rozdział 4.pdf

(88 KB) Pobierz
rozdział 4
Czwarty
To chyba wina kadzideł. Ktoś musiał wsypać tam jakiś narkotyzujący specyfik, stąd pewnie
jego halucynacje. A może nie wytrzeźwiał do końca po ostatniej nocy? Marco zaczął śmiać się
histerycznie. Wpierw bardzo cichutko, lecz z każdą chwilą coraz silniejszy pogłos odbijał się
od kamiennych ścian. Łza delikatnie zaznaczyła swój ślad na jego śniadym policzku.
Zebrani patrzyli na niego w osłupieniu, nie będąc pewnymi jak zareagować. Chłopak wstał z
krzesła i tyłem zaczął powoli wycofywać się ku wyjściu, w dalszym ciągu nie mogąc opanować
rozbawienia. Ojciec Novelli znał przyczynę jego dziwnej reakcji. Był z pewnością w głębokim
szoku. Niespokojny spojrzał w kierunku mężczyzny, który przed chwilą wyjawił ich tajemnicę.
Szukał w jego wzroku jakiejś rady, wsparcia. Lecz ten z pochmurną miną rozglądał się po sali.
Gdy ich spojrzenie spotkało się na krótką chwilę, dał mu do zrozumienia, że popełnili błąd
ufając Marco.
Gdy chłopak niespodziewanie wpadł na Joachima, odwrócił się przerażony w jego kierunku.
Następnie szybkim spojrzeniem obrzucił zgromadzonych, skupiając się ostatecznie na
sprawcy tej całej farsy. Jasnowłosy chłopak przeczuwając co za chwilę może się wydarzyć
odsunął się od drzwi, tak aby dostęp do nich pozostawał wolny.
- Jesteście wariatami. Wszyscy! Powinni was zamknąć w klasztorze świętej Brygidy, żeby
siostrzyczki mogły chronić świat przed takimi jak wy. Jesteście pomyleni….
Przerwał mu błagalnym tonem Novelli.
- Marco, proszę…. – mówiąc to wstał, wyciągając w jego kierunku pomarszczone dłonie.
Młodzieniec cofnął się znacznie do tyłu.
- A może to wy zabijacie, co? Próbujecie mnie wciągnąć w wasze chore gierki, zasłaniając się
jakimiś wampirami. Wariaci! – wykrzyczawszy to co leżało mu na sercu, pobiegł w kierunku
wyjścia.
Gdy odgłos jego butów ucichł, napięta atmosfera w pomieszczeniu nieco zelżała.
Novelli schował twarz w dłoniach. Był załamany. Taka szansa przeszła im koło nosa. Nie
osiągnęli nic, a do tego zaszkodzili niewinnemu chłopakowi. Powinien posłuchać rady
Lucjusza i złamać rodzinne przeznaczenie. Już od dawna krew rodziny Gordiano jest zbyt
rzadka, żeby ponieść na swych barkach przeznaczenie. Jego czarne myśli rozwiał głos
Lucjusza.
- On wróci. Prędzej czy później wróci. Widziałem to w jego oczach. Jego moc jest silniejsza niż
u ojca.
- Obyś miał rację przyjacielu. Inaczej czeka nas ciężki los – westchnął głośno.
Ksiądz odwrócił się w kierunku pozostałych zgromadzonych. Chciał poznać ich zdanie,
wybadać nastrój po tym fatalnym zdarzeniu.
Pierwsza zareagowała blond włosa kobieta. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia kilka lat.
Miała kręcone włosy spięte w luźny kok na karku. Przeraźliwie niebieskimi oczyma
wpatrywała się w Lucjusza.
- Mistrzu, czy warto tak ryzykować? A jeśli nas zdradzi? Widział przecież twoją twarz. Wie kto
jest naszym łącznikiem. Straciliśmy ostatnio zbyt dużo braci przez wampiry, nie ryzykujmy
więc dla ludzi.
Lucjusz spojrzał na nią karcącym wzrokiem. Był dla nich niczym ojciec, a nawet czymś więcej.
Mistrz, mentor, nauczyciel - to za mało, żeby określić związki łączące go z pozostałymi
członkami gildii. To on wyszkolił ich wszystkich, nauczył jak przeżyć w starciu z krwiożerczymi
istotami. Mimo swojego podeszłego wieku, był ciągle zadziwiająco sprawny, jakby drzemiąca
w nim moc miała nigdy nie osłabnąć. Miał siwe, gęste włosy sięgające ramion. Nosił krótko
przystrzyżoną brodę, która tylko dodawała mu lat, ale potęgowała również bijącą od niego
charyzmę. Był przystojnym mężczyzną, mimo że jego twarz oszpecała okropna blizna na
policzku sięgająca szyi. Nigdy nie blednąca pamiątka po ostrych zębach wampira.
- Jak możesz tak nawet myśleć Kesjo. A dla kogo narażamy życie, jak nie dla ludzi? Walczymy
dla nich na śmierć i życie, po to aby wyplenić z powierzchni ziemi te plugawe stworzenia
żywiące się ich krwią. Przyznam, że nie popierałem decyzji brata Novelliego. Myślałem, że
znamię naszej rodziny jest u niego równie mało widoczne jak u jego ojca. Jednakże głęboko
się myliłem. Jest jednym z nas. Bądźcie wyrozumiali dla jego reakcji. Jest jeszcze tylko
człowiekiem.
*
Marco biegł dopóki starczyło mu sił. Przez cały czas, nieznośnie ślizgał się po mokrej
powierzchni, a do tego sprawy nie ułatwiał brak światła. Biegł jednak nie zwracając uwagi na
boleśnie wykręcanie kostki, na poranione wnętrze dłoni, gdy po omacku szukał wyjścia. Biegł
chcąc zostawić za sobą przeszłość.
Dlaczego nie może obudzić się z tego koszmaru? Tak bardzo chciał, żeby był to tylko okropny
sen, że zaraz perlistym śmiechem obudzi go Lidia karcąc za błogie lenistwo. Wszystko będzie
takie jak dawniej. Ale jakiś głos podpowiadał, że to już przeszłość do której nie ma powrotu.
Prawda śmiała mu się szyderczo prosto w twarz, kpiąc z jego naiwności.
W końcu odnalazł kamienne schody. Kilka razy przewrócił się wchodząc, nie zauważywszy
wysokich, stromych krawędzi. Był zbyt otępiały, żeby zwrócić uwagę na towarzyszący mu ból.
Gdy tylko znów znalazł się w kręgu światła nieco uspokoił się. Bardziej opanowany wszedł na
teren kościoła. Gdy przechodził koło ołtarzyka w bocznej nawie, jego uwagę zwróciły
płaskorzeźby przedstawiające istoty z piekła rodem. Mimowolnie zatrzymał się.
A jeśli to była prawda? To co przed chwilą usłyszał i czego był naocznym światkiem, nie było
tylko straszną halucynacją? Co wtedy?
Stanowczo zbyt wiele wątpliwości trawiło jego duszę. Z dnia na dzień było tylko coraz gorzej.
Kolejne morderstwo na wzór śmierci siostry, pogłoski o diable, zdrada ojca, a do tego ludzie
podający się za łowców wampirów. Czy to on jest wariatem, czy tylko tacy ludzie go
otaczają? Sam nie był już tego taki pewien.
Szybkim krokiem udał się w kierunku drzwi wyjściowych.
Noc była bardzo zimna, jak na tę porę roku. Mocniej otulił się płaszczem, zgrzytając zębami z
zimna.
Za rogiem świątyni czekał na niego wierny ogier. Jego sierść miała odcień wspaniałej
głębokiej czerni, z lekko połyskującym granatowym odcieniem. Marco sprawnie dosiadł
konia. Zanim uderzył go piętami w bok, dając sygnał do galopu, spojrzał w niebo. Było czarne
niczym smoła, z gdzieniegdzie ozdabiającymi je plamami roziskrzonych gwiazd. Surowość
tego widoku ścisnęło serce Marco. Skulił się na siodle, niczym od silnego ciosu. Bolała go
dusza, która nie zaznała wytchnienia od bardzo długiego czasu. Ile jeszcze wytrzyma?
Nagle spiął silnie cugle Yedkivina i pognał niczym wiatr w kierunku domu kochanki. Czuł, że
tylko w jej ramionach znajdzie dzisiaj ukojenie, nie tylko dla ciała ale i dla duszy.
*
Opuścił jej dom nad ranem, gdy tylko zaczęło świtać. Spędził cudowne chwile z Lukrecją. Jej
ciało dało mu tej nocy wiele przyjemności. Już od dawna nie czuł się tak odprężony, tak że
prawie zupełnie zapomniał o powadze sytuacji, której świadomość powróciła, gdy tylko
promienie wschodzącego słońca padły na ich splecione w uścisku miłości ciała. Marco nie
mógł zasnąć. Czuwał jedynie, przysłuchując się spokojnemu oddechowi kochanki. Tak bardzo
zazdrościł jej tej chwili, pragnąc zamienić się z nią miejscami. Nie mogąc już dłużej bezsilnie
leżeć nałożył ubranie. Lukrecja w odpowiedzi przewróciła się z jękiem rozkoszy na drugi bok.
Marco podszedł do niej bezszelestnie i złożył na jej nagiej łopatce delikatny pocałunek.
Postanowił, że prześle jej dziś jakiś wykwintny podarunek w podzięce.
Gdy wyszedł na ulicę zaskoczyło go, jak wielu ludzi zaczynało o tej porze pracę. Niedaleko
jakiś mężczyzna ciągnął za sobą drewniany wózek, wypełniony po brzegi chrustem. Inny
natomiast otwierał swój malutki sklepik. Bogaci mieszkali z biedotą. Uroki włoskich miast
Jadąc do domu w dalszym ciągu czuł w nozdrzach cudowny, piżmowy zapach skóry kochanki.
Rozkoszując się wspomnieniem wspólnie spędzonych chwil, zamknął oczy pozwalając
Yedkivinowi prowadzić się do domu.
Z każda chwilą, gdy zbliżali się do rodzinnej kamienicy, koń stawał się coraz bardziej
narowisty. Czar nocy prysł, gdy Marco o mało co nie spadł z jego grzbietu. Uspokajającym
głosem próbował uspokoić Yedkivina, lecz ten nie reagował na jego starania. Poruszał szybko
nozdrzami, wypuszczając z nich kłęby pary. Niczego nieświadom Marco, jak wiele nocy
wcześniej zajechał na podwórze. Zdziwiło go, że nikt nie wyszedł mu pomóc oporządzić
konia. Zwykle stajenny był gotów do pracy równo z pierwszymi promieniami słońca.
Wzburzony lenistwem sługi sam wprowadził ogiera do stajni. Chwilę zajęło mu zdjęcie z
niego siodła i uprzęży. Yedkivin nie chciał się jednak zamknąć w boksie. Dopiero po krótkiej
wymianie sił, wierzgając i prychając poddał się woli chłopaka. Reszta koni reagowała równie
dziwnie. Były niespokojne i bardziej hałaśliwe niż zwykle.
Sam nie wiedział dlaczego, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mu, że coś poważnego
musiało się stać. Powolnym krokiem udał się w kierunku domu. Z każdą mijaną sekundą, jego
oddech stawał się coraz bardziej ciężki i urywany. Z lękiem otworzył drzwi, które poddały się
jego sile z lekkim skrzypieniem. To co zobaczył przyprawiło go o mdłości.
W całym domu czuć było cierpki, duszący zapach krwi. Meble w głównym holu były
porozbijane, jakby rzucone z ogromną siłą na przeciwległą ścianę. Otępiały zapachem i
makabrycznymi przeczuciami powoli wspinał się po marmurowych stopniach schodów.
Pierwszym ciałem na jakie natrafił były zwłoki służki Beatrix. Pustymi, niczego już nie
widzącymi oczyma wpatrywała się w sufit. Jej twarz wykrzywiona była w okropnym wyrazie
bólu i przerażenia. W ostatnim geście konającego chwyciła palcami srebrny medalik jaki
nosiła. Marco nie dostrzegł początkowo na jej ciele żadnych oznak zadanych ran. Przerażony
nachylił się ku zsiniałemu ciału. Wtedy dopiero ujrzał okropne dwie rany na szyi. Z jednej z
nich przed kilkoma godzinami pociekła cieniutka strużka krwi. Marco dotknął skóry służącej.
Była przerażająco blada i zimna, jakby w jej żyłach nie została ani kropelka szkarłatnego
płynu.
Z okrzykiem strachu pobiegł do komnat rodziców. Potykał się o własne nogi, gdyż oczy miał
przysłonięte łzami. Gdy wpadł na ciężkie, drewniane drzwi wiedział już co za chwilę za nimi
zobaczy.
Pani Izabella leżała przy kominku z twarzą zwrócona ku ziemi. Jej biała koronkowa koszula
nocna była cała pobryzgana krwią. Marco podszedł do niej głośno pochlipując. Padł przed nią
na kolana, chowając twarz w mokrych od łez dłoniach. Bał się zobaczyć martwą twarz
ukochanej matki. Sam już nie wiedział ile czasu spędził klęcząc. Po długiej chwili odważył się
spojrzeć w jej mętne źrenice. Tak jak się podświadomie spodziewał miała na szyi dwie rany.
Uczynił na jej czole delikatny znak krzyża. Odmówiwszy cichą modlitwę za duszę zmarłej,
wstał aby odnaleźć zwłoki ojca. Nie było ich jednak ani w sypialni, ani w bibliotece.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin