O wielkiej zdradzie.pdf

(42 KB) Pobierz
12958166 UNPDF
Leszek Kołakowski- O wielkiej zdradzie
Rodzimy się prawie zawsze jako uczestnicy pewnej zbiorowości etnicznej,
to uczestnictwo jest nam dane, nie wybieramy swojego narodu, podobnie
jak nie wybieramy rodziny. Pózniejsze nasze związki z ludzmi-
przyjacielskie, zawodowe, polityczne, seksualne czy towarzyskie-
pochodzą natomiast najczęściej z wyboru.
Mogło by się wydawać, że te nasze umiejscowienia w świecie, które nie
zależą od naszej woli, są z tej racji niewiążące, nie nakładają na nas
żadnych obowiązków- bo przecież nie zapisywałem się do swojego narodu
i nie prosiłem swoich rodziców, by mnie na świat wydali- że natomiast
zobowiązują nas te rodzaje przynależności, któreśmy z własnej woli
wybrali. W rzeczywistości powszechne nasze poczucia są odwrotne:
właśnie lojalność wobec własnego kraju czy rodziny, najblizszych ludzi,
uchodzi za obowiązek bezwzględny, a zdrada za rzecz szczególnie
karygodną, podczas gdy różne związki międzyludzkie, które sami sobie
wybieramy- na przykład orgaznizacje polityczne- możemy też sami, z
własnej woli porzucić, nie narażając się koniecznie na potępienie.
Pomiędzy tymi dwiema formami lojalności jest jeszcze pośrednia:
lojalność względem zrzeszenia religijnego czy Kościoła. Jest ona
pośrednia, bo chociaż przynależność religijna nie jest nam dana z krwią
( „ludzie nie rodzą się chrześcijanami, lecz się stają”, jak mówił święty
Hieronim ), to jednak w przygniatającej liczbie przypadków środowisko,
w którym się rodzimy, jest pod tym względem decydujące, a w tych
zgromadzeniach, gdzie się zazwyczaj chrzci dzieci wkrótce po urodzeniu,
jak w Kościele rzymskim, przynależność religijna niemal się zawsze z
rodzinnej wywodzi. Toteż zmiana wyznania lub porzucenie własnej
wspólnoty religijnej są odczuwane boleśnie i piętnowane w tej wspólnocie,
a w Islamie apostazja, pociąga za sobą automatycznie karą główną.
Nie jest jednak wcale dziwne, że zdrada zbiorowości, do której należymy
nie z wyboru, lecz z przypadku urodzenia, jest piętnowana szczególnie
surowo. Naród, podobnie jak jednostka ludzka, jest dzielem natury, nie
powstał z zamiaru czy planu, i nie musi się tłumaczyć ze swojego
istnienia: jest, bo jest i przez to, że istnieje, istnieje prawomocnie.
Podobnie człowiek pojedynczy: skoro istnieje, istnieje prawomocnie.
Ponieważ należymy do narodu bez aktu wyboru, nosimy niejako tę
przynależność w sobie, a wyzbywając się jej i odmawiając jej
prawomocności, jakby naród sam uśmiercamy.
Inaczej w przypadku zbiorowości, do których należy się na mocy aktu
woli, jak np. partie polityczne lub Kościoły ( przy zastrzeżeniu właśnie
poczynionym ). Te zbiorowości muszą się ze swojego istnienia tłumaczyć,
istnieją po coś, czemuś służą, ich byt jest zalegalizowany zadaniami, jakie
spełniają. Kościół jest nosicielem prawdy i rozdawcą dóbr, które są
potrzebne do wiecznego zbawienia. Partia jest także nosicielem prawdy
oraz skupiskiem energii, która albo ma nam zapewnić zbawienie doczesne,
na przykład budując świat doskonały i niszcząc wrogów świata
doskonałego, albo przynajmniej załatwiając jakieś sprawy, które są istotne
dla dobrobytu ludzkości. Przypuśćmy, że jestem członkiem pewnej sekty,
ale w pewnej chwili zauważam, że ta sekta jest dziełem szarlatana i
oszusta, który podaje się za boga w celu wyłudzenia od wyznawców
pieniędzy i usług seksualnych; porzucam zatem tę sektę, czyli ją
zdradzam. Podonie mogę porzucić, czyli zdradzić partię, co do której
przekonałem się, że jej dziełem jest niewolnictwo, nie zaś wyzwolenie
ludzi. Na ogól w takich przypadkach słowo 'zdrada' jest w sposób
naturalny używany przez członków tej samej sekty albo partii, a nie przez
innych, gdyż słowo samo nie jest neutralne, zawiera potępienie, podczas
gdy większość z nas nie potępia ludzi, którzy wystąpili z jakieś sekty
zbudowanej w Ameryce przez obłąkanego oszusta albo z partii
faszystowskiej, albo z partii komunistycznej. Używamy z reguły słowa
'zdrada' w taki sposób, by nie można było powiedzieć, że zdrada bywa
czasem dobra, bo zdradzana zbiorowość a nic innego nie zasługuje. W
takim razie jednak o tym, czy coś jest albo nie jest zdradą decydują moje
własne opinie na temat tego, względem czego ktoś inny zdrady się
dopuścił: Niemiec, który w czasie wojny jął pracować dla aliantów, tj.
wrogów państwa hitlerowskiego, nie jest wtedy zdrajcą, lecz dzielnym
obrońcą dobrej sprawy. Innymi słowy, wydaje się, że uważamy coś za
zdradę lub nie, zależnie od tego co, naszym zdaniem, jest moralnym
obowiązkiem albo jest przynajmniej moralnie dobre.
Natychmiast widzimy, że sprawa się wikła w dwuznacznościach. Nie
mamy ochoty powiedzieć, że zdrada bywa dobra, ale wtedy w samo
pojęcie zdrady pakujemy różne nasze opinie polityczne i moralne, które
nie muszą być oczywiste. Z pewnością, celowo narazić na śmierć kogoś,
kto ma prawo oczekiwać naszej lojalności jest szczególnie odrażającym
przypadkiem zdrady, toteż Judasz i Brutus siedzą na samym dnie
dantejskiego piekła.
Ale Hitler chyba też miał prawo oczekiwać lojalności od swoich
generałów, a jednak nie poślemy do piekła tych generałów, co go porzucili
i chcieli zabić. Możemy powiedzieć, że czym innym jest państwo, czym
innym naród, i że wolno nam w imię dobra narodu wyrzec się ( czy
zdradzić ) państwa, które jest narzędziem zła, choćby państwo to było
popierane przez więkoszość narodu i było suwerenne, jak Niemcy Hitlera
czy Związek Radziecki Stalina, a nie zniewolone przemocą, jak europa
środkowa po drugiej wojnie. W naszym wieku dwudziestym bardzo trudno
powtarzać porzekadło „ma rację czy nie ma, ale to mój kraj”; w
dziewiętnastym wieku można było łatwiej się zgodzić na to, że nie wolno
nam zdradzić króla czy kraju, choćby ten kraj bardzo grzeszył, jeśli to
naprawdę mój kraj, a nie na przykład najezdzca. W tym dwudziestym
wieku decydujące stało się nie przywiązanie do tradycji, nie lojalność
narodowa, ale ideologia: gdy ideologia słuszna, zdrada nie jest zdradą. Nie
możemy bez zastrzeżeń uznać, że zdrada jest dozwolona, jeśli samo
państwo nie jest prawomocne, bo wedle jakich kryteriów decydujemy o
prawomocności państwa? W sensie prawa międzynarodowego
prawomocne jest każde panstwo, które jest uznane przez tzw. społeczność
miedzynarodową, tj. ONZ, a są wród nich najohydniejsze tyranie, państwa
ludobójcze, które zdradzić wydaje się zasługą. Ale skoro ideologie się
różnią, nie może być zgody co do oceny zdrady. Agenci sowieccy, którzy
działali przeciw krajom demokratycznym, by pomóc komunistycznej
tyranii, czynili tak przeważnie z pobudek ideowych, przynajmniej w
początkowym okresie ( w ostatnich kilku dziesięcioleciach już robili to dla
pieniędzy albo w wyniku szantażu ).
Czy powiemy, że ludzie tacy, jak siatka sowiecka z Cambridge, są
usprawiedliwieni, bo pracowali ideowo? A jeśli nie są, to czy dlatego, że
ich ideologia była błedna albo zbrodnicza? Widzimy trrudność. Motywy
ideologiczne są częto niczym więcej niż emocjami, a gdyby emocje miały
usprawiedliwiać, to wszystko byłoby usprawiedliwione i samo pojęcie
zdrady jako czegoś złego straciło by sens.
A jednak mamy poczucie, że nie wolno nam poprzestawać na ukazywaniu
dwuznaczności i niejasności, że pojęcie zdrady jako czynu z natury złego
jest nam potrzebne, i że można je opisać nie zakładając koniecznie jakieś
ideologii politycznej czy filozofii; potrzebujemy jednak prostych i
niewyszukanych odróznień między dobrem a złem, Ludzie, którzy, na
przykład, wydają tajemnice innych, w zaufaniu im powierzone- czy dla
korzyści własnej czy dla zabawy- dopuszczają się najoczywiściej zdrady.
Tam, gdzie zdradzani i porzucani są ludzie poszczególni, najłatwiej
powiedzieć, co jest zdradą, nawet jeśli i ta zdrada może być wybaczona
przez ofiary, jak poucza przykład świetego Piotra, który swego Mistrza i
Zbawiciela wyrzekł się w chwili niebezpieczeństwa, a mimo to został
przez Niego, który o tym z góry wiedział, wyznaczony na następce i
budowniczego Kościoła. Teologiczne interpretacje tego sławnego
wydarzenia możemy pominąć.
Zdrada polityczna natomiast jest na ogól dwuznaczna i to nie z jednego
powodu: po pierwsze, zło i dobro najczęściej nie są w polityce dobrze
rozdzielone, rzadko zdarzają się sytuacje tak jednoznaczne, jak w czasie
drugiej wojny światowej; po wtóre, z tegoż powodu musimy odróżniać
większe i mniejsze zło i uznać, że ludzie, którzy w czasie wojny pracowali
dla wywiadu sowieckiego przeciw Niemocom robili, mimo wszystko co
wiemy o komunizmie i skutkach wojny, dobrą robotę o ile walczyli z
najgorszym demonem, tj. państwem hitlerowskim; po trzecie, o
motywacjach nie sposób zapomnieć: ludzie, którzy zdradzają złą sprawę,
ale czynią to dla korzyści własnej, a nie dlatego, że to zła sprawa, nie
zasługują na szacunek, chociaż, z drugiej strony, nie są usprawiedliwieni
ci, co złej sprawie służą z motywacji ideowych, nie egoistycznych, jeśli
nie trudno rozpoznać, że to zła sprawa. Nic jednak na to nie poradzimy, że
nie ma w polityce dobra absolutnego, co łatwo narzuca nam
przypuszczenie- już bardziej wątpliwe- że nie ma także zła absolutnego.
Nietrudno więc przewidzieć, że częto ludzie będą się kłócić co do oceny
poszczególnych przypadków: czy to lub owo postępowanie załuguje na
miano zdrady? Jeśli jednak jest mało wątpliwości w przypadkach, gdzie
ofiarami są jednostki, a nie państwa, narody czy Kościoły, to w tych
przypadkach wiemy mniej więcej, czego się trzymać, a gdy wiemy i
trzymamy się, to będziemy też mieli mniej wątpliwości tam, gdzie właśnie
chodzi o państwa, narody i Kościoły.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin