O cnocie.pdf

(40 KB) Pobierz
12796900 UNPDF
Leszek Kołakowski- O cnocie
Słowo 'cnota', przyznajmy, nieco zostało ośmieszone w polskim języku,
tak częto i tak natarczywie było używane w jednym kontekście,
mianowicie dla określenia seksualnej niewinności, głównie młodych
kobiet; mówiło się „cnota dziewicza”, „ona cnotę straciła”, „on na jej
cnotę dybał”, „ta panienka nie jest sławna ze swojej cnoty” itp. Tak już
chyba na serio nie mówimy, ale nasz cyniczny wiek jakąś aurę
śmieszności wokół słowa zbudował. Nie wiem, skąd się wzięło to
ograniczenie, którego bodaj nie ma w innych językach. Nie mamy jednak
chyba innego słowa na łączne oznaczenie wszystich sprawności, które są
moralnie wartościowane i które lepszymi czynią zarówno człowieka
pojedynczego, jak i wszystkie związki między ludzmi. Nie ma przecież
niczego ośmieszającego w wyrażeniach takich, jak 'cnoty obywatelskie',
'cnoty militarne', 'cnoty intelektualne', 'cnoty kupieckie'. Wolno nam starać
się o to, by słowu 'cnota' cnotę przywrócić. Nie potrzebujemy zapewne
słowa o tak szerokim znaczeniu, jak u Greków starożytnych, kiedy to
wszystkich korzystnych własności, nie tylko ludzkich, możne je było
stosować: jest cnotą pola, że dobry urodzaj daje, cnotą noża, że dobrze
kraje itp.; ani o tak ścieśnionym, jak w łacinie starożytnej, kiedy 'cnota'
głównie oznaczała 'męstwo', z podobnym jak po polsku zródłosłowiem
('mąż'). Ile jest cnót i jak je klasyfikować, to mniej ważne. Ale gdy słowo
pojmiemy, jakem właśnie sugerował, tj. jako wszelką moralnie ocenianą
sprawność, niezbędną do znośnego życia w ludzkiej wspólnocie,
zauważymy, że cnoty są pod pewnym ważnym względem podobne do
innych, nie moralnych sprawności.
Uczymy się cnót przez wychowanie w środowisku, gdzie one są
praktykowane, podobnie jak uczymy się takich prostych sprawności, jak
używanie noża i widelca przy jedzeniu albo pływania. Słuszne jest stare
porzekadło, że nie można się nauczyć pływać, nie wchodząc do wody, a
nawet gdyby dziecko miało się nauczyć używania noża i widelca przez
czytanie skomplikowanej instrukcji pisanej, gdzie kąty nachylenia
wszystich palców byłby wyliczone, rychło by się zniechęciło. Podobnie
mało są przydatne podręczniki cnót tam, gdzie tych cnót w życiu się nie
widzi. Kiedy cnoty giną, społeczność ludzka ginie i podręczniki nie
pomogą. Kapłan, który wprawdzie cytuje Ewangelię, ale który, jak jego
trzoda widzi, bezustannie miota nienawistne przekleństwa i grozi, nie jest
nauczycielem cnót ewangelicznych, ale je niszczy, podobnie jak bogaty
finansjer piorunujący na ludzą chciwość. Mało nam przyjdzie z czytania
podręczników, a dużo z doświadczenia życia wśród ludzi, gdzie cnoty są
praktykowane, chociaż rzadko się zdarza, by wszystkie naraz były obecne.
To właśnie pytanie: czy mogą być wszystkie cnoty naraz praktykowane,
rozważali czasem stoicy. Powiadali oni, że nagrodą za cnotę jest sama
cnota, że więc nagrodą człowieka sprawiedliwego jest to właśnie, że jest
człowiekiem sprawiedliwym i że nie mamy cnoty sprawiedliwości dla
żadnej innej rekompensaty praktykować; tylko wtedy cnota jest cnotą
prawdziwie.
Stąd wniosek, że gdy jednej jakieś cnoty, nie mamy, nie mamy żadnej, bo
gdy wydaje się, że jakiś cnót nie mamy, ale mamy za to inne, to znaczy, że
uprawiamy cnoty, kiedy nam to wygodne, a nie dla ich samych; jeśli
uprawiamy cnoty tylko dlatego, że są po prostu dobre, to uprawiamy
wszystkie, a w przeciwynym wypadku nie cnota jest naszym motywem,
ale coś innego.
Jest to jednak stanowisko ogromnie rygorystyczne i trudne do utrzymania.
Wynika z niego bowiem, że uprawiamy prawdziwie cnoty tylko wtedy,
gdy wszystkie uprawiamy, gdy więc jesteśmy absolutnie doskonali; gdy
zaś nam jakieś cnoty brakuje, to żadnej nie mamy i jesteśmy doszczętnie
zapsuci. Ale stawiać przed ludzmi dylemat: „albo jesteś wcieloną
doskonałością albo jesteś zupełnym zgniłkiem” jest w edukacji
niebezpieczne, jako że zbyt łatwo powiedzieć sobie: „pełni doskonałości i
tak nie osiągnę, a skoro nie jestem doskonały pod wszystkimi względami,
to już w ogóle wszystko jedno, co robię”. Nie jest to więc dobra doktryna i
nie ma żadnej sprzeczności w przypuszczeniu, że ludzie mogą mieć pewne
cnoty- nie z wyrachowania, ale dlatego, że są dobre- nie mieć natomiast
innych. Można być człowiekiem sprawiedliwym i roztropnym, ale nie być
odważnym; można być pomocnym innym ludziom i prawdomównym, ale
nie być wytrwałym w pracy, itd. Tyle tylko można z tej stoickiej doktryny
zachować, że cnoty wzmacniają się wzajemnie, że więc, gdy się ma
niektóre, to chyba łatwiej nabywa się innych, chociaż wydają się
niezależne. Jeśli kto chce być sprawiedliwy, to zauważy rychło, że
potrzeba do tego odwagi i wytrwałości. Jest więc przenikanie się cnót, ale
sztywna zasada „ wszystko albo nic” jest niezgodna ze skutecznością
zabiegów wychowawczych, a nawet łatwo przeradza się w fanatyzm.
Otóż zauważono nieraz, że cnoty praktykowane i głoszone w sposób
bezwzględnie sztywny rychło stają się nieznośne zarówno dla cnotliwego,
jak dla innych. Odwaga może wyrodzić się w lekkomyślną i niemądrą
brawurę, sprawiedliwość praktykowana bardzo rygotystycznie, bez
uwzględnienia komplikacji życia i okoliczności łagodzących w różnych
naszych wykroczeniach, staje się czasem okrucieństwem i przykrywką dla
zadowolonej z siebie pychy sprawiedliwego; prawdomówność może być
uprawiana jako brutalność i niewrażliwość na ludzkie przykrości i
cierpienia; mądrośc może być nawet pretekstem do ucieczki od życia i
jego nieuchronnych konfliktów; a chwalebna zasada, by innym przykrości
nie sprawiać, może stać się regułą nieograniczonej pobłażliwości dla
złego. Ludzie wychowani wśród plemion wojowniczych nabywają odwagi
i zdolności do dzielnego znoszenia cierpień fizycznych, ale też często
okrucieństwa; ludzie trudniący się pracą akademicką i wyposażeni we
wszystkie cnoty intelektualne, nieraz, z przekonania, że robią ważne
rzeczy, zamykają oczy na naglące sprawy społeczne, które obok się dzieją,
a w które wtrącać się to zawsze komuś się narażać. Ale, z drugiej strony,
cnoty obywatelskie, a więc poczucie odpowiedzialności za sprawy
publiczne i przekonanie, że powinniśmy w nich jakoś uczestniczyć, może
wyrażać się w nieustannej kłótliwości i w ochocie do narzucania innym
własnego zdania w sposób natrętny, w niezdolności do odróżnienia spraw
ważnych od nieważnych i niezdolności do wysiłku, by inne punkty
widzenia, od własnego odmienne, rozumieć.
Nie jest koniecznie tak, by wszystkie nasze cnoty były po prostu
przykrywką naszego samolubstwa, jak uczył La Rochefoucault, ale
naprawdę tak jest, że z każdego dobra można zło przyrządzić i nie
zauważać samemu, że się cokolwiek stało.
Nie wolno nam żądać ani nawet życzyć sobie, by wszyscy byli doskonali
albo byli identyczni ( co zresztą na jedno wychodzi ). Łatwo jest
abstrakcyjnie opisywać cnoty, ale ich stosowanie wymaga giętkości i
zrozumienia dla nieskończonej zawiłości ludzkich spraw, a to zrozumienie
jest wynikiem doświadczalnego obcowania ze ścierającymi się wzajem
wymaganiami życia, różnymi roszczeniami uzasadnionymi i wynikiem
obcowania z ludzmi dobrymi i rozważnymi.
Wszystko to zapewne prawdy zużyte i banalne, nic w nich nowego, warte
są jednak powtarzania, o ile uczą nas czujności wobec samych siebie, każą
zastanawiać się nieprzerwanie nad prawdziwymi motywami naszych
czynów- a w tych sprawach, jak każdy wie, samozakłamanie i
samozadowolenie ogromnie łatwo nam przychodzi. Warto jednak
zauważyć, że chociaż wszystkie cnoty mogą ulegać zwyrodnieniu i
przepoczwarzać się w przeciw- cnoty, to jednak niektóre są mniej, a inne
bardziej pod tym względam narażone. Cnota życzliwości dla bliznich
trudniej się chyba degeneruje, niż na przykład poszanowanie dla prawdy,
gdzie o fanatyzm łatwo, zwłaszcza gdy ma się pewność, że się jest
samemu prawdy posiadaczem, a zdolność do wybaczenia innym, mniej
hoduje niebezpieczeństw niż odwaga. Wszystkie te rzeczy zresztą stają się
skomplikowane w podręcznikach, ale nie są skomplikowane w życiu,
gdzie doświadczenia własne i innych ludzi do cnoty nas zaprawia.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin