Gabriel Garcia Marquez - Trzecia rezygnacja.rtf

(30 KB) Pobierz
Gabriel Garcia Marquez

Gabriel Garcia Marquez

 

 

Trzecia rezygnacja

(Przełożyła: Zofia Chądzyńska)


Znowu ten sam hałas. Ów hałas zimny, twardy, pionowy, który znał tak dobrze, a który teraz wydał mu się ostry i bolesny, jakby z dnia na dzień odzwyczaił się od niego.

Kołował w jego pustej głowie głuchy i przeszywający. Coś jakby ściany, jakby woskowe plastry, znajdujące się po czterech bokach jego czaszki, unosiły się spiralnie w górę, z każdą chwilą mocniej uderzały w nią od środka i z tępą wibracją wstrząsały kręgami, zakłócając normalny rytm jego ciała. Coś się rozprzęgło w jego fizycznej strukturze uformowanego człowieka. Coś, co kiedy indziej funkcjonowało normalnie, a co teraz rozwalało mu głowę od środka uderzeniami suchymi, twardymi, uderzeniami jakiejś kościstej, pozbawionej ciała ręki, które przypominały mu wszystkie gorycze życia. Impuls, pochodzący z samej głębi rozpaczliwego bólu, pchał go, by zacisnąć pięści i zdusić sobie skronie o niebieskawosinych żyłach. W dłoniach swych wrażliwych rąk pragnął zamknąć ten hałas, diamentowym ostrzem wwiercający się w mózg. Gdy wyobraził go sobie, ścigany przez udręczone zakamarki swojej płonącej, rozgorączkowanej głowy, wyprężył się niby kot. Już miał go pochwycić. Nie. Hałas miał skórę śliską, wymykającą się. Ale on był zdecydowany dosięgnąć go za pomocą wystudiowanej strategii i dusić długo, do ostatka, całą siłą swej rozpaczy, nie pozwolić, by raz jeszcze miał wwiercić mu się do mózgu przez uszy, wyjść przez usta, przez pory, przez oczy, które wypchnąłby z orbit, które w końcu by oślepły śledząc jego ucieczkę pośród poszarpanej ciemności. Nie pozwolił, by nadal grzechotał tym pokruszonym szkłem, gwiazdeczkami lodu o wewnętrzną stronę jego czaszki. Bo taki był ten hałas:  nie kończący się, niby walenie  główką dziecka o twardy mur, niby tłuczenie wszystkim o to, co przyroda zrobiła twardym. Ale nie pozwoli męczyć się więcej, o ile uda mu się otoczyć go, wydzielić. I schwycić. I zdusić teraz już ostatecznie; wyrżnąć nim z całych sił o bruk i deptać z okrucieństwem, dopóki sam będzie miał siłę się ruszać, dopóki jeszcze będzie w stanie wycharczeć, że zamordował ten hałas, który go zamęczał, od którego wariował, a który teraz leży rozciągnięty na ziemi jak każda rzecz, która nagle zmieniła się w śmierć.

Ale nie mógł ścisnąć sobie skroni. Jego ręce skróciły się, były to teraz rączki karła, maleńkie, tłuściutkie rączki. Zrobił wysiłek, by potrząsnąć głową. Potrząsnął nią. A wtedy hałas wybuchł ze zdwojoną siłą w głębi czaszki, która jakby jeszcze bardziej odczuwała siłę przyciągania ziemi. Hałas ten był ciężki, był twardy. Tak twardy i tak ciężki, że gdyby udało się dosięgnąć go i zniszczyć, miałoby się wrażenie, że odziera się z liści ołowiany kwiat.

Słyszał go już „kiedy indziej" z równą siłą. Na przykład tego dnia, kiedy umarł po raz pierwszy, kiedy - widząc trupa - zrozumiał, że to jego własny trup. Popatrzył na niego, a potem sam się pomacał. Poczuł, że jest nieuchwytny, pozaprzestrzenny, nie istniejący. Rzeczywiście był trupem i już teraz czuł, jak śmierć przepływa przez jego chore, młode ciało. Wszystko dokoła usztywniło się, jakby dom wypełniono cementem, zaś wewnątrz tego bloku - w którym przedmioty nadal tak stały, jakby był pełen powietrza - tkwił on, starannie ułożony w trumnie również cementowej, acz przezroczystej. Wtedy w jego głowie również był „ów hałas". Jakże dalekie, jakże zimne miał stopy tam, w drugim końcu trumny, gdzie położono poduszeczkę, bo trumna była zbyt długa i trzeba ją było skrócić, by przystosować nieżywe ciało do tego nowego, ostatniego stroju. Nakryto go czymś białym, a szczęki podwiązano mu chustką. Poczuł się piękny w swoim całunie, śmiertelnie piękny.

Leżał w trumnie, czekając, aż go złożą do ziemi, a mimo to wiedział, że nie umarł. Że gdyby zadecydował wstać, udałoby mu to się z największą łatwością. W każdym razie „duchowo". Ale nie było po co. Lepiej było pozwolić sobie umrzeć tutaj, umrzeć śmiercią, którą niosła w sobie jego choroba. Dawno już lekarz doniósł sucho jego matce:

- Pani syn jest ciężko chory: nie żyje. Niemniej zrobimy, co w naszej mocy, by przeciągnąć jego życie poza śmierć. Skomplikowany system samożywienia sprawi, że jego funkcje fizjologiczne będą trwały. Zmienią się tylko siły napędowe, odruchy spontaniczne. O tym, że żyje, będzie świadczył fakt, że nie przestanie normalnie rosnąć. To po prostu „żywa śmierć". Chociaż całkowicie rzeczywista.

Jakkolwiek niejasno - ale zapamiętał te słowa. Może zresztą nigdy ich nie słyszał, może były wytworem jego mózgu, kiedy temperatura podnosiła mu się w czasie ataków tyfusu, kiedy się pogrążał w malignie; kiedy czytał o zabalsamowanych faraonach, kiedy gorączka wzrastała, a on sam stawał się jej protagonistą. W ten sposób powstała w jego życiu jakaś pustka. Od wtedy przestał rozróżniać i nie mógł przypomnieć sobie, jakie wydarzenia są częścią delirium, a jakie realnego życia. Dlatego teraz wątpił. Może doktor nigdy nie wspomniał o tej dziwacznej „żywej śmierci"? To przecież nielogiczne, paradoksalne, wprost samo sobie zaprzeczające. I to sprawiło, że teraz podejrzewał, iż rzeczywiście nie żyje. Iż nie żyje od osiemnastu lat.

Już wtedy to - bowiem umarł mając siedem lat - matka kazała zrobić małą trumienkę z zielonego drzewa, dziecinną trumienkę, ale doktor powiedział, żeby mu zrobiono dużo większą, jak dla dorosłego, bo ta, malutka, mogłaby przeszkadzać mu rosnąć, tak że w końcu stałby się zniekształconym trupem lub żyjącym potworkiem. Albo zatrzymanie procesu wzrastania nie pozwoliłoby zauważyć polepszenia. Na skutek której to przestrogi matka kazała mu zbić wielką trumnę, taką jak dla zwłok dorosłego, a żeby ją zmniejszyć, w nogi włożyła mu trzy poduszki.

Od pierwszej chwili zaczął rosnąć w trumnie, tak że co rok można było ujmować trochę wełny z ostatniej poduszki, zostawiając w dalszym ciągu margines luzu. Tak przeżył połowę życia. Osiemnaście lat (teraz miał dwadzieścia pięć). I tak doszedł do swego ostatecznego, normalnego wzrostu. Zarówno stolarz jak i lekarz pomylili się w swoich pomiarach i zrobili trumnę o pół metra za długą. Przypuszczali, że osiągnie wzrost ojca, na wpół dzikiego olbrzyma. Ale tak się nie stało. Jedyną rzeczą, jaką po nim odziedziczył, była gęsta broda. Broda tak czarna, że aż niebieska, gęsta, którą matka przywykła mu czesać, aby przyzwoicie prezentował się w trumnie. W upalne dni broda ta straszliwie mu zawadzała.

Ale było coś, co denerwowało go bardziej niż „ów hałas". Były to szczury. Od kiedy był dzieckiem, nie było dla niego na świecie nic gorszego, nic, czego by się bał bardziej niż szczurów. I właśnie te obrzydliwe zwierzęta przyciągał zapach gromnic palących się u jego nóg. Zaczęły gryźć jego ubranie i czuł, że niedługo zabiorą się do niego. Któregoś dnia udało mu się zobaczyć je: piątka błyszczących, gładkich szczurów, które po nodze stołowej drapały się do trumny, by go pożreć. Kiedy matka zauważy je, z niego zostaną już tylko szczątki, twarde i zimne kości. Ale tym, co mierziło go najbardziej, nie był sam fakt, że zostanie pożarty przez szczury: w końcu mógł był żyć nawet jako szkielet. Najgorszy był wrodzony strach i obrzydzenie do tych zwierząt. Skóra mu się jeżyła na samą myśl o włochatych stworach biegających po całym ciele, włażących w załamki skóry, muskających wargi swymi lodowatymi łapkami. Jeden z nich wspiął się aż do brwi, usiłując dobrać się do rogówki. Widział go potwornie wielkiego, rozpaczliwie walczącego, by mu się wgryźć w źrenicę. Uwierzył wtedy w nową śmierć i całym sobą poddał się nadchodzącemu zawrotowi głowy.

Przypomniał sobie, że doszedł do pewnego wieku. Miał dwadzieścia pięć lat i to znaczyło, że więcej nie będzie rósł. Jego rysy spoważniały, utrwaliły się. Ale nawet zdrów nie mógłby mówić o swoim dzieciństwie. Nie miał go. Przeżył je martwy.

Podczas gdy z dzieciństwa wchodził w wiek dojrzały, matka specjalnie o niego dbała, uważała na higienę pomieszczenia, trumny. Często zmieniała w wazonach kwiaty i co dzień otwierała okna, aby weszło jak najwięcej powietrza. Z jakąż radością obserwowała drewniany metr, wtedy gdy za każdym razem pokazywał, że syn urósł o parę centymetrów. Macierzyństwo jej było uszczęśliwione tak oczywistym objawem, że syn jej żyje. Pilnowała również, by w domu nie pojawiali się obcy. W sumie nie była miła, ale raczej tajemnicza, wieloletnia obecność zmarłego we wspólnym mieszkaniu. Rezygnowała wtedy z wielu rzeczy, ale optymizm jej nie trwał zbyt długo. Ostatnio patrzyła na metr z coraz większym smutkiem. Jej dziecko przestało rosnąć. W czasie minionych miesięcy nie przybył mu nawet milimetr. Czuła więc, że teraz będzie trudno o oznaki życia u jej drogiego zmarłego. Obawiała się, że pewnego ranka okaże się istotnie nieżywy, i może dlatego owego dnia zauważył, że podchodzi do trumny i dyskretnie wącha jego ciało. Ogarnęło ją silne uczucie pesymizmu i ostatnio zaniedbała się w staraniach, nawet nie nosiła już ze sobą drewnianej miarki. Zrozumiała, że nie urośnie więcej.

On także wiedział, że teraz „naprawdę" już umarł. Czuł to po owym łagodnym spokoju, jaki stopniowo ogarniał jego organizm. Wszystko się powoli zmieniło. Niewyczuwalne uderzenia serca, które on tylko wyczuwał, zniknęły. Czuł się bezwładny, przez jakąś przyzywającą go potężną moc siłą ciężkości ciągniony ku najistotniejszym substancjom ziemi. Ciężki jak autentyczny, nie podlegający dyskusji trup. Ale w ten sposób był też mniej zmęczony. Nie musiał nawet oddychać, by przeżywać własną śmierć.

Nie dotykając ich przebiegł myślą wszystkie swoje członki. Tu, na twardej poduszce, spoczywa jego głowa, z lekka zwrócona w lewo. Wyobraził sobie, że ma rozchylone usta, czuł bowiem delikatny powiew chłodu wypełniający mu gardło żwirem. Był rozłupany niby pień dwudziestopięcioletniego drzewa. Może chciał zamknąć usta. Chusta, którą mu podwiązano szczęki, była zbyt luźna. Nie mógł ułożyć się ani poruszyć, ani przyjąć żadnej pozy, w której wyglądałby na przyzwoitego nieboszczyka. Członki jego, mięśnie, muskuły teraz nie przybiegały na każde wezwanie jego systemu nerwowego. Już nie był tym sprzed osiemnastu lat, normalnym dzieckiem mogącym dowolnie się poruszać. Czuł swe opuszczone, zwieszone na zawsze ramiona ściśnięte trumną. Czuł swą skórę twardą niby dębowa kora. A niżej swe nogi, prawidłowo, dokładnie uzupełniające jego szkielet dorosłego człowieka. Ciało jego spoczywało ciężko, lecz spokojnie, nie czuło się źle, jak gdyby nagle zatrzymał się świat, jakby nikt nie mącił ciszy. Jakby wszystkie płuca ziemi przestały oddychać, by nie przerywać łagodnego spokoju powietrza. Był szczęśliwy jak dziecko leżące na wznak w trawie świeżej i gęstej, zapatrzone w wysoką chmurę oddalającą się po południowym niebie. Był szczęśliwy, chociaż wiedział, że jest martwy, że już na zawsze spoczywa w tej trumnie wyściełanej sztucznym jedwabiem. Był absolutnie przytomny. Nie tak jak przedtem, po swej pierwszej śmierci, po której czuł się otumaniony, ogłupiały. Cztery gromnice, które postawiono wokół niego, odnawiane co trzy miesiące, znów się dopalały, właśnie teraz, gdy miały stać się niezbędne. Poczuł blisko świeżość wilgotnych fiołków, które matka przyniosła z rana. Poczuł ją w liliach, w różach. Ale cała ta straszliwa rzeczywistość nie niepokoiła go ani trochę. Przeciwnie, czuł się szczęśliwy sam w swej samotności. Czyżby potem miał poczuć strach?

Kto wie. Ciężko było myśleć o chwili, w której młotek zacznie wbijać gwoździe w zielone drewno, zaś trumna zaskrzypi przeświadczona, że niezadługo znów stanie się drzewem. Ciało jego, teraz z większą siłą pociągane ku ziemi, zostanie złożone w dole wilgotnym, gliniastym i miękkim, a tam w górze na czterech metrach sześciennych będą zacichały ostatnie uderzenia karawaniarskich łopat. Nie. Wtedy również nie zlęknie się. To będzie tylko przedłużeniem jego śmierci, najnaturalniejszym przedłużeniem tej nowej sytuacji.

W jego ciele nie pozostanie już najmniejszy nawet okruch ciepła, mlecz pacierzowy wystygnie na zawsze, gwiazdeczki lodu przenikną wprost do szpiku kości. Jakże łatwo przyzwyczai się do swego nowego życia w śmierci. A jednak pewnego dnia poczuje, że jego solidny pancerz pęka. A kiedy będzie usiłował wymienić, przypomnieć sobie swe członki - już ich nie odnajdzie. Poczuje, że nie ma masywnej, określonej formy, i z rezygnacją zrozumie, że stracił wspaniałą kondycję dwudziestopięcioletniego młodzieńca, że zmienił się w sypką garść pozbawionego określonej formy prochu.

W biblijny proch śmierci. Może poczuje wtedy coś jakby lekki smutek; tęsknotę za tym, że nie jest konkretnym, określonym nieboszczykiem, a tylko imaginacyjnym, abstrakcyjnym trupem istniejącym jedynie w mglistym wspomnieniu rodziny. Wiedział, że wtedy zacznie być wchłaniany przez naczynia włoskowate jakiejś jabłoni, a jesiennego poranka zbudzi go ugryzienie głodnego dziecka. Będzie wiedział wtedy - i to jednak smuciło go - że stracił swą integralność, że już nie jest nawet zwykłym trupem, jakimiś określonymi zwłokami.

Ostatnia noc minęła mu w zadowoleniu, w samotnym towarzystwie własnego ciała.

Ale następnego dnia, kiedy pierwsze promienie letniego słońca wniknęły przez otwarte okno, poczuł, że ciało zaczyna mięknąć. Przez chwilę obserwował się, napięty, bez ruchu. Przestał. Pozwolił, by go obiegło powietrze. Nie było wątpliwości: poczuł „zapach". Podczas nocy dzieło śmierci postąpiło naprzód. Jego zwłoki zaczynały się rozkładać, gnić, tak jak zwłoki innych umarłych. Bez wątpienia był to ten nie do pomylenia zapach rozkładających się zwłok, który znikał, po czym pojawiał się jeszcze bardziej intensywny. Ciało jego zepsuło się podczas upału minionej nocy. Gnił. W krótkim czasie przyjdzie matka, by zmienić kwiaty, i już od progu uderzy w nią ten smród gnijącego mięsa. Wtedy zawiodą go, by swą drugą śmierć przespał pośród innych zmarłych.

Nagły strach dał mu kułakiem w plecy. Strach - słowo tak głębokie, tak znaczące! Teraz rzeczywiście czuł strach, prawdziwy, fizyczny strach. Dzięki czemu? Rozumiał to doskonale i wstrząsał się przed tym: widać jednak nie był umarły. Wpakowano go tutaj, do tej trumny, którą teraz czuł doskonale, miękką, pikowaną niby kołdra, niezwykle wygodną. I dopiero strach otworzył mu oczy na rzeczywistość: pochowają go żywcem!

Nie mógł być nieżywy, skoro tak dokładnie ze wszystkiego zdawał sobie sprawę, ze wszystkiego - z tego życia, które szemrząc toczyło się wokół niego, z delikatnego zapachu heliotropów wchodzącego przez uchylone okno i mieszającego się z tym drugim zapachem. Najdokładniej słyszał powolne kapanie wody do baseniku i świerszcza, który ukryty w kąciku nadal ćwierkał, myśląc, że jeszcze trwa świt.

Wszystko zaprzeczało jego śmierci. Wszystko poza zapachem. Chociaż skąd można było mieć pewność, że to jego zapach? Może po prostu matka zapomniała ostatniego dnia zmienić wodę w kwiatach, których łodyżki zaczęły gnić? A może szczur schwytany w jego pokoju przez kota zaczął rozkładać się pod wpływem gorąca? Nie. To nie mógł być zapach pochodzący z jego ciała.

Tak niedawno jeszcze był szczęśliwy z powodu tej śmierci, przekonany, że rzeczywiście nie żyje. Bowiem zmarły może być szczęśliwy, o ile jest już nieodwołalnie umarły. Ale żywy nie może zgodzić się na to, by go pochowano żywcem. A jednak jego członki nie były mu posłuszne. Nie mógł wypowiadać się i to właśnie napawało go lękiem. Najstraszliwszym lękiem w życiu i w śmierci. Pogrzebią go żywcem. Będzie to czuł. Będzie wiedział, kiedy zaczną zabijać trumnę. Odczuje próżnię ciała niesionego na ramionach przyjaciół, podczas gdy jego lęk i rozpacz będą powiększały się z każdym krokiem tej procesji.

Nadaremno będzie usiłował powstać, wołać ze wszystkich swych omdlewających sił, walić od środka w ciemną, wąską trumnę, aby dać im znać, że żyje, że oto go chowają żywego. Wszystko nadaremnie: wtedy również członki jego nie odpowiadały na rozpaczliwy zew jego nerwów.

Dosłyszał w sąsiednim pokoju hałasy. Czyżby spał? Czyżby to całe pośmiertne życie było tylko koszmarem sennym? Ale szczęk naczyń nie powtórzył się więcej. Posmutniał, a nawet poczuł coś w rodzaju niesmaku do samego siebie. Byłby chciał, żeby wszystkie naczynia z całej kuli ziemskiej stłukły się od jednego uderzenia tam obok, aby coś z zewnątrz przebudziło go teraz, gdy jego wola zawiodła.

Ale nie. To nie był sen. Był pewien, że gdyby to był sen, nie zawiódłby go ten ostateczny wysiłek powrotu do rzeczywistości. Nie przebudzi się więcej. Czuł miękkość trumny, zapach zaś wrócił teraz ze wzmożoną siłą, z taką siłą, że znowu zwątpił, czy to może być jego własny zapach. Byłby chciał zobaczyć rodzinę, zanim jeszcze zacznie się rozkładać, zanim obraz gnijącego ciała wzbudzi w nich obrzydzenie. Przerażeni sąsiedzi będą uciekali przed trumną, przyciskając chusteczki do ust. Będą pluli. Nie. Byle nie to. Już lepiej zostać pogrzebanym. Niechby się to wszystko jak najprędzej skończyło. Teraz już sam chciał pozbyć się własnego trupa. Teraz wiedział już, że naprawdę jest nieżywy, a jeżeli nie nieżywy, to w każdym razie nie żywy. Co na jedno wychodzi. W każdym razie zapach nie ustawał.

Zrezygnowany wysłucha ostatnich modlitw, ostatnich egzekwii, źle odmawianych przez obecnych. Zimno pełne prochu i cmentarnych kości przeniknie do jego kości i może odrobinę rozrzedzi ów zapach. A może - któż wie - podniosłość momentu wyrwie go jakoś z tego letargu. Kiedy poczuje, że tonie we własnym pocie, w tym płynie śliskim, gęstawym, podobnym do tego, w którym przed urodzeniem pływał w matczynej macicy - może wtedy ożyje.

Ale będzie już tak zrezygnowany, iż pewno umrze z samej rezygnacji.

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin