory Wellsa, czy to komediowe scenki z życia niższych warstw mieszczańskich (The Wheels of Chance, 1896), czy też ironiczne obserwacje niezwykłych odwiedzin anioła lub syreny w zwykłym środowisku pospolitych obywateli — odwiedzin, które dają okazję do szczegółowej penetracji ludzkiej przeciętności, owego „zbiorowego średniactwa” małomiasteczkowego światka (The Wonderful Visit, 1895; The Sea Lady, 1902). Znajdą też tu swoje miejsce wreszcie i poważne próby socjologicznych analiz drobnomieszczaństwa w takich powieściach jak Love and Afr. Lewisham (1900), w utrwalających sławę pisarza utworach Kipps (1805), The History of Mr. Polly (1910), czy w opowieści o społecznie „wyzwolonej” kobiecie, w Ann Veronica (1909).
Tego typu opisy, czasem szydercze, czasem kpiące, czasem zaś — jak w przypadku Hardy’ego — tragiczne, kształtują dość przygnębiający obraz społeczeństwa i rysują posępną wizję czasu teraźniejszego epoki fin de siécle’u. Taki świat — jak się wydaje autorom — zmierza chyba ku jakiejś katastrofie, nie może on bowiem trwać dalej, musi się zmienić, załamać, czy to na skutek gwałtownych przemian politycznych, czy też kataklizmu przyrodniczego. Pojawia się nurt literatury katastroficzno–profetycznej, przewidującej kasandrycznie najbliższą przyszłość imperium angielskiego, Europy i świata, przepowiadającej ruinę starego porządku i nadejście nowych czasów, czasem wymagających od człowieka budowy cywilizacji i społeczeństwa od samego początku, czasem kształtujących utopijny obraz świetlanej przyszłości czekającej ludzi po strasznych przeżyciach okresu przejściowego.
Nurt ten, zapoczątkowany przez pojawienie się utworu The Battle of Dorking w roku 1871, w którym autor, Sir G.T. Chesney, opisywał pruski najazd na Anglię, stanie się natychmiast bardzo popularny. Powieść Chesneya zostanie powielona w ośmiu różnych wersjach tematycznych przez innych pisarzy, w roku 1876 Niemcy zaatakują wyspy brytyjskie przechodząc przez tunel pod kanałem La Manche w powieści The Channel Tunnel (autor ukryty pod mówiącym pseudonimem „Cassandra”), w roku 1877 inna anonimowa powieść, Fifty Years Hence, zapowie upadek Anglii. Inwazja Anglii stanie się tematem utworu W.F. Butlera w roku 1882, strach przed napaścią przez słynny już tunel odezwie się ponownie w powieści C. Fortha The Surprise of the Channel Tunnel w roku 1883, zagrożenie i upadek Londynu opowiedziane zostaną przez „Posteritas” w utworze The Siege oj London (1884), w powieści R. Jefferiesa Aiter London (1885), przez J. Feddiego w The Capture of London (1887). W pierwszej połowie wieku dwudziestego, niemal aż do wybuchu drugiej wojny światowej, ten nurt powieści będzie kreował obrazy rozmaitych katastrof czekających Anglię i świat w niedalekiej przyszłości. Sam Wells w swoich powieściach przedstawi wizję przyszłościowych zmian politycznych (When the Sleeper Wakes, 1899 i The War in the Air, 1908) i połączy je z przewidywaniem utopijnego społeczeństwa (The World Set Free, 1914; The Shape of Things to Come, 1933). Da też najbardziej chyba słynny wyraz ówczesnym obawom i lękom tworząc pierwszą powieść o inwazji z Marsa w The War of the Worlds (1898) i parę lat później przewidując świetlaną przyszłość ludzkości po wejściu Ziemi w pasmo dobrotliwego gazu kosmicznego (In the Days of the Comet, 1906). Takie właśnie tło dominujących tendencji kulturowych końca epoki, a także świadomość popularnych konwencji literackich zarówno mimetycznego opisu rzeczywistości, jak i technik narracyjnych zmierzających do uprawdopodobnienia elementów fantastycznych potrafi przynajmniej częściowo wyjaśnić nam pojawienie się pewnych pomysłów i sposoby ich realizacji w dwóch szkicach H.G. Wellsa, stanowiących naszą lekturę.
Jesteśmy oto na pokładzie statku, z którego wkrótce wyruszy jednoosobowa wyprawa w niezbadany dotąd i wciąż tajemniczy świat głębin morskich. Niewiele już takich miejsc pozostało na kuli ziemskiej, do których by człowiek nie dotarł, a i te, dotąd niezdobyte, to raczej punkty za mapie, niż nieznane krainy: bronią się przed człowiekiem jeszcze oba bieguny Ziemi, nietknięte stoją najwyższe szczyty górskie. Aby się dostać w świat dziwów, trzeba byłoby albo wyprawić się poza Ziemię — w podróż do Księżyca, na przykład — lub też szukać pogubionych na oceanie nieznanych małych wysepek. Ze światem fascynujących głębin morskich mogłyby tu, na planecie, konkurować chyba tylko mało spenetrowane tereny Ameryki Południowej. Nic dziwnego, że tam właśnie znajdzie się też i Wells, odkrywając swoją „Krainę niewidomych” u stóp Parascotopetlu oraz imperium mrówek w dorzeczu Amazonki. Bo z Wellsa podróżnik jest nie byle jaki — szukał on już nieznanych wysp, znajdując tam przedpotopowe stworzenia („Aepyornis Island”), będzie towarzyszył pierwszym argonautom powietrza, wyprawi się też i na Księżyc. Wiekopomną wszakże podróż w przyszłość odbył już „Wehikułem czasu”. Pora więc teraz właśnie na głębiny morza.
Towarzyszy tym wszystkim wyprawom zawsze staranne przygotowanie techniczne. O tajnikach zaś tych przygotowań trzeba również poinformować czytelnika: o tym, że wyprawa odbędzie się w wielkiej kuli stalowej, pieczołowicie wyścielonej od środka poduszkami z powietrzem; że okna w tej kuli zaopatrzono w niezwykle grube szkło; że znajdzie się też w środku aparat Myersa, pochłaniający kwas węglowy i uzupełniający tlen w pomieszczeniu. Te szczegóły techniczne mogłyby się wszakże okazać nużące w lekturze. Jak więc podtrzymać zainteresowanie odbiorcy? To proste: trzeba mu uzmysłowić całe niebezpieczeństwo podejmowanego ryzyka, wyliczyć dokładnie straszne ciśnienie wody w głębinach, poddać w wątpliwość wytrzymałość szkła i niezawodność mechanizmu zegarowego, wyrazić obawę o możliwe działania istot żyjących na dnie morza. Inaczej mówiąc, potrzebna jest doza sceptycyzmu we wszechpotęgę techniki człowieka, owej stali, grubego szkła i aparatów, potrzebne jest uzewnętrznienie typowego przecież dla epoki przekonania, że człowiek jest tylko nędznym pyłem wobec potęgi przyrody, że nie liczą się jego starania wobec przepastnego ogromu otaczających go otchłani wody i nieba. Takie właśnie słowa, taka opinia zostanie więc włożona w usta porucznika Weybridge’a, od początku naszej opowieści ujawniającego w dialogu ze swym towarzyszem zaniepokojenie przyszłym losem śmiałka Elsteada. To ujawnione zaniepokojenie w początkowej partii opowiadania pobudzić ma również zaciekawienie czytelnika, który zadać sobie musi też pytanie, czy aby przypadkiem porucznik nie ma racji. Szczególnie prawdziwe może się to okazać w procesie lektury współczesnej, gdy odbiorca lepiej sobie zdaje sprawę z całego prymitywizmu prowizorycznej batysfery.
Zaciekawienie czytelnika nie od razu też zostanie zaspokojone. Oto bowiem okazuje się, że wszechobecny przecież i wszechwiedzący narrator nie towarzyszy Elsteadowi w jego zstąpieniu w otchłań wodną. Jesteśmy tylko świadkami jego pogrążenia się w oceanie, a potem przez kilka następnych stron, wraz z całą załogą statku „Ptarmigan” skazani jesteśmy na niecierpliwe oczekiwanie powrotu badacza. Spoglądamy więc wraz z kapitanem na tarczę zegarka, przypominamy sobie tę niepewną grubość szkła w okienkach kuli, a napięcie szczytu sięga, gdy okazuje się, że Elstead dawno już powinien był powrócić. A nawet wtedy, kiedy wreszcie porucznik Weybridge dojrzy wyskakującą z morza kulę, a statek pocznie jej poszukiwać w ciemnościach nocy — nadal dręczy nas niepewność co do losu podróżnika, dopóki nie udostępni się nam informacji, że wyniesiony z wnętrza batysfery nieprzytomny Elstead jednak żyje. I teraz dopiero, kiedy minęła już połowa opowieści, rozpocznie się właściwa jej część — relacja samego Elsteada.
Bardziej świadomy czytelnik z podziwem zauważy wyniki precyzyjnego warsztatu pisarskiego: doświadczenia prozy mimetycznej podsuwają nielogiczność zamieszczenia tu tej relacji w pierwszej osobie — Elstead jest wzburzony po swej przygodzie, wyczerpany nerwowo i fizycznie, nie może więc opowiadać „po porządku”. Tak więc narrator musi go w tym zastąpić, musi uporządkować chronologicznie tę opowieść, wzmacniając poczucie prawdopodobieństwa całej historii. Ale przecież, chodzi też o coś innego: relacja pierwszoosobowa musiałaby czytelnika bliżej zetknąć z samym opowiadającym, odbiorca identyfikowałby się z relacjonującym swe przygody Elsteadem, a potem finalne strony opowiadania przyjąć by mógł jako tragedię bohatera, jako tragedię niemal własną tego „ja”, z którym się poprzednio utożsamiał. Taka reakcja nie jest przez pisarza ani zamierzona, ani pożądana, bo nie o indywidualnej tragedii ma to być opowieść.
Uporządkowane przez narratora opowiadanie Elsteada ujawnia wreszcie mimowolnie cel tej wyprawy, o którym dotąd nie padło ani jedno słowo. Bo czyż podróżnik wybierał się na dno w celach naukowych? Nie wziął przecież ze sobą żadnych instrumentów badawczych oprócz reflektora, nie obmyślił sposobów pobrania próbek dna i wody czy odłowienia ryb, krabów i innych stworzeń. Nie pomyślał nawet o notowaniu swoich wrażeń na bieżąco. Wyprawiał się więc trochę sportowo (strój, w którym pojawił się po raz pierwszy na pokładzie też by na to wskazywał!), a trochę w nadziei na jakąś nadzwyczajną przygodę, z której jednak chciał wyjść żywy. Oczekiwał, że zobaczy jakieś dziwy morskich głębin, że odkryje coś, co dotąd odkryte nie było, ciekaw był tajemnic. Elstead jest najwyraźniej reprezentantem epoki minionej, niespożytej energii wiktorianinem, łatwo zawierzającym zabezpieczeniom nauki i techniki, pewnym poznawalności wszechświata, nieskazitelnie, na biało ubranym dżentelmenem idącym na spotkanie niebezpieczeństwa z roześmianymi oczyma i z papierosem w ustach, który w nieznanych i odległych zakątkach świata pojawia się tubylcom jak wszechmogący bóg zstępujący z tych regionów, które zsyłają im karzącą śmierć lub niespodziewane bogactwo. Oczekiwania Elsteada spełniły się w zadziwiający sposób. Odkrył oto bowiem nowy, cudowny świat podmorskich człekopodobnych istot, które potraktowały go właśnie jak wysłańca niebios. Ironia jednak wyraźnie zostaje zaznaczona: Elstead wraca do swego świata nie w wyniku własnych decyzji i starań, lecz na skutek szczęśliwego przypadku, wraca nieprzytomny i poobijany. W opowieści ukryte też jest i ostrzeżenie: z drugiej swej podróży w nowo odkryty świat Elstead już nie powróci w ogóle, mimo ulepszeń zastosowanych w batysferze.
Zarysował się też w tej opowieści niepokojący i refleksje budzący model wszechświata. Bo któż może zapewnić nas, że i nad nami gdzieś — może w powietrznych regionach, a może na innych planetach — nie znajduje się inny świat potężniejszych od nas istot, tak jak my potężniejsi się sobie wydajemy od napotkanych przez Elsteada tubylców głębin morza? Nawet i ci tubylcy zagrozić potrafili życiu ich odkrywcy, a cóż może nas czekać ze strony tych innych, którzy w każdej chwili gotowi zstąpić tak, jak Elstead zstąpił w otchłań fal morskich? Przecież otoczeni jesteśmy — według słów sceptycznego porucznika — przez dwie otchłanie: przez głębiny morza i głębiny nieba.
Myśl tę i konsekwencje takiego modelu wszechświata, potrafiącego zachwiać naiwną pewnością siebie rodu ludzkiego, rozwinie Wells szerzej w rok po napisaniu naszego opowiadania — w Wojnie światów.
Ujawnił się ostatecznie cel niepozornego szkicu: poprzez zafascynowanie czytelnika losem śmiałka i niespodziewanym fantastycznym elementem spotkanego w głębinach społeczeństwa inteligentnych mieszkańców; morza szkic ten miał sprowokować refleksję nad kształtem wszechświata, nad możliwością istnienia w nim wielu rodzajów istot inteligencją obdarzonych. Miał też podsunąć wątpliwość w uprzywilejowaną pozycję człowieka w takim, uniwersum, przypomnieć o ludzkiej znikomości i o czającym się we wszechświecie zagrożeniu.
Zadziwieni nieco perspektywami, które otworzyły się nam w lekturze pierwszego drobiazgu literackiego, z tym większym zainteresowaniem sięgamy po drugie opowiadanie. I znów okazuje się ono opowieścią o zagrożeniu. Tylko nie ma już potrzeby szukać go głęboko na pełnym morzu — wyszło ono samo z głębin na płytkie zatoki i na piasek plaż. Niespodziewany wróg ujawnił się oczom jednego z nas, przeciętnego emeryta, w czasie spokojnej popołudniowej przechadzki po przybrzeżnych skałach. Ujawnił się w trakcie pożerania ludzkiego ciała; zamącił nagle naszą pewność absolutnego bezpieczeństwa w kraju, który od wieków nie znał dzikich zwierząt, gdzie matki spokojnie udawały się wraz z dziećmi na kilkugodzinną przejażdżkę łodzią po zatoce, a pływakom nie zagroził nawet żaden rekin. Wróg ujawnił się zresztą nie po raz pierwszy — choć, jak się za chwilę dowiemy, nikt ze świadków poprzednich spotkań nie mógł już złożyć z nich swego sprawozdania.
Sprawozdania właśnie. Bo też od pierwszych stron opowieść o najeździe nieznanych głowonogów na wybrzeża Kornwalii czyta się inaczej niż dialog z początków poprzedniego szkicu. Relacja ta brzmi prawie jak szczegółowy i zręczny raport oficera policji dla zwierzchników, jak wyciąg z kilku protokołów dokładnego przesłuchania świadków. Troska o każdy szczegół jest tu tak widoczna, a najdrobniejszy z nich tak starannie zanotowany i omówiony, że czytelnik nie może mieć wątpliwości, iż przekazuje mu się całą dostępną prawdę o wydarzeniu. Nawet wtedy, gdy brak jakiejś informacji, ów protokół natychmiast to podkreśli. Mimo więc, że kilkakrotnie zwróci się też uwagą na nadzwyczajność wypadków, na ich niespotykany przebieg i charakter, a także na fantastyczność istot morskich, zwłaszcza ich inteligencję — czytelnik nie odnosi wrażenia, iż czyta opowieść fantastyczną.
Dlaczego tak się dzieje? Bo nie idzie już tym razem jedynie o zaciekawienie czytelnika niespotykaną przygodą czy też o sprowokowanie go do refleksyjnej spekulacji nad możliwym kształtem świata i nad miejscem w nim człowieka. Szkic ten ma najwyraźniej postawić odbiorcę przed dokonanym już faktem, przed stwierdzonym w jego teraźniejszości, istniejącym już, dziś właśnie zagrożeniem. Opowieść zdąża do wywołania emocjonalnej reakcji czytelnika, emocjonalnego zachwiania jego pewności siebie poprzez przekonanie go o prawdziwości przedstawionych wydarzeń. Chce zmusić go do przelotnej choćby myśli: „A może to było naprawdę?” Stąd też i tak staranne zlokalizowanie akcji, opatrzenie opowieści nazwami geograficznymi i szczegółowym opisem topograficznym skał wybrzeża. Ku temu właśnie zmierza naukowe niemal wyliczenie poprzednich wypadków, stwierdzających istnienie podobnych głowonogów i zacytowanie łacińskiej nazwy tego gatunku. Stąd też i protokolarny dystans narratora, referującego stylem reportersko–policyjnym zdarzenia, odnotowującego pilnie, iż kaszalot został wyrzucony na brzeg trzeciego czerwca i że było to dokładnie w dwa tygodnie i trzy dni po historii w Sidmouth, kiedy ujrzano raz jeszcze żywego Haploteuthis. Po to również pojawi się i przywoływanie naukowych autorytetów, konstruujących różne teorie na temat głowonogów. „Czyżby to wszystko było prawdą?” — ta zamierzona reakcja odbiorcy jest jednocześnie zabarwiona swoistym zawieszeniem napięcia, kształtuje się jako oczekiwanie, czy najbliższa przyszłość potwierdzi niepokojące sygnały o niebezpieczeństwie. Autorowi opowieści pozostaje już tylko próba uspokojenia rodzących się obaw — przewrotnie przecież — pozostaje jedynie wyrażenie wiary i nadziei w to, iż odwrót potworów w głębiny nastąpił bezpowrotnie. Nadzieja ta — jeśli idzie o literackie spotkania z tajemniczymi przybyszami — okaże się zawodna.
Bo pamiętać przecież trzeba, że opowiadania stanowiące naszą lekturę to ledwie wprawki literackie; że są one jakby pierwszą notatką, pierwszą próbą rozwinięcia pomysłu. Jak wielka była nośność tematyczna niektórych elementów tego pomysłu, świadczyć może ich opracowanie w odmiennych wersjach czy to przez samego Wellsa, czy przez innych autorów. Już we wspomnianej poprzednio Wojnie światów okaże się, że przybyli na Ziemię Marsjanie są niezwykle podobni zewnętrznie do spotkanych przez nas Haploteuthis jerox. Jak widać, w wyobraźni autorskiej zagrożenie z głębin morza niezwykle silnie zostało związane z zagrożeniem idącym z otchłani kosmosu. Fascynację tymi dwoma obszarami potwierdzi też jeszcze w roku 1953 John Wyndham, przedstawiając w swej powieści pod tytułem The Kraken Wokes inwazję istot z Neptuna, których właściwym terenem życia i działania mogą być na Ziemi tylko największe głębiny morskie. W tejże powieści opisy polowania na mieszkańców nadmorskich miast i wiosek, dokonywanego przez napastników z głębinowych czołgów za pomocą ośmiornico–podobnych pułapek, prezentują tylko wzbogaconą w szczegóły techniczne wersję tego niebezpieczeństwa, którego świadkiem był pan Fison w Sidmouth. Ale i wcześniej też, w roku 1936, Karel Čapek opisze dokładniej rozmiary katastrofy rodzaju ludzkiego w spotkaniu z inteligentną rasą istot morskich w swojej powieści Inwazja jaszczurów, a w roku 1929, w powieści Conan Doyle’a The Maracot Deep w głębiny morza zejdzie śladami Elsteada trójka śmiałków, by odkryć tam miasto podwodne Atlantydów, uświadamiając człowiekowi ponownie ostrzeżenie, iż w zamierzchłej przeszłości ludzkość już raz osiągnęła wyżyny techniki i cywilizacji, ale — korzystając z osiągnięć swych egoistycznie — zatopiona została na dnie oceanu.
Literatura, o której tu mówimy, to — w sposób oczywisty — literatura fantazji, często surowo dość traktowana przez krytyków literackich. Ale to ona właśnie najbardziej jest uczulona i najwyraźniejszym zwierciadłem i obaw, i marzeń ludzkości w poszczególnych epokach. Czasem wyraża te lęki i oczekiwania bezpośrednio i naiwnie, czasami — pod piórem najwybitniejszych pisarzy — potrafi zbudować model świata metaforycznie przekazujący doświadczenie nas wszystkich. Literackie drobiazgi Wellsa, jak widzieliśmy, zakorzenione mocno w tradycji, ujawniające nawet romantyczne poczucie tajemnicy wszechświata, przełamują już wiktoriańską postawę ufności wobec nauki i techniki, rezygnują z pewnej siebie nonszalancji podróżnika i odkrywcy czującego za sobą potęgę Imperium, sygnalizują model świata ogromnego i nieogarnionego poznaniem człowieka, w którym — aby użyć tu obrazowania z o wiele późniejszych przecież wierszy Sylwii Plath — człowiek czuje się samotny i zagrożony w obliczu dwóch głębi, dwóch otchłani: przepaści morza u jego stóp i czaszy nieba nad głową. Nic dziwnego, że budzi się w nim lęk, iż obie przestrzenie — jak szczęki zawieszone na zawiasach horyzontu — mogą się kiedyś zatrzasnąć w finalnym akcie fin du monde.
Andrzej Zgorzelski
Porucznik stał przy stalowej kuli i gryzł kawałek sosnowej drzazgi. — Co pan o tym sądzi, panie Steevens? — zapytał. — Całkiem niezły pomysł — odparł Steevens tonem człowieka, którego niełatwo zadziwić…
— Chyba to się zgniecie… na placek — powiedział porucznik.
— Zapewne wszystko dobrze obliczył — stwierdził Steevens, nadal beznamiętnie.
— Ale pomyśl pan o ciśnieniu — odezwał się znowu porucznik. — Na powierzchni wody wynosi ono czternaście funtów na cal, trzydzieści stóp głębiej już dwa razy tyle; sześćdziesiąt — trzy razy więcej; dziewięćdziesiąt — cztery razy; dziewięćset — czterdzieści razy; pięć tysięcy — trzysta… to już mila, czyli dwieście czterdzieści razy czternaście funtów… to byłoby… chwileczkę… trzy tysiące, czyli półtorej tony, panie Steevens: półtorej tony na cal kwadratowy. A tam, gdzie on się, wybiera, ocean ma pięć mil głębokości. To wynosi siedem i pół…
— Brzmi to groźnie — przerwał Steevens — ale ta stal jest bardzo gruba.
Porucznik zamilkł, lecz znowu zaczął gryźć drzazgę. Przedmiotem ich rozmowy była olbrzymia stalowa kula o zewnętrznej średnicy około dziesięciu stóp. Wyglądała jak pocisk jakiejś gigantycznej armaty. Kulę przemyślnie osadzono na olbrzymim rusztowaniu wbudowanym w szkielet okrętu, a potężne belki, które miały przerzucić ją do morza, nadawały jego rufie kształt wzbudzający zaciekawienie każdego szanującego się marynarza od portu londyńskiego po Zwrotnik Koziorożca. W dwu miejscach w stalową powłokę wmontowano, jedno nad drugim, dwa okrągłe okienka z potwornie grubego szkła. Pierwsze z nich, oprawne w grubą stalową ramę, było teraz częściowo odśrubowane. Wnętrze kuli obaj mężczyźni zobaczyli tego ranka po raz pierwszy. Było starannie wyściełane pneumatycznymi poduszkami, a między ich wypukłościami znajdowały się dźwigienki do sterowania prostym mechanizmem całego urządzenia. Wszystko dokładnie otoczono miękką wyściółką, nawet aparat Myersa, który miał absorbować kwas węglowy i uzupełniać tlen wydychany przez pasażera, gdy prześliźnie się już przez szklany właz i zostanie zaśrubowany. Poduszki były tak miękkie, że człowieka można byłoby całkiem bezpiecznie wystrzelić z armaty. I słusznie, gdyż właśnie pewien człowiek zamierzał wpełznąć do wnętrza, miano go dokładnie zaśrubować i przerzucić za burtę, by spadał… spadał… spadał… przez pięć mil, tak jak powiedział porucznik. Ta sprawa całkowicie go pochłaniała i zanudzał wszystkich w mesie, dopóki nie stwierdził, że Steevens, który niedawno przybył na pokład, idealnie się nadaje do gadania z nim w kółko na ten temat.
— Moim zdaniem — odezwał się znowu porucznik — to szkło po prostu się wygnie, wklęśnie i trzaśnie pod takim naciskiem. Daubree udowodnił, że pod wysokim ciśnieniem skały rozpływają się jak woda… I zapamiętaj pan moje słowa…
— Jeśli szkło pęknie, to co wtedy? —— zapytał Steevens.
— Wtedy woda strzeli do środka jak strumień płynnego żelaza. Czy poczuł pan kiedy na sobie wytrysk wody pod wysokim ciśnieniem? Uderza twardo jak kula karabinowa. Po prostu zmiażdży go, rozdusi. Rozedrze mu gardło i płuca, wbije się w uszy…
— Ależ pan ma bujną wyobraźnię! — przerwał Steevens, który żywo przedstawił sobie to wszystko.
— Stwierdzam tylko nieuniknione fakty — oświadczył porucznik.
— A kula?
...
Velevit