Zizek Slavoj - Melancholia i akt etyczny.pdf
(
563 KB
)
Pobierz
Slavoj Žižek - Melancholia i akt etyczny
Slavoj Žižek – Melancholia i akt etyczny
Slavoj Žižek
Melancholia i akt etyczny
1
Przyszła demokracja – w odróżnieniu od strategicznej ekonomii dawkowania wolności –
odwołuje się do nie dających się przewidzieć porywów etycznej odpowiedzialności, kiedy to nagle
zostaniemy zmuszeni do odpowiedzi na wezwanie, do reakcji na niesprawiedliwość.
Lacanowski Wielki Inny to nie tylko formułowane explicite symboliczne zasady regulujące
interakcje społeczne, ale także gęsta sieć ukrytych, niepisanych reguł.
The Little Book of Hollywood
Cliches
Rogera Eberta zawiera setki stereotypów i obowiązkowych scen wykorzystywanych w
filmach – począwszy od słynnej reguły „wózka z owocami” (Podczas pościgu wywrócony zostaje
wózek z owocami. Rozgniewany kupiecimigrant wybiega na środek ulicy i wymachuje pięścią za
odjeżdżającym samochodem bohatera.), a skończywszy na bardziej wyszukanych przykładach
stosowania reguły „dzięki za takie dzięki” (Dwoje ludzi kończy szczerą rozmowę. Kiedy osoba A
zaczyna opuszczać pokój, B wypowiada jej imię. A zatrzymuje się, odwraca i pyta: „Tak?”, na co B
odpowiada: „Dzięki”.) czy zasady „papierowej torby z zakupami” (Wystraszona cyniczna kobieta
nie chce się już zakochać. Jej adorator pragnie przebić mur, jakim bohaterka odgradza się od świata.
Kobieta idzie po zakupy. Torba pęka, a owoce i warzywa wysypują się na ulicę, co symbolizuje
życie w rozsypce i/lub pozwala adoratorowi pozbierać jabłka i pomarańcze, czyli rozsypane
kawałki jej życia.). Oto czym jest Wielki Inny, symboliczna substancja naszego życia – zestawem
niepisanych reguł, które faktycznie porządkują naszą mowę i działania. Mimo że reguły te nie są
nigdy formułowane wprost, ich nieprzestrzeganie może mieć poważne konsekwencje. Jedna z reguł
obowiązujących w ostatniej dekadzie w obrębie radykalnego skrzydła Akademii nakazuje
traktowanie Hannah Arendt jako niekwestionowanego autorytetu. Po prostu nie wolno jej
krytykować. Dwadzieścia czy trzydzieści lat temu lewica odrzucała ją – a raczej ignorowała –
ponieważ Arendt stworzyła pojęcie totalitaryzmu; pojęcie nieuchronnie uwikłane w ideologię
zimnej wojny. Dziś nawet ci, po których można by się spodziewać awersji (psychoanalitycy, z
powodu znanej niechęci Arendt wobec psychoanalizy; zwolennicy szkoły frankfurckiej, z racji jej
lekceważącego stosunku do Adorna) żywią wobec niej szacunek.
Kolejna taka reguła dotyczy związku między żałobą a melancholią. W naszej permisywnej
epoce, w której transgresja jest przywłaszczana (a nawet lansowana) przez dominujące instytucje,
regułą stało się, iż panująca opinia przedstawiana jest właśnie jako wywrotowa transgresja. Jeśli
ktoś chce zidentyfikować hegemoniczny trend intelektualny, wystarczy, że poszuka trendu, który w
mniemaniu swoich zwolenników stanowi nieznane wcześniej zagrożenie dla hegemonicznego
dispositif władzy. Panująca opinia w kwestii żałoby i melancholii głosi, co następuje: Freud
przeciwstawiał normalną żałobę (akceptację utraty) melancholii patologicznej (podmiot trwa w
narcystycznej identyfikacji z utraconym obiektem). Należy, wbrew Freudowi, uznać konceptualny
oraz etyczny prymat melancholii. Zawsze istnieje pozostałość, której nie sposób przepracować w
procesie żałoby, zaś ostateczna wierność jest właśnie wiernością w stosunku do tej pozostałości.
Żałoba jest rodzajem zdrady, powtórnym uśmierceniem utraconego obiektu, natomiast
melancholijny podmiot pozostaje wierny utraconemu obiektowi i odmawia wyrzeczenia się łączącej
go z nim więzi. Schemat ten przybiera wiele konkretnych odmian – począwszy od gejowskiej,
głoszącej, że homoseksua
liści to ci, którzy pozostają wierni utraconej lub stłumionej identyfikacji z
1 „Nowa ResPublica”, październik 2001 r. Przekład: Marcin Szuster. Tekst pierwotnie opublikowano w „Critical
Inquiry”, summer 2000.
1 / 18
Slavoj Žižek – Melancholia i akt etyczny
obiektem libidinalnym tej samej płci, aż po kolonialną/etniczną, głoszącą, że grupy etniczne objęte
kapitalistycznymi procesami modernizacyjnymi, które zagrażają ich tożsamości kulturowej, nie
powinny wyrzekać się tradycji, lecz zachować melancholijne przywiązanie do swoich utraconych
korzeni.
Za sprawą tła w postaci poprawności politycznej błąd polegający na potępieniu melancholii
może mieć dramatyczne konsekwencje. Ze względu na „niewłaściwy” stosunek do melancholii
odrzuca się artykuły naukowe i wnioski o przyjęcie do pracy. Dlatego trzeba koniecznie
zdemaskować cynizm, któremu taka rehabilitacja melancholii sprzyja. Melancholijna więź z
utraconym etnicznym Obiektem pozwala nam twierdzić, że jesteśmy wierni swoim etnicznym
korzeniom, a zarazem uczestniczyć w globalnej grze kapitalistycznej. Należy zapytać, w jakim
stopniu cały projekt „studiów postkolonialnych” podtrzymywany jest przez tę logikę obiektywnego
cynizmu. Żeby wszystko było jasne: rzecz nie w tym, że postkolonialna nostalgia jest utopijnym
marzeniem o świecie, który nigdy nie istniał (taka utopia może mieć wyzwalające działanie), lecz w
tym, że marzenie to wykorzystuje się dla usprawiedliwienia jego przeciwieństwa – pełnego i
nieograniczonego uczestnictwa w globalnym kapitalizmie.
Brak nie jest tym samym, co Utrata
Co, z teoretycznego punktu widzenia, stanowi o ułomności tej rehabilitacji melancholii?
Problem dotyczy statusu anamorfozy. Anamorfoza to obiekt, którego materialna realność ulega
zniekształceniu polegającemu na przypisaniu obiektowi naszego subiektywnego spostrzeżenia.
Groteskowo zniekształcona twarz zyskuje spójność; zamazany kontur czy skaza stają się
rzeczywistymi bytami, jeśli patrzymy na nie z jakiegoś określonego punktu widzenia (czy nie jest to
jedna z najbardziej zwięzłych definicji ideologii?). Rzeczywistość społeczna może się wydawać
zagmatwana i chaotyczna, ale jeśli spojrzymy na nią z punktu widzenia antysemityzmu, wszystko
stanie się jasne i oczywiste – za nasze nieszczęścia odpowiedzialny jest żydowski spisek. Innymi
słowy, anamorfoza zaciera różnicę między obiektywną rzeczywistością a jej zniekształconą
subiektywną percepcją; subiektywne zniekształcenie zostaje tu uznane za cechę postrzeganego
obiektu i w tym sensie samo spojrzenie (gaze) zaczyna istnieć w sposób rzekomo obiektywny.
W melancholii paradoks anamorfozy ulega zatarciu. Zazwyczaj kładzie się nacisk na
antyheglowski posmak rehabilitacji melancholii. Jeśli praca żałoby ma strukturę znoszenia
(Aufhebung), dzięki któremu zachowujemy pojęciową istotę obiektu, tracąc go z bezpośredniej
rzeczywistości, to w przypadku melancholii obiekt opiera się pojęciowemu zniesieniu. Błąd
melancholika polega jednak nie na stwierdzeniu, iż coś opiera się symbolicznemu zniesieniu, lecz
na umiejscowieniu źródła tego oporu w faktycznie istniejącym, choć utraconym obiekcie. W
kategoriach Kantowskich melancholik popełnia paralogizm czystej zdolności pragnienia, którego
źródłem jest pomieszanie utraty i braku: o ile przedmiot pragnienia jest pierwotnie i w
konstytutywnym sensie czymś, czego brak, melancholia interpretuje ten brak jako utratę – zupełnie
jakby brakujący obiekt był czymś, co kiedyś znajdowało się w naszym posiadaniu i co dopiero
później utraciliśmy. Słowem, melancholia zaciera fakt, że obiektu brak od samego początku, że jego
pojawienie się jest korelatem jego braku, że obiekt ten jest niczym innym, jak tylko pozytywizacją
pustki czy braku, bytem czysto anamorficznym, który nie istnieje sam w sobie.
Paradoks polega oczywiście na tym, że oszukańcze podstawienie utraty w miejsce braku
pozwala nam stwierdzić, iż jesteśmy w posiadaniu obiektu. Ponieważ nie można utracić czegoś,
czego nigdy nie posiadaliśmy, melancholik, w swojej bezwarunkowej fiksacji na utraconym
2 / 18
Slavoj Žižek – Melancholia i akt etyczny
obiekcie, w pewnym sensie posiada go w samym fakcie utraty. Oto jak należy interpretować
średniowieczne przekonanie, że melancholik nie jest w stanie dosięgnąć tego, co duchowe czy
bezcielesne: zamiast po prostu kontemplować obiekt pozazmysłowy, chce go objąć swoim
pragnieniem. Melancholik, mimo że odmówiono mu wstępu do ponadzmysłowej sfery idealnych
form symbolicznych, nadal odczuwa metafizyczną tęsknotę za rzeczywistością absolutną, inną niż
ta zwykła, podatna na niszczące działanie czasu. Jedynym sposobem na wydobycie się z tego
kłopotliwego położenia jest wyniesienie zwykłego obiektu zmysłowego (powiedzmy, ukochanej
kobiety) do poziomu absolutu. Podmiot melancholijny przedstawia sobie obiekt swoich tęsknot jako
wewnętrznie sprzeczny (bo cielesny) absolut. Ponieważ obiekt ten podlega niszczącemu działaniu
czasu, można go bezwarunkowo posiąść tylko o tyle, o ile został utracony. Hegel zastosował tę
logikę, komentując poszukiwanie grobu Chrystusa przez krzyżowców. Oni także pomylili absolutny
aspekt świętości z ciałem, które istniało przed dwoma tysiącami lat w Judei – ich poszukiwania
musiały więc zakończyć się rozczarowaniem. Właśnie dlatego melancholia jest nie tyle
przywiązaniem do utraconego obiektu, co przywiązaniem do samego gestu jego utraty.
Charakteryzując dyrygenturę Wilhelma Furtwanglera, Adorno stwierdził, że Furtwanglera
interesowało „ocalenie [Rettung] czegoś, co zostało już utracone, odzyskanie dla interpretacji tego,
co zaczęła ona tracić wraz z początkiem rozkładu tradycji. Dlatego musiał włożyć wielki wysiłek w
przywołanie tego, co nie było już bezpośrednio obecne”. Skoncentrujmy się na podwójnej utracie,
na której opiera się dzisiejszy kult Furtwanglera i fascynacja, jaką budzą jego wczesne nagrania.
Idzie nie tylko o to, że fascynuje nas organiczna pasja Furtwanglera, która wydaje się czymś
niemożliwym do osiągnięcia w naszych czasach, w których dyrygentura oscyluje pomiędzy dwiema
skrajnościami – zimną, techniczną perfekcją i sztuczną pasją (Leonard Bernstein), lecz o to, że już
sam utracony obiekt naszej fascynacji zawierał pewną utratę. Pasja Furtwanglera zawierała element
traumatycznej intensywności, poczucie pilności właściwe desperackiej próbie uratowania dla naszej
tradycji tego, co zagrożone we współczesnym świecie. Tym, co pragniemy uchwycić, słuchając
starych nagrań Furtwanglera, nie jest organiczna bezpośredniość muzyki klasycznej, lecz
bezpośrednie i organiczne doświadczenie samej utraty – doświadczenie, które nie jest już nam
dostępne. W tym sensie nasza fascynacja Furtwanglerem to melancholia w czystej postaci.
Giorgio Agamben podkreśla, że melancholia jest nie tyle porażką pracy żałoby (upartym
przywiązaniem do obiektu), co jej dokładnym przeciwieństwem: „melancholia sprawia, iż stajemy
wobec paradoksu polegającego na tym, że intencja żałoby poprzedza i antycypuje utratę obiektu”.
Oto, na czym polega podstęp melancholii: jedynym sposobem, by posiąść obiekt, którego
nigdy nie posiadaliśmy, od samego początku bowiem był on obiektem utraconym, jest traktowanie
obiektu, który wciąż posiadamy, tak jak gdyby był on już obiektem utraconym. Odmowa dokonania
pracy żałoby przybiera zatem postać swojego przeciwieństwa – spektaklu udawanej żałoby po
obiekcie, który nie został jeszcze utracony. Oto, co nadaje wyjątkowy posmak melancholijnym
związkom miłosnym, takim jak związek Archera Newlanda i hrabiny Olenskiej z Wieku
niewinności Edith Wharton. Mimo że głęboko zakochani partnerzy są wciąż razem i cieszą się
swoją obecnością, cień przyszłej rozłąki sprawia, że postrzegają swoje obecne rozkosze przez
pryzmat katastrofy, która ma nastąpić, czyli separacji (jest to dokładna odwrotność typowej
opowieści o znoszeniu obecnych niedogodności przez wzgląd na przyszłe szczęście). Podobnie
można argumentować, że Dymitr Szostakowicz pod maską oficjalnego socjalistycznego optymizmu
musiał być człowiekiem głęboko melancholijnym, skoro poświęcił swój najsłynniejszy,
skomponowany w 1960 roku ósmy kwartet smyczkowy własnej pamięci: „Uznałem za mało
prawdopodobne, by po mojej śmierci ktoś stworzył dzieło dedykowane mojej pamięci.
3 / 18
Slavoj Žižek – Melancholia i akt etyczny
Postanowiłem więc zrobić to sam. Możecie nawet napisać na okładce płyty: Dedykowane pamięci
kompozytora”. Nic dziwnego, że Szostakowicz określił nastrój tego kwartetu mianem
„pseudotragicznego”. Podobno miał stwierdzić, że „komponując go, wylał tyle łez, ile oddaje
moczu po wypiciu sześciu piw”. Kiedy melancholik opłakuje to, czego jeszcze nie stracił, mamy do
czynienia z komicznym odwróceniem tragicznej procedury żałoby. Przywodzi to na myśl stary
rasistowski dowcip o Cyganach: kiedy pada, są szczęśliwi, bo wiedzą, że po deszczu zawsze świeci
słońce; kiedy świeci słońce, jest im smutno, bo wiedzą, że w końcu spadnie deszcz. Jeśli żałobnik
opłakuje utracony obiekt i ponownie go uśmierca, ujmując jego utratę symbolicznie, to melancholik
nie jest po prostu kimś, kto nie potrafi wyrzec się obiektu, lecz raczej kimś, kto uśmierca obiekt po
raz drugi (traktuje go jako utracony), zanim został on utracony naprawdę.
Jak rozwiązać ten paradoks żałoby po obiekcie, który nie został jeszcze utracony? Kluczem
jest tu sformułowanie Freuda, zgodnie z którym melancholik nie jest świadom tego, co dokładnie
utracił w utraconym obiekcie. W tym miejscu należy wprowadzić lacanowskie rozróżnienie między
obiektem a przyczyną pragnienia: o ile obiekt pragnienia to po prostu obiekt, którego się pragnie, o
tyle przyczyną pragnienia jest cecha, z powodu której pragniemy upragnionego obiektu (jakiś
szczegół lub tik, z którego zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy, a czasami nawet traktujemy jako
przeszkodę, coś pomimo czego pragniemy danego obiektu). Z tej perspektywy melancholik jest nie
tyle kimś zafiksowanym na utraconym obiekcie i niezdolnym do podjęcia pracy żałoby, co raczej
kimś, kto posiadł obiekt, ale już go nie pragnie, ponieważ powód, dla którego go pragnął, stracił
moc oddziaływania. Melancholia nie wyraża sfrustrowanego pragnienia pozbawionego swojego
obiektu, lecz symbolizuje obecność obiektu pozbawionego właściwości, które czyniły go
przedmiotem pragnienia. Melancholia ma miejsce wtedy, gdy zdobywamy wreszcie upragniony
obiekt, ale jesteśmy nim rozczarowani. Właśnie w tym sensie melancholia (rozczarowanie
wszystkimi pozytywnymi, widzialnymi obiektami, z których żaden nie może zaspokoić naszego
pragnienia) jest początkiem filozofii.
Mamy tu do czynienia z wzajemnym powiązaniem anamorfozy i sublimacji. Grupa
rzeczywistych obiektów ustrukturyzowana jest wokół próżni (void) czy raczej tę próżnię zakłada.
Gdy sama próżnia jako taka staje się widzialna, rzeczywistość rozpada się. Aby gmach
rzeczywistości nie chwiał się w posadach, jeden z jej elementów musi zostać przesunięty do
centrum i zająć miejsce próżni. To lacanowski objet petit a. Jest to wzniosły obiekt (ideologii),
obiekt wyniesiony do godności Rzeczy, a zarazem obiekt anamorficzny (aby dostrzec jego
wzniosłość, musimy spojrzeć nań „z ukosa”; jeśli spoglądamy nań prosto, sprawia wrażenie tylko
kolejnego obiektu w grupie). Żydzi mogą być tylko jedną z wielu grup etnicznych czy narodowych,
ale mogą być także wzniosłym obiektem podstawionym w miejsce próżni (centralnego
antagonizmu), wokół której wzniesiono społeczną budowlę, panem, który z ukrycia pociąga za
wszystkie sznurki. Antysemityzm sprawia, że wszystko staje się jasne. Umożliwia dostrzeżenie w
społeczeństwie zamkniętej, logicznej przestrzeni. (Czy nie przypomina to poglądu, iż w ustroju
kapitalistycznym robotnik pracuje, powiedzmy, pięć godzin dziennie dla siebie, a trzy dla swojego
pracodawcy? Przekonanie, że można dzielić w ten sposób czas pracy i postulować, aby robotnik
pracował tylko przez pięć godzin i otrzymywał pełne wynagrodzenie, jest złudzeniem. W ramach
systemu płac jest to niemożliwe. Status ostatnich trzech godzin pracy jest w pewnym sensie
anamorficzny; są one ucieleśnieniem wartości dodanej – jak pasta do zębów w tubce, której trzecia
część ma inny kolor i widnieje na niej duży napis „30 procent GRATIS!”. W takich sytuacjach
zawsze mam ochotę powiedzieć, „Dajcie mi tylko te 30 procent”.).
Istotą objet petit a jako wielkości negatywnej (by użyć tego kantowskiego terminu) jest nie
4 / 18
Slavoj Žižek – Melancholia i akt etyczny
tylko to, że próżnia pragnienia znajduje paradoksalne ucieleśnienie w konkretnym obiekcie, który
staje się jej symbolem. Chodzi przede wszystkim o paradoks przeciwny: ta pierwotna próżnia (czy
brak) funkcjonuje tylko o tyle, o ile właśnie znajduje ucieleśnienie w konkretnym obiekcie. To ten
obiekt sprawia, że przestrzeń pragnienia pozostaje otwarta. Pojęcie wielkości negatywnej jest także
kluczowe dla zrozumienia rewolucji chrześcijańskiej. Religie przedchrześcijańskie zatrzymują się
na poziomie mądrości, podkreślają niewystarczający charakter wszystkich przedmiotów doczesnych
i głoszą potrzebę umiarkowania w oddawaniu się przyjemnościom (należy unikać nadmiernego
przywiązania do rzeczy doczesnych, przyjemność bowiem jest czymś krótkotrwałym) albo
rezygnacji z doczesności na korzyść Prawdziwego Obiektu Boskiego, który jest jedynym źródłem
nieskończonej szczęśliwości. Chrześcijaństwo natomiast przedstawia Chrystusa jako jednostkę
śmiertelną i utrzymuje, że jedyną drogą do prawdy i zbawienia jest wiara w umiejscowioną w
czasie inkarnację. Właśnie w tym sensie chrześcijaństwo jest religią miłości: w miłości
koncentrujemy się na jakimś skończonym doczesnym obiekcie, który znaczy dla nas więcej niż
wszystko inne. Ten sam paradoks dotyczy specyficznie chrześcijańskiego pojęcia nawrócenia i
odpuszczenia grzechów. Nawrócenie jest wydarzeniem czasowym, które zmienia wieczność. Późny
Kant stworzył pojęcie noumenalnego aktu wyboru, poprzez który jednostka określa swój wieczysty
charakter. Akt ten – poprzedzając jej czasową egzystencję – z góry określa ramy jej doczesnego
przeznaczenia.
Gdyby nie boski akt łaski, nasze przeznaczenie pozostawałoby czymś nienaruszalnym, na
zawsze utrwalonym przez ów wieczysty akt wyboru. Jednak dobra nowina chrześcijaństwa głosi, że
poprzez autentyczne nawrócenie można w pewnym sensie powtórzyć ten akt, a tym samym zmienić
samą wieczność (czy też cofnąć jej wyroki).
Myśl postsekularna? Nie, dziękuję!
Ten największy paradoks chrześcijaństwa ulega zniesieniu w łonie tego, co przedstawia się
jako melancholijna myśl postsekularna. Stanowisko to znalazło najpełniejszy wyraz w
derridiańskiej interpretacji Levinasa. Akceptuje ono w pełni pogląd, że modernistyczna krytyka
podkopała fundamenty ontoteologii, podważyła pojęcie Boga jako najwyższej istoty i tak dalej.
Czy jednak ostatecznym rezultatem tego dekonstrukcyjnego gestu nie jest oczyszczenie pola dla
nowej postdekonstrukcjonistycznej i niedekonstruowalnej formy duchowości, dla takiej relacji z
bezwarunkową Innością, która poprzedza ontologię? Czy nie jest tak, że podstawowym
doświadczeniem ludzkiego podmiotu nie jest doświadczenie obecności ja, siły dialektycznej
mediacjiprzywłaszczenia całej Inności, lecz doświadczenie pierwotnej pasywności, wrażliwości,
bycia nieskończenie zadłużonym i odpowiedzialnym wobec wezwania Inności, która nigdy nie
uzyskuje żadnych pozytywnych cech, zawsze pozostając czymś ukrytym – śladem własnej
nieobecności. Aż kusi, żeby sparafrazować tu słynny dowcip Marksa na temat Proudhona z
Ubóstwa filozofii (zamiast zajmować się konkretnymi ludźmi żyjącymi w określonych warunkach
historycznych, pseudoheglowska teoria społeczna Proudhona koncentruje się na samych
okolicznościach, w oderwaniu od ludzi dzięki którym mogły zaistnieć): zamiast matrycy religijnej z
Bogiem w centrum, postsekularna dekonstrukcja oferuje nam samą matrycę pozbawioną figury
Boga, która by ją podtrzymywała.
Wierny duchowi marksizmu Derrida powtarza tę samą konfigurację: „Dekonstrukcja,
przynajmniej moim zdaniem, nie miała nigdy żadnego innego sensu czy celu poza radykalizacją w
ramach pewnej tradycji marksistowskiej, w duchu marksizmu”. Trzeba od razu zauważyć (Derrida
5 / 18
Plik z chomika:
inacosiegapisz
Inne pliki z tego folderu:
Slavoj Žižek - rewolucjonista ironiczny.pdf
(71 KB)
Zizek Slavoj-Tybet w więzieniu marzeń.pdf
(81 KB)
Zizek Slavoj - Witajcie na pustyni rzeczywistosci -Zemsta światowych finansów.pdf
(473 KB)
Zizek Slavoj - Społeczeństwo obywatelskie, fanatyzm i rzeczywistość digitalna.pdf
(89 KB)
Zizek Slavoj - Rewolucja u bram.pdf
(149 KB)
Inne foldery tego chomika:
Abelard Piotr
Ajdukiewicz Kazimierz
Arystoteles
Augustyn Święty
Awicenna
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin