Rozdział_7.pdf

(75 KB) Pobierz
Rozdział_7
Si–dmy
Promienie słońca sączyły się przez grubą szybę klasztornego okna. Marco obudził się, gdy
jeden z nich zatańczył świetlisty taniec na jego twarzy. Strasznie bolała go głowa - jakby
poprzedniego dnia przesadził z mocnymi trunkami. Początkowo nie wiedział, gdzie się
znajduje. Nie rozpoznawał surowych, bielonych ścian, ani prostoty wnętrza.
Z cichym jękiem wstał z posłania. Gdy jego bose stopy dotknęły zimnej, kamiennej posadzki,
fala wspomnień zalała jego głowę. Udręczony ich ciężarem przymknął oczy.
- Nie wyglądasz na takiego mazgaja – powiedział czyjś rozbawiony głos.
Marco spojrzał w stronę drzwi, które uchyliły się z cichym skrzypieniem. Joachim stanął w
progu, wyraźnie ociągając się przed wejściem do komnaty.
- Co tutaj robisz? – powiedział Marco, ponownie rzucając się na łóżko.
Jasnowłosy oparł się plecami o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
- Miałem pilnować co się u ciebie dzieje, ale nie mam w zwyczaju przesiadywać całej nocy w
męskiej komnacie. Mam nadzieję, że jaśnie panicz rozumie i wybaczy – rzekł, po czym ukłonił
się dwornie.
Marco przesłonił dłonią oczy przed rażącym go słońcem.
- Przestałbyś już drwić. Nie mam ochoty na żarty.
Joachim parsknął pod nosem z udawanym oburzeniem, ale w kącikach ust ciągle czaił się
uśmiech.
- Dobrze. W takim razie jestem już całkowicie poważny, mimo że to wbrew mojej naturze.
Przez chwilę w pomieszczeniu zapanowało milczenie. Joachim bacznie obserwował leżącego
na łóżku chłopaka. Od trzech dni nie podawali mu krwi łowców, więc skutki jakie wywołał jad
zaczęły być coraz bardziej widoczne.
Twarz Marco zmieniła się. Skóra stała się porcelanowo biała, delikatna, bez żadnej skazy.
Piwne tęczówki zrobiły się dużo jaśniejsze, kolorem przypominając bursztyn. Gdy Lucjusz
zobaczył jego oczy kilka dni temu, odetchnął z wyraźną ulgą, bowiem oznaczało to, iż
przemiana nie przebiegła w pełni. Gdyby stały się krwistoczerwone, musieliby…
Z zamyślenia wyrwał go Marco.
- Długo tak jeszcze zamierzasz stać przy drzwiach i się na mnie patrzeć? Czuję się skrępowany
– powiedział nie podnosząc ramienia przykrywającego oczy.
Joachim zachichotał.
- Jeżeli sprawi ci to ulgę, to wiedz, że nie pociągasz mnie fizycznie. Wybacz – oznajmił, po
czym usiadł na jedynym krześle w pokoju. – Jak się czujesz?
- Źle. Mam wrażenie, że wszystko mnie boli, ale głowa najbardziej. – Jęknął głośno, gdy
przewrócił się na prawy bok, kierując twarz w stronę ściany. – Nie wiem co się ze mną dzieje.
Joachim westchnął. Był wściekły na Lucjusza, gdy poprosił go o pomoc w wytłumaczeniu
Marco tego, co się stało. Lecz nie potrafił odmówić mistrzowi, wiedząc jak bardzo zależało
mu na tym chłopaku.
- Wiem, co czujesz. To przejdzie z czasem. Twój organizm musi się przyzwyczaić do zmian
jakie poczynił jad.
- Strasznie się boję. Przeraża mnie myśl, że jestem takim samym potworem, jaki zabił
rodziców i Lidię. Jeśli tak jest w istocie, to wolałbym chyba umrzeć.
Wyznanie Marco zaskoczyło Joachima.
- Gdybyś stał się wampirem ręczę ci, że bez wahania przemieniłbym cię w stertę szarego
pyłu. Ale całe szczęście nie stałeś się nim, więc przestań niepotrzebnie przeżywać. Spójrz na
mnie – dodał po chwili.
Marco zlekceważył prośbę chłopaka.
- Spójrz na mnie – powtórzył Joachim.
Czarnowłosy młodzieniec niechętnie odwrócił głowę. Gdy tylko ich spojrzenia spotkały się,
Joachim zaczął opowiadać mu swoją historię. Liczył na to, że w ten sposób odwróci uwagę
Marco od siebie samego i pozwoli spojrzeć na zaistniałą sytuację z racjonalnego punktu
widzenia. Tylko on sam wiedział, jak wielkim wyzwaniem było dla niego przywołanie
obrazów z przeszłości.
*
Był słoneczny, zimowy dzień. Wraz z bratem udali się do lasu, żeby narąbać drewna na opał.
Musieli radzić sobie sami po śmierci ojca. Od najmłodszych lat Niklas Stege przygotowywał
Joachima oraz jego młodszego brata, Daga, do bycia Nocnymi Łowcami. Już jako dziecko
marzyli o przejściu inicjacji i dostaniu misternie rzeźbionych sztyletów. Snuli plany o staniu
się największymi pogromcami wampirów w historii. Gdy dotarła do nich wiadomość o
śmierci ojca, zrozpaczona matka zabroniła im wspominać o uprawianej przez niego profesji.
Chłopiec dopiero później rozumiał, dlaczego tak zrobiła. Przyczyną była najzwyklejsza
matczyna troska i strach o życie dzieci. Nie chciała, aby spotkał ich taki sam los jak jej męża.
Początkowo planowali z bratem ucieczkę, aby przyłączyć się do gildii we Włoszech, gdzie
ojciec miał wielu przyjaciół. Ale Włochy były bardzo daleko od Danii. Ponadto nie mogli
zostawić samej pogrążonej w rozpaczy matki. Joachim wiedział, że tego oczekiwałby od nich
ojciec. Dlatego zostali w kraju, zajmując się małym gospodarstwem niedaleko Christianii.
Gdy znajdowali się na ośnieżonej polanie, obrabiając ścięte drzewo, usłyszeli rozdzierający
krzyk matki. Pędem rzucili się w stronę domu. W miarę jak zbliżali się do celu, Joachim zaczął
zwalniać ogarnięty przeczuciem. Dag wyprzedził go z łatwością.
Starszy z braci, uświadomiwszy sobie, co takiego podpowiada mu intuicja, próbował zawrócić
brata.
- Dag! Dag, uciekaj. W domu są wampiry! Uciekaj! – ale ten nie słuchał go pędzony gniewem.
Joachim zatrzymał się tuż przy płocie. Widział brata wbiegającego do domu. Próbował go
jeszcze zatrzymywać, ale na próżno. Po kilku sekundach usłyszał trzask łamanych mebli. W
powietrzu zapanowała przerażająca cisza. Joachim nie słyszał nic prócz bicia swego serca.
Niczym sparaliżowany ciągle stał przy płocie, wpatrując się w otwarte na oścież drzwi.
Nie wiedział ile minęło czasu od momentu, gdy zniknął za nimi Dag. Kiedy odważył się ruszyć
ku domowi, z każdym kolejnym krokiem złość i frustracja wypełniały każdą komórkę jego
ciała. Strach przerodził się w gniew. Zacisnął dłonie w pięści gotowy do walki, zapominając,
że jest całkowicie bezbronny w starciu z wampirem. Gdyby nie matka, miałby teraz skuteczną
broń zamkniętą w szufladzie komody, zdolną do powalenia tego potwora.
Gdy przekroczył próg pokoju zobaczył matkę leżącą w kałuży krwi oraz nieprzytomnego
brata, nad którym pochylał się wampir. Z wyraźnym niezadowoleniem odsunął kły od skóry
Daga.
- Och, dopiero co go spróbowałem – westchnął. Joachim nie mógł ocenić wieku wampira.
Ciało z pewnością należało do młodego mężczyzny, ale krwistoczerwony wzrok świadczył o
wiekowej mądrości. – Przyszedłem do was w odwiedziny, gdyż dobry Niklas nie raczył
pochwalić się swoją wybornie smakującą rodziną.
Wstał z klęczek, kierując swe kroki ku chłopakowi. Z ciekawością odmalowaną na twarzy
przyglądał się Joachimowi.
- Podobny do tatusia jota w jotę. Ale nie… - obejrzał się w stronę kobiety leżącej pod ścianą –
nos masz po niej. Śliczny chłopiec.
Joachim cofnął się z przerażeniem pod ścianę. Drżał na całym ciele, jakby zapadł na febrę.
- Mam nadzieję, że nie będziesz uciekał. Nie lubię się bawić jedzeniem – powiedział z
ironicznym uśmieszkiem. W mgnieniu oka znalazł się tuż przy chłopcu. Zimną ręką chwycił za
gardło, zbliżając twarz chłopca ku swojej. Gdy Joachim poczuł odór z ust wampira, wstrząsnął
nim dreszcz obrzydzenia.
- Przekaż tatusiowi pozdrowienia od Demetri`ego - zachichotał, śmiejąc się z własnego żartu.
Och, no tak. Nie przekażesz mu, bo on nie żyje. Szkoda. – Po czym wbił swe ostre niczym
brzytwa kły w pulsująca pod skórą tętnicę.
Przed oczyma Joachima tańczyły czerwone plamki, a ból w krtani stał się trudny do
zniesienia. Ostatkiem sił walczył o jeden, jedyny oddech. Zobaczył pojedyncze obrazy ze
szczęśliwego dzieciństwa, które przelatywały przed jego oczyma w przyspieszonym tempie.
Po chwili jego świadomość spowiła gęsta mgła.
Jedyne co pamiętał z tamtej chwili, to niemoc nad ciałem, które niczym kamień leżało na
podłodze oraz wszechogarniający ból. Paliła go żywcem każda cząsteczka ciała - od stóp do
głów. Nie miał nawet siły, aby krzyczeć. Najgorsze co może spotkać człowieka, to chwila gdy
ciało umiera, a dusza kurczowo trzyma się życia.
W pewnym momencie, gdy myślał, że koniec jest już bliski, poczuł cierpki smak krwi na
ustach. Gdy kilka kropel dostało się do wnętrza jego gardła, ból jaki poczuł przewyższał
wszystkie poprzednie doznania. Rozdzierający krzyk wydobywający się z jego gardzieli
przeszył powietrze tylko po to, aby potem Joachim mógł znów wpaść w ramiona Orfeusza.
Gdy zaczęło świtać, przebudził się na chwilę. W dalszym ciągu wszystko bolało go nieznośnie,
ale uczucie to jakby zmalało. Przez głowę Joachima przemknęła myśl, że znalazł się w
czyśćcu. Nagle zdał sobie sprawę, iż czyjaś ręka ciąży mu na piersi. Zmusił się do odwrócenia
głowy. Obok niego leżał martwy Dag. Joachimowi zaparło dech w piersiach. Brat uratował
mu życie, kosztem własnego…
Słona łza ściekła po policzku na drewnianą podłogę.
*
Marco nie wiedział kiedy usiadł na łóżku, wpatrując się w Joachima z półotwartymi ustami.
- Ale jak twój brat mógł uratować ci życie, skoro mówiłeś, że ukąsił go wampir? – dopytywał
się.
- Dag w chwili przebudzenia najwidoczniej zdał sobie sprawę ze swojego położenia. Jad
musiał krążyć powoli w jego żyłach. – Widać było, że mówienie przychodzi mu z trudem. –
Gdy zobaczył w jakim jestem stanie, wiedząc, że nikt mu nie pomoże, postanowił uratować
przynajmniej moje życie.
Joachim zamknął oczy i odchylił się na krześle, wyprostowując przed sobą nogi. Marco
również milczał, zastanawiając się nad słowami chłopaka. Po chwili zadał ponownie pytanie.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin