Poniatowski Stanislaw August - Pamiętnik 02.pdf

(806 KB) Pobierz
untitled
S TANISŁAW A UGUST P ONIATOWSKI
P AMIĘTNIK
Memoires du roi Stanislas Auguste
CZĘŚĆ II
Mail: historian@z.pl
MMIV ®
33153399.001.png 33153399.002.png
2
Stanisław August Poniatowski, Pamiętnik , t. I, cz. II, tłum. z francuskiego z
upoważnienia Cesarskiej Akademii Nauk w Piotrogrodzie – W. Konopczyński,
S. Ptaszycki, Warszawa 1915.
3
CZĘŚĆ DRUGA.
ROZDZIAŁ XII.
Wychowanie polityczne przy Williamsie. Wypadek z podpisaniem traktatu. High
displeasure . Douglas i Messonier. Gniew, szpilki, łzy. Spór o wolną wolę. Lehndorf. Lew
Aleksandrowicz. Pierwsze spotkanie. Portret późniejszy cesarzowej. Zwierzenie się
Bestużewowi i wizerunek tegoż. Wizerunek pani Bestużewowej.
Czas, spędzony w domu Williamsa za pierwszego pobytu mojego w Petersburgu, był dla
mnie szkołą nowego rodzaju. Przyjaźń jego dla mnie i zaufanie dochodziły do tego stopnia, że
niekiedy odczytywał mi najtajniejsze swoje depesze, albo też prosił o ich cyfrowanie i
decyfrowanie. Był to rodzaj nauki, której mi nikt prócz niego w ówczesnem położeniu mojem
nie mógł udzielić. Dzięki tej z nim zażyłości byłem świadkiem anegdoty, dość przez się
ważnej, aby politykę całej Europy obchodzić mogła. Williams miał rozkaz: traktować z Rosyą
o przymierze, którego mocą, w zamian za wypłacane z góry zasiłki, Anglia miała otrzymać od
Rosyi 55,000 wojska lądowego i pewną liczbę okrętów wojennych dla użycia ich przeciw
królowi pruskiemu, którego imię wprawdzie nie było wymienione w traktacie, ale którego
posiadłości tak wyraźnie w nim oznaczono, że się omylić było niepodobna.
Zrazu Williams znalazł tam niespodziewane powodzenie, zadziwiające wszystkich,
którzy znali zwykłą w owym czasie opieszałość dworu rosyjskiego i ciągłe wahanie się
cesarzowej Elżbiety. Nie upłynęły jeszcze dwa miesiące od dnia przybycia Williamsa do
Petersburga, kiedy traktat jego już był podpisany. Oczekiwał on podziękowań, odpowiednich
oddanej usłudze, kiedy Cufyer, przez którego spodziewał się otrzymać ratyfikacyę traktatu,
przywiózł mu list sekretarza stanu, zawierający następne wyrazy: „Ściągnąłeś pan na siebie
niezadowolenie króla, podpisując się za ministrami rosyjskimi, co jest ujmą dla dostojeństwa
Jego Królewskiej Mości; dopóki ta omyłka nie będzie naprawiona, król podpisanego przez
pana traktatu ratyfikować nie może".
Dopiero po odczytaniu tego piorunującego listu postrzegł Williams omyłkę, która,
chociaż nie była tak ciężką, jak sobie wyobrażano w Londynie, stała się jednak zgubną dla
niego. On podpisał się pierwszy na egzemplarzu traktatu, który pozostał w rękach rosyjskich,
podobnie, jak oni podpisali się pierwsi na tej, którą Williams przesłał rządowi swemu. On,
dwóch kanclerzy rosyjskich, ich dwóch sekretarzy, sekretarz Williamsa i ją, jednem słowem,
siedem osób, którym zależało na powodzeniu sprawy, przyczyniło się zarówno do omyłki,
którą Pan przeznaczenia snąć dopuszczał w wiadomym sobie celu. Zdawało się zrazu, że
omyłka z największą łatwością da się naprawić. Ministrowie rosyjscy, otrzymawszy lekką
wymówkę od swojej pani, zgodzili się na wymianę egzemplarzy traktatu i kuryer Williamsa
ruszył znowu w drogę. Ale o ile pierwsza jego podróż odbyła się prędko, o tyle drugą
opóźniły przeciwne wiatry i rozmaite okoliczności, a kiedy nareszcie stanął z ratyfikowanym
traktatem w Petersburgu, scena się już zmieniła. Król pruski zwietrzył negocyacyę Williamsa;
Anglia wiedziała, że Austrya stara się o nowe przymierze z Francya. To nagle sprowadziło
związek Anglii z królem pruskim, w ten sposób, że przymierze miedzy tym ostatnim a Jerzym
II, którego mocą zobowiązali się niedopuścić Wejścia do Niemiec żadnych wojsk
cudzoziemskich, zostało podpisane na kilka dni przed traktatem, w którym Austrya na
przypadek wojny wzywała pomocy francuskiej, Przymierze to, znosząc sam przedmiot
traktatu, zawartego przez Williamsa, na podstawie błędnego systematu, uważającego Anglię,
Austryę i Rosyę za nieprzyjaciół Prus, jużby wystarczyło do zniechęcenia cesarzowej
4
Elżbiety, gdyby nawet nie była do tego przygotowana przez jakobitę Douglasa, którego
Francya (bez żadnego urzędowego charakteru i na własne jego ryzyko) użyła do utorowania
sobie pierwszych dróg. Udał się on najpierw do samego Williamsa, podając się za Szkota
katolika, ale wiernego poddanego Jerzego II, mówiąc, że podróżuje po północy dla
poratowania zdrowia. Mniemana ta pobudka, przy braku wszelkich do Williamsa listów,
naprowadziła tego ostatniego na myśl, że Douglas jest agentem francuskim; ostrzegł też o tem
ministrów rosyjskich; ale Douglas potrafił przypodobać się niektórym z pomiędzy nich, tak,
że zrazu cierpiany, tylko w Petersburgu, wkrótce już przestał się taić ze swoją misyą,
oświadczając wyraźnie, że jest poprzednikiem akredytowanego posła, którego Francya ma
przysłać celem zawiązania na nowo stosunków z Rosyą, przerwanych od wyjazdu pana
d'Allion.
Douglasa poprzedził o kilka miesięcy niejaki Messonier, który, poznawszy się w
Turynie z księciem Adamem Czartoryskim, dostał od niego list, mający mu otworzyć dom i
zapewne służbę, jako Francuzowi zrażonemu do swojej ojczyzny. Messonier najpierw udał
się do mnie, zawsze w imieniu mego ciotecznego brata. Kiedy wspomniałem o nim
Williamsowi, ten mi pokazał nadesłane mu przed kilku dniami od cesarza Franciszka I
ostrzeżenie, w którem dokładnie był opisany tenże Messonier i sposób, w jaki miał się
wkręcić do jego domu dla szpiegowania. Ponieważ wszystkie okoliczności zgadzały się
najzupełniej z tem, cośmy około siebie widzieli, powiedziałem więc Messonierowi w imieniu
Williamsa, iż powinien się poczytywać za szczęśliwego, że trafił w nim na szlachetnego
człowieka, który nie chce go gubić; że, będąc uwiadomionym o jego zamiarach, ostrzega, aby
się ich wyrzekł i jak najprędzej kraj ten opuścić się starał, do czego Williams gotów mu nawet
dopomódz i wyrobić paszport, bez którego nikt z państwa rosyjskiego nie może wyjechać.
Messonier, niezmieszany, zaprzeczył wszystkiemu i gorzko nawet się skarżył, iż go
posądzono o pełnienie rzemiosła tak wstrętnego jego charakterowi. Daremnie mu
przekładałem, aby się w tę grę nie wdawał, że nie zna kraju, w którym się znajduje, że
Francuzi źle są w nim widziani (co przecież wtenczas zupełną było prawdą) i że najlżejsza
poszlaka szpiegostwa zwróci na niego całą surowość rządu, chociażby się przed nim chciał
tem zasłonić, że szpiegował nie Rosyan, ale posła angielskiego; nic to nie pomogło, i
Petersburga opuścić nie chciał. Ponieważ był Francuzem i bez żadnych urzędowych
świadectw, zwrócił więc zaraz na siebie podejrzenie, a że wiedziano, iż był w domu
Williamsa, ministerstwo zapytało go więc o niego. Wtedy Williams nie zataił wszystkiego, co
wiedział o nim, i Messonier dostał się do ścisłego więzienia Margrabia de 1'Hópital,
przybywszy w 1757 roku, jako ambasador do Petersburga, wyrobił jego uwolnienie, i
dowiedziałem się później, że Messonier bardzo się na mnie osobiście żalił, i że dwór
francuski policzył to za jedną ze swych pretensyi do mnie, chociaż uczyniłem wszystko, co
było w mojej mocy, dla oszczędzenia temu Francuzowi nieszczęścia, w jakie popadł. Ale nie
tylko w tym razie źle mi zapłacono za oddane usługi. Douglas wkrótce tak wielkie uczynił
postępy, że Williams niesmaków tylko doświadczać zaczął na tej samej scenie, gdzie tak
świetnego spodziewał się powodzenia. Gorący jego temperament, wielka czułość nerwów i
dotkliwe frasunki miłości własnej przekonały go wkrótce, jak słuszną była rada, której mu
słynny chirurg angielski Cheselden przed kilku laty udzielił, mówiąc: „Usuń się pan od spraw
publicznych, bo ci się staną zgubnemi". - Zaczął chorować, trapił się wszystkiem i tak był
uległy rozmaitym, kolejno po sobie następującym wrażeniom, że widziałem tego człowieka,
którego umysł i prawdziwą wyższość podziwiałem oddawna, osłabionym do tego stopnia, że
nie mógł łez powstrzymać, kiedy dwa razy z rzędu przegrywał, grając na szpilki. Kiedyindziej
poddawał się z lada powodu sromotnym wybuchom gniewu, którym nigdy nie ulegał dawniej.
Przypominam sobie między innemi jeden wieczór, kiedy po długiej rozmowie ze mną i
z dwoma znajdującymi się wtenczas w Petersburgu podróżnymi Anglikami. Woodwardern i
Combem tudzież z pastorem angielskiej kolonii Dumaresque'iem, wpadł przypadkiem na
5
niewyczerpujący się nigdy temat wolnej woli i przeznaczenia; od tego przeszliśmy do innych,
pokrewnych kwestyi, i Williams utrzymywał, że w życiu ludzkiem nie może być żadnego
wypadku, którego nieszczęśliwy lub pomyślny skutek nie byłby prostem następstwem jakiego
błędu lub zasługi samegoż człowieka. Mnie się zdawało, że piorun np. przy pogodnym niebie,
albo pierwsze trzęsienie ziemi w kraju gdzie go przedtem nie znano, dałyby się zaliczyć do
rzędu prawdziwych zrządzeń losu, których żadna przezorność ludzka przewidzieć nie jest w
stanie, a że te wystarczają nieraz do wywrócenia planów, osnutych z największą biegłością.
Każdy wypowiedział myśl i zdarzyło się, że wszyscy obecni byli mojego zdania, prócz
Williamsa, którego już to rozdrażniło, że został sam jeden. Nastała chwila milczenia; miałem
nieostrożność przerwać je, przytaczając jakiś nowy dowód na poparcie mojego twierdzenia.
Tu Williams nie mógł już wytrzymać i, powstawszy, jak wściekły, zawołał: „Nie mogę znieść
tego, aby mi tak przeczono w moim własnym domu; proszę pana, abyś wyszedł, i
oświadczam panu, że go nigdy w życiu nie chcę widzieć więcej." Poczem opuścił nas,
zamykając z trzaskiem drzwi swego sypialnego pokoju.
Towarzystwo rozeszło się, zostałem sam jeden, miotany najsmutniejszemi i
najprzykrzejszemi myślami. Z jednej strony mówiłem sobie: jak znieść podobną obelgę? Ale
z drugiej znowu: jakże ją pomścić? Williams jest nie tylko ambasadorem, ale daleko więcej,
niż ambasadorem, jest moim dobroczyńcą, bo był mi przewodnikiem, nauczycielem,
opiekunem; rodzice powierzyli mnie jemu, kochał mnie tak długo i tak tkliwie. Ciężko
zawinił, to prawda, ale też i ja powinienem był oszczędzać więcej jego drażliwość, zwłaszcza,
że znałem obecny stan jego.
Wśród tej walki przeciwnych uczuć machinalnie prawie poszedłem do drzwi jego
sypialni: nie chciał ich otworzyć. Wróciłem do pokoju, w którym toczyła się nasza rozmowa.
Drzwi szklane wychodziły na balkon, były na wpół otwarte. Wyszedłem; noc była cicha;
popadłem w głęboką zadumę. Oparty długo o poręcz balkonu, uczułem nagle ogarniającą
mnie rozpacz. Podniosłem nogę, aby się przedostać za poręcz, gdy nagle uczułem, jak mię
ktoś silnie chwyta w pół i ciągnie wstecz. Był to Williams, który nadszedł w tej chwili. Spytał
był służbę, co się ze mną stało? odpowiedziano mu, że jestem oddawna na balkonie; przybiegł
i wybawił mnie. Przez kilka chwil obaj nie mogliśmy słowa wymówić. Nareszcie zaprowadził
mnie do swego pokoju, a kiedym głos odzyskał, powiedziałem mu: „Zabij mnie lepiej, niżbyś
miał mówić, że mnie więcej nie chcesz widzieć!" Odpowiedział mi tylko uściskiem, ze łzami
w oku, a przetrzymawszy chwil kilka w objęciach, prosił, abym nie pamiętał i nie wspominał
nigdy tego, co zaszło. Czułem się szczęśliwy, że mu to mogłem przyrzec.
Okropność położenia mojego na tym balkonie zwiększał ówczesny stan mego serca,
zajętego najszczerszem i najsilniejszem uczuciem. Upodobanie, miłość, szacunek, dochodziły
do uwielbienia, przepełniały mój umysł zarówno, jak zmysły. Williams był moim
powiernikiem, doradcą, pomocnikiem. Charakter ambasadora otwierał mu przystęp do osoby,
do której ja publicznie zbliżyć się nie mogłem i ułatwiał tysiączne komunikacye. Dom jego,
w. którym mieszkałem, udzielał mi szczególnego bezpieczeństwa, którego nigdzie indziej
znaleść nie mogłem. Wszystko to straciłbym, zrywając z Williamsem. Kto wie nawet, czy po
głośnem zerwaniu stosunków mógłbym być pewny mojej tajemnicy i tajemnicy tej, której
spokój wyżej nad własne szczęście ceniłem. W każdej innej chwili ze wzgardą byłbym
odrzucił wszelką myśl podobnej ze strony Williamsa nieszlachetności, ale to, co zaszło,
nasuwało mi podejrzenie, że umysł jego się zamącił, i że gwałtowność namiętności może go
doprowadzić do najzdrożniejszych kroków, chociaż właściwie nie możnaby go było czynić za
niepoczytalnym. Wszystkie te obawy znikły w chwili, kiedyśmy się znowu pogodzili, bo
kochałem go prawie, jak ojca, a potrzebowałem koniecznie nadziei, tej prawdziwej dźwigni
życia, a szczególniej młodości 1 . Williamsowi poruczono uwiadomić ówczesnego kanclerza
1 Umarł w kilka lat później (przyp. Króla).
Zgłoś jeśli naruszono regulamin