Krzysztof Michalski- Heidegger.pdf

(127 KB) Pobierz
19157149 UNPDF
KRZYSZTOF MICHALSKI
HEIDEGGER 1
Zaczęło się to już dość dawno, mniej więcej w 1919 roku. Młody docent, Martin
Heidegger, rozpoczął wówczas samodzielne zajęcia ze studentami na uniwersytecie we
Fryburgu Badeńskim. Był to zarazem początek jego sławy, rosnącej zrazu wśród
studentów, zjeżdżających się z całych Niemiec do Fryburga, a następnie do Marburga,
gdzie Privatdozent Heidegger dostał pierwszą katedrę — później także poza
środowiskiem akademickim i poza Niemcami.
Co ściągało tłumy słuchaczy na wykłady młodego profesora, już na długo
przedtem, zanim książki rozniosły jego nazwisko po całym świecie? Jaka była podstawa
tego rozgłosu, który wkrótce zrobił z Heideggera najbardziej znanego filozofa naszego
wieku ? Jego nazwisko nieraz znikało później z pola zainteresowania tak zwanej „opinii
publicznej”, by z czasem pojawić się znowu — unoszone na fali mody. Niemniej od
czasu pierwszych wykładów we Fryburgu nie zamiera głębinowy prąd fascynacji,
dzięki któremu myśl Heideggera w tajemny sposób określa duchowe życie naszego
stulecia. Gdzie bije źródło tego prądu?
Znamienne jest, że na początku sława Heideggera nie miała się właściwie czym
żywić: nie było teorii, poglądów, które można by komunikować innym lub
posłyszawszy ocenić ich głębię i doniosłość. Co właściwie wykładał Heidegger?
Przeważnie analizował klasyczne-teksty filozoficzne: głównie Platona i Arystotelesa.
Analizy te niewątpliwie wniosły wiele nowego do badań nad Platonem i innymi — ale
sława Heideggera nie była sławą Wilamowitza-Mollendorfa. Słuchacze wykładów
Heideggera wychodzili z nich ponoć poruszeni, ugodzeni w ducha i w serce. Co można
powiedzieć o Platonie, by wywołać takie wrażenie?
Wątpię, czy jakakolwiek interpretacja platońskiej teorii idei, choćby najbardziej
nowatorska, zdolna jest to sprawić.
Nie o to też chodziło Heideggerowi. Jeden z jego studentów, dziś znany
profesor, Walter Biemel, wspomina, że na seminariach Heideggera nie wolno było
przytaczać jego własnych, wcześniej wyrażonych opinii o omawianym tekście. Nie
chodziło o przyswojenie „słusznej” interpretacji, o przekonanie do takiego czy innego
merytorycznego stanowiska. Chodziło o coś więcej — i to właśnie ściągało do
Heideggera takie tłumy. Chodziło o myślenie.
„Decydującą... sprawą było, że nie mówiono o Platonie i nie wykładano jego
teorii idei, lecz przez cały semestr zajmowano się jednym tylko dialogiem, analizując go
krok po kroku, aż wreszcie znikała czcigodna doktryna ustępując miejsca zespołowi
problemów mających bezpośrednie i pilne znaczenie” — wspomina Heideggerowskie
seminaria Hannah Arendt. Heidegger potrafił przełożyć Platona — a także Arystotelesa
i innych — na pytania, które każdy zadawał sobie, ściślej: potrafił, jak niegdyś
Sokrates, sprawić, by każdy uczestnik seminariów sam dokonał tego przekładu. Potrafił
uczyć myśleć, A tego już od dawna nikt nie umiał.
Ale co to znaczy „myśleć”? I w jaki sposób tekst napisany niegdyś może pomóc
w myśleniu o tym, co nas dziś obchodzi — bezpośrednio i pilnie?
Mówi się czasem: filozofia to umiejętność pytania. Właściwą jej treścią są
1 Wstęp do: M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć , „Czytelnik”, Warszawa 1977 1 .
 
problemy, a nie ich rozwiązania. Stąd historia filozofii to historia problemów; opowiada
o naszym upartym krążeniu wokół tych samych kwestii. Nie jesteśmy bynajmniej —
powiada się — coraz bliżej rozwiązań: problemów się nie rozwiązuje, to nie zadania
matematyczne. Jedyny możliwy postęp w historii filozofii to postęp w umiejętności
stawiania pytań: wiemy coraz lepiej, jakie pytania nas dręczą i nic ponadto.
Być może więc to jest odpowiedź: tradycja filozoficzna ożywa, gdy pod je
historyczną postacią odkryjemy te same „wieczne pytania”, co dręczą nas i dzisiaj.
Jednakże dlaczego miałoby to być tak bardzo interesujące? Dlaczego
mielibyśmy pasjonować się Platonem, skoro sedno jego teorii sprowadza się do tych
samych pytań, które my także sobie stawiamy — a więc do pytań, które bynajmniej nie
dotyczą właśnie nas? A poza tym — skąd wiadomo, że pytania te są tożsame? Czy
rzeczywiście Platon pytając o prawdę pytał o to samo, co Kartezjusz? Czy nie jest to
tylko mit z podręczników filozofii? Czy nie jest złudzeniem — utrwalonym właśnie
przez podręczniki i strukturę uniwersytetów — że filozofowie odpowiadają tylko na
pewną listę pytań: epistemologicznych, metafizycznych, ontologicznych, etycznych... ?
W istocie, jest to złudzenie; nie ma bowiem pytań, które można byłoby
rozumieć niezależnie od kontekstu, od sytuacji, w której są zadawane. Pytanie: „cóż jest
prawda?” ma zupełnie inny sens w ustach Piłata i Kartezjusza, Arystotelesa i
Heideggera. Chcąc zrozumieć ów sens, trzeba za każdym razem rozważyć sposób, w
jaki są stawiane, stanowisko, perspektywę, w której się pojawiają. Sytuacja, w jakiej
znajduje się pytający, motywy, które kierują go ku pytaniu o prawdę — jak ku
jakiemukolwiek pytaniu, bo przecież każde pytanie zadaje się z jakiegoś powodu —
modyfikują sens tego pytania. Tak samo brzmiące pytanie może być zadane w rozpaczy
i z nudy, może w nim chodzić o życie lub o zabawę; a więc nie jest za każdym razem to
samo. A czy słowa, nawet gdy brzmią identycznie, zawsze to samo znaczą? Czy ich
rzeczywiste znaczenie nie jest określane przez „prace i dni” tych, co je mówią?
„Aktualności” filozofa nie można zatem mierzyć ilością ponadczasowych
problemów, które znajdzie się w jego doktrynie — bowiem nie ma takich problemów.
Niepowtarzalna' sytuacja, w jakiej żyjemy, określa sens tego, co nas, bezpośrednio i
pilnie obchodzi. Filozof porusza nas, gdy pozwala nam lepiej ją zrozumieć — nie przez
to, że zredukuje ją do uniwersalnej ludzkiej sytuacji, a nasze problemy uczyni
problemami w ogóle. Przeciwnie — porusza nas, gdy mówi coś właśnie do nas, właśnie
o tym jedynym w swoim rodzaju położeniu, w jakim się znajdujemy. Jak to jest
możliwe?
Filozof podobny jest w tym do partnera we wszelkiej prawdziwej rozmowie.
Każdy może spostrzec, że dyskusja z kimś, kto myśli inaczej, uczy nas nowych rzeczy o
nas samych: w zetknięciu z innymi poglądami nasze własne wychodzą na jaw. To
dlatego, że nasza samowiedza nigdy nie obejmuje całej naszej wiedzy; nie zdajemy
sobie w pełni sprawy z tego, co wiemy. Wiele rzeczy zakładamy, przejmujemy od
innych, przyjmujemy za oczywiste — nie wiedząc o tym. Właśnie z tego powodu
„trafiają” nas czasem słowa kogoś innego. „Trafiają” nas — bo już wcześniej
wiedzieliśmy coś o tym, o czym jest mowa, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.
Teraz, w zderzeniu z innym ujęciem, ta ukryta dotąd wiedza wyłania się jako problem.
Dialog z tradycją jest właśnie taką rozmową. Pod naporem tradycji nasze przesądy
zamieniają się w pytania —ponieważ mówi ona o tym samym, co my, ale inaczej.
Tradycja filozoficzna gra tu szczególną rolę. Filozofia bowiem pyta za każdym razem o
całość naszej sytuacji w świecie; stąd w konfrontacji z filozofem innego czasu nasza
niepowtarzalna sytuacja jako całość, nasza własna perspektywa widzenia rzeczy jako
KRZYSZTOF MICHALSKI, HEIDEGGER
2
taka staje się problemem.
Gdyby tak czytać Platona, odnajdując w nim niepozorne analogie i nie wieczne
problemy, lecz pytanie, skierowane ku podstawom naszego życia, naszego własnego,
indywidualnego doświadczenia — czcigodna doktryna rzeczywiście ustępowałaby
miejsca zagadnieniom palącym i bezpośrednim.
Umiejętność takiej lektury, czy raczej: umiejętność nauczenia takiej lektury —
oto co wyróżniało Heideggera wśród innych uprawiających filozofię już od początku lat
trzydziestych. To także źródło jego ówczesnego rozgłosu. Co więcej — sądzę, że tu
leży istota jego myśli w ogóle: Heidegger nie szuka nowych, nie zbadanych obszarów,
nie tworzy nowych, więcej wyjaśniających teorii — lecz w dialogu z filozoficzną
tradycją Zachodu stara się dociec tego, co zawsze już wiedzieliśmy i co skrycie określa
naszą dzisiejszą sytuację.
Dlatego właśnie, chcąc zrozumieć myśl Heideggera warto sięgnąć do relacji o
jego pierwszych wykładach, do czasów poprzedzających ukazanie się jego pierwszego
w pełni samodzielnego dzieła — Sein und Zeit (1927).
Bowiem w momencie ukazania się tej książki sytuacja zmieniła się radykalnie.
Teraz już źródło sławy Heideggera nie było tak nieuchwytne jak dotąd. Nie mówiono
już, że we Fryburgu wykłada profesor, który „uczy myśleć”, lecz że „uczy tego a tego”.
Heidegger wyraził w druku pewne przekonania; zaczęto wiec mówić o „filozofii
Heideggera” obok „filozofii Jaspersa”, „filozofii Schelera” i innych. Co więcej — na
przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ta „filozofia Heideggera” zyskała w
Niemczech niebywałą popularność. Jakie były jej główne tezy?
Nauki — powiada Heidegger w Sein und Zeit — badają różne dziedziny rzeczy,
różne obszary tego, co jest. U podstaw każdej z nich leży zawsze jakiś projekt tego, do
czego się odnoszą; przyrodoznawstwo zawsze zakłada jakąś odpowiedź na pytanie „co
to jest przyroda ?”, historia — „co to są dzieje?” itp. Nie są to oczywiście odpowiedzi
przyjęte raz na zawsze: zdarza się niekiedy, że przestają one wystarczać — na miejsce
odpowiedzi pojawiają się wtedy pytania, a w naukach mówi się o „kryzysie podstaw”.
Pytania, o których mowa, to dziedzina ontologii — jej zadaniem ma być przecież
rozważanie różnych możliwych sposobów bycia.
Tak jednak jak dla nauk nicią przewodnią są pytania ontologiczne, dla samej
ontologii jest nią pytanie: „co to w ogóle znaczy być”? Jest to więc kwestia dla naszej
wiedzy fundamentalna — lecz mimo to dzieje myśli europejskiej świadczą, pisze
Heidegger, o jej gruntownym zapomnieniu.
Nie tylko ze względu na wiedzę problem bycia ma wedle Heideggera
podstawowe znaczenie. Jest on także — a raczej przede wszystkim — podstawową
sprawą naszego istnienia w ogóle. Człowiek może bowiem być tak lub inaczej, może
być sobą lub nie być sobą, ma zawsze przed sobą jakieś możliwości bycia, które
świadomie lub nieświadomie wybiera. Bycie — tak lub inaczej — Jest życiową sprawą
człowieka. Krótko: człowiek nie tylko jest, ale zawsze jakoś odnosi się da swego bycia.
Właśnie odnoszenie się do bycia wyróżnia człowieka spośród innych bytów.
Heidegger nazywa je egzystencją. Pytanie o bycie nie jest tedy zwykłym problemem
teoretycznym; formułuje tylko radykalnie to, o co człowiekowi w życiu chodzi. To
właśnie, podwójnie ważne (tak dla wiedzy, jak i dla życia w ogóle) pytanie jest,
zdaniem Heideggera, pierwszym zadaniem dla myśli.
Wybierając taką czy inną możliwość bycia człowiek — nie rozumem, lecz
swym życiem po prostu, żyjąc tak lub inaczej — daje już jakąś odpowiedź na pytanie:
„co to znaczy »być»?”. Ale najczęściej nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego uwaga
KRZYSZTOF MICHALSKI, HEIDEGGER
3
skierowana jest przeważnie na to, co jest wokół niego; człowiek zajmuje się przede
wszystkim rzeczami i ludźmi, z którymi ma do czynienia. Zapomina o sobie, o swym
specyficznym istnieniu: egzystencji. Dlatego właśnie dzieje myśli zachodniej to dzieje
zapomnienia o byciu.
Zapomnienie to jednak nigdy nie jest zupełne. Człowiek jest bowiem istotą
śmiertelną; drzemie w nim tedy, trwoga nie tylko o to czy tamto, lecz i o bycie po
prostu. Trwoga pozbawiająca go jakiegokolwiek oparcia; gdy kogoś ona opada, związki
z innymi, rzeczy, które pochłaniają uwagę na co dzień, przestają być istotne —
człowiek zostaje sam. Ważne pozostaje tylko jedno: bycie. I wtedy człowiek jest
autentycznie sobą.
Myśl, która stawia sobie zadanie odnowienia zapomnianego od dawna problemu
bycia, winna tedy zwrócić się, powiada Heidegger, przede wszystkim tam, gdzie się on
rzeczywiście pojawia: ku autentycznemu ludzkiemu istnieniu. Człowiek — ale nie
człowiek w ogóle, lecz każdy z nas, samotny i zdany tylko na siebie — winien być więc
jej tematem.
Oto pokrótce główny problem Sein und Zeit. Uprzytomnijmy sobie teraz
współczesnego odbiorcę tych poglądów — Niemcy republiki weimarskiej. W wielu
relacjach z tamtego czasu powtarza się ten sam obraz: zwątpienie w dotychczasowe
hierarchie wartości, zwątpienie w racje, uzasadniające dotychczasowy tryb życia,
zwątpienie w oferowane dotąd światopoglądy. Katastrofa wojny naruszyła podstawy
dotychczasowego porządku duchowego. Ludzie stracili zaufanie do ponad-
indywidualnego ładu i do tradycyjnych instytucji: czuli się sami, w zwątpieniu,
zagubieni.
Filozofia akademicka nie była w stanie wskazać dróg wyjścia z tej sytuacji —
katedry uniwersyteckie zajęte były przeważnie przez neokantystów, neoheglistów itp.,
profesorów-fachowców, którzy własną egzystencję zostawiali przed wykładem w kącie,
jak zmoczony parasol. Potrafili mówić o substancji, nie umieli pomóc w dramacie,
który każdy przeżywał sam.
Nic dziwnego więc, że w tej sytuacji słowa apelujące do człowieka jako
samotnej jednostki, nie tylko do intelektu, lecz i do samego życia, słowa opisujące
ludzką kondycję tu i teraz, w trwodze, wobec śmierci — trafiały do serc i umysłów.
Sein und Zeit nawet w stylu nie było podobne do dzieł akademickiej
Professorenphilosophie: patos, z jakim było napisane, przypominał raczej Kirkegaarda,
Pascala, Dostojewskiego lub Lutra — niż Kanta czy Husserla. Nic dziwnego jednak
także, że ów patos i apel do indywidualnego życia przesłoniły istotny zamiar tej książki:
odnowienie pytania o bycie. Błyskotliwe analizy trwogi, śmierci, ludzkiej samotności
zakryły cel, w jakim były podejmowane. Heidegger w opinii ogółu stał się więc, obok
Jaspersa, głównym reprezentantem „filozofii egzystencjalnej”.
Filozofia ta była zjawiskiem „typowym dla swego czasu — pisze o niej Goło
Mann — i w wysokim stopniu była go świadoma. Nie znaczy to jednak, by troszczyła
się wiele o najnowsze produkty dziejów, republikę, demokrację, gospodarkę czy
społeczeństwo. Tego nie robiła wcale. Jeżeli w ogóle wdawała się w opisy państwa,
kultury, społeczeństwa i gospodarki, to tylko po to, by pokazać jednostce, że w tej
publicznej sferze nie może ona znaleźć spełnienia sensu życia... Musi go raczej szukać
w wolności, mocą własnego ryzyka, nie zatracając się w zgiełku życia publicznego; w
więzi z inną jednostką”.
Fala zainteresowania Heideggerem jako egzystencjalistą wkrótce w Niemczech
opadła, by wezbrać ponownie po drugiej wojnie światowej, tym razem we Francji.
KRZYSZTOF MICHALSKI, HEIDEGGER
4
Sartre uznał Heideggera za swego nauczyciela. Terminy Heideggerowskie:
„egzystencja”, „projekt”, „autentyczność”, „trwoga”, znalazły się na centralnym
miejscu w słowniku egzystencjalistów. Fala ta dotarła i do nas, z pewnym opóźnieniem
wprawdzie. Heidegger był więc w Polsce widziany przeważnie przez pryzmat
egzystencjalizmu Sartre'a; Sein und Zeit uchodziło za poprzednika L'etre et le Neant.
Popularne wyobrażenie o Heideggerze opiera się na skąpych uwagach Sartre'a w
rozprawce Egzystencjalizm jest humanizmem (1946), gdzie kwalifikuje on filozofa z
Fryburga jako „egzystencjalistę ateistycznego”.
Tymczasem następne prace Heideggera, począwszy od lat trzydziestych,
świadczą o tym, że egzystencjalistyczna interpretacja jego myśli nie chwyta istoty
rzeczy. Niewątpliwie Sein und Zeit dawał jej punkty oparcia — ale były one rozsiane
raczej na jego powierzchniowej warstwie. Jak każde dzieło filozoficzne, i Sein und Zeit
było napisane w mowie swego czasu i ulegało jego mentalności; stąd jego „egzysten-
cjalny” patos. Ważne jest jednak przede wszystkim, co zostało powiedziane z tym
patosem.
W dwa lata po Sein und Zeit Heidegger opublikował, tego samego roku, trzy
prace: książkę o Kancie (Kant und das Problem der Metaphysik), rozprawę Vom Wesen
des Grundes (O istocie racji) oraz wykład Was ist Metaphysik ? ( Co to jest
metafizyka?). Wszystkie te dzieła uznane są za „wczesną” twórczość Heideggera — w
pracach późniejszych następuje charakterystyczne przesunięcie akcentów, pozwalające
mówić o „zwrocie” w poglądach Heideggera od mniej więcej 1930 roku.
Nie znaczy to jednak, że Heidegger po prostu zmienił z czasem poglądy,
porzucając te, które głosił wcześniej. Powiedziałbym raczej, że Heidegger dostrzegł
teraz wyraźniej, co zostało powiedziane w Sein und Zeit — wbrew współczesnym
interpretatorom, a nawet wbrew własnej dotychczasowej samowiedzy.
Świadectwem przełomu w zapatrywaniach Heideggera są także losy niektórych
jego prac z wczesnego okresu: Sein und Zeit na przykład jest tylko częścią większej
całości, która jednak nie pojawiła się w druku. Heidegger planował bowiem (ponoć
nawet napisał) dzieło dwutomowe — ukazały się natomiast tylko dwie części (z trzech)
pierwszego tomu. Fragment analiz tomu drugiego został opublikowany jako
samodzielna książka o Kancie (por. wyżej). Reszta nigdy nie została wydana. Także
dzieje odczytu Co to jest metafizyka? są pouczające: ostatnie jego wydanie, w tomie
Wegmarken, Heidegger opublikował w 1967 roku — a więc nie uważa zawartych tam
poglądów za niesłuszne. Niemniej z czasem odczyt został opatrzony Wprowadzeniem i
Posłowiem, które rzucają na jego treść zupełnie nowe światło. Wreszcie w 1930 roku
Heidegger napisał rozprawę Vom Wesen der Wahrheit (O istocie prawd) — lecz nie
opublikował jej wtedy. Ukazała się dopiero w trzynaście lat później, opracowana na
nowo.
Jaki jest właściwy sens tego przełomu? W jaki sposób można w ogóle zmienić
poglądy, zachowując jednocześnie ważność tych, które się głosiło wcześniej, ba —
odkrywając dopiero, na czym ona w istocie polega?
Historia myśli europejskiej zna już co najmniej jedną odpowiedź na to pytanie:
dał ją Hegel. To on przecież próbował wykazać, że żadna myśl nie jest po prostu
fałszywa; że jest możliwy taki punkt widzenia, który pozwoli odkryć prawdę nawet
wtedy, gdy jest zakryta dla tego, kto ją głosi. Co więcej, to Hegel spostrzegł, że droga
do prawdy nie jest obojętna dla prawdy samej — „rezultat — pisze w Fenomenologii
ducha — nie stanowi rzeczywistej całości sam, lecz tylko wraz ze swoim stawaniem
się”. Rozwój ducha dochodzi do takiego miejsca, z którego otwiera się widok na sens
KRZYSZTOF MICHALSKI, HEIDEGGER
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin