FRANCINE RIVERS
Głos w wietrze.
Cz. I trylogii
Znamię lwa
Rozdział I
Jerozolima
Milczące miasto smażyło się w palącym słońcu, gnijąc tak samo, jak tysiące ciał leżących tam, gdzie padły podczas walk ulicznych. Przygnębiający gorący wiatr wiał od południowego wschodu, niosąc z sobą smród zgnilizny i rozkładu. A poza murami miasta sama śmierć w osobie Tytusa, syna Wespazjana, czekała wraz z sześćdziesięcioma tysiącami legionistów, którym spieszno było spustoszyć miasto Boga.
Zanim jeszcze Rzymianie przebyli Dolinę Cierni i rozbili obozy na Górze Oliwnej, bojówki, które wkroczyły w obręb murów jerozolimskich, poczyniły przygotowania do dzieła zniszczenia.
Żydowscy rabusie, którzy uciekli teraz jak szczury przed rzymskimi legionistami, runęli niedawno na Jerozolimę i wtargnąwszy do świątyni, wymordowali co znaczniejszych obywateli. Rzucając losy o kapłanów, obrócili dom modlitwy w plac targowy tyranii.
Zaraz po rabusiach napłynęli powstańcy i zeloci. Pod kierunkiem rywalizujących między sobą przywódców - Jana, Szymona i Eleazara - bojówki szalały w murach miasta. Upojeni władzą i nadęci pychą cięli Jerozolimę na krwawe plastry.
Łamiąc szabat i prawa Boga, Eleazar rzucił się do szturmu na twierdzę Antonię i wymordował broniących się w niej rzymskich żołnierzy. Zeloci miotali się jak opętani, mordując następne tysiące tych, którzy próbowali przywrócić porządek w oszalałym mieście. Ustanowiono bezprawne trybunały i drwiono z prawa ludzkiego i Boskiego, zabijając setki niewinnych mężczyzn i kobiet. W tym chaosie spalono spichrze wypełnione zbożem. Wkrótce pojawił się głód.
Sprawiedliwi Żydzi modlili się żarliwie i z rozpaczą w sercu, by Rzym znów wystąpił przeciwko wielkiemu miastu. Wierzyli bowiem, że wtedy, dopiero wtedy wszystkie przebywające w Jerozolimie bojówki zjednoczą się w jednej sprawie: w walce z Rzymem o wolność.
I Rzym przybył z niesionymi wysoko znienawidzonymi insygniami i wojennym okrzykiem, który poniósł się przez całą Judeę. Wzięli Gadarę, Jotopatę, Beer-Szebę, Jerycho, Cezareę. Potężne legiony maszerowały śladami pobożnych pielgrzymów, którzy ze wszystkich zakątków świata, gdzie osiedlili się Żydzi, zdążali tu, by uczcić i obchodzić uroczyście święty Dzień Niekwaszonego Chleba, Paschę. Dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi napłynęły do miasta i znalazły się w samym środku wojny domowej. Zeloci zamknęli bramy, więc przybysze znaleźli się w pułapce. Kiedy zjawił się Rzym, łoskot zniszczenia niósł się już przez Dolinę Cedronu, odbijając się echem o mury Jerozolimy. Tytus przystąpił do oblężenia starego, świętego miasta, zdecydowany raz na zawsze skończyć z żydowskim buntem.
Józef, żydowski dowódca zdobytej Jotopaty, wzięty przez Rzymian do niewoli, płakał i wykrzykiwał z pierwszego muru zdobytego przez legionistów. Za przyzwoleniem Tytusa błagał swoich ziomków, by się skruszyli, ostrzegając, że Bóg jest przeciw nim, że rychło spełnią się proroctwa zapowiadające zniszczenie. Nieliczni, którzy posłuchali go i zdołali uciec zelotom, wpadali w ręce chciwych Syryjczyków - a ci rąbali ich na kawałki, poszukując złotych monet, mniemali bowiem, że nieszczęśnicy połknęli je przed ucieczką. Ci, którzy nie dbali o Józefa, narażali się na całą wściekłość rzymskiej machiny wojennej. Tytus polecił ściąć wszystkie drzewa na przestrzeni wielu mil i zbudować urządzenia oblężnicze, z których wyrzucano ku miastu włócznie, kamienie, a nawet jeńców.
Miasto wiło się w spazmach buntu - od placu targowego w Górnym Mieście po Akrę w Dolnym, wraz z oddzielającą je Doliną Handlarzy Serem.
W wielkiej świątyni Boga przywódca powstańców, Jan, topił dla siebie święte złote naczynia. Sprawiedliwi opłakiwali Jeruzalem, oblubienicę królów, matkę proroków, dom pastuszego króla Dawida. Rozdarta na strzępy przez własny naród, leżała wypatroszona i bezsilna, czekając na śmiertelny cios z ręki znienawidzonych pogańskich przybyszów.
Anarchia zburzyła Syjon i oto - Rzym stanął w pogotowiu, by niszczyć anarchię... zawsze... wszędzie...
Hadassa trzymała matkę w objęciach i łzy płynęły jej z oczu, kiedy odgarniała czarne włosy z wychudzonej, bladej twarzy swej rodzicielki. Matka była niegdyś piękną kobietą. Hadassa pamiętała, że lubiła patrzeć, jak matka sczesywała włosy w dół, aż spływały lśniącymi falami na jej kark. Ojciec nazywał te włosy jej diademem chwały. Teraz były matowe i szorstkie. Rumiane niegdyś policzki pobladły i zapadły się. Brzuch miała wzdęty od marnego pożywienia, a kości nóg i ramion rysowały się wyraźnie pod szarą wierzchnią suknią.
Hadassa uniosła dłoń matki i pocałowała czule. Ta dłoń była jak kościste szpony, wiotkie i zimne. "Mamo?" Żadnej odpowiedzi. Hadassa spojrzała na drugą stronę izby, gdzie jej młodsza siostra, Lea, leżała w kącie na brudnym sienniku. Na szczęście spała i dzięki temu mogła zapomnieć o męce powolnego konania z głodu.
Hadassa znowu pogładziła głowę matki. Cisza okrywała ją niby gorący całun; ból pustego brzucha był prawie nie do wytrzymania. Nie dalej jak wczoraj przelewała pełne goryczy łzy, kiedy matka dziękowała Bogu za posiłek, który Markowi udało się dla nich znaleźć: skórę z tarczy poległego rzymskiego żołnierza.
Jak dawno temu oni wszyscy rozstali się z życiem?
Pogrążona w swym niemym przygnębieniu słyszała jednak, jak ojciec zwraca się do niej swoim pewnym, ale łagodnym głosem:
- Człowiek nie uniknie przeznaczenia, nawet kiedy ma je przed swymi oczami.
Hadassa powtarzała sobie te słowa ledwie parę tygodni temu - choć teraz wydawało się, że minęła wieczność. Ojciec modlił się cały ranek, a ona tak się bała! Wiedziała, co ojciec zrobi, co robił zawsze przedtem. Wyjdzie, by przed niewierzącymi nauczać o Mesjaszu, Jezusie z Nazaretu.
- Dlaczego musisz wychodzić i przemawiać do jakichś ludzi? Ostatnio omal cię nie zabili.
- Do jakichś ludzi, Hadasso? Są naszymi ziomkami. Jestem z pokolenia Beniamina. - Czuła nadal na policzku delikatne dotknięcie jego dłoni. - Musimy wykorzystywać każdą sposobność, by głosić prawdę i pokój. A zwłaszcza teraz. Dla wielu tak mało czasu pozostało.
Przywarła do niego.
- Proszę, ojcze, nie odchodź, wiesz przecież, co się stanie. Co zrobimy bez ciebie? Nie potrafisz przynieść pokoju. Tu nie ma miejsca na pokój!
- Nie mówię o pokoju świata, Hadasso, ale o pokoju Bożym. Wiesz przecież. - Przytulił ją mocniej. - Sza, córeczko. Już nie płacz.
Nie mogła go puścić. Wiedziała, że nie zechcą słuchać, nie zechcą tego, co ma im do powiedzenia. Ludzie Szymona rozerwą go na strzępy, i to na oczach tłumu, by pokazać, jaki los czeka tych, którzy domagają się pokoju. Inni już tak skończyli.
- Muszę iść. - Jego ręce były stanowcze, ale oczy łagodne, kiedy unosił jej podbródek. - Cokolwiek się zdarzy, Pan zawsze będzie z wami. - Całował ją i tulił, a później odsunął od siebie, by uścisnąć i pocałować pozostałą dwójkę dzieci. - Marku, masz tu zostać z matką i siostrami.
Hadassa uczepiła się matki i potrząsała nią, błagając:
- Nie pozwolisz mu! Nie dzisiaj!
- Cicho, Hadasso. Komu służysz, wykrzykując tak przeciwko swemu ojcu?
Matka skarciła ją łagodnym głosem, ale i tak zabolało. Wiele razy powtarzała przedtem, że kto nie służy Panu, służy, choćby nieświadomie, złu. Wstrzymując łzy, Hadassa posłuchała matki i nie odezwała się już ani słowem.
Rebeka położyła dłoń na okolonej siwą brodą twarzy swojego męża. Wiedziała, że Hadassa ma rację; może nie wrócić, i zapewne nie wróci. Ale przecież taka jest wola Boga, jego ofiara może uratować czyjąś duszę. A dość uratować jedną jedyną duszę. Oczy miała pełne łez i nie mogła - nie śmiała - nic powiedzieć. Bała się, że gdyby otworzyła usta, dołączyłaby do Hadassy, błagając go, by nie wychodził z ich małego domku. Lecz Chananiasz lepiej niż ona wiedział, czego Pan dla niego chce. Położył dłoń na jej dłoni i Rebeka spróbowała przełknąć łzy.
- Pamiętaj, Rebeko, o Panu - powiedział uroczystym tonem. - Jesteśmy w Nim razem, ty i ja.
Nie wrócił.
Hadassa pochyliła się opiekuńczo nad matką, przestraszona, że ją także mogłaby utracić. "Matko?" Nadal żadnej odpowiedzi. Oddychała płytko, twarz miała popielatą. Czemu Marek nie wraca? Wyszedł o świcie. Z pewnością Pan nie zechce zabrać jego także...
Hadassa poczuła, jak w ciszy małej izby narasta w niej strach. Z roztargnieniem głaskała matkę po głowie. Proszę, Boże mój. Proszę! Słowa nie przechodziły jej przez gardło, w każdym razie żadne słowa, które by coś znaczyły. Tylko jęk z samej głębi duszy. Proszę o co? Oby pomarli z głodu, nim przyjdą uzbrojeni w miecze Rzymianie, by nie cierpieli męki konania na krzyżu? O Boże, mój Boże! Jej błaganie płynęło odarte ze słów i rozpaczliwe, bez nadziei i pełne lęku. Pomóż nam!
Po co przybyli do tego miasta? Nienawidziła Jerozolimy.
Zmagała się z trawiącą ją rozpaczą. A była to rozpacz tak ciężka, że Hadassa czuła, jakby jakiś fizyczny ciężar ściągał ją w głąb ciemnej studni. Próbowała rozmyślać o lepszych czasach, o chwilach szczęśliwszych, ale takie myśli ciągle jej umykały.
Pomyślała o dawno temu przeżytych miesiącach, kiedy wyruszyli z Galilei, nie spodziewając się zgoła, że miasto stanie się dla nich pułapką. W wieczór przed wejściem do Jerozolimy ojciec rozbił obóz na wzgórzu, z którego widzieli górę Moria, gdzie Abraham prawie złożył ofiarę z Izaaka. Ojciec opowiadał im o czasach, kiedy był chłopcem i mieszkał tuż za miastem, do późnej nocy mówił o prawach Mojżeszowych, według których wzrastał. Mówił o prorokach. Mówił o Jeszui, Chrystusie.
Hadassa zasnęła i śniła o tym, jak Pan nakarmił na wzgórzu pięciotysięczną rzeszę.
Przypomniała sobie, że o brzasku ojciec obudził całą swoją rodzinę. I przypomniała sobie, jak słońce wędrowało wyżej i wyżej i światło odbijało się od marmurów i złota świątyni, zmieniając budowlę w latarnię gorejącą splendorem, widoczną z odległości wielu mil. Hadassa nadal czuła całą grozę, jaka przeniknęła ją wtedy na widok tej chwały. "Ojcze, jakie to piękne!"
- Tak - odparł uroczyście. - Lecz jakże często rzeczy wielkiej urody są pełne wielkiego zepsucia.
Pomimo prześladowań i niebezpieczeństw, jakie czekały ich w Jerozolimie, ojciec był rozradowany i przeniknięty oczekiwaniem, kiedy przekraczali bramy miasta. Może tym razem większa liczba ziomków zechce go wysłuchać; może więcej z nich odda serca zmartwychwstałemu Panu.
Nieliczni spośród wierzących w Jezusa pozostali w Jerozolimie. Wielu trafiło do więzienia, paru ukamienowano, jeszcze więcej wypędzono w inne miejsca. Tak wypędzono Łazarza, jego siostrę i Marię Magdalenę; apostoł Jan, bliski przyjaciel rodziny, opuścił Jerozolimę dwa lata wcześniej, zabierając ze sobą Matkę Pana. A jednak ojciec Hadassy pozostał. Raz w roku wracał do Jerozolimy z całą rodziną, by w pokoju na górze spotkać się z innymi wierzącymi. Dzielili się chlebem i winem, tak jak ich Pan, Jezus, czynił to w wieczór przed ukrzyżowaniem. Tego roku Symeon Bar-Adoniasz obwieścił, jakie dania złożą się na ucztę paschalną:
"Jagnię, nie zakwaszony chleb i gorzkie zioła paschalne mają dla nas równie wielkie znaczenie, jak dla naszych żydowskich braci i sióstr. Pan napełnia sobą każdą z tych rzeczy. Jest Barankiem Bożym bez skazy, który, sam bezgrzeszny, wziął na siebie całą gorycz naszych grzechów. Jak Żydom w niewoli egipskiej powiedziano, by przelali krew baranka na progu swoich domostw, gdyż dzięki temu ominie ich Boży gniew i sąd, tak Jezus przelał za nas swą krew, byśmy w Dniu Sądu stanęli bez winy przed Bogiem. Jesteśmy dziećmi Abrahama, albowiem przez naszą wiarę w Pana jesteśmy zbawieni za pośrednictwem Jego łaski..."
Przez następne trzy dni pościli, modlili się i przepowiadali nauczanie Jezusa. Trzeciego dnia śpiewali i radowali się, raz jeszcze łamiąc się chlebem dla uczczenia Jego zmartwychwstania. I co roku w ostatnich godzinach wspólnego świętowania ojciec Hadassy opowiadał swoją historię. I w tym roku tak było. Większość wiele razy słyszała jego opowieść, ale zawsze byli i tacy, którzy zostali dopiero teraz pozyskani dla wiary. Do tych ludzi przemawiał ojciec.
Stał przed nimi - prosty człowiek o siwych włosach na głowie i brodzie i o ciemnych oczach pełnych światła i pogody. Nie było w nim nic, co przykuwałoby uwagę. Nawet kiedy mówił, nie było w nim nic nadzwyczajnego. Tylko dotknięcie ręki Boga czyniło go innym niż pozostali.
"Mój ojciec był dobrym człowiekiem z pokolenia Beniamina. Miłował Boga i nauczył mnie Prawa Mojżeszowego - zaczął spokojnie, patrząc w oczy siedzącym najbliżej. - Był kupcem, mieszkał nie opodal Jerozolimy i poślubił moją matkę, córkę ubogiego rolnika. Nie byliśmy ni bogaci, ni biedni. Za wszystko, co mieliśmy, ojciec sławił Boga, dziękując Mu. Kiedy nadchodził czas Paschy, zamykaliśmy nasz sklepik i wchodziliśmy do miasta. Matka zostawała u przyjaciół i czyniła przygotowania przed ucztą paschalną. My, ojciec i ja, spędzaliśmy czas w świątyni. Słuchanie Słowa Bożego było jak posiłek, a ja marzyłem o tym, żeby zostać uczonym w Piśmie. Nigdy jednak nie miało się to spełnić. Kiedy miałem czternaście lat, ojciec umarł i musiałem zająć się sklepikiem, bo miałem przecież braci i siostry. Przyszły ciężkie czasy, a ja byłem młody i niedoświadczony. Ale Bóg okazał nam swą dobroć i zaspokajał nasze potrzeby."
Zamknął oczy.
"Wtedy gorączka wzięła mnie w swe władanie. Zmagałem się ze śmiercią. Słyszałem, jak matka płakała i błagała Boga. Panie, modliłem się, nie pozwól, bym umarł. Jestem potrzebny matce. Beze mnie będzie sama i nikt się o nią nie zatroszczy. Proszę, nie zabieraj mnie teraz! Ale śmierć przyszła. Osaczyła mnie jak zimna ciemność i trzymała w swym uścisku."
W pokoju panowała niemal dotykalna cisza, gdyż słuchacze w napięciu czekali na zakończenie opowieści.
Bez względu na to, ile razy Hadassa słyszała tę opowieść, nigdy nie była nią znużona, słowa ojca zawsze przenikały ją do głębi. Czuła mroczną i samotną siłę, która wzywała go do siebie. Było jej chłodno, obejmowała więc kolana ramionami i przyciągała je do piersi. A ojciec ciągnął opowieść.
"Matka powiedziała, że przyjaciele nieśli mnie drogą w stronę przeznaczonego dla mnie grobowca, kiedy przyszedł Jezus. Pan usłyszał płacz i ulitował się. Gdy zatrzymywał procesję pogrzebową, matka nie wiedziała, kim On jest, ale było z Nim wielu uczniów, a także chorych i kalekich. I potem rozpoznała Go, gdyż dotknął mnie i wstałem."
Hadassa miała ochotę zerwać się i krzyczeć z radości. Niektórzy z obecnych płakali, a na ich twarzach malowały się zdumienie i przestrach. Inni chcieli dotknąć ojca, położyć rękę na człowieku, który został wyrwany śmierci przez Jezusa Chrystusa. I mieli takie mnóstwo pytań. Co czułeś, kiedy wstałeś z martwych? Czy rozmawiałeś z Nim? Co ci rzekł? Jak wyglądał?
W górnym pokoju, w otoczeniu wierzących, Hadassa wiedziała, że nic jej nie grozi. Miała w sobie siłę. W tym miejscu czuła obecność Boga i Jego miłość. "Dotknął mnie i wstałem." Moc Boga pokona wszystko.
Potem opuszczali pokój na górze i kiedy ojciec prowadził swoją rodzinę w stronę domu, gdzie mieszkali, Hadassa znowu zaczynała odczuwać wszechobecny strach. Zawsze modliła się, by ojciec nie zatrzymywał się, by mówił dalej. Gdy opowiadał swą historię wierzącym, płakali i weselili się. Dla niewierzących był przedmiotem szyderstwa. Uniesienie i poczucie bezpieczeństwa, jakie dzieliła z tymi, którzy wierzyli tak samo jak ona, znikały, kiedy patrzyła, jak ojciec staje przed tłumem i znosi obelgi.
- Słuchajcie mnie, mężowie Judy - wykrzykiwał, zwołując ludzi. - Słuchajcie, gdyż mam wam do powiedzenia dobrą nowinę.
Z początku słuchali. Był starym człowiekiem i budził zaciekawienie. Prorocy zawsze stanowili rozrywkę. Nie był tak wymowny, jak przywódcy religijni; przemawiał słowami prostymi, płynącymi prosto z serca. I ludzie niezmiennie śmiali się i szydzili z niego. Niektórzy rzucali zgniłymi jarzynami i owocami, inni wykrzykiwali, że jest szalony. Jeszcze innych gniewała jego opowieść o powstaniu z martwych i wykrzykiwali, że jest kłamcą i bluźniercą.
Przed dwoma laty został tak dotkliwie pobity, że dwaj przyjaciele musieli przyprowadzić go do wynajętego domku, w którym zawsze się zatrzymywali. Elkana i Benajasz starali się go przekonać.
- Chananiaszu, nie możesz tu wracać - powiedział Elkana. - Kapłani wiedzą, kim jesteś, i chcą cię uciszyć. Nie są tacy głupi, żeby stawiać cię przed sądem, lecz nie brak złych ludzi, którzy za szekla uczynią wszystko, co się im każe. Strzepnij kurz jerozolimski ze swoich sandałów i idź tam, gdzie zechcą wysłuchać posłannictwa.
- A dokąd mam iść, jeśli nie tutaj, gdzie nasz Pan umarł i powstał z martwych?
- Wielu z tych, którzy byli świadkami zmartwychwstania, uciekło przed więzieniem i śmiercią z rąk faryzeuszy - odparł Benajasz. - Nawet Łazarz opuścił Judeę.
- Dokąd się udał?
- Mówiono mi, że zabrał swoje siostry i Marię Magdalenę do Galii.
- Ja nie mogę opuścić Judei. Pan chce, bym tu został, cokolwiek ma się stać.
Benajasz milczał przez dłuższą chwilę, a potem skinął z powagą głową.
- Niechaj więc będzie, jak chce Pan.
Zgodził się z tym także Elkana. Położył rękę na dłoni ojca Hadassy i powiedział:
- Zostają tu Szelomit i Cyrus. Pomogą ci, póki będziesz w Jerozolimie. Ja zabieram z miasta moją rodzinę. Benajasz idzie ze mną. Oby oblicze Boga jaśniało nad tobą, Chananiaszu. Ty i Rebeka zawsze będziecie w naszych modlitwach. I twoje dzieci też.
Hadassa zaczęła płakać, gdyż runęły jej nadzieje na opuszczenie nieszczęsnego miasta. Jej wiara była wątła. Ojciec zawsze wybaczał swym dręczycielom i napastnikom, ale Hadassa modliła się, by zaznali ognia piekielnego za to, co mu czynili. Często modliła się, by Bóg odmienił swą wolę i posłał ojca w jakieś inne miejsce niż Jerozolima. Do jakiegoś małego i spokojnego miasta, gdzie ludzie chętnie by go słuchali.
- Hadasso, wiemy, że Bóg wszystko czyni dla dobra tych, którzy Go miłują, tych, którzy zostali wezwani, by służyli Jego zamysłom - powtarzała często matka, starając się ją pocieszyć.
- Co dobrego może być w tym, że zostanie się pobitym? Co dobrego, że zostanie się oplutym? Czemu musimy tak cierpieć?
Wśród łagodnych galilejskich wzgórz, mając przed oczyma błękit morza, a za sobą lilie polne, Hadassa uwierzyłaby w miłość Bożą. W domu, wśród tych wzgórz, jej wiara była silna. Dawała ciepło i sprawiała, że serce w niej śpiewało.
Natomiast w Jerozolimie musiała walczyć. Przywierała do swej wiary, ale wiara ciągle się wymykała. Jej towarzyszem było zwątpienie, czuła wszechogarniający strach.
- Ojcze, dlaczego nie możemy wierzyć i milczeć?
- Zostaliśmy powołani, by stać się światłem świata.
- Co roku bardziej nas nienawidzą.
- Nienawiść jest nieprzyjacielem, Hadasso. Nie ludzie.
- To ludzie cię biją, ojcze. Czyż sam Pan nie powiedział, byśmy nie rzucali pereł przed wieprze?
- Hadasso, jeśli mam za Niego umrzeć, umrę z radością. To, co robię, służy dobremu celowi. Prawda nie odchodzi i nie przychodzi daremnie. Musisz mieć wiarę, Hadasso. Pamiętaj o obietnicy. Jesteśmy cząstką ciała Chrystusa i w Chrystusie mamy życie wieczne. Nic nie może nas rozdzielić. Żadna ziemska moc. Nawet śmierć.
Tuliła twarz do jego piersi, do szorstkiej sukni, i czuła, jak drapie ją tkanina.
- Ojcze, czemu mogę wierzyć w domu, a tu nie?
- Gdyż nieprzyjaciel wie, jak może cię zranić. - Położył dłoń na jej głowie. - Czy pamiętasz opowieść o Jozafacie? Synowie Moabu, Ammonu i góry Seir wyszli przeciwko niemu z potężną armią. Duch Pana spoczął na Jachazjelu i Bóg powiedział: "Nie bójcie się i nie lękajcie tego wielkiego mnóstwa, albowiem nie wy będziecie walczyć, lecz Bóg". Śpiewali i wznosili okrzyki uwielbienia i sam Pan zastawił pułapkę na ich wrogów. A rano, kiedy mieszkańcy Judy doszli do miejsca, skąd widać było pustynię, zobaczyli trupy leżące na ziemi. Nikt nie uszedł z życiem. Mężowie Judy nie podnieśli nawet ramienia w bitwie, a jednak zwyciężyli.
Pocałował ją w głowę i dodał:
- Stój pewnie przy Panu, Hadasso. Stój przy Nim i pozwól, by za ciebie zwyciężał. Nie próbuj walczyć w osamotnieniu.
Hadassa westchnęła, starając się nie zwracać uwagi na palenie w żołądku. Jakże brakowało jej rady ojca w niemej samotności tego domu. Gdyby umiała uwierzyć we wszystko, czego nauczał, radowałaby się, że jest teraz z Panem. Zamiast tego czuła dojmującą troskę, która nabrzmiewała i ogarniała ją falami, przynosząc z sobą dziwny, niejasny gniew.
Dlaczego ojciec musiał być takim szaleńcem Chrystusowym? Ludzie nie chcieli go słuchać; nie wierzyli mu. Jego świadectwo było dla nich zniewagą. Jego słowa rozbudzały w nich szaleńczą nienawiść. Dlaczego nie mógł choć raz zachować milczenia i pozostać bezpiecznie w małym domku? Żyłby nadal i byłby tutaj, niosąc im pocieszenie i nadzieję, miast zostawiać ich, by sami musieli się o siebie troszczyć. Dlaczego ten jeden jedyny raz nie mógł okazać rozsądku i przeczekać burzy?
Drzwi otworzyły się powoli i serce Hadassy zadrżało ze strachu, przywracając jej poczucie teraźniejszości. Rabusie wdzierali się do domów w dole ulicy i mordowali mieszkańców za kromkę zaoszczędzonego chleba. Tym razem był to jednak Marek. Poczuła ulgę i odetchnęła.
- Tak się o ciebie bałam - szepnęła z tkliwością. - Nie było cię wiele godzin.
Zamknął za sobą drzwi i opadł wyczerpany obok siostry, opierając się o ścianę.
- Co znalazłeś?
Czekała, żeby dobył swą zdobycz spod koszuli. Jakiekolwiek znalezione pożywienie trzeba było ukrywać, bo inaczej w każdej chwili groziło, że ktoś go napadnie.
Marek spojrzał na nią bezradnie.
- Nic. Zupełnie nic. Nawet starego sandała, nawet skóry z tarczy poległego żołnierza. Nic.
Zaczął płakać i Hadassa widziała, jak drżą mu ramiona.
- Sza, obudzisz Leę i mamę. - Hadassa delikatnie położyła głowę matki na pledzie i zwróciła się w stronę brata. Otoczyła go ramieniem i położyła mu głowę na piersi. - Robiłeś, co w twej mocy, Marku. Wiem, że tak było.
- Może Bóg chce, byśmy pomarli.
- Nie wiem, czy chcę jeszcze znać wolę Boga - wyrwało się z jej ust. W jej oczach pojawiły się zaraz łzy. - Mama mówiła, że Bóg się o nas zatroszczy - dodała, ale słowa robiły wrażenie pustych.
Jakże słaba jest jej wiara! Nie taka jak wiara ojca i matki. Nawet Lea, choć taka młoda, kochała Pana z całego serca. Wydawało się też, że i Marek godzi się na śmierć. Dlaczego ona tylko musi zawsze zadawać pytania i powątpiewać?
Zachowaj wiarę. Zachowaj wiarę. Kiedy nie masz nic, zachowaj choć wiarę!
Marek zadrżał i wydobył ją z ponurego zamyślenia.
- Rzucają zwłoki do Wadi EI Rabadi, na tyłach świątyni. Tysiące, Hadasso.
Hadassa przypomniała sobie straszliwy widok doliny Hinnom. Tam było miejsce, gdzie Jerozolima wyrzucała martwe nieczyste zwierzęta i wszelkie brudy pozostałe z nocy. Kosze pełne kopyt, wnętrzności i zwierzęcych resztek ze świątyni ciskano w głąb doliny. Kłębiły się tam szczury i ptaki żywiące się padliną i często gorący wiatr niósł smród do miasta. Ojciec nazywał tę dolinę Gehenną.
- Niedaleko stamtąd ukrzyżowano naszego Pana.
Marek przesunął dłonią po włosach.
- Bałem się podejść bliżej.
Hadassa zacisnęła powieki, lecz nie mogła odpędzić palącego i natarczywego pytania. Czy jej ojciec został tam rzucony, czy sprofanowano jego ciało i pozostawiono, by gniło na słońcu? Zagryzła wargi i starała się odepchnąć tę myśl.
- Widziałem Tytusa - powiedział matowym głosem Marek. - Przyjechał konno z paroma ludźmi. Kiedy zobaczył ciała, zaczął coś wykrzykiwać. Nie dosłyszałem słów, ale ludzie mówili, że wzywał Jahwe na świadka, że to nie jego dzieło.
- Czy okazałby łaskę, gdyby miasto się teraz poddało?
- Jeśliby zdołał powstrzymać swoich ludzi. Nienawidzą Żydów i chcą patrzeć, jak umierają.
- A my razem z nimi. - Zadrżała. - Nie będą zważać na różnicę między wierzącymi w Jezusa a zelotami, prawda? Powstańcy czy Żydzi sprawiedliwi, czy nawet chrześcijanie, cóż to dla nich za różnica? - Oczy zaszły jej łzami. - Czy taka, Marku, jest wola Boga?
- Ojciec mówił, że nie jest wolą Boga, by ktokolwiek cierpiał.
- Czemu więc my musimy cierpieć?
- Spada na nas odpowiedzialność za to, cośmy sami sobie uczynili, i cierpimy za grzech, który rządzi światem. Jezus wybaczył łotrowi, ale nie zdjął go z krzyża. - Raz jeszcze przesunął dłonią po włosach. - Nie mam mądrości ojca. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale wiem, że nie możemy wyzbywać się nadziei.
- Jakiej nadziei, Marku? Jakąż można mieć nadzieję?
- Bóg zawsze zostawia nam skrawek nadziei.
Oblężenie przedłużało się i choć życie w Jerozolimie gasło, żydowski opór trwał. Hadassa pozostawała w domku i tylko wsłuchiwała się w przerażające odgłosy dochodzące zza nie zaryglowanych drzwi. Jakiś mężczyzna biegł ulicą wykrzykując: "Wdarli się na mury!"
Kiedy Marek wyszedł żeby zobaczyć, co się dzieje, Lea dostała ataku histerii. Hadassa podeszła do siostry i przytuliła ją z całej siły. Sama czuła, że odchodzi od zmysłów, ale trzymając w ramionach siostrzyczkę, czuła się odrobinę lepiej.
- Wszystko będzie dobrze, Leo. Cicho. - Słowa brzmiały pusto w jej własnych uszach. - Pan czuwa nad nami - dodała głaszcząc czule siostrę.
Monotonny szereg kłamstw, które miały nieść pociechę, choć przecież cały świ...
Sabaidee