19. Peniel
Maia milczała przez większość drogi do lasu, idąc z pochyloną głową, rzadko rozlądając się na boki i marszcząc co chwila nos w skupieniu. Simon zastanawiał się, czy w ten sposób wyczuwała jak mają iść i doszedł do wniosku, że mimo iż wyglądało to dziwnie, to z pewnością było bardzo przydatne. Odkrył również, że nie musiał się śpieszyć by za nią nadążyć, obojętnie jak szybko by się nie poruszała. Nawet kiedy natrafili na wydeptaną w lesie ścieżkę a Maia zaczęła biec, dotrzymanie jej kroku nie sprawiło mu żadnych kłopotów. To była jedna z rzeczy, którą szczerze lubił jeśli chodziło o bycie wampirem.
Jednak nie cieszył się z tego zbyt długo. Drzewa rosły coraz gęściej w miarę jak biegli po poznaczonej korzeniami ziemi usłanej grubym dywanem z liści. Na tle rozświetlonego gwiazdami nieba gałęzie drzew tworzyły pajęczyny wzorów. W końcu wypadli na polanę usianą kamieniami połyskującymi jak wielkie, białe zęby. Tu i ówdzie leżały sterty opadłych liści, tak jakby ktoś grabił polanę gigantycznymi grabiami.
- Raphael! – Maia zwinęła dłonie w trąbkę dookoła ust i zawołała głosem tak donośnym, że wystraszyła ptaki siedzące w wierzchołkach drzew ponad ich głowami. – Raphael! Pokaż się!
Cisza. Nagle rozległ się cichy szelest, jak dźwięk kropel deszczu uderzających w cienki dach. Sterty liści poderwały się w powietrze jak małe cyklony. Simon usłyszał jak Maia kaszle. Ręce miała uniesione, jakby zasłaniała twarz i oczy przed opadającymi liśćmi. Wiatrr zniknął tak szybko jak się pojawił. Na polanie stał Raphael, zaledwie kilka stóp od Simona. Otaczała go grupa wampirów, bladolicych i nieruchomych jak drzewa w księżycowej poświacie. Ich twarze wyrażały chłód i ledwo skrywaną wrogość. Simon rozpoznał kilka z nich z pobytu w Dumort: drobniutką Lily i blondwłosego Jacoba, z oczami wąskimi jak sztylety. Ale wielu z nich po prostu nie znał.
Raphael zrobił krok do przodu. Jego skóra przybrała ziemisty odcień a wokół oczu miał czarne kręgi, ale mimo to uśmiechnął się na jego widok.
- Daylighter – westchnął. – Przyszedłeś.
- Przyszedłem – powtórzył Simon. – Jestem tu, więc... to koniec.
- Daleko nam jeszcze do końca, Daylighter – Raphael spojrzał na Maię. – Likantropko, wracaj do przywódcy swojej sfory i podziękuj mu za zmianę zdania. Powiedz, że Nocne Dzieci będą walczyły u boku jego ludzi na Równinie Brocelind.
Twarz Maii była ściągnięta.
- Luke wcale nie zmienił...
Simon błyskawicznie jej przerwał.
- W porządku, Maiu. Idź.
Jej oczy błyszczały smutkiem.
- Simon, zastanów się – powiedziała. – Nie musisz tego robić.
- Muszę – odparł stanowczym głosem. – Bardzo ci dziękuję za to, że mnie tu przyprowadziłaś. A teraz idź.
- Simon...
Ściszył głos.
- Jeśli nie pójdziesz, zabiją nas oboje i wszystko pójdzie na marne. Idź. Proszę.
Skinęła głową i zawróciła. W miarę jak się obracała, przechodziła Przemianę, więc w jednej chwili była szczupłą dziewczyną z warkoczykami podskakującymi na ramionach, a w następnej opadła na ziemię na cztery łapy, szybka i bezszelestna jak wilk. Wypadła z polany i zniknęła w ciemnościach. Simon odwrócił się w stronę wampira... i omal nie wrzasnął na głos. Raphael stał przed nim oddalony o jakieś kilka cali. Z bliska widać było oznaki głodu na jego skórze. Simon przypomniał sobie tamtą noc w Hotelu – twarze pojawiające się w cieniu, ulotny śmiech, zapach krwi – i zadrżał.
Raphael wyciągnął dłonie i położył je na jego ramionach, unieruchomiając je. Uścisk jego zwodniczo smukłych dłoni był żelazny.
- Obróć głowę – powiedział – i patrz w gwiazdy. Tak będzie łatwiej.
- Więc ty naprawdę chcesz mnie zabić – odparł Simon. Ku swojemu zaskoczeniu wcale nie odczuwał strachu ani nie był jakoś szczególnie zszokowany tym odkryciem. Jednocześnie z całą ostrością dostrzegał każdego liścia na gałęzi, każdego kamyczka leżącego na ziemi i wszystkie pary wpatrzonych w niego oczu.
- A czego się spodziewałeś? – zapytał Raphael. Z niejakim smutkiem, stwierdził Simon. – To nic osobistego. Tak jak mówiłem poprzednim razem – jesteś zbyt niebezpieczny, żeby pozwolić ci żyć. Gdybym wiedział czym się staniesz...
- Nigdy nie dopuściłbyś do tego żebym wydostał się z grobu – dokończył Simon.
Raphael spojrzał mu w oczy.
- Każdy robi to, co musi, żeby przetrwać. W ten sposób nawet my przypominamy ludzi – jego kły jak igły wysunęły się z dziąseł jak delikatne ostrza. – Nie ruszaj się – powiedział. – To nie potrwa długo – pochylił się do przodu.
- Poczekaj – odezwał się Simon, a gdy Raphael odsunął się z ponurą miną, powtórzył pewniejszym głosem. – Poczekaj. Muszę ci coś pokazać.
Raphael wydał z siebie niski, świszczący odgłos.
- Lepiej żeby chodziło o coś więcej niż tylko odwlekanie tego co mam zrobić, Daylighterze.
- I chodzi. Jest coś co chyba powinieneś zobaczyć – Simon uniósł dłoń i odgarnął włosy z czoła. Czuł, że to głupi, teatralny gest ale kiedy to robił, widział białą, zdesperowaną twarz Clary z oczami utkwionymi w nim i stelę w jej dłoni. No cóż, przynajmniej próbowałem ze względu na nią, pomyślał.
Efekt, jaki wywarło to na Raphaelu, był jednocześnie zaskakujący i natychmiastowy. Odskoczył do tyłu, jakby Simon wymachiwał przed nim krucyfiksem i otworzył szeroko oczy.
- Daylighter – warknął – kto ci to zrobił?
Simon patrzył na niego bez słowa. Nie do końca wiedział jakiej spodziewać się reakcji a ta z pewnością nią nie była.
- Clary – Raphael sam odpowiedział sobie na zadane pytanie. – Oczywiście. Tylko zdolności jakie ona posiada pozwoliłyby na to ...Wampir, naznaczony, i to w dodatku z tym Znakiem...
- Jakim Znakiem? – zapytał Jacob, smukły blondyn stojący tuż za Raphaelem. Reszta wampirów również wszystkiemu się przyglądała. Na ich twarzach dezorientacja mieszała się z rosnącym strachem. Wszystko, co przerażało Raphaela, uświadomił sobie Simon, przerażało również ich.
- Ten Znak – powiedział Raphael, ciągle patrząc tylko na Simona – nie pochodzi z Szarej Księgi. Jest starszy nawet od niej. Został narysowany ręką samego Stwórcy – zrobił taki ruch, jakby chciał dotknąć czoła Simona, ale nie potrafił zmusić się żeby to zrobić. Jego dłoń zawisła na chwilę w powietrzu a potem opuścił ją. – Słyszałem o takich Znakach ale nigdy nie widziałem żadnego na własne oczy. A ten...
- „Zatem ktokolwiek zabił Kaina, zemsta się na nim dokona po siedmiokroć. A Pan naznaczył Kaina aby każdy, kto go spotka, nie zabijał go”. Możesz spróbować mnie zabić, Raphaelu. Ale nie radziłbym tego robić.
- Piętno Kaina – powiedział z niedowierzaniem Jacob. – Znak, który nosisz, jest Piętnem Kaina?
- Zabij go – odezwała się rudowłosa wampirzyca stojąca blisko Jacoba. Mówiła z ciężkim akcentem... chyba rosyjskim, pomyślał Simon, ale nie był pewien. – Tak czy inaczej, zabij go.
Na twarzy Raphaela odmalowała się furia i niedowierzanie.
- Nie zrobię tego – odparł. – Jeśli wyrządzę mu jakąkolwiek krzywdę, odbije się to na mnie z siedmiokrotnie większą siłą. Tak działa Piętno. Oczywiście, jeśli ktoś z was chce podjąć to ryzyko, to proszę bardzo.
Nikt się nie poruszył ani nie odezwał.
- Tak też myślałem – skonstatował Raphael. Świdrował Simona wzrokiem. – Tak jak zła królowa w bajce, tak Lucian Graymark podrzucił mi zatrute jabłko. Zakładam, że miał nadzieję, że cię skrzywdzę i otrzymam idącą za tym karę.
- Nie – powiedział szybko Simon. – Nie... Luke nie ma pojęcia co zrobiłem. Uczynił ten gest w dobrej wierze. Musisz to uszanować.
- Więc ty sam się na to zdecydowałeś? – po raz pierwszy w sposobie w jaki Raphael na niego patrzył było coś więcej niż tylko pogarda. – To nie jest jakieś zwykłe zaklęcie ochronne, Daylighter. Wiesz jaka kara spotkała Kaina? – spytał miękkim głosem, jakby dzielił się z nim sekretem. – „Od teraz jesteś przeklęty na tej ziemi. Uciekinierem będziesz i tułaczem”.
- W takim razie – odparł Simon – będę się tułał jeśli o to chodzi. Zrobię to, co będę musiał.
- I to wszystko dla Nefilim – powiedział Raphael.
- Nie tylko dla nich – poprawił Simon. – Robię to też dla ciebie. Nawet jeśli tego nie chcesz – podniósł głos tak, żeby otaczające ich milczące wampiry mogły go usłyszeć. – Martwiliście się, że jeśli inne wampiry dowiedzą się, co się ze mną stało to pomyślą, że również im krew Nocnych Łowców da możliwość chodzenia w słońcu. Ale to nie dlatego posiadam tę zdolność. To za sprawą Valentine’a taki jestem. Przeprowadził eksperyment. On to zrobił, nie Jace. I nie da się tego powtórzyć. Już nigdy coś takiego się nie przydarzy.
- Wydaje mi się, że mówi prawdę – ku zaskoczeniu Simona odezwał się Jacob. – Znałem jedno lub dwoje Nocnych Dzieci, którzy w przeszłości próbowali krwi Łowców. U żadnego z nich nie zaobserwowano skłonności do tolerowania światła słonecznego.
- Odmówienie udzielenia pomocy Nocnym Łowcom za pierwszym razem to co innego – powiedział Simon, odwracając się w stronę Raphaela – ale teraz... teraz kiedy mnie do ciebie przysłali...
- Nie próbuj mnie szantażować, Daylighter – ostrzegł go Raphael. – Jeśli Dzieci Nocy zawierają jakąś umowę, to jej dotrzymują, nieważne jak zła w skutkach może się ona dla nich okazać – na jego ustach pojawił się nikły uśmiech a ostre jak igły kły błysnęły w ciemności. – Jest tylko jedna rzecz – powiedział. – Ostatnia rzecz, jakiej od ciebie wymagam jako potwierdzenia, że rzeczywiście występujesz tu w dobrej wierze – nacisk, jaki położył na dwóch ostatnich słowach, był pełen chłodu.
- To znaczy? – spytał Simon.
- Nie będziemy jedynymi wampirami walczącymi w bitwie Luciana Graymarka – powiedział Raphael. – Ty też będziesz walczył.
Jace otworzył oczy i gwiazdy rozbłysły mu pod powiekami. Usta wypełniał mu gorzki płyn. Zakaszlał, zastanawiając się przez moment, czy nie tonie... ale siedział na suchym gruncie, oparty plecami o stalagmit, ze związanymi za plecami rękoma. Zakaszlał znowu i poczuł sól w ustch. Zdał sobie sprawę, że nie tonął tylko dławił się własną krwią.
- Obudziłeś się, braciszku? – Sebastian uklęknął przy nim trzymając w dłonaich kawałek liny i z uśmiechem rozcinającym wagi na nóż. – To dobrze. Przez chwilę martwiłem się że zabiłem cię trochę za wcześnie.
Jace obrócił głowę na bok i splunął krwią na ziemię. Czuł sie tak, jakby pod czaszkę wtłoczono mu balon, który rozsadzał ją od środka. Srebrzysty wir ponad jego głową zwolnił i zatrzymał się, okazując się być jasnym wzorem gwiazd widocznym w suficie jaskini.
- Czekałeś na specjalną okazję, żeby mnie zabić? Niedługo Gwiazdka.
Sebastian spojrzał na Jace’a zamyślonym wzrokiem.
- Masz cięty język. Nie nauczyłes się tego od Valentine’a. Czego właściwie się od niego nauczyłeś? Nie wydaje mi się również, żeby szkolił cię jeśli chodzi o umiejętności w walce – przysunął się bliżej. – Wiesz, co dał mi na dziewiąte urodziny? Lekcję. Pokazał mi, że jest na plecach człowieka takie miejsce, w które jeśli wbijesz ostrze, to możesz przebić jego serce i zdruzgotać mu kręgosłup za jednym zamachem. A co ty dostałeś na swoje dziewiąte urodziny, mały aniołku? Ciasteczko?
Dziewiąte urodziny? Jace przełknął z trudem ślinę.
- Powiedz mi, w jakiej ciemnej dziurze cię trzymał, kiedy dorastałem? Bo nie pamiętam żebym widział cię w pobliżu rezydencji.
- Wychowałem się w tej dolinie – Sebastian wskazał podbródkiem w stronę wyjścia z jaskini. – Jak teraz o tym pomyślę, to ja też nie pamiętam, żebym cię tu kiedykolwiek widział. Mimo to wiedziałem o twoim istnieniu. Założę się, że nie miałeś o mnie pojęcia.
Jace pokręcił głową.
- Valentine jakoś strasznie się tobą nie chwalił. Nie potrafię sobie wyobrazić dlaczego.
Oczy Sebastiana błysnęły. Teraz łatwo było dostrzec jego podobieństwo do Valentine’a. Łączyła ich ta sama kombinacja srebrzystobiałych włosów, czarnych oczu, i pięknych rysów twarzy.
- Wiedziałem o tobie wszystko – powiedział. – Ale ty nie wiesz nic o mnie, prawda? – wstał na nogi. – Chciałem żebyś na to patrzył, braciszku. Więc patrz, i to bardzo uważnie – ruchem tak szybkim że prawie niewidocznym wyciągnął miecz z pochwy wiszącej u pasa. Miał srebrną rękojeść i połyskiwał przytłumionym, ciemnym światłem zupełnie jak Miecz. Na jego czarnym ostrzu wytrawiono wzór z gwiazd. Gdy Sebastian obrócił je, na jego powierzchni odbiło się ich prawdziwe światło i miecz wyglądał jakby zapłonął ogniem.
Jace wstrzymał oddech. Zastanawiał się, czy Sebastian chciał go zabić. Gdyby chciał, to już by to zrobił gdy był nieprzytomny, jeśli taki miał zamiar. Jace patrzył jak Sebastian przeszedł na środek jaskini trzymając lekko miecz, mimo że wyglądał na dość ciężki. Myśli wirowały w jego głowie. Jakim cudem Valentine mógł mieć drugiego syna? Kim była jego matka? Kimś z Kręgu? Czy był młodszy czy starszy od niego?
Sebastian doszedł do olbrzymiego, zabarwionego na czerwono stalagmitu na środku pomieszczenia. Zdawał się pulsować w miarę jak się do niego zbliżał, a dym w środku zaczął szybciej wirować. Sebastian przymknął oczy i uniósł miecz. Powiedział coś – słowo w ostro-brzmiącym jezyku demonów – i ciął nim na ukos, mocno i szybko, zataczając łuk. Wierzchołek stalagmitu został odcięty. Był wydrążony w środku jak probówka i wypełniony masą czerwono-czarnego dymu, który unosił się do góry jak gaz uciekający z przebitego balonu. Rozległ się huk, przypominający bardziej ciśnienie towarzyszące wybuchowi niż jakiś dżwięk. Jace poczuł jak w uszach mu trzeszczy. Nagle zaczął mieć kłopoty z oddychaniem. Chciał odpiąć kołnierzyk swojej koszuli ale nie mógł ruszyć rękami. Były za ciasno związane.
Sebastian stał na wpół ukryty za wylewającą się ze środka kolumną czerni i szkarłatu, wirującej i unoszącej się do góry...
- Patrz! – krzyknął, jego twarz połyskiwała. Oczy mu płonęły, białe włosy rozwiewały się na wzmagającym wietrze, a Jace zastanawiał się, czy jego ojciec wyglądał tak samo, gdy był młody: przerażająco a jednak w pewien sposób fascynująco. – Patrz i podziwiaj armię Valentine’a!
Jego głos został zagłuszony przez inny dźwięk. Dźwięk przypominający przypływ uderzający o brzeg, rozbijającą się olbrzymią falę niosącą ze sobą ogromną masę szczątków, pozostałości po wszystkich miastach, przypływ wielkiej i złowieszczej mocy. Ogromna kolumna wirującej, drgającej czerni wylała się z rozbitego stalagmitu, unosząc się w powietrze do góry przez wygrążony otwór w suficie jaskini. Demony. Wrzeszczące, wyjące i warczące. Kotłująca się masa pazurów, szponów, kłów i płonących ślepi. Jace przypomniał sobie jak leżał na pokładzie statku Valentine’a kiedy niebo, ziemia i morze dookoła zmieniły się w koszmar. To było gorsze. Było tak jakby ziemia rozpadła się na pół i wylało się z niej piekło. Demony niosły ze sobą taki odór jak tysiąc gnijących trupów. Jace wykręcał dłonie tak długo, aż liny werżnęły się w jego nadgarstki a te zaczęły krwawić. W ustach poczuł kwaśny smak i nie mógł przestać dławić się krwią i żółcią, dopóki ostatni demon nie uniósł się do góry i nie zniknął. Jace stwierdził, że musiał zemdleć na minutę czy dwie. W pewnym momencie gdy w spowijającej wszystko czerni osłabły już wrzaski i wycia, poczuł się jak zawieszony w próżni między niebem a ziemią, odczuwając wrażenie, że to oddzielenie przyniosło mu w jakiś sposób... spokój.
Nie mógł się tym długo cieszyć. Wrócił z powrótem do swojego ciała, jego nadgarstki płonęły bólem, ramiona napięły się do tyłu a odór demonów był tak silny, że obrócił głowę na bok i zwymiotował na ziemię, wstrząsany torsjami. Usłyszał ironiczny chichot i spojrzał w górę, przełykając z trudem ślinę by pozbyć się kwaśnego posmaku w gardle. Sebastian przyklęknął przy nim w rozkroku, jego oczy lśniły.
- Już dobrze, braciszku – powiedział. – Nie ma ich.
Oczy Jace’a łzawiły a gardło miał zdarte do żywego.
- Powiedział, że o północy. Valentine kazał ci otworzyć bramę o północy. Jest za wcześnie – wychrypiał.
- Zawsze uważam, że w takich sytuacjach lepiej prosić o wybaczenie niż pozwolenie – Sebastian spojrzał na niebo, które było już puste. – Dotarcie do Równiny Brocelind powinno zająć im nie więcej niż pięć minut licząc od teraz, znacznie mniej czasu niż mojemu ojcu dojście do Jeziora. Chcę zobaczyć trochę rozlanej krwi Nefilim. Chcę, by cierpieli i padali martwi na ziemię. Zasługują na hańbę zanim odejdą w niepamięć.
- Naprawdę myślisz, że w starciu z demonami Nefilim mają aż tak małe szanse? To nie jest tak, że nie są przygotowani...
Sebastian zlekceważył to machnięciem ręki.
- Myślałem, że nas słuchasz. Nie zrozumiałeś planu? Wiesz co ma zamiar zrobić mój ojciec?
Jace nie odpowiedział.
- Miło z twojej strony – ciągnął dalej Sebastian – że zaprowadziłeś mnie do Hodge’a tamtej nocy. Gdyby nie odkrył, że Lustrem którego szukaliśmy było Jezioro Lyn, to nie jestem pewien czy ta noc doszłaby w ogóle do skutku. Bo każdy kto ma dwa pierwsze Dary Anioła i stoi przed Lustrem, może wezwać z niego Anioła Razjela, tak jak to zrobił Jonathan Shadowhunter tysiąc lat temu. A kiedy już go wezwiesz, możesz od niego zarządać jednej rzeczy. Jednego zadania. Jednej... przysługi.
- Przysługi? – Jace zrobiło się zimno. – A Valentine ma zamiar poprosić go o zwycięstwo nad Łowcami?
Sebastian wyprostował się.
- To by było marnotrawstwo – odparł. – Nie. Zamierza prosić o to, żeby wszyscy Nocni Łowcy, którzy nie pili z Kielicha... i ci, którzy nie są jego zwolennikami... zostali pozbawieni swoich mocy. Nie będą odtąd Nefilim. A ze Znakami jakie teraz noszą... – uśmiechnął się. – Staną się Wyklętymi, łatwym łupem dla demonów. A Podziemni, którzy nie zdołają uciec, zostaną szybko wycięci w pień.
Jace’owi brzęczało w uszach i kręciło mu się w głowie.
- Nawet Valentine nie byłby zdolny do czegoś takiego... – powiedział.
- Daj spokój, naprawdę sądzisz, że mój ojciec nie doprowadzi do końca tego, co sam zaplanował?
- Nasz ojciec – poprawił go Jace.
Sebastian spojrzał na niego z góry. Jego włosy przypominały białą aureolę. Wyglądał trochę jak zły anioł, który podążył za upadłym z nieba Lucyferem.
- Wybacz mi, ale czy ty się modlisz? – zapytał z rozbawieniem.
- Nie. Powiedziałem „nasz ojciec”. Miałem na myśli Valentine’a. Nie twojego ojca. Naszego.
Przez moment twarz Sebastiana była kompletnie bez wyrazu, a potem kącik jego ust wygiął się w uśmieszku.
- Aniołku – odparł. – Jesteś głupcem, tak jak zawsze mówił mój ojciec...
- Dlaczego mnie tak nazywasz? – zapytał z naciskiem Jace. – Dlaczego wygadujesz takie głupoty o aniołach...
- Dobry Boże – przerwał mu Sebastian. – Ty naprawdę nic nie wiesz. Czy mój ojciec powiedział ci kiedyś coś, co nie było kłamstwem?
Jace potrząsnął głową. Pociągał za liny wokół nadgarstków ale za każdym razem, gdy za nie szarpał, zaciskały się jeszcze bardziej. Czuł puls bijący w każdym swoim palcu.
- Skąd wiesz, że ciebie też nie okłamywał?
- Bo jestem z jego krwi. Jestem taki jak on. Kiedy jego nie będzie, to ja będę rządził Clave.
- Na twoim miejscu nie przechwalałbym się że jestem taki jak on.
- No właśnie – odparł Sebastian głosem wypranym z emocji. – Ja nie udaję, że jestem kimś innym. Nie zachowuję się tak, jakby przerażało mnie to, że mój ojciec robi to co musi by uratować swoich ludzi, nawet jeśli nie chcą – lub, jeśli chodzi o mnie, nie zasługują – na ocalenie. Kogo ty wolałbyś mieć za syna? Chłopca, który jest dumny z tego, że jesteś jego ojcem, czy tego który kuli się przed tobą ze strachu i wstydu?
- Nie boję się Valentine’a – odparł Jace.
- Nie musisz. To mnie powinieneś się bać.
W jego głosie było coś, co kazało Jace’owi porzucić zmaganie się z pętającymi go więzami i spojrzeć w górę. Sebastian ciągle trzymał w dłoni połyskujący czernią miecz. Piękny przedmiot, pomyślał Jace, nawet wtedy gdy Sebastian opuścił jego czubek i przytknął do jego obojczyka, kłując lekko jego jabłko Adama. Jace starał się żeby głos mu nie drżał.
- Więc co teraz? Zabijesz mnie kiedy jestem związany? Myśl o walce ze mną aż tak bardzo cię przeraża?
Blada twarz Sebastiana nie wyrażała absolutnie żadnych emocji.
- Nie stanowisz dla mnie żadnego zagrożenia – powiedział. – Jesteś tylko szkodnikiem. Utrapieniem.
- To dlaczego nie odwiążesz mi rąk?
Sebastian stał całkiem bez ruchu, wpatrując się w niego. Wyglada jak posąg, pomyślał Jace, jak posąg jakiegoś od dawna nieżyjącego księcia... kogoś, kto umarł młodo i w zepsuciu. I to właśnie była różnica między Sebastianem i Valentinem. Mimo że obydwaj mieli ten same zimne, marmurowe oblicza, to Sebastian wyglądał na wyniszczonego – jakby coś pożerało go od środka.
- Nie jestem głupi a ty mnie nie zwiedziesz – odparł. – Pozwoliłem ci żyć tak długo, żebyś zobaczył demony. Jeśli teraz umrzesz i wrócisz do swoich anielskich przodków, powiesz im że nie ma już dla nich miejsca na tym świecie. Zawiedli Clave, które już ich nie potrzebuje. Teraz mamy Valentine’a.
- Chcesz mnie zabić, bo chcesz żebym przekazał Bogu wiadomość od ciebie? – Jace pokręcił głową a ostrze miecza zadrasnęło jego gardło. – Jesteś bardziej obłakany niż myślałem.
Sebastian tylko się uśmiechnął i wbił czubek ostrza odrobinę głębiej. Gdy Jace przełknął ślinę, poczuł jego koniec wbijający się w tchawicę.
- Jeśli masz jakieś prośby, braciszku, to powiedz je teraz.
- Nie mam żadnej prośby – odparł Jace. – Mam za to wiadomość. Dla naszego ojca. Przekarzesz mu ją?
- Oczywiście – powiedział gładko Sebastian, ale w sposobie w jaki to powiedział był krótki przebłysk wahania zanim się odezwał, co tylko potwierdziło domysły Jace’a.
- Kłamiesz. Nie przekarzesz mu jej bo nie masz zamiaru mówić mu, co zrobiłeś. On nigdy nie kazał ci mnie zabić i nie będzie zadowolony kiedy się o tym dowie.
- Bzdura. Nic dla niego nie znaczysz.
- Wydaje ci się, że Valentine nigdy nie dowie się co sie ze mną stało jeśli zabijesz mnie tu i teraz. Możesz mu powiedzieć, że zginąłem w bitwie albo po prostu sam dojdzie do takiego wniosku. Ale jesteś w błędzie jeśli myślisz, że się nie dowie. Valentine zawsze wie.
- Nie masz pojęcia o czym mówisz – odparł Sebastian ale jego twarz napięła się.
Jace nie przestawał mówić, chcąc wykorzystać swoją przewagę.
- Nie ukryjesz tego co zrobiłeś. Masz świadka.
- Świadka? – Sebastian wyglądał niemal na zaskoczonego, co Jace policzył sobie za coś w rodzaju zwycięstwa. – O czym ty mówisz?
- O kruku – powiedział Jace. – Obserwuje wszystko ukryty w cieniu. Powie wszystko Valentine’owi.
- Hugin? – Sebastian spojrzał w górę i mimo że kruka nie było nigdzie w zasięgu wzroku, gdy spojrzał z powrotem na Jace’a, na jego twarzy malowało się zwątpienie.
- Gdy Valentine dowie się, że zabiłeś mnie gdy byłem związany i bezbronny, będzie się tobą brzydził – ciągnął Jace i usłyszał jak jego własny głos nabiera takiej samej maniery jak głos jego ojca, gdy czegoś chciał: stał się miękki i przekonywujący. – Nazwie cię tchórzem. Nigdy ci tego nie wybaczy.
Sebastian milczał. Patrzył z góry na Jace’a, jego usta drżały a w oczach nienawiść wezbrała jak trucizna.
- Rozwiąż mnie – powiedział miękko Jace. – Rozwiąż mnie i walcz ze mną. To jedyny sposób.
Sebastian przygryzł mocno wargi i tym razem Jace pomyślał, że posunął się za daleko. Wyciągnął miecz i uniósł go. Księżyc odbił się w nim w miriadach srebrnych błysków, tak srebrzystych jak gwiazdy, jak kolor jego włosów. Obnażył zęby a miecz ze świstem przeciął nocne powietrze gdy opuścił go na dół.
Clary siedziała na stopniach podium w Sali Porozumień trzymając w rękach stelę. Jeszcze nigdy nie czuła się taka samotna. Sala była całkowicie pusta. Szukała wszędzie Isabelle gdy już wszyscy wojownicy przeszli przez Portal, ale nie potrafiła jej znaleźć. Aline powiedziała jej, że pewnie wróciła do domu Penhallow’ów, gdzie ona i kilku innych nastolatków miało się opiekować przynajmniej tuzinem dzieci w wieku, który nie pozwalał im walczyć. Próbowała nakłonić Clary żeby z nią poszła, ale ona odmówiła. Skoro nie mogła znaleźć Isabelle, to wolała już siedzieć tu sama niż z kompletnie obcymi osobami. Albo tak przynajmniej myślała. Ale siedząc tu odkryła, że cisza i pustka były coraz bardziej przytłaczające. Mimo to nie poruszyła się. Z całych sił starała się nie myśleć o Jasie, nie myśleć o Simonie, o swojej matce, Luke’u i Alecu... a jedynym sposobem jaki wymyśliła żeby o tym nie myśleć, było siedzenie w bezruchu i gapienie się na pojedynczą marmurową płytę na podłodze i liczenie w kółko wszystkich rys.
Było ich sześć. Jedna, druga, trzecia. Czwarta, piąta, szósta. Skończyła odliczanie i zaczęła od początku. Jedna...
Niebo nad jej głową eksplodowało.
Albo tak to przynajmniej brzmiało. Clary poderwała głowę do góry i spojrzała przez przezroczysty sufit Sali. Chwilę temu niebo spowijała ciemność. Teraz było skłębioną masą płomieni i czerni, poprzecinaną paskudnym pomarańczowym światłem. Na jego tle coś się poruszało... ohydne rzeczy, których nie chciała oglądać i była wdzięczna ciemności, że ukryła przed nią ten widok. Przypadkowe spojrzenie było aż nadto wystarczające.
...
Krajculka