Rozdział 5.pdf
(
56 KB
)
Pobierz
Rozdział 5
PiĄty
Wampirzyca ponętnym krokiem szła ku ciągle cofającemu się Marco. Bawiły ją jego
przerażenie oraz obłęd, który pojawił się na dnie oczu. Jad pożądania napłynął do ust. Był
naprawdę przystojny. Twarz o regularnych, szlachetnych rysach otaczała burza półdługich,
kasztanowych włosów. Jeden z kosmyków przykleił się do spoconego czoła chłopaka. Lecz
najbardziej fascynowały ją oczy. Były takie same jak u nich wszystkich. Wyrazu tego
spojrzenia nie można było pomylić z niczym innym.
Marco potknął się o kraniec dywanu, upadając z łoskotem na podłogę. Czołgał się tyłem po
posadzce, chcąc jak najdalej uciec od potwora w ludzkim ciele. Kobieta, która z pogardliwym
uśmieszkiem podążała za nim, krok w krok, mogła mieć dwadzieścia kilka lat. Była naprawdę
piękna i gdyby nie okoliczności spotkania, na pewno by się w niej zadurzył. Nosiła na sobie
suknię, o kroju, którego nigdy wcześniej nie widział. Przez głowę przemknęła mu myśl, że
mógł pochodzić sprzed setek lat. Barwa tkaniny była niemal identyczna z kolorem
krwistoczerwonych tęczówek, które wlepiała wprost w niego, śledząc każdy krok,
każde
uderzenie serca
.
Wampirzyca przykucnęła, ręką dotykając zimnej podłogi. Przechyliła lekko głowę,
obserwując reakcję Marco przy zetknięciu ze ścianą. Zdezorientowany chłopak, trzęsąc się
niczym osika na wietrze, wstał z trudem, ciągle opierając się plecami o ścianę. Czuł, że gdyby
nie ta podpora, ponownie runąłby z wrażenia na ziemię.
Przez kilak sekund patrzyli sobie w oczy. Ciszę pierwsza przerwała kobieta.
- I co teraz będzie? – powiedziała spokojnym głosem. Uwielbiała tę część zabawy, kiedy
pogrywała z ofiarą w kotka i myszkę. Marco nie różnił się zachowaniem od innych.
Wprawdzie większość uciekała od niej z krzykiem, biegnąc na oślep przed siebie, ale w końcu
i tak kończyła w jej ramionach, pozbywając ją tylko przyjemności zabawy. Chłopak widocznie
był w zbyt wielkim szoku, aby reagować w ten sposób. – Pokazać ci coś? - wyszeptała.
Podniosła aksamitną spódnicę, pokazując idealnie wyrzeźbione udo. Uwagę przyciągał
mlecznobiały odcień skóry, gładkiej niczym marmur. Zdezorientowany Marco nie wiedział,
jak się zachować. Pod wpływem impulsu pobiegł w kierunku drzwi.
Nim zdołał uczynić kilka kroków, drogę ku wyjściu zatarasowała wampirzyca.
- Nie podobam ci się – powiedziała z udawaną rozpaczą, słodko wyginając dolną wargę.
Spoglądając mu prosto w oczy, zimnym palcem przejechała po śniadym policzku chłopaka.
Wstrząsnął nim dreszcz chłodu i przerażenia.
Będąc tak blisko, poczuła słodkawy zapach krwi krążącej szybko w jego żyłach.
Oblizała wargi.
- Na co czekasz? Zabij mnie – wychrypiał chłopak.
- Pomęczę cię jeszcze chwileczkę. Tak prędko ci do piekła? – wyszeptała prosto w drgające w
gniewie i strachu usta mężczyzny. Na co ten wzdrygnął się z obrzydzeniem. Zanim zdążył
pomyśleć, co czyni, chwycił za sztylet schowany za skórzanym paskiem opinającym tułów.
Szybkim pchnięciem wbił ostrze w pierś niespodziewającej się tego wampirzycy. Salę przeszył
przeraźliwy wrzask wściekłości. Odepchnęła go od siebie z siłą. Marco przeleciał kilka metrów
w powietrzu, po czym uderzył z łoskotem o przeciwległą ścianę z siłą tak dużą, że wiszące na
niej lustro spadło z głuchym trzaskiem na ziemię, rozsiewając w koło setki skrzących
drobinek.
Jedyne, co czuł, to wszechogarniający ból. Przy każdej próbie oddechu w jego piersi zatapiały
się setki niewidzialnych igieł. Ręce i twarz miał poranione od kawałków rozbitego lustra.
Przymknął powieki, słysząc powolne kroki wampirzycy. Echo obcasów odbijało się od
marmurowej posadzki.
- Myślałeś, że uda ci się mnie… - przerwała, odwróciwszy się w kierunku drzwi. Syknęła
wściekle, rzucając się w kierunku młodzieńca.
Ostatnim, co Marco mógł zobaczyć, była wampirzyca wbijająca kły w jego szyję. Poczuł
nieznośny ból. Po chwili powietrze wypełnił tupot wielu stóp kierujących się do biblioteki.
Gdy ktoś poruszył za klamkę, zapadła ciemność.
*
Czy tak się właśnie umiera? Chwila bólu, a potem przynosząca ukojenie ciemność? Marco
przełkną ślinę, próbując zwilżyć spierzchnięte wargi.
- Mario, Mario! Idź przywołaj Lucjusza. Prędko! - usłyszał naglący kobiecy głos. Do uszu
chłopaka dotarło skrzypienie źle naoliwionych drzwi.
- Czy jestem już w niebie? - zdołał wyszeptać. Kobieta dotknęła jego twarzy.
- Jeszcze nie zdążyłeś umrzeć.
Umysł Marco spowiła gęsta ciemność.
*
Sam nie wiedział, jak długo spał. Dzień, tydzień, a może całą wieczność? Niekiedy do jego
zmysły wyłapywały szepty i ciche rozmowy. Kobiece dłonie codziennie starały się go poić
oraz zmieniać opatrunki. Lecz powieki wydawały się zbyt ciężkie, aby był w stanie je unieść. Z
gardła nie wydostawały się żadne słowa, czy jęki. Był niczym roślina - pozbawiony władzy nad
własnym ciałem.
Pewnej nocy wszystko uległo diametralnej zmianie.
Poczuł silny ból w klatce piersiowej, który potęgował się z każda mijającą minutą. Nie mogąc
już go dłużej znieść, zaczął wiercić się na posłaniu, głośno pojękując. Ktoś szybko do niego
podbiegł, drżącą ręką odgarniając mokre włosy przylegające do czoła.
- Spokojnie. Już spokojnie. Zaraz zaznasz ulgi – wyszeptał ten sam głos, który już wcześniej
słyszał.
Po kilku przepełnionych cierpieniem minutach, do pokoju wbiegło kilka osób. Ściągnięto z
niego przykrycie. Silne dłonie złapały mężczyznę za przeguby oraz kostki, przygważdżając do
łóżka.
Jęki przerodziły się w charczenie. Ból był na tyle silny, że uniemożliwiał oddychanie. Oczy
Marco zaczerwieniły się od popękanych naczynek.
- Szybko, szybko! Podajcie mi czarkę, on już długo tego nie wytrzyma! – wykrzyknęła kobieta.
Usłyszał brzdęk szklanego naczynia.
- Otwórz mu usta.
Gęsta ciecz zalała mu krtań. Zaczął się dusić, niezdolny do jej przełknięcia.
- Pij! – Rozpoznał ten naglący głos.
*
Otworzył oczy. Przez krótką chwilę nie widział nic. Jego wzrok przyzwyczajał się do natężenia
światła panującego w pokoju.
Pomieszczenie było bardzo surowe. Gołe, otynkowane ściany, małe zakratowane okno
wysoko pod sufitem oraz prosta, drewniana komoda, na której stał dzban oraz misa.
Jęknął głośno.
- Obudziłeś się nareszcie. Widocznie Bóg ci nie pozwala umrzeć.
Spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos. Nie zauważył wcześniej nieznajomej stojącej w
kącie pomieszczenia. Mogła mieć pięćdziesiąt lat. Jej, lekko już naznaczona czasem twarz,
wyrażała wszelkie wyobrażenia o miłości. Nosiła zakonny habit, okrywający tułów i głowę. Z
szarym kolorem materiału, kontrastował czarny drewniany krzyż zwisający na wysokości
piersi.
Nie był wstanie wypowiedzieć słowa, tak bardzo paliło go gardło. Z krtani wydobył się
jedynie niezrozumiały dźwięk.
- Chcesz pić? – spytała, wstając.
Marco nie mógł tego zobaczyć, ale wyraźnie słyszał, że utykała na jedną nogę. Kobieta
podeszła do komody, aby nalać trochę wody. Podniosła mu głowę, aby mógł przełknąć płyn.
Gdy ból nieco zelżał, ruchem dłoni kazał się jej zbliżyć. Gdy wyczuł w nozdrzach zapach
kadzideł bijący od skóry zakonnicy, wyszeptał ledwie dosłyszalnie:
- Gdzie ja jestem?
Kobieta usiadła na krawędzi łóżka.
- Jesteś w klasztorze Sióstr Miłosierdzia Bożego. Jestem przeoryszą zakonu.
Marco nie będąc wstanie nic więcej powiedzieć, spojrzał na nią błagalnie. Z wyrazu jego oczu
wyczytała, ilość pytań, jakie cisnęły mu się na usta, a które nie mogły opuścić warg.
- Nie czuję się upoważniona do wyjawienia ci prawdy. Za chwilę powiadomię Lucjusza, że
jesteś już wystarczająco świadom. Mogę powiedzieć jedynie, że leżałeś w śpiączce blisko dwa
tygodnie. Martwiliśmy się wszyscy od ciebie. Otarłeś się chłopcze o śmierć. Bóg musi cię
wyjątkowo kochać, skoro tutaj jesteś. Mało brakowało, a zszedłbyś z padołu ziemskiego,
albo, co najgorsze… stałbyś się tacy jak oni – ściszyła głos niemalże do szeptu.
Odwróciła od niego spojrzenie. Patrząc się w małe okienko pod sufitem, powiedziała:
- Widzisz, czasem to los za nas decyduje. Tak naprawdę nie mamy wpływy na swoje życie.
Ważne jest tylko jedno. Musisz zawsze znać odpowiedź na pytanie, czy pragniesz dobra, czy
zła. Wtedy wszystko staje się prostsze. Zło pokonuj dobrocią, a siła tego czynu wróci do
ciebie ze zdwojoną siłą.
Ramy łoża zatrzeszczały, gdy wstawała.
- Lucjusz będzie zadowolony, gdy przekażę mu nowinę o twoim stanie zdrowia. A teraz
postaraj się zasnąć. Sen to twoje najlepsze lekarstwo.
W powietrzu nakreśliła znak krzyża.
- Śpij.
Lecz on nie mógł zmrużyć powiek. Nic niewidzącymi oczyma wpatrywał się w sufit.
Zwariował. A to wszystko dzieje się tylko i wyłącznie w jego imaginacji. Lidia i rodzice żyją,
nigdy nie spotkał łowców, ani nie widział pięknej wampirzycy. To był tylko koszmarny sen.
Plik z chomika:
Arabella88
Inne pliki z tego folderu:
Rozdział 8.doc
(90 KB)
Rozdział_7.pdf
(75 KB)
rozdział 6.pdf
(83 KB)
Rozdział 5.pdf
(56 KB)
rozdział 4.pdf
(88 KB)
Inne foldery tego chomika:
Midnight desire (+18)
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin