Herbert George Wells - Pierwsi Ludzie Na Ksiezycu (mandragora76).doc

(822 KB) Pobierz
l

l. PAN BEDFORD SPOTYKA PANA CAVORA W LYMPNE

Igrają wkoło mnie cienie listków winogradu — nad sobą mam południowe włoskie niebo, mocno niebies­kie — iż pewnym zdziwieniem myślę, zabierając się teraz do pisania, że tylko prosty przypadek uczynił mnie współuczestnikiem fantastycznej wyprawy Cavora. Bo właściwie mógłby to być równie dobrze ktoś inny. Wplątałem się w awanturę, właśnie kiedy sądziłem, że nic mi spokoju nie zakłóci. Pojechałem do Lympne przeświadczony, że odkryłem najnudniejszy kąt na świecie. „Tu wreszcie (mówiłem sobie) znajdę praw­dziwe zacisze i warunki do pracy".

Wynikła zaś — ta oto książka. Tak sobie przeznacze­nie żartuje z zamysłów ludzkich.

Wyjaśnię zaraz na wstępie, że tuż przed wyjazdem spotkało mnie fatalne niepowodzenie natury finan­sowej. Kiedy teraz, otoczony zbytkiem, przyznaję się do ówczesnych kłopotów i biedy, odczuwam to jako rodzaj luksusu. Nie zaprzeczę nawet, że owszem, sam przyczyniłem się niemało do własnych klęsk. Bo jakkol­wiek przejawiam w pewnych kierunkach zdolności, to jednak z pewnością dobrej głowy do interesów nie mam. Ale cóż — młody byłem wówczas, a niedoj­rzałość moja wyrażała się także w zarozumiałym prze­konaniu o wrodzonym talencie do operacji finanso­wych. Wiekiem nadal jeszcze jestem młody, przeżycia

starły jednak już z mego umysłu dużo naiwności młodzieńczej. Czy wydobyły na jaw złotą żyłę mądro­ści? — śmiem wątpić.

Nie potrzebuję szczegółowo opowiadać o zabiegach spekulacyjnych, które ostatecznie spowodowały, że przeniosłem się do miasteczka Lympne w hrabstwie Kent. W świecie nowoczesnym operacje finansowe nieraz miewają w sobie coś z junackiej przygody. Także i ja ryzykowałem. Zabawy takie kończą się zwykle w ten sposób, że jedni robią interes, drudzy płacą. Mnie przyszło w udziale płacić. Wcale mi to nie w smak było. Nawet gdy już wypłynąłem na czyste wody, jeden ze złośliwych wierzycieli nie przestał mnie napastować. Dał mi się rzeczywiście we znaki. Wreszcie ujrzałem przed sobą jedyne dobre wyjście: zarobić szybko i dużo na sztuce teatralnej, skoro nie chcę komentować się skromną posadą kancelisty po kres dni swoich. A że mam wyobraźnię i lubię życiowy komfort, postanowi­łem stoczyć z losem ostrą walkę, zamiast kapitulować. Oprócz wiary w swój geniusz do interesów żywiłem bowiem wówczas przekonanie, że potrafiłbym napisać dobrą sztukę dla teatru. O ile się orientuję, złudzeniom podobnym ulega sporo osób. Co do mnie, wiedziałem, że powodzenie autora scenicznego to — na równi z legalnymi spekulacjami pieniężnymi — najkrótsza droga do majątku, i stąd pewnie wzięła się moja pochopność. Wmówiłem w siebie, że ta nie napisana sztuka to jakby kapitalik odłożony na czarną godzinę. Godzina ta wybiła/zabrałem się więc do pracy.

Odkryłem rychło, że napisanie sztuki wymaga więcej czasu niż początkowo myślałem. Najpierw zdawało mi się, że dziesięć dni wystarczy; w poszukiwaniu od­powiednio zacisznego miejsca przeniosłem się do

Lympne. Wynająłem tam małą willę i z zadowoleniem podpisałem kontrakt na trzy lata. Wstawiłem parę gratów i na czas tworzenia zostałem swoim własnym kucharzem. Gotowałem po amatorsku, a jednak dob­rze. Wystarczyło mi parę naczyń kuchennych: imbryk do kawy, dwa rondelki — do jaj i do kartofli, patelenka do przysmażania boczku i kiełbasek; więcej do szczęś­cia nie potrzebowałem. Nie zawsze można być po pańsku marnotrawcą, ale zawsze można jakoś poprze­stać na małym. Zresztą zakupiłem jeszcze na kredyt baryłkę piwa pojemności osiemnastu galonów, a pie­czywa dostarczał mi co dzień piekarz szlachetnie ufny w moją wypłacalność. W sumie nie była to zapewne egzystencja sybaryty, ale zaznałem w życiu gorszych czasów. Trochę żal mi było piekarza, człowieka nader przyzwoitego, lecz wierzyłem, że i on na mnie się nie zawiedzie.

Lympne to bez wątpienia idealne miejsce na samo-tnictwo. Leży w tej części Kentu, gdzie gleba jest gliniasta, domek zaś mój stał na zrębie prastarego urwiska, tak że z okien poprzez bagniste rozłogi Rom-ney miałem widok otwarty na morze. W porze najbar­dziej słotnej miasteczko staje się prawie niedostępne;

słyszałem, że listonosz niekiedy musi przywiązywać deski do butów, aby przebyć niektóre szczególnie rozmiękłe odcinki drogi. Sam wprawdzie tego nie widziałem, ale łatwo mi to sobie wyobrazić. Przed drzwiami niezbyt licznych domów i willi, które tworzą obecnie osiedle, widzi się zatknięte i gotowe do użytku duże brzozowe miotły: już z tego powziąć można niejakie pojęcie o charakterze terenu. l pewnie nic by dziś w tym miejscu nie stało, gdyby nie aura bla-knących historycznych wspomnień. Bo tu niegdyś

sytuowany był główny w Anglii port rzymski, Portus Lemanus — mimo że dziś odległość od morza wynosi cztery mile. Na całej stromej ścianie urwiska widzi się ślady podmurowań rzymskich i stamtąd też starożytny gościniec rzymski, zwany dziś Watling Street, miejs­cami jeszcze zabrukowany, kieruje się prosto jak strzała ku północy. Stawałem czasem na stromym stoku i puszczałem wodze wyobraźni, oglądając w myśli galery i legiony, jeńców i urzędników, kobiety i kup­ców a także i spekulantów tego co ja pokroju — sło­wem gwarne i zgiełkliwe życie ówczesnej przystani. Zostały z tego dziś szczątki skorup wśród trawy, pasące się gdzieniegdzie stadka owiec i moja osoba. Miejsce gdzie był port, pokryły grzęzawiska sięgające aż do Dungeness — płaskość urozmaicona kępkami drzew i wieżami kościelnymi starych miasteczek średniowie­cznych, chylących się z kolei ku zagładzie, co strawiła wcześniej Portus Lemanus.

Rzadko zdarzało mi się widzieć coś równie pięknego lak ten rozległy krajobraz. Dungeness z odległości jakichś piętnastu mil wydawało mi się trawą leżącą na morzu, a dalej ku zachodowi promieniały pod wieczór w słońcu wzgórza Hastings. Czasem zbliżały się i uwy­datniały, czasem płowiały i bladły, a czasem, prze­słonięte szarugą, znikały całkiem. Bliższe zaś okolice bagiennego terenu pocięte były i osrebrzone systemem rowów i kanałów.

Z okna, przy którym pracowałem, ogarnąć mogłem wzrokiem cały daleki widok aż po horyzont. Z okna też dostrzegłem po raz pierwszy sylwetkę Cavora. Stało się to właśnie, kiedy ślęczałem nad trudnościami scenariu­sza, nic dziwnego więc, że ukazanie się przybysza od razu odwróciło moją uwagę.

Było już po zachodzie, dogasała jeszcze spokojnie żółtozielona zorza, na jej tle zaś rysowała się czarna figura, jedyna w swoim rodzaju.

Niewysoki mężczyzna, korpulentny, na cienkich nóż­kach, skłonny do odruchowych gestów, swoją pełną fantazji głowę nakrywał kapryśnie czapką używaną normalnie do gry w krykieta, ponadto odziany był w palto, kolarskie spodenki i pończochy. Czemu tak się ubierał, nie wiem, bo przecież nigdy nie jeździł na rowerze ani nie uprawiał krykieta. Był to jakiś przypad­kowy strój, niełatwy do wytłumaczenia. Przechodzień maszerując gestykulował, potrząsał głową i coś pod nosem mruczał. Brzęczał niby jakiś aparat elektryczny. Przy tym jeszcze od czasu do czasu nadzwyczaj donoś­nie pochrząkiwał.

Ziemia stała się oślizgła po deszczu, co najwyraźniej zwiększyło jeszcze niepewność jego ruchów w trakcie przechadzki. Naprzeciw miejsca, gdzie zaszło słońce, stanął i spojrzawszy na zegarek, zawahał się. Następnie nerwowo, jakby konwulsyjnie, zawrócił i wycofywał się pośpiesznie, rezygnując z gestykulacji, ale wy­dłużając krok, dzięki czemu wpadł mi w oko niepropor­cjonalny rozmiar jego stóp, wyolbrzymionych komicz­nie przez przylgniętą do butów glinę.

Zdarzyło się to zaraz pierwszego dnia po moim przyjeździe, gdy moje roznamiętnienie scenopisarskie było największe, toteż cały epizod uznałem za sprawę mało ważną, w sumie za stratę jakichś pięciu minut. Potem znów zająłem się scenariuszem. Lecz gdy i naza­jutrz zjawisko ponowiło się najdokładniej, i następ­nego wieczora, i powtarzało się przez wszystkie kolejne dni, jeżeli deszcz nie padał — skupienie nad pracą literacką przychodziło mi z coraz większym wysiłkiem.

„Bierz go licho, chce marionetkę grać czy co?"—szep­tałem do siebie i z pasją posyłałem przybysza do wszystkich diabłów przez kilka wieczorów z rzędu.

Po czym jednak nad złością wzięły górę zdumienie i ciekawość: jak wytłumaczyć powód dziwnego za­chowania? Wreszcie czternastego wieczoru dłużej pa­nować nad sobą nie mogłem i gdy tylko pokazała się znajoma sylwetka, wybiegłem przez oszklone drzwi i przez werandę skierowałem się wprost do miejsca, gdzie przybysz zawsze przystawał.

Właśnie wyjmował zegarek, gdy podszedłem. Twarz, którą poprzednio oglądałem tylko pod światło, z bliska okazała się pełna, czerwona, wyzierały z niej brązowo-różowe oczy. Zaczepiłem go, właśnie gdy się odwracał.

— Daruje pan... jedną chwileczkę. Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Chwileczkę, i owszem — odparł. — A jeśli pan chce ze mną mówić dłużej, to o ile wolno zapropono­wać coś... bo chwileczka już minęła... czyby się pan ze mną nie przeszedł?

— Z przyjemnością—odpowiedziałem, stając obok rozmówcy.

— Mam swoje przyzwyczajenia. Czasu na pogawę­dki bardzo mało.

— A tę godzinkę przeznacza pan na spacer?

— Tak, lubię oglądać zachód słońca.

— Co znowu!

— Jak to?!

— Nie interesuje pana zupełnie ten widok.

— Nie interesuje...?

— Tak, nie interesuje. Obserwowałem pana podczas trzynastu spacerów i ani razu nie przypatrywał się pan zachodowi słońca.

Zmarszczył brwi, jakby usiłując zgłębić kwestię.

— No cóż, lubię odblask zachodu, wieczorne po­wietrze, chadzam tą dróżką, przez tę furtkę — tu obrócił nagłym skrętem głowę przez ramię — i potem idę tędy...

— Ależ nie. Ani razu nie szedł pan tędy. Myli się pan. Tam wcale nie ma przejścia. Dziś na przykład...

— Dziś? Zaraz... jak dziś było? Sprawdziłem na zegarku godzinę, stwierdziłem, że półgodzinny czas spaceru przekroczyłem o trzy minuty, że tamtędy przejść już nie zdążę, no więc zawróciłem...

— Tak jak zawsze.

Spojrzał na mnie, ważąc rzecz w myśli.

— Być może, bardzo być może. Ale o czym chciał pan ze mną mówić?

— Właśnie o tym.

— Że?

— Że czemu pan to robi? Co dzień przechodzi pan, wydając ten swój pomruk...

— Pomruk?

— Mniej więcej taki... — przedrzeźniałem. Znów rzucił mi spojrzenie. Najwidoczniej usłyszany dźwięk wydał mu się niemiły.

— To ja tak brzmię jak chrząszcz?

— Co dzień i regularnie.

— Zupełnie sobie nie zdawałem sprawy... Urwał z przebłyskiem doniosłego odkrycia w oku.

— Czyżby mi to niepostrzeżenie przeszło w nałóg?

— Chyba, no bo jak to inaczej wytłumaczyć? Jął ściskać dolną wargę palcem wskazującym i kciu­kiem, wpatrując się jednocześnie w pobliską kałużę.

— Tyle mam spraw na głowie — wybąkał — a pan chciałby ode mnie wyjaśnień. Zapewniam pana: nie

tylko nie wiem, dlaczego tak pomrukuję, ale w ogóle nie wiedziałem, że to robię. Teraz, kiedy mi pan rzecz uświadomił, przyznaję: istotnie, dalej niż poza to pólko nigdy nie zaszedłem... l te rzeczy pana drażnią? Czułem, ze niechęć moja słabnie.

— Właściwie nie drażnią. Ale gdyby pan pisał sztukę dla sceny...

— Nie mogę sobie czegoś podobnego wyobrazić.

— Po prostu gdyby pracował pan nad czymś, co wymaga koncentracji...

— Ach, rozumiem — pomedytował chwilę. Stracił kontenans, osowiał, a mnie się go jeszcze bardziej żal zrobiło. W gruncie rzeczy przecież nie miałem prawa zaczepiać nieznajomego przechodnia z tej racji, że coś sobie pod nosem nuci na drodze publicznej.

— Widzi pan — usprawiedliwiał się — to się stało u mnie nałogiem.

— Nie przeczę.

— Muszę się tego wyzbyć.

— Bynajmniej, jeśli to panu sprawi kłopot. Nie mam prawa...

— Ależ nie — zaprotestował — nic podobnego. Przeciwnie, dziękuję panu. Powinienem na siebie pil­niej uważać, i tak w przyszłości będzie. Gdyby pan był łaskaw jeszcze raz powtórzyć ten... ten odgłos...

— Mniej więcej coś takiego: burz.... brz... Ale wie pan...

— Ogromnie panu dziękuję. Doprawdy, staję się do niemożliwości roztargniony. Ma pan zupełną rację, najzupełniejszą. Dziękuję, i skończę radykalnie z tym nałogiem. Ale zbyt daleko pana od domu odciągnąłem.

— To ja zbyt niegrzecznie...

— Och, nie ma o czym mówić.

Popatrzyliśmy na siebie. Uchyliłem kapelusza i złoży­łem rozmówcy swoje uszanowanie. Odwzajemnił uprzejmość w sposób odruchowy i tak rozstaliśmy się.

Przy kładce obejrzałem się jeszcze. Nawet z dala dostrzegłem, jak zmieniła się jego postawa. Jakoś zwiotczał i skurczył się w sobie. Kontrast z niedawną jego gestykulacją, rozbrzęczaną figurą był tak śmiesz­ny, że aż wzruszał. Patrzyłem za przechodniem, póki nie zniknął. Wreszcie, serdecznie zły na siebie, że się w to wszystko wdałem, powróciłem do domu i do pióra.

Przez dwa następne dni dziwak nie pokazał się wcale. Jednakże nie przestałem o nim myśleć, przyszło mi bowiem do głowy, że w układzie scenariusza mógłbym wykorzystać go jako postać komiczną, np. w roli amanta. Trzeciego dnia mnie odwiedził.

Na razie powodu wizyty nie mogłem się domyślić. Poruszał jakiś czas grzecznie tematy obojętne, po czym nagle przystąpił do rzeczy. Chciał ode mnie odkupić willę.

— Nie mogę mieć do pana pretensji — tłumaczył —ale bądź co bądź podważył pan moje przyzwyczaje­nie i to mi rozstroiło porządek dzienny. Od lat spacero­wałem tutaj, od lat całych, l może nawet stale przy tym coś sobie nuciłem... Dzięki panu to się stało niemoż­liwe.

Zaproponowałem, żeby wytyczył sobie inny kieru­nek spaceru.

— To się nie da zrobić. Po prostu innego kierunku nie ma. W grę wchodzi tylko ten. Zebrałem informacje i wiem. Teraz codziennie o czwartej staję jakby przed murem.

— Ależ jeśli naprawdę to dla pana takie ważne...

— Bardzo ważne. Proszę zrozumieć: jestem bada­

czem naukowym... prowadzę doświadczenia w pewnej dziedzinie. Mieszkam — tu urwał jakby dla namysłu —o tam zaraz—wyciągnął nagle rękę i o mało nie trafił mnie w oko. —W tamtym domu, gdzie te białe kominy nad drzewami. Obecna moja sytuacja jest wyjątkowa. Wyjątkowa. Kończę niezbędne doświadczenia, jestem u progu odkrycia, które będzie jednym z najdonioślej­szych w historii świata. W historii odkryć w ogóle. Ta praca wymaga ode mnie bezustannego wysiłku myśli w warunkach swobody psychicznej. Najlepiej zawsze pracowało mi się po południu. O tej porze zwykle nawiedzały mnie nowe idee, nowe pomysły...

— No więc niech pan spaceruje po dawnemu.

— To już nie będzie to samo. Nie będę się czuł swobodnie. Pamiętać będę ciągle, ze pan pisze, że patrzy na mnie z irytacją, o tym wszystkim będę myśleć zamiast o swojej robocie. Jedyna rada: kupić willę.

Zawahałem się. Wyjaśniłem, że muszę się nad tą sprawą głębiej zastanowić. Miałem wówczas słabość do interesów, pociągały mnie zwłaszcza transakcje sprzedaży. Po pierwsze jednak, willa należała nie do mnie i choćbym uzyskał za nią dobrą cenę, trudno byłoby mi przenieść tytuł własności, gdyby prawdziwy właściciel dowiedział się o moich zamiarach. Po drugie zaś, byłem jeszcze z punktu widzenia prawa — bank­rutem. Rzecz wobec tego wymagała ogromnie delikat­nego załatwienia. Lecz również zainteresowała mnie i ewentualność nowego naukowego odkrycia. Uświa­domiłem sobie, że chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tych eksperymentach naukowych. Nie miałem jakichś nieuczciwych zamiarów, chciałem się tylko oderwać trochę od własnego warsztatu. Wysunąłem więc ostrożnie czułki.

Wcale mi nie poskąpił informacji. A gdy się ożywił, rozmowa wręcz przekształciła się w monolog. Mówił jak człowiek, co od dawna taił coś w sobie i tylko sobie samemu zwierzał się wielokrotnie. Mówił bez przerwy prawie godzinę i wyznać muszę, ze mnie to mocno znużyło. Lecz znajdowałem swoiste zadowolenie w poczuciu, że zaniedbuję własną pracę, którą sam sobie wyznaczyłem. Podczas tej pierwszej rozmowy nie potrafiłem jeszcze zmiarkować, co badania mają na celu. Mój gość używał zbyt wielu niezrozumiałych dla mnie terminów technicznych, parę kwestii zaś objaśnił za pomocą (jak się wyraził) wzorów matematycznych na poziomie elementarnym, rzucał jednak ołówkiem kopiowym na papier koperty równania tak dla mnie zawiłe, iż nie byłem nawet pewien, czy potrafię dobrze udawać, że coś rozumiem.

— No tak — potakiwałem — no tak, no i co dalej? —Zrozumiałem jednak dość, żeby upewnić się, że nie konferuję z maniakiem, który odkrywcą jest tylko we własnym mniemaniu. Gość mimo dziwacznego wy­glądu oddziaływał sugestywnie. Uwierzyłem też w pra-ktyczną doniosłość jego wynalazku. Dowiedziałem się, że ma laboratorium i zatrudnia trzech pracowników, z wykształcenia zawodowego cieślów, których od­powiednio doszkolił. Przyszło mi na myśl, że od labora­torium do urzędu patentowego może być niedaleko. Gość przy tym zaprosił mnie, żebym obejrzał jego pracownię. Przystałem chętnie i parokrotnie potem w rozmowie powracałem jeszcze do tej sprawy. Projekt przeniesienia tytułu własności willi szczęśliwie poszedł na razie w zapomnienie.

Gość wstał wreszcie i wyraził skruchę z powodu nazbyt długiej wizyty. Lecz dodał, że przyjemność

mówienia o własnej pracy trafia mu się bardzo rzadko i że nieczęsto zdarza mu się spotkać tak pojętnego jak ja słuchacza. Z przedstawicielami oficjalnego świata nau­ki obcuje bowiem nader rzadko.

— Tyle w tym światku małostkowości, tyle zawiści — tłumaczył. — A zwłaszcza jeśli się przychodzi z jakimś własnym, nowym pomysłem, z nową, zapład-niającą ideą... Nie chcę, żeby mówiła przeze mnie niechęć, ale...

Jestem impulsywny. Toteż może nazbyt pochopnie wystąpiłem z nagłą propozycją. Proszę jednak pamię­tać, że od czternastu dni pracowałem w Lympne zupełnie samotnie i nadal jeszcze czułem się winowaj­cą wobec pozbawionego spacerów sąsiada.

— A może urządzałoby pana przyzwyczajenie za­stępcze? Zamiast tamtego, które zniweczyłem? Może przynajmniej do czasu, zanim rozstrzygnie się ta sprawa z willą? Chce pan rozmyślać codziennie nad związany­mi z pracą zagadnieniami. Stałą okazję do tego dawał spacer popołudniowy... Niestety, wrócić do tej rutyny się nie da, trudno, tego już nie naprawimy. Ale czyżby za to nie zechciał pan przychodzić do mnie i opowiadać o tych sprawach? Miałby pan we mnie ścianę, o którą obijałyby się idee i wracały do pana z powrotem... Zbyt wielkim jestem ignorantem, żeby stać się złodziejem pańskich pomysłów, to pewne, a stosunków ze świa­tem nauki nie mam żadnych...

Urwałem. On zaś zaczął rzecz rozważać. Najwidocz­niej projekt go pociągał.

— Przecież zanudziłbym pana...

— Czy aż tak dalece jestem tępy?

— Nie, lecz cała strona techniczna...

— Słuchałem pana dziś z największym zaintereso­waniem.

— Mnie by ten projekt rzeczywiście odpowiadał. W trakcie wykładu bardzo się wyklarowują myśli. Dotychczas zaś...

— Ach, o tym niech pan nawet nie wspomina.

— l naprawdę znalazłby pan dość czasu?  — Wypoczywa się nadzwyczajnie, odwracając uwagę ku czemuś nowemu — odparłem z głębokim

przekonaniem.

Układ stanął. Gość, odchodząc, jeszcze raz mi z we­randy podziękował.

— l tak już jestem panu bardzo wdzięczny. Chrząknąłem pytająco.

— Wyleczył mnie pan zupełnie z tego śmiesznego nałogu nucenia w trakcie spaceru...

W odpowiedzi usłyszał, że zawsze rad mu służę, po czym oddalił się.

l widocznie natychmiast powrócił w myśli do spraw, o których przed chwilą mi wykładał. Po staremu zaczął rękami wymachiwać. Wnet wraz z wiatrem doleciały mnie znajome brzmienia...

Ostatecznie to jednak nie było moją sprawą...

Nawiedzał mnie przez dwa następne dni i wygłosił przy tej sposobności dwa referaty z dziedziny fizyki ku wspólnemu naszemu zadowoleniu. Mówił, jak mu się zdawało, bardzo przystępnie o sprawach takich, jak:

„eter kosmiczny", "wektor siły", "potencjał grawitacji" itp., ja zaś, rozsiadając się jak najwygodniej w drugim fotelu, dorzucałem półsłówka w rodzaju: "no tak", „niech pan mówi dalej", „rozumiem", żeby ułatwić mu wykład. Przedmiot był nadzwyczaj trudny, ale prele­gent prawdopodobnie nie domyślił się nigdy, jak słabo nadążałem za jego myślą. Były chwile, kiedy powąt­piewałem, czy w ogóle postąpiłem rozsądnie, wdając

się w to nudziarstwo, ale zawsze miałem tę pociechę, że przynajmniej nie ślęczę tymczasem nad swoją nie dokończoną sztuką. Niekiedy wydawało mi się, że coś już rzeczywiście rozumiem, a potem nagle wrażenie to pierzchało. Czasem zwyczajne znużenie brało górę, rozpraszała się uwaga, siedziałem i patrzyłem tępo na mówcę zastanawiając się, czy ostatecznie nie lepiej będzie, jeśli po prostu stworzę z niego głównego bohatera farsy i na tym poprzestanę. A potem znów na jakiś czas zainteresowania wracały.

Przy pierwszej sposobności odwiedziłem wynalazcę w jego domu. Była to siedziba obszerna, umeblowana nieskładnie. Oprócz trzech laborantów służby innej nie było. Gospodarz posilał się i mieszkał skromnie, jak przystało filozofowi. Pijał tylko wodę, przestrzegał diety jarskiej i w duchu podobnych życiowych założeń ograniczał swoje potrzeby. Lecz na widok aparatury w jego pracowni nabrałem otuchy. Wszystko to, od podłogi do sufitu, wyglądało całkiem serio: nikt by czegoś podobnego nie spodziewał się ujrzeć w tak zapadłej dziurze jak Lympne. W pokojach na parterze mieściły się ławki i przybory, piekarnik i piec do grzania wody zostały przystosowane do poważniejszych za­dań, w piwnicach pracowały silniki elektryczne, gazo­metr stał w ogrodzie. Gospodarz wszystko mi pokazał i objaśnił ufnie i życzliwie jak pustelnik stęskniony za ludźmi. Nadmiar samotności uczynił go aż nadto skłon­nym do zwierzeń, a mnie przypadło być ich słucha­czem.

Trzej laboranci dobrze reprezentowali swój poziom społeczny i zawodowy. Byli sumienni, niezbyt inteli­gentni, krzepcy, grzeczni w obejściu i chętni do pracy. Spargus niegdyś służył jako marynarz, teraz pełnił

funkcje kucharza, a w pracy laboratoryjnej obeznał się z obróbką metali. Gibbs pracował jako stolarz, trzeci zaś członek zespołu, z zawodu ogrodnik, pełnił przy nich funkcje pomocnicze. Wszyscy trzej zresztą byli tylko pracownikami fizycznymi. Wszelkie czynności wyma­gające zdolności kierowniczych wykonywał Cavor. O ile ja zaś w tych rzeczach orientowałem się słabo, o tyle tamci nawet wobec mnie byli zupełnymi ignoran­tami.

Z kolei słowo o naturze samych badań. Tu od razu na początku napotykam trudności: Nie mam naukowego przygotowania, i gdybym w sposób poważny usiłował przedstawić cel poszukiwań Cavora, niechybnie bym sprawę tylko zagmatwał w umyśle i swoim, i czytelnika, ponadto zaś ośmieszył siebie w oczach każdego znaw­cy fizyki matematycznej. Najlepiej będzie, jeśli po prostu własnym, nienaukowym językiem wyłożę rzecz wedle swego pojęcia, nie strojąc się w togę uczoności, do której pretensji nie roszczę.

Cavor w swych poczynaniach laboratoryjnych dążył do wynalezienia ciała „nieprzenikliwego" — sam okre­ślał to innym terminem, który wyleciał mi z głowy, jednakże „nieprzenikliwy" rzecz tę poniekąd oddaje. Chciał wykryć substancję nieprzenikliwą w stosunku do "wszelkich form energii promienistej". Jako roz­maite przejawy tej energii wymieniał dla przykładu światło, ciepło albo promienie Roentgena, o których od niedawna tyle się mówi, lub na przykład fale elektrycz­ne Marconiego czy wreszcie grawitację. Wszelkie takie postacie energii (twierdził) promieniują na zewnątrz z pewnych ośrodków i oddziaływują na ciała z odległo­ści: stąd termin "energia promienista". Jednakże wszy­stkie niemal ciała są nieprzenikliwe względem nie­

których postaci tej energii. A więc np. szkło przepusz­cza światło, lecz w znacznie mniejszej mierze ciepło, skutkiem czego dobrze chroni przed ogniem. Ałun natomiast przepuszcza światło, ale całkiem nieprzenik­liwy jest dla ciepła. Odwrotnie roztwór jodu: w dwu­siarczku węgla światła nie przepuszcza, przepuszcza za to doskonale ciepło. Przesłoni więc zupełnie blask ognia, lecz da odczuć całe jego gorąco. Metale są nieprzenikliwe dla światła i ciepła, i także dla energii elektrycznej, która przenika przez szkło albo roztwór jodu, tak jakby prawie nie stanowiły zapory. Przykłady można mnożyć.

Wszystkie jednak znane ciała są "przenikliwe" dla sił grawitacji. Za pomocą rozmaitych zasłon można stwo­rzyć zaporę dla światła lub ciepła, albo promieniowania słońca; można płytami metalowymi zapobiec przenika­niu promieni Marconiego, lecz nie ma ciała, które by stanowiło zaporę dla siły przyciągania Słońca lub Ziemi. Dlaczego miałoby to w ogóle być niemożliwe, trudno orzec. Cavor nie widział po temu dostatecznej racji i ja też oczywiście nie umiałbym jej wskazać. Nad podobną możliwością nie zastanawiałem się nigdy. On natomiast za pomocą rachunków, które bez wątpienia sprawdzić mógłby lord Kelvin albo profesor Lodge, albo profesor Karl Pearson czy któryś inny ze znakomi­tych uczonych fizyków, ale które mnie po prostu oszołamiały — wykazał nie tylko, że ciało takie mogło­by istnieć, lecz że musiałoby odpowiadać pewnym warunkom. Był to wywód zadziwiający. Mimo że czułem się zdumiony i przejęty, nie umiałbym go wcale odtworzyć. Reagowałem jak zwykle półsłówkami: „No tak, tak jest, słucham dalej". Tu wystarczy powiedzieć, że Cavor zamierzał wytworzyć substancję nieprzenik-

liwą dla siły przyciągania, złożoną ze skomplikowane­go związku metali i czegoś innego — zdaje się nowego pierwiastka — zwanego bodaj helium, który dostar­czano mu z Londynu w zaplombowanych naczyniach kamiennych. W tym punkcie relację moją kwestiono­wano, ja jednak prawie pewien jestem, że w owych butlach kamiennych dowożono helium. W każdym razie było to coś niby gaz, wielce rozrzedzone... Jaka szkoda, że nie prowadziłem wtedy notatek...

Ale jak mogłem przewidzieć, że notatki kiedyś się

przydadzą?

Czytelnik obdarzony najmniejszą choćby iskierką wyobraźni w lot pojmie niezwykłe możliwości prak­tycznych zastosowań takiego ciała i zarazem potrafi wczuć się w stan mego ducha, gdy z gmatwaniny wyrażeń technicznych, jakimi posługiwał się Cavor, wyjrzał ku mnie zrozumiały sens! l ja tego odkrywcę potraktować chciałem jako postać farsową! Nie od razu upewniłem się, że główną jego myśl pojmuję właś­ciwie, a zadawać pytań nie śmiałem, żeby nie zmiar­kował, w jaką otchłań niezrozumienia wrzuca każdą porcję swoich codziennych rozważań. Lecz prawdzi­wego stanu moich uczuć nie domyśli się nikt z czytel­ników, gdyż sucha relacja nie potrafi dać pojęcia o sile rosnącego we mnie przekonania, że zdumiewające nowe ciało rzeczywiście zostanie wytworzone.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin