Danielle Steel
podarunkom, które otrzymałam od życia,
mojemu mężowi Johnowi, moim dzieciom
i aniołom, które zatrzymały się przy mnie
na krócej lub na dłużej,
by obdarzyć mnie szczęściem.
Z wyrazami miłości
D.S.
Annie Whittaker ubóstwiała Boże Narodzenie - prószący śnieg, rozjarzone choinki stojące na trawnikach przed domami, kolędy i dreszczyk emocji towarzyszący oczekiwaniu na przybycie świętego Mikołaja, który miał się wkraść do pokoju przez komin, zostawić prezenty i umknąć tą samą drogą. Ubóstwiała chodzić na ślizgawkę i pić gorącą czekoladę, nawlekać wraz z mamą na nitki ziarenka prażonej kukurydzy, a potem siedzieć w salonie i z zachwytem wpatrywać się w ustrojoną choinkę, skrzącą się od bombek, oświetloną kolorowymi lampkami.
Elizabeth Whittaker urodziła Annie w wieku czterdziestu jeden lat i była to wielka radość, radosna niespodzianka. Kiedyś marzyła o drugim dziecku, lecz po wielokrotnych nieudanych próbach traciła w końcu wszelką nadzieję. Tommy miał już dziesięć lat i Liz pogodziła się z myślą, że pozostanie jedynakiem. Wyrósł na wspaniałego chłopca, a Liz i John byli z niego bardzo dumni. Grał nieźle w futbol i baseball, każdej zimy zaś okazywał się gwiazdorem młodzieżowej drużyny hokejowej. Był grzeczny, posłuszny, kochający i przynosił ze szkoły same dobre stopnie, lecz na szczęście potrafił też łobuzować jak każde normalne dziecko. Nie był ideałem - po prostu zwyczajnym dobrym chłopcem. Miał jasne włosy Liz i bystre niebieskie oczy ojca. Odznaczał się inteligencją i poczuciem humoru i choć w pierwszej chwili zaniemówił ze zdumienia, szybko się pogodził z myślą, że będzie miał siostrzyczkę.
Pięcioletnia Annie, oczko w głowie rodziców, była drobną, chudą istotką o zaraźliwym uśmiechu; gdy tylko ona i Tommy przebywali razem, w domu nieustannie dźwięczał jej radosny śmieszek. Codziennie czekała niecierpliwie, aż brat wróci ze szkoły, a później jedli w kuchni ciastka i pili mleko. Po urodzeniu Annie Liz, pracująca jako nauczycielka w szkole średniej, przeszła na zastępstwa. Twierdziła, że chce spędzać jak najwięcej czasu z córeczką. I rzeczywiście, prawie się nie rozstawały.
Liz zaczęła również pomagać w zajęciach plastycznych w przedszkolu, do którego chodziła Annie. Po południu piekły razem ciasteczka, herbatniki i biszkopty albo siedziały w obszernej, przytulnej kuchni i Liz czytała córeczce bajki. Żyli we czwórkę w ciepłej domowej atmosferze, czuli się bezpiecznie i nie zagrożeni nieszczęściami spadającymi na innych. A John zapewniał im dobrobyt materialny. Prowadził największą hurtownię artykułów spożywczych w stanie, co dawało niezłe dochody. Miał łatwy start, bo odziedziczył firmę po ojcu i dziadku. Mieszkali w ładnym domu, w lepszej części miasta. Nie byli z pewnością milionerami, lecz nie zagrażały im nagłe zmiany koniunktury, które dotykały farmerów i ludzi pracujących w branżach bardziej podatnych na kaprysy mody. Wszyscy potrzebują dobrego jedzenia, a John Whittaker zawsze potrafił je dostarczyć. Był czułym, kochającym mężem i miał nadzieję, że w przyszłości Tommy przejmie po nim interes. Najpierw jednak syn powinien skończyć college. Annie zresztą też, bo John chciał, by córka była równie inteligentna i wykształcona jak matka. Annie mówiła, że chce zostać nauczycielką, tak samo jak mamusia, ale John wymarzył ją sobie w roli lekarki albo prawniczki. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku były to śmiałe marzenia, lecz John zgromadził już odpowiedni fundusz na edukację Annie. Kilka lat wcześniej przeznaczył także sporą sumkę na wykształcenie Tommy'ego, toteż studia mieli oboje zapewnione. John święcie wierzył w potęgę marzeń. Powtarzał, że jeśli ktoś czegoś bardzo pragnie i jest dostatecznie pracowity, zawsze osiągnie cel. Sam zresztą także odznaczał się wyjątkową pracowitością. Kiedyś Liz pomagała mu w firmie, lecz teraz z radością pozwolił żonie zostać w domu. Wracał późnym popołudniem i zastawał ją z Annie na kolanach albo obserwował, jak bawią się lalkami w pokoju córki. Kiedy na nie patrzył, czuł w sercu ciepło. Skończył czterdzieści dziewięć lat, miał cudowną żonę, dwoje wspaniałych dzieci i był szczęśliwy.
- Gdzie jesteście? - zawołał, wróciwszy tego popołudnia do domu, otrzepując z kapelusza i płaszcza płatki śniegu i odpychając sukę, która merdała ogonem i ślizgała się w kałuży wody z roztopionego śniegu ściekającego z jego butów. Była to duża seterzyca irlandzka, której nadali imię żony prezydenta Trumana, Bess. Liz uznała to początkowo za afront wobec ówczesnej pani prezydentowej, lecz imię pasowało i w końcu się przyjęło, a w tej chwili nikt już nie pamiętał o jego pochodzeniu.
- Tu, w salonie! - odkrzyknęła Liz, a John wszedł do pokoju i zastał żonę i córkę wieszające na choince ludziki z piernika.
Piekły je razem całe popołudnie, a gdy figurki leżały w piekarniku, Annie kleiła papierowe łańcuchy.
- Cześć, tato! Jak ci się podoba choinka? Prawda, że ładna?
- Śliczna, kochanie!
Uśmiechnął się do córeczki, a później bez wysiłku uniósł ją i wziął na ręce. Był potężnie zbudowanym mężczyzną o rumianej cerze swoich irlandzkich przodków, z kruczoczarnymi włosami, z których wciąż nie widać było siwizny, choć zbliżał się już przecież do pięćdziesiątki. Czysty błękit jego oczu odziedziczyli zarówno Tommy, jak i Annie. Liz, choć blondynka, miała oczy piwne, czasami wręcz orzechowe. Ale oczy Annie były jasne, niemal białe. Uśmiechała się do ojca i figlarnie pocierała swoim noskiem o jego nos, śliczna jak aniołek. Postawił ją delikatnie na podłodze, a później pocałował żonę, patrząc na nią rozkochanym wzrokiem.
- Coście dzisiaj robiły? - spytał ciepło.
Byli małżeństwem od dwudziestu dwu lat, lecz zazwyczaj, gdy nie dokuczały im drobne codzienne kłopoty, wciąż wydawali się zakochanymi nowożeńcami, którzy świata poza sobą nie widzą. Pobrali się dwa lata po uzyskaniu przez Liz dyplomu. Pracowała już wówczas jako nauczycielka, a Tommy urodził się dopiero siedem lat po ślubie. Stary doktor Thompson tak naprawdę nigdy nie zdołał znaleźć jasnego wytłumaczenia, dlaczego Liz ma ciągle pecha i nie może zostać matką. Zanim wydała na świat Tommy'ego, przeszła trzy poronienia i to, że urodziła wreszcie zdrowego chłopca, graniczyło z cudem. A gdy po kolejnych dziesięciu latach pojawiła się Annie, Elizabeth i John uznali się za prawdziwych wybrańców losu. Byli niezmierni dumni z dzieci i przyznawali bez skrępowania, że są one dla nich głównym źródłem radości i treścią ich życia.
- Dostałem dziś pomarańcze z Florydy - oznajmił John, siadając i wyjmując fajkę. Na kominku płonął wesoło ogień, a dom pachniał piernikami i prażoną kukurydzą. - Jutro trochę wam przyniosę.
- Wspaniale! Przepadam za pomarańczami!
Annie klasnęła w rączki i wdrapała się ojcu na kolana, a tymczasem Bess wspięła się na tylne łapy, próbując iść w ślady dziewczynki. John odsunął łagodnie psa, Liz zaś zeszła z drabiny, pocałowała męża i zaproponowała mu szklankę grzanego wina.
- Propozycja nie do odrzucenia!
Uśmiechnął się i trzymając Annie za rękę podążył za żoną do kuchni, podziwiając w duchu jej zgrabną figurę. Wtem trzasnęły drzwi frontowe i do domu wszedł Tommy, z zaczerwienionym nosem i łyżwami w ręku.
- Mmm... ładny zapach! Cześć, mamo!... Cześć, tato!... No i co dzisiaj porabiałaś, smarkulo? Pewnie wyjadałaś mamie wszystkie ciasteczka!
Zmierzwił włosy Annie i ucałował ją, przytykając zimny policzek do jej twarzy. Był mróz i padał coraz gęstszy śnieg.
- Nie zjadłam, tylko upiekłam ciasteczka razem z mamusią. Zjadłam tylko cztery! - odpowiedziała rezolutnie siostra i oboje wybuchnęli śmiechem.
Annie celowała w takich zgrabnych ripostach i prawie nikt nie umiał się oprzeć jej wdziękowi, a już na pewno nie brat ani zapatrzeni w nią rodzice. Nie była jednak rozpieszczona. Po prostu wzrastała otoczona miłością, dzięki czemu nabywała swobody w obcowaniu z ludźmi i naturalnej sympatii do nich. Uwielbiała się śmiać, uwielbiała gry i zagadki, uwielbiała biegać po polu z rozwianymi włosami, uwielbiała zabawy z Bess... ale najbardziej ze wszystkiego uwielbiała starszego brata. Spoglądała nań w tej chwili roziskrzonym wzrokiem, zerkając na stare, podniszczone łyżwy.
- Pójdziemy jutro na ślizgawkę, Tommy?
W pobliżu znajdował się zamarznięty staw i w sobotnie ranki brat często zabierał tam Annie.
- Jeśli przestanie padać, bo inaczej nawet nie znajdziemy jeziorka pod śniegiem - odpowiedział z ustami pełnymi pysznych ciasteczek.
Na ich widok pociekła mu ślinka i gdy Liz ostrożnie zdejmowała fartuch, od razu się nimi poczęstował. Miała na sobie schludną bluzkę i szarą spódnicę, a John po raz kolejny skonstantował z zadowoleniem, że ma ciągle taką samą zgrabną figurę jak w szkole średniej, gdy ją poznał. Chodziła do pierwszej klasy, on zaś do ostatniej; przez dłuższy czas wstydził się przyznać, że się zakochał w takiej smarkuli, lecz w końcu wszystko i tak się wydało. Koledzy z początku nabijali się z niego, lecz potem jakoś się przyzwyczaili. W rok później rozpoczął pracę w hurtowni ojca, a Liz skończyła najpierw szkołę, potem college, po czym pracowała dwa lata jako nauczycielka. Ożenił się z nią dopiero po dziewięciu latach znajomości, lecz ani przez chwilę nie wątpił, że warto tak długo czekać. Przez całe życie realizował swoje plany bardzo powoli; tak samo było z dziećmi. Ale cierpliwość sowicie się opłaciła. Byli szczęśliwi. Osiągnęli wszystko, co sobie wymarzyli.
- Jutro po południu mam mecz - zauważył niedbale Tommy, wpychając do ust dwa kolejne ciasteczka.
- Na dzień przed Wigilią?! - spytała ze zdziwieniem matka. - Nie wiem, czy to najlepsza pora na grę w hokeja.
Rodzice zawsze chodzili na mecze Tommy'ego, chyba że przeszkodziło im coś naprawdę ważnego. John również z pasją grywał kiedyś w hokeja i futbol i cieszył się, że syn poszedł w jego ślady. Parę sezonów temu dwóch chłopców wybiło sobie zęby podczas meczu, ale Tommy grał ostrożnie i dopisywało mu szczęście. Żadnych złamań, żadnych poważniejszych urazów, tylko kilka zwichnięć i mnóstwo siniaków, a John twierdził, że to nieodłączna część frajdy.
- To przecież normalny chłopak, na litość boską! Nie możemy trzymać go wiecznie pod kloszem!
Ale Liz nieraz przyznawała się w duchu, że chętnie trzymałaby Tommy'ego pod kloszem. Głęboko kochała dzieci i męża, i nie była w stanie znieść myśli, że mogłoby ich spotkać coś złego. Była kobietą, która czujnie strzeże swojego szczęścia.
- Masz od jutra ferie? - spytała z ciekawością Annie, a Tommy kiwnął głową, uśmiechając się szeroko.
Snuł bogate plany świąteczne dotyczące dziewczyny imieniem Emily, na którą miał oko od Święta Dziękczynienia. Jej rodzice, matka pielęgniarka i ojciec lekarz, przeprowadzili się do Drinnell dopiero w tym roku. Przyjechali z Chicago i Emily była bardzo fajna. Na tyle fajna, że Tommy zaprosił ją na kilka meczów hokejowych. Ale nie posunął się na razie dalej. W przyszłym tygodniu zamierzał wybrać się z nią do kina, a może nawet zaproponować wspólne spędzenie sylwestra, choć nie zdobył się jeszcze na odwagę, by jej o tym wspomnieć.
Annie domyśliła się, że brat lubi Emily. Pewnego dnia, gdy wybrali się razem na łyżwy, zauważyła, jak na nią patrzy, a oprócz tego raz zderzył się z nią podczas jazdy i okropnie się zarumienił. Emily przyszła na ślizgawkę ze starszą siostrą i dwiema koleżankami. Annie uważała ją za miłą, ale nie rozumiała, dlaczego brat dostał takiego hopla na jej punkcie. Emily miała długie, lśniące czarne włosy i całkiem nieźle radziła sobie na łyżwach. Prawie nie odzywała się do Tommy;ego, tylko zerkała na nich kątem oka, ale później, gdy zbierali się do odejścia, serdecznie wycałowała Annie.
- Zrobiła to, bo cię lubi - wyjaśniła rzeczowo siostra, wracając do domu z Tommym, który niósł jej łyżwy.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytał, siląc się na chłód, choć widać było, że jest zmieszany i trochę podenerwowany.
- Jak jeździłeś na łyżwach, przez cały czas gapiła się na ciebie cielęcymi oczami - powiedziała Annie, odrzucając na ramiona swoje długie jasne włosy i uśmiechając się chytrze.
- Jakimi oczami?
- Dobrze wiesz jakimi. Podkochuje się w tobie. Dlatego była dla mnie taka słodka. Ona też ma młodszą siostrę, ale nigdy jej tak nie obściskuje. Lubi cię, to jasne jak słońce.
- Nie bądź taka mądralińska, Annie. Lepiej zajmij się lalkami lub czymś w tym rodzaju, dobrze?
Tommy próbował udawać, że słowa Annie nie robią na nim żadnego wrażenia, a później powiedział sobie, że byłby skończonym głupcem, gdyby brał sobie do serca paplaninę pięcioletniej siostry.
- Lubisz ją, prawda? - spytała prowokacyjnie Annie i zachichotała.
- Czy mogłabyś wreszcie przestać wścibiać nos w nie swoje sprawy? - odparował ostro Tommy. Rzadko odzywał się do siostry takim tonem, ale Annie wcale się tym nie przejęła.
- Jej starsza siostra wydaje mi się znacznie fajniejsza.
- Zapamiętam to sobie na wypadek, gdybym chciał się umówić z dziewczyną z najstarszej klasy.
- Nie podobają ci się dziewczyny z najstarszej klasy? - zdziwiła się Annie, nieco zaintrygowana.
- Jasne, że mi się podobają, ale siostra Emily skończyła już siedemnaście lat - wyjaśnił Tommy, a Annie ze zrozumieniem skinęła głową, uśmiechając się chytrze.
- Aha, jest dla ciebie za stara. To znaczy, że Emily jest w sam raz?
- Jakbyś zgadła, mała diablico!
- Dziękuję za komplement - odpowiedziała z powagą Annie, po czym weszli do domu, podążyli do kuchni i wypili dla rozgrzewki po filiżance gorącej czekolady.
Chociaż siostra często robiła różne uwagi na temat dziewcząt, które spotykała w otoczeniu Tommy'ego, brat chętnie spędzał czas w jej towarzystwie. Annie zawsze manifestacyjnie okazywała mu podziw i czuł się przy niej strasznie ważny. Kochała go i wcale się z tym nie kryła. Ubóstwiała go - a on ją.
Poprzedniego wieczoru, nim poszła spać, siedziała mu na kolanach, on zaś czytał jej ulubione bajki. Najkrótszą przeczytał dwa razy, po czym matka zabrała Annie do łóżka, a Tommy zaczął gawędzić z ojcem. Rozmawiali o wyborach prezydenckich sprzed miesiąca, w których zwyciężył Eisenhower, i zmianach, jakie może to spowodować. A później, jak zwykle, o hurtowni. John chciał, żeby Tommy poszedł na ekonomikę rolnictwa. Whittakerowie wierzyli w najbardziej podstawowe wartości: rodzinę, dzieci, świętość małżeństwa, uczciwość, przyjaźń. Cieszyli się powszechną sympatią i szacunkiem. John Whittaker uchodził zawsze za dobrego męża, fajnego chłopa i przyzwoitego pracodawcę.
Tego wieczoru Tommy umówił się ze swoim najlepszym kolegą. Pogoda była taka paskudna, że nie prosił nawet o pożyczenie auta, tylko poszedł na piechotę i wrócił o wpół do dwunastej. Rodzice nigdy nie musieli się o niego martwić. Zanim skończył piętnasty rok życia, miał już na koncie kilka wybryków: dwa razy opił się piwem i wymiotował, gdy ojciec odwoził go samochodem do domu. Whittakerom nie przypadło to szczególnie do gustu, ale też nie robili z tego tragedii. Tommy był dobrym synem, a takie rzeczy przytrafiają się większości dorastających chłopców. Johnowi również zdarzyło się parę drobnych wyskoków, nawet znacznie gorszych, zwłaszcza gdy Liz była na studiach. Niekiedy żartowała z niego na ten temat; upierał się, że był wówczas wzorem cnót, ona zaś unosiła ironicznie brwi, po czym zwykle całowała męża.
Tego wieczoru poszli wcześnie spać, a nazajutrz rano, wyjrzawszy przez okno, zobaczyli krajobraz jak ze świątecznej pocztówki. Wszystko pokrywał nieskazitelnie biały puch i już o wpół do dziewiątej Annie zaciągnęła Tommy'ego na dwór, by pomógł jej lepić bałwana. Włożyła ulubioną czapkę hokejową brata, który powiedział, że po południu musi ją od niej pożyczyć na mecz, na co odrzekła, że się zastanowi. Przewrócił ją na śnieg i leżeli oboje na plecach, robiąc orła.
Po południu poszli całą rodziną na mecz, a chociaż drużyna Tommy'ego przegrała, nie zepsuło im to humoru. Pojawiła się również Emily w towarzystwie grupki rozchichotanych koleżanek; twierdziła, że to one chciały przyjść, ona zaś przypadkowo się do nich przyłączyła. Była w kraciastej spódnicy i ciepłych butach; długie ciemne włosy związała w koński ogon, a Annie orzekła, że zrobiła sobie makijaż.
- Skąd wiesz? - spytał ze zdziwieniem i rozbawieniem Tommy, gdy opuścili szkolne lodowisko i zmierzali w stronę domu. Emily i jej gadatliwe przyjaciółki oddaliły się wcześniej w nieznanym kierunku.
- Ja też się czasami maluję, tak samo jak mama - odpowiedziała rezolutnie Annie, a John i Tommy popatrzyli z uśmiechem na idącego między nimi figlarnego gnoma.
- Mama się nie maluje! - zaprzeczył z przekonaniem brat.
- A maluje się! Używa pudru i różu, a czasem szminki.
- Doprawdy? - zdumiał się Tommy. Matka zwykle wyglądała bardzo ładnie, lecz nie podejrzewał, że wspomaga naturę jakimiś sztucznymi środkami.
- Czasami nakłada też coś czarnego na rzęsy, ale ja od tego płaczę - stwierdziła Annie, a Liz wybuchnęła śmiechem.
- Ja też płaczę, więc przestałam tego używać.
Później rozmawiali o meczu i innych sprawach. Wieczorem Tommy znów wybrał się do kolegów, a jedna z jego koleżanek z klasy przyszła posiedzieć z Annie, bo rodzice byli zaproszeni na przyjęcie bożonarodzeniowe u sąsiadów.
Wrócili do domu przed dziesiątą i położyli się spać o północy; kiedy się zjawili, Annie spała jak suseł. Ale nazajutrz rano zerwała się skoro świt, dziko podekscytowana. Była Wigilia i myślała tylko o prezentach, o które prosiła świętego Mikołaja. Marzyła o lalce Madame Alexander i nie była wcale pewna, czy znajdzie ją pod choinką. Chciała także dostać nowe sanki i rower, choć zdawała sobie sprawę, że rower byłby stosowniejszym prezentem na urodziny, przypadające na wiosnę.
W Wigilię pozostało jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia: przez cały ranek uwijali się jak w ukropie. Zaprosili gości na pierwszy dzień świąt i Liz musiała przygotować kilka wypieków. A wieczorem wybierali się na pasterkę. Annie za tym przepadała, choć w istocie nie rozumiała jeszcze symbolicznego znaczenia pasterki. Ale uwielbiała chodzić z rodzicami do kościoła późno w nocy, siedzieć w ścisku na ławce, czuć ciepło i woń kadzideł, słuchać kolęd. Przy ołtarzu stała piękna szopka ze żłobkiem, Marią i Józefem i gromadką zwierząt. A dokładnie o północy do żłobka wkładano także Dzieciątko Jezus. Przed wyjściem z kościoła Annie, choć senna, sprawdzała zawsze, czy Dzieciątko tam jest, i cieszyła się, że zostaje w stajence razem z tatą i mamą.
- To taka sama rodzina jak my, prawda, mamusiu? - spytała, przytulając się do Liz, a matka pochyliła się i pocałowała ją w policzek.
- Tak, kruszynko, taka sama - odpowiedziała łagodnie, znów nie mogąc się nadziwić swojemu szczęściu. - Kocham cię, Annie.
- J ciebie też - szepnęła córeczka.
Tej nocy Annie poszła jak zwykle na pasterkę i zdrzemnęła się, siedząc wygodnie pomiędzy rodzicami. W przytulnym, pięknie przystrojonym kościele było ciepło, a muzyka ukołysała ją do snu. Ale przed wyjściem jak zwykle sprawdziła, czy w żłobku naprawdę leży Dzieciątko Jezus. Leżało. Annie uśmiechnęła się na widok malutkiej postaci, a później popatrzyła na matkę i ścisnęła mocno jej dłoń, Liz zaś spojrzała na córeczkę i do oczu napłynęły jej łzy. Annie była prawdziwym skarbem zesłanym przez Boga, cudownym podarunkiem, źródłem radości, ciepła i szczęścia.
Wrócili d domu tuż po pierwszej i położyli śpiącą Annie do łóżka. Kiedy Tommy wszedł do jej pokoju, by pocałować ją na dobranoc, zapadła już w głęboki sen; z jej ust dochodziło leciutkie pochrapywanie. Muskając wargami jej czoło, zauważył, że jest dziwnie ciepłe, ale jakoś przeszedł nad tym do porządku i nawet nie wspomniał o niczym matce. Wyglądała tak anielsko spokojnie, że nie przyszło mu w ogóle do głowy, iż coś może być nie w porządku.
W pierwszy dzień świąt Annie spała do późna, a gdy wreszcie się obudziła, była jakby nieco oszołomiona. Poprzedniej nocy Liz własnoręcznie postawiła na ganku talerz marchwi z solą dla reniferów i naszykowała ciasteczka dla świętego Mikołaja, bo córeczka była zbyt senna, by to zrobić. Ale po przebudzeniu Annie pobiegła sprawdzić, czy renifery zjadły marchewkę. Była trochę senna i skarżyła się na ból głowy, ale nie miała gorączki i Liz doszła do wniosku, że mogą to być początki lekkiej grypy. Ostatnio zaczęły się mrozy i Annie mogła się przeziębić, gdy lepiła z Tommym bałwana. Ale już wczesnym popołudniem dziewczynka odzyskała wigor. Cieszyła się z Madame Alexander, z nowych sanek i pozostałych prezentów. Wyszła z bratem na dwór i bawiła się przez godzinę, a gdy wróciła na gorącą czekoladę, była zarumieniona, wesoła i wyglądała jak okaz zdrowia.
- No i jak ci się podobają prezenty, księżniczko? - spytał z uśmiechem ojciec, pykając piękną holenderską fajką, którą dostał od Liz wraz z rzeźbioną drewnianą podstawką na fajki.
- Są cudowne! - odpowiedziała Annie, uśmiechając się promiennie. - Moja nowa lalka jest prześliczna, tatusiu!
Popatrzyła zmrużonymi oczami na ojca, jakby wiedziała, od kogo ją naprawdę dostała, choć rzecz jasna tak nie było. Cała rodzina dokładała starań, aby Annie w dalszym ciągu wierzyła w świętego Mikołaja. Kilka jej koleżanek znało już prawdę, ale Liz powtarzała z uporem, że święty Mikołaj zawsze daje dzieciom prezenty - grzecznym, bo są grzeczne, a tym mniej grzecznym w nadziei, że się poprawią. Naturalnie nie było żadnych wątpliwości, do której kategorii dzieci należała Annie. Rodzice, brat i wszyscy, co ją znali, uważali ją za ideał. Późnym popołudniem u Whittakerów zjawili się goście: trzy rodziny z sąsiedztwa oraz dwaj pracownicy Johna z żonami i dziećmi. Dom szybko wypełnił się gwarem i śmiechem. Wśród przybyłych znalazło się także dwóch nastolatków w wieku Tommy'ego, który pokazał im z dumą swoją nową wędkę. Marzył, by ją wypróbować, i nie mógł się wprost doczekać wiosny.
Przyjęcie było bardzo udane, a wieczorem, zostawszy sami, Whittakerowie zjedli spokojnie kolację, złożoną z zupy z indyka, pieczeni pozostałej z obiadu oraz smakołyków przyniesionych przez gości.
- Chyba nie tknę jedzenia przez miesiąc - oznajmił wreszcie John, przeciągając się na krześle. Liz uśmiechnęła się i zauważyła, że Annie jest blada i że ma nieco szklisty wzrok; na jej policzkach widać dwie jasnoczerwone plamy. W pierwszej chwili pomyślała, że to róż, którym dziewczynka tak lubiła się bawić.
- Znowu dobrałaś się do moich kosmetyków? - spytała z rozbawieniem, choć poczuła lekkie ukłucie niepokoju.
- Nie... upadło na śnieg a ja potem...
Najwyraźniej mówiła od rzeczy, lecz po chwili popatrzyła ze zdziwieniem na matkę, jakby sama nie była pewna, co powiedziała, i trochę ją o przestraszyło.
- Co ci jest, kruszynko? - Liz pochyliła się i delikatnie położyła dłoń na czole córki.
Mała była rozpalona i miała wypieki. Przez całe popołudnie śmiała się, cieszyła, bawiła swoją nową lalką i biegała jak szalona po domu. - Źle się czujesz, kochanie?
- Troszeczkę.
Annie wzruszyła ramionami i wydała się nagle bardzo krucha i bezbronna, a Liz wzięła ją na kolana i przytuliła. Nie musiała sięgać po termometr, by wiedzieć, że córeczka ma gorączkę. Znów przyłożyła jej dłoń do czoła i zaczęła się zastanawiać, czy nie wezwać lekarza.
-Głupio zawracać mu głowę w pierwszy dzień świąt - odezwała się niepewnie.
Oprócz tego panował siarczysty mróz, a na noc zapowiadano zamieć.
- Niech się porządnie wyśpi, to jutro będzie jak skowronek - rzekł spokojnie John. Nie wpadał w panikę tak łatwo jak Liz. - Mieliśmy dziś za dużo emocji jak na taką małą pannę.
Już od tygodnia żyli w nieustannym podnieceniu: spotkania z przyjaciółmi, mecz hokejowy Tommy'ego, Wigilia, prezenty, przygotowania do świąt. Liz doszła do wniosku, że mąż ma rację. Mała mogła rzeczywiście dostać gorączki od tylu wrażeń.
- Chcesz, żeby tatuś zaniósł cię do łóżeczka na barana?
Propozycja przypadła Annie do gustu, ale kiedy John próbował ją podnieść, pisnęła cicho i poskarżyła się na ból szyi.
- Co jej jest, jak myślisz? - spytała Liz, gdy wyszedł z pokoju córki.
- Przeziębiła się. Wszyscy w firmie mieli już grypę i dzieciaki w szkole na pewno też chorują jedno po drugim. Nic jej nie będzie. - Pogładził żonę po plecach. starając się ją uspokoić. Liz wiedziała, że John ma rację, choć nie mogła się uwolnić od prześladującego ją irracjonalnego lęku przed chorobą Heinego-Medina i gruźlicą. - Na pewno nic jej nie będzie, wierz mi - powtórzył, znając skłonność żony do przesadnego niepokoju o dzieci.
Liz poszła pocałować córeczkę na dobranoc, a gdy ją ujrzała, trochę się uspokoiła. Choć ciągle blada i rozpalona, Annie mówiła do rzeczy. Prawdopodobnie była po prostu zmęczona i nadmiernie rozemocjonowana. John miał rację. Przeziębiła się albo złapała grypę.
- Śpij, maleńka, a jakbyś się źle czuła, wstań i obudź nas - powiedziała, otulając i całując Annie. - Bardzo, bardzo cię kocham, kruszynko, i dzięki za ten śliczny obrazek, który dałaś na gwiazdkę mnie i tatusiowi.
Ponadto Annie zrobiła popielniczkę dla Johna; pomalowała ją na jasnozielono, jego ulubiony kolor, jak twierdziła.
Mała prawie natychmiast zasnęła. Skończywszy zmywać, matka znów poszła do niej na górę. Annie była jeszcze bardziej rozgorączkowana. Rzucała się pod kołdrą, mamrotała coś przez sen i nie obudziła się, gdy Liz ją dotknęła. Była dziesiąta i Liz zdecydowała się jednak zadzwonić do lekarza.
Zastała go w domu i powiedziała, że córeczka ma gorączkę. Nie chciała jej teraz mierzyć, by się nie zbudziła, ale nim Annie poszła spać, termometr wskazywał trzydzieści osiem stopni i trzy kreski. Wspominała o bólu szyi, a doktor stwierdził, że bóle mięśni to normalny objaw grypy. Zgodził się z Johnem: dziewczynka prawdopodobnie przeżyła zbyt wiele wrażeń, no i złapała jakąś infekcję.
- Jeśli rano gorączka minie, przywieź ją do mnie, Liz; jeżeli nie, ja do was wpadnę. Zadzwoń do mnie, jak się obudzi. Nic jej nie będzie. Miałem ostatnio mnóstwo przypadków przeziębienia. To nic groźnego, choć oczywiście mała trochę się nacierpi. Dobrze ją przykryj, gorączka może opaść już rano.
- Dzięki, Walt.
Doktor Walter Stone opiekował się rodziną Whittakerów od urodzenia Tommy'ego i serdecznie się z nimi zaprzyjaźnił. Rozmowa z Waltem jak zawsze podziałała na Liz uspokajająco. Miał rację. To na pewno nic groźnego.
Owego wieczoru siedziała długo z Johnem w salonie; rozmawiali o przyjaciołach, o swoim życiu, o dzieciach; o tym, jak dobrze im się wiedzie; ile lat upłynęło, odkąd się poznali; ile mięli szczęścia. Dokonali obrachunku, z którego płynął tylko jeden wniosek: są wybrańcami losu.
Nim Liz poszła spać, zajrzała jeszcze raz do Annie; gorączka nie wzrosła, a dziewczynka przestała się rzucać.
...
Neorator