Andre Norton
Czarodziejkaze Świata Czarownic
Przełożyła Ewa WiteckaTytuł oryginału: Sorceress of the Witch World
SCAN-dal
Oddech Lodowego Smoka mroził Wzgórza. Był właśnie środek zimy i dobiegał końca rok, który nie okazał się łaskawy ani dla mnie, ani dla moich bliskich. To za rządów Lodowego Smoka poważnie zastanowiłam się nad przyszłością. Wiedziałam, co muszę zrobić, choć sprawiało mi to ból, by uchronić droższych mi nad życie braci przed Ciemnością, która mogła ich dosięgnąć za moim pośrednictwem. Jestem — a raczej byłam — Kaththeą z Domu Tregartha. Otrzymałam wykształcenie Czarownicy, jakkolwiek nigdy nie złożyłam przysięgi Strażniczki ani nie nosiłam Klejnotu, który ciężkim brzemieniem spoczywa na piersiach Mądrych Kobiet. Nauczyłam się wszystkiego, co i one umieją, lecz stało się to wbrew mojej woli.
Jest nas troje, troje w razie potrzeby stających się jednością: Kyllan — wojownik, Kemoc — czarownik i jasnowidz, oraz ja, Kaththeą — Czarownica. Nasza matka nazwała nas tak w chwili, gdy przyszliśmy na świat, i staliśmy się takimi. Była niegdyś Strażniczką, ale siostry wyrzekły się jej, kiedy poślubiła Simona Tregartha, który przybył do Estcarpu przez jedną z Bram między światami. Nasz ojciec był niezwykłym człowiekiem. Nie tylko dobrze znał wojenne rzemiosło (i bardzo przysłużył się Estcarpowi, gdyż ta prastara kraina toczyła bój na śmierć i życie z drapieżnymi sąsiadami, Karstenem i Alizonem), lecz także władał jakąś cząstką Mocy czarodziejskiej. Tego zaś Mądre Kobiety nie mogły znieść u mężczyzny.
Kiedy nasza matka, Jaelithe, poślubiła Simona i weszła do jego łoża, okazało się, że wcale nie utraciła czarodziejskich zdolności, jak wszyscy tego oczekiwali, ale raczej znalazła inną drogę prowadzącą do tego samego celu. Wzbudziło to gniew Strażniczek, które nigdy nie przyznały, że Jaelithe podważyła tradycję. Potrzebowały jednak jej pomocy, musiały z niej korzystać.
Nasi rodzice wyruszyli przeciw niedobitkom Kolderu, demonom z innego świata, które tak długo zagrażały Estcarpowi. Odnaleźli źródło zła i je zniszczyli. Kolderczycy bowiem, podobnie jak nasz ojciec, nie pochodzili z naszego czasu i przestrzeni. Stworzyli własną Bramę, żeby sączyć przez nią truciznę do Estcarpu.
W obliczu tych wspaniałych dokonań Mądre Kobiety nie odważyły się otwarcie wystąpić przeciw Domowi Tregartha, zachowały jednak urazę do naszej matki. Nie to, że wyszła za mąż, wzbudziło ich gniew, gdyż czuły tylko pogardę do towarzyszki, która pozwoliła, by uczucie wyrwało ją z ich grona. Natomiast nie mogły jej darować, że mimo odstępstwa pozostała Czarownicą.
Jak już powiedziałam, urodziliśmy się jednocześnie: ja przyszłam na świat ostatnia. Później nasza matka poważnie zaniemogła. Wtedy oddano nas pod opiekę Anghart, ciężko doświadczonej przez los kobiecie z ludu Sokolników. Ona obdarzyła nas miłością, której nie mogła nam dać matka. Co do ojca, to był tak przejęty chorobą małżonki, że przez te długie miesiące zupełnie go nie obchodziło nasze istnienie. Wydaje mi się, że w głębi duszy nigdy nam nie wybaczył cierpień, jakich przysporzyliśmy matce.
Kiedy byliśmy dziećmi, bardzo rzadko widywaliśmy rodziców, ponieważ obowiązki trzymały ich w Południowej Stanicy. Simona mianowano Strażnikiem Granic i strzegł bezpieczeństwa Estcarpu, a Jaelithe mu pomagała jako polowa Czarownica i jego prawa ręka. My zaś mieszkaliśmy w ustronnym dworze, gdzie pani Loyse, dawna towarzyszka broni naszych rodziców, stworzyła nam domowe ognisko. Bardzo wcześnie zauważyliśmy, że mamy w sobie coś, czym różnimy się od innych: w pilnej potrzebie mogliśmy łączyć nasze umysły tak, że stawaliśmy się jedną istotą. I chociaż używaliśmy naszej Mocy jedynie w drobnych sprawach, nieświadomie rozwijaliśmy ją i umacnialiśmy. Instynktownie wiedzieliśmy też, że musimy całą rzecz zachować w tajemnicy.
Nie poddano mnie, jak inne dziewczynki, testom mającym na celu wybranie kandydatek na Czarownice, gdyż matka zerwała wszelkie więzi z Radą Strażniczek. I zarówno ona, jak i Simon, czy dlatego, że wiedzieli o naszych zdolnościach, czy też z innego powodu, chronili nas, jak mogli, abyśmy nie ulegli sposobowi życia obowiązującemu w Estcarpie.
Później nasz ojciec zaginął. Podczas jednego z niepewnych rozejmów w nie kończącej się wojnie wsiadł na sulkarski statek. Zamierzał zbadać pewne wyspy, na których zauważono jakąś podejrzaną działalność. I odtąd już nigdy go nie widziano ani o nim nie słyszano.
Wkrótce potem Jaelithe przyjechała do naszego schronienia i po raz pierwszy wezwała Kyllana, Kemoca i mnie na prawdziwy test Mocy. Połączywszy swoją Moc z naszą rozpoczęła poszukiwania i zobaczyła Simona. Dysponując tak wątłymi wskazówkami wyruszyła, by go odnaleźć; my zaś zostaliśmy w Estfordzie.
Kiedy Kyllan i Kemoc wstąpili do Straży Granicznej i pozostawili mnie samą. Mądre Kobiety zrobiły to, co z dawna planowały. Wysłały jedną z Czarownic do naszego dworu i zabrały mnie do Przybytku Mądrości. Przez kilka następnych lat byłam całkowicie odcięta od mojego świata i moich braci. Jednak w zamian pokazano mi inne światy, w sercach zaś ludzi obdarzonych zdolnościami podobnymi do moich rodzi się tak wielka żądza wiedzy, że z czasem przesłania wszystko inne. Podczas tych długich lat walczyłam ze sobą, żeby nie ulec pokusie i nie zaspokajać tego głodu; pozwoliło mi to zachować nieco swobody. Powiodło mi się tak dobrze, że zdołałam nawiązać kontakt z Kemocem. Zanim Czarownice zmusiły mnie do złożenia ostatecznej przysięgi, moi bracia przybyli mnie uwolnić. Nie udałoby się nam zerwać nałożonych przez Radę więzów, gdyby nie to, że Czarownice gromadziły wówczas Moc, tak jak zgarnia się do ręki wszystkie nici osnowy. Zamierzały zadać druzgocący cios Karstenowi i skończyć z tym najgroźniejszym przeciwnikiem Estcarpu. Połączone siły woli skierowały na góry dzielące oba kraje: zmiażdżyły szczyty, wydźwignęły doliny, odwróciły bieg rzek.
Nie mogły się więc nam przeciwstawić. Pojechaliśmy na wschód, w nieznane. Kemoc odkrył bowiem niezrozumiałą tajemnicę: bardzo dawno temu w umysłach ludzi ze Starej Rasy pojawiła się jakaś zapora przeciw wschodowi i przestał on dla nich istnieć. Stało się to w chwili, kiedy porzucili tenże wschód przybywając do Estcarpu.
Przedarliśmy się przez wschodnie góry i znaleźliśmy się w Escore. Chcąc nas ocalić i zdobyć potrzebne wiadomości, rzuciłam czary i omal nie zgubiłam naszej dawnej ojczyzny. Albowiem w odległej przeszłości adepci ze Starej Rasy spustoszyli Escore w walce o władzę, uwalniając ogromne siły i Moce. Późniejsi twórcy i założyciele Estcarpu uciekli na zachód, zamieniając pozostawione za sobą graniczne góry w barierę nie do przebycia.
Rzucając czary (wprawdzie nikłe w porównaniu z dokonaniami naszych przodków), obudziłam jednak uśpione siły i w Escore na nowo rozgorzał bój pomiędzy Dobrem i Złem.
Sprzymierzyliśmy się z mieszkańcami Zielonej Doliny, pradawnym ludem, w którego żyłach płynęła również krew Starej Rasy. Nigdy nie stanęli oni po stronie Zła. Zmobilizowaliśmy nasze siły i rozesłaliśmy posłańców z mieczami wojny, aby wezwać wszystkie istoty dobrej woli do walki ze sługami Ciemności.
Przybył wówczas człowiek, którego Lud Zielonych Przestworzy przyjął jak swego, należący do Starej Rasy wielmoża ze Wzgórz. W tajniki magii wprowadził go ostatni pozostały w Escore adept, który zachował neutralność. Dinzil był ambitny i miał naturę badacza. Kiedy na własną rękę rozpoczął badania, jeszcze nie pragnął władzy. Mieszkańcy Zielonej Doliny znali go od dawna i powitali z honorami. Dinzil umiał podobać się kobietom — i nie tylko podobać, jak sama mogę zaświadczyć.
Ja, która dotychczas znałam tylko braci i przysyłanych przez naszego ojca gwardzistów, zaznałam nowego, innego smaku przyjaźni poznając wielmożę ze Wzgórz. I serce zabiło mi mocniej, kiedy po raz pierwszy spojrzałam na lego ogorzałą twarz. Dinził też zaczął się do mnie zalecać, a robił to bardzo umiejętnie.
Kyllan znalazł już dla siebie towarzyszkę życia, Dahaun, Panią Zielonych Przestworzy, Kemoc zaś jeszcze nie poznał miłości. Kyllan nie oparł dłoni na rękojeści miecza, gdy uśmiechnęłam się do Dinzila. A niechęć Kemoca, oby mi to wybaczył, wzięłam za zazdrość, gdyż jedność naszej trójki mogła zostać rozbita.
Później Kemoc zaginął w górach bez wieści. Jak podszeptu serca posłuchałam obietnicy Dinzila, że pomoże mi odnaleźć brata, i wyruszyliśmy oboje do Ciemnej Wieży.
Obecnie, choćbym nie wiem jak się starała, nie mogę sobie przypomnieć, co tam się wydarzyło. Odnoszę wrażenie, jakby ktoś mokrą gąbką starł z mej pamięci dni, kiedy pomagałam Dinzilowi w czarach. I chociaż wciąż usiłuję przywołać tamte wspomnienia, tylko coraz większy ból ściska mi serce.
Kemoc odnalazł mnie przy pomocy Kroganki imieniem Orsya, o czym opowiada w swojej części tej kroniki. Okazał nadludzką siłę i wytrzymałość, żeby wydostać mnie z siedziby sług Ciemności. Wówczas jednak byłam tak skażona złem, iż do końca stałam u boku Dinzila, pragnąc , skrzywdzić najbliższe memu sercu osoby. Kemoc wolałby raczej widzieć mnie martwą i, choć niewprawnie, poraził mnie za pomocą czarów.
Od tej chwili byłam jak nowo narodzone niemowlę, gdyż całkowicie utraciłam zdobytą w życiu wiedzę. Początkowo zachowywałam się niczym małe dziecko i robiłam, co mi kazano, nie kierowałam się własną wolą czy pragnieniami. Taki stan rzeczy zadowalał mnie jakiś czas.
Później zaczęły dręczyć mnie koszmarne sny. Nie pamiętałam ich po przebudzeniu; i to było całe szczęście, gdyż umysł normalnego człowieka by ich nie zniósł. Nawet niejasne wspomnienia sennych majaków budziły we mnie mdłości i przejmowały dreszczem tak, że leżałam na moim posłaniu we dworze Dahaun, bojąc się zasnąć. Zapomniałam o wszelkich zabezpieczeniach przeciw złu, utraciłam wszelkie umiejętności wyuczone w szkole Czarownic; byłam wobec zła bezbronna. Wydawało mi się, że stoję na śniegu nago, chłostana mroźnym wiatrem, ale zmagam się z czymś znacznie gorszym, ze smrodliwym powiewem Ciemności.
Dahaun robiła, co mogła. Lecz potrafiła leczyć tylko umysł i ciało, a ja miałam chorą duszę. Kyllan i Kemoc siedzieli obok mnie, starając się odegnać Ciemność. Wysilano całą wiedzę Zielonej Doliny, żeby mnie ocalić. W chwilach przytomności rozumiałam niebezpieczeństwo i ogrom zagrożenia. Przecież mieszkańcy Doliny potrzebowali wszystkich zabezpieczeń, nie tylko materialnej broni, lecz także tarczy umysłów i ducha. Walka o mnie osłabiała ich fortyfikacje.
Z czasem wydoroślałam, przestałam być beztroskim dzieckiem. Pojęłam, że te koszmarne sny to tylko zapowiedź tego, co mogło grozić zarówno mnie — jak i innym za moim pośrednictwem. Zabrano mi bowiem całą wiedzę o życiu i coś obcego próbowało wypełnić powstałą lukę.
Dlatego właśnie, choć już nie myślałam w narzucony mi przez Dinzila sposób, pozostałam wrogiem moich braci. Przecież mogłam stać się Bramą, przez którą dosięgnie ich zło.
Poczekałam na chwilę, kiedy Kyllan i Kemoc udali się na naradę wojenną. Wysłałam wiadomość do Dahaun i Orsyi. Rozmawiałam z nimi otwarcie. Powiedziałam im, co należy zrobić dla dobra wszystkich, a może również i dla mnie samej.
— Nie zaznam tu spokoju. — Nie zadałam pytania, lecz stwierdziłam bezsporny fakt. Wyczytałam z ich oczu, że się ze mną zgadzają, i dodałam: — Bardzo szybko zamieniam się w drzwi gotowe wpuścić tu Ciemność, która tylko czeka na dogodną okazję. Jestem groźniejszym przeciwnikiem niż jakikolwiek potwór krążący wokół waszych zabezpieczeń. Dahaun, jako Pani Zielonych Przestworzy władasz wielką Mocą i muszą cię słuchać wszystkie rośliny, zwierzęta i ptaki. Orsyo, ty także masz własną magię i sama mogę zaświadczyć, że nie można jej lekceważyć. Ale przysięgam wam, że to, co teraz usiłuje we mnie wejść, jest silniejsze od waszych połączonych Mocy. Jestem pusta — i mogą mną zawładnąć siły, o których wolałybyśmy nie myśleć.
Dahaun skinęła głową. Poczułam ostry ból w sercu. Dobrze wiedziałam, że mówię prawdę. Jednak jakaś nikła cząstka mojej istoty rozpaczliwie czepiała się nadziei, że się mylę i że Dahaun powie mi o tym. Ona zaś zgodziła się z wyrokiem, któremu będę musiała się poddać.
— Co chcesz zrobić? — zapytała Orsya. Przyszła do mnie prosto ze strumienia. Jej włosy schły tworząc srebrzysty obłok i krople wody błyszczały na perłowej skórze, lecz nie starła ich, gdyż dla Kroganów woda jest samym życiem.
— Muszę stąd odejść…
Dahaun pokręciła przecząco głową.
— Poza zasięgiem naszych zabezpieczeń bardzo szybko spełni się to, czego się obawiasz. Zresztą Kyllan i Kemoc na to nie pozwolą.
— Tak, to prawda — odparłam. — Ale jest jeszcze coś. Mogę powrócić do Estcarpu i znaleźć tam pomoc. Słyszałyście, że rozprawa z Karstenem obaliła władzę Rady Strażniczek. Wiele z nich umarło, nie mogąc długo utrzymać w sobie potrzebnej do ataku energii. Rządy Mądrych Kobiet w Estcarpie skończyły się. Teraz nasz dobry przyjaciel Koris rozstrzyga, czy trzeba zrobić to, czy tamto. Jeżeli żyją jeszcze wielkie Czarownice, mogą mnie uleczyć, a Koris na pewno każe im to zrobić jak najszybciej. Pozwólcie mi wrócić do Estcarpu. Jestem przekonana, że wyzdrowieję i będę w stanie walczyć tutaj u waszego boku.
Dahaun nie odpowiedziała od razu. Jej magia sprawia, że Pani Zielonych Przestworzy nigdy nie wygląda tak samo, lecz zawsze się zmienia. Czasami zdaje się należeć do Starej Rasy i ma ciemne włosy i jasną cerę, innym razem zaś jej włosy o barwie płomienia okalają ogorzałą twarz. Nie wiem, czy dzieje się tak z jej woli, czy też bezwiednie. Teraz wyglądała jak kobieta z mojej rasy. Z roztargnieniem odgarną z czoła pasmo włosów i zagryzła wargi.
Wreszcie skinęła twierdząco głową.
— Mogę rzucić czar — oświadczyła — czar, który umożliwi ci bezpieczną podróż aż do granicznych gór. Wędrując szybko, nie musisz obawiać się inwazji zła. Powinnaś jednak wesprzeć mój czar całą siłą woli.
— Wiesz, że to zrobię — powiedziałam. — Teraz jednak musicie pomóc mi w innej sprawie, poprzeć mnie, kiedy powiadomię o swoich zamiarach Kyllana i Kemoca. Moi bracia wiedzą, że nic mi nie będzie groziło, gdy tylko dotrę do Korisa… Nowi przybysze z Estcarpu mówili nam, że nas szuka. Lecz Kyllan i Kemoc mimo to mogą próbować mnie zatrzymać. Dlatego powinnyśmy stanowczo zażądać ich zgody, a nawet obiecać, że wrócę, gdy tylko otrzymam nową psychiczną tarczę.
— Ale czy na pewno tak się stanie? — zapytała Orsya. Nie wiem, czy choć trochę mi współczuła. Będąc we władzy Dinzila nie tylko wy siąpiłam przeciw niej, lecz także nastawałam na jej życie. Nie miała więc powodu, żeby mi dobrze życzyć. Jeśli jednak, jak przypuszczałam, była złączona w jedną istotę z Kemocem, mogła wyświadczyć mi tę przysługę przez wzgląd na niego.
— Nie. Mogę zostać oczyszczona, wszelako nie odważę się tutaj wrócić — odpowiedziałam otwarcie.
— I sądzisz, że zdołasz odbyć tę podróż?
— Muszę.
— Dobrze, opowiem się po twojej stronie.
— I ja też — obiecała Dahaun. — Lecz oni będą chcieli pojechać z tobą.
— Użyjcie waszych własnych czarów. Niech odprowadzą mnie do granicy, a później zmuście ich do powrotu. Nic już nie łączy ich z Estcarpem. Wiecie, że bez reszty oddali serca temu krajowi.
— Myślę, że możemy to zrobić — zapewniła mnie Dahaun. — Kiedy chcesz wyruszyć?
— Jak najszybciej. Jeśli ta walka zbyt mnie wyczerpie, utracicie mnie wcześniej, nim zdołacie się pozbyć.
— Mamy teraz Miesiąc Lodowego Smoka. Podróż przez góry będzie bardzo niebezpieczna. — Dahaun nie nakłaniała mnie do poniechania zamiaru, lecz szukała sposobu pokonania trudności. Mówiła dalej: — Valmund wiele razy przemierzył te szlaki, a przed niebezpieczeństwami ostrzegą cię bystre oczy Vorlonga i jego Vrangow. Czeka cię trudna droga, siostro. Nie bądź zbyt pewna siebie.
— Nie jestem — zapewniłam ją. — Ale im wcześniej opuszczę Escore, tym wcześniej nasi bliscy będą bezpieczni!
I tak to między sobą uzgodniłyśmy. A skoro uparłyśmy się w tej materii, jakże Kyllan i Kemoc mogli się nam przeciwstawić? Spierali się zawzięcie, wysuwali najróżniejsze argumenty, ale wykazałyśmy im niezbicie logikę naszych planów i wreszcie, wbrew sobie, musieli się zgodzić. Niejeden raz przysięgałam, że gdy tylko odzyskam zdrowie, wrócę z jedną z grup mieszkańców Estcarpu, którzy co jakiś czas dołączali do nas. Zawsze byliśmy uprzedzani o ich przybyciu przez strzegących przełęczy wartowników z Zielonego Ludu. Wartę pełnili zwiadowcy z Doliny, dawni Strażnicy Graniczni służący teraz pod rozkazami moich braci, Flannany, zielone ptaki Dahaun, których raporty tylko ona mogła zrozumieć, i — dość rzadko — jakiś waleczny Vrang, szerokoskrzydły łowca z wysokich szczytów.
To właśnie jeden z Vrangów obrócił wniwecz nasz pierwotny plan, kiedy zameldował, że droga do przełęczy, przez którą przybyliśmy z Estcarpu, została zamknięta. Jakiś wysłannik lub wasal Ciemności rzucił na nią czar, którego nie należało atakować, tylko raczej unikać. Myślę, że słysząc to Kyllan i Kemoc ucieszyli się, uznali bowiem, iż w tej sytuacji zarzucimy plan podróży do Estcarpu.
Lecz ja coraz częściej oblewałam się zimnym potem i krzyczałam przeraźliwie pod wpływem koszmarnych snów. Moi bracia zapewne wiedzieli, iż nie zdołam długo stawiać oporu sile, która chciała mną zawładnąć. Śmierć wtedy Powinna mi przypaść w udziale i zmusiłam ich, by mi to Przyrzekli pod przysięgą, której nie mogli złamać.
Do Zielonej Doliny przywołano samego Vorlonga. Usadowił się na skale nieźle już porysowanej pazurami jego i Jego plemienia. Czerwony jaszczurczy łeb kontrastował z niebieskozielonymi piórami. Vorlong kręcił osadzoną na długiej szyi głową, przenosząc spojrzenie na każde z nas po kolei, podczas gdy Dahaun rozmawiała z nim za pomocą myśli.
Początkowo nie chciał dać nawet cienia nadziei, aż wreszcie, po długim naleganiu, Dahaun wydobyła z niego stwierdzenie, że zwracając się dalej na północny wschód można ominąć znaną nam przełęcz i dotrzeć do wyżej położonego i trudniejszego przejścia. Obiecał przysłać skrzydlatego zwiadowcę. Prócz tego, z Zielonego Ludu zgłosił się na ochotnika ich najlepszy znawca gór, Valmund.
Lodowy Smok nie miał dostępu do Zielonej Doliny. Było tam nie chłodniej niż późną jesienią w Estcarpie. Lecz gdy minęliśmy Symbole Mocy chroniące ten niewielki zakątek Escore, zaatakowała nas zima.
Wyruszyliśmy w piątkę na Renthanach, czworonożnych istotach, które nie były zwierzętami, ale naszymi towarzyszami broni. Dorównywały nam inteligencją, a może przewyższały nas odwagą i zaradnością. Kyllan prowadził, Kemoc jechał na prawo ode mnie, Valmund przez jakiś czas trzymał się z lewej. Z tyłu podążał Raknar z Estcarpu, który zgodził się towarzyszyć mi do końca podróży, gdyż zamierzał odszukać swoich wasali i przyprowadzić ich do Escore. Był znacznie od nas starszy i jeden z moich braci darzył go bezgranicznym zaufaniem.
Poza umocnieniami Zielonej Doliny, kiedy Renthany wyrzucały śnieg spod kopyt, zauważyliśmy na niebie jakiś ciemny kształt. Kiedy zniżył lot, rozpoznaliśmy jednego z Vrangow, przewodnika obiecanego nam przez Vorlonga.
Podróżowaliśmy za dnia, ponieważ słudzy Ciemności bardziej przyzwyczajeni są do nocy. Może siarczyste mrozy zatrzymały ich w legowiskach, choć bowiem usłyszeliśmy raz wycie zgrai polujących Wilkołaków, nie zobaczyliśmy ani ich, ani żadnych innych sług zła. Nasza droga wiła się jak wąż, gdyż omijaliśmy miejsca uznane przez Valmunda i zwiadowcę Vranga za niebezpieczne. Niektóre były jedynie zagajnikami lub kręgami menhirów. Tylko raz zobaczyliśmy posępny budynek, który sprawiał wrażenie nie tkniętego przez czas. Nie miał okien i wyglądał jak wielki klocek, położony na ziemi przez gigantyczną dłoń. Nie otaczał go śnieg, chociaż gdzie indziej tworzył głębokie zaspy połyskujące niczym diamenty w promieniach zimowego słońca. Wydawało się, że teren wokół niego był ciepły i to kamienne gmaszysko tkwiło w środku kwadratu parującej ziemi.
Na noc schroniliśmy się w kręgu niebieskich menhirów, jednej z licznych enklaw bezpieczeństwa w Escore. Kiedy się ściemniło, wielkie głazy rozjarzyły się niebieskawą poświatą, która promieniowała na zewnątrz, a nie do wnętrza kręgu, jak gdyby jej zadaniem było oślepianie polujących w nocy drapieżników, osłonięcie nas przed ich wzrokiem.
Starałam się nie spać i czuwać, żeby koszmarne sny nie sprowadziły na nas nieszczęścia. Byłam jednak zbyt zmęczona podróżą i zasnęłam. Przypuszczam, że w niebieskich menhirach kryje się lecznicza moc silniejsza niż medykamenty Dahaun. Nic mi się nie śniło tej nocy i obudziłam się wypoczęta, co nie zdarzyło się od dawna. Zjadłam z apetytem śniadanie i doszłam do wniosku, że postąpiłam właściwie i że może w podróży nie spotka nas żadna zła przygoda.
Następnego wieczoru nie zdołaliśmy znaleźć chronionego miejsca na obóz. Gdybym nadal władała Mocą, mogłabym otoczyć nas ochronnym czarem. Teraz jednak byłam bezbronna jak dziecko. Wprawdzie Valmund i jego pobratymiec doprowadzili nas do podnóża granicznych gór, ale nadal podążaliśmy na północny wschód, znacznie dalej, niż to było konieczne.
Odpoczywaliśmy w miejscu, gdzie koślawe drzewa tworzyły gęsty baldachim, choć już dawno zrzuciły tegoroczne liście. Renthany uklękły, dając nam oparcie, kiedy spożyliśmy podróżne suchary, skąpo zapijając je winem z Zielonej Doliny, wymieszanym z wodą źródlaną.
Vrang pofrunął na wybraną przez siebie skałę, a mężczyźni uzgodnili godziny warty. Znów walczyłam ze snem, biedząc, że bez wewnętrznych zabezpieczeń nie zdołam się oprzeć Ciemności.
Nie myślałam o podróży przez góry i o przybyciu do Estcarpu. Zbyt dobrze widziałam bowiem oczami wyobraźni to, co mogło się wydarzyć pomiędzy obecna chwilą a momentem powrotu do kraju mego dzieciństwa…
Zakutany w zieloną opończę Valmund siedział na lewo ode mnie. W mroku, ponieważ nie odważyliśmy się rozpalić ogniska, zauważyłam, że zwrócił głowę w stronę gór, chociaż zasłaniała mu je zapora z drzew i krzewów. W jego postawie dostrzegłam coś niepokojącego, zapytałam więc półgłosem:
— Czy grozi nam coś złego?
Valmund spojrzał na mnie i rzekł:
— O tej porze w górach zawsze czyha jakieś niebezpieczeństwo.
— Myśliwi? — Jacy? Niziny roiły się od przerażających niespodzianek. Jakie potwory mogły nas szukać w górach?
— Nie, to sama ziemia — odparł. Ucieszyłam się, że nie próbował ukryć przede mną obaw. Niebezpieczeństwa, o których mówił, nie wydawały mi się tak groźne, jak dręczące mnie po nocach koszmary. Valmund ciągnął: — O tej porze spada wiele lawin śnieżnych, a są one bardzo niebezpieczne.
Lawiny śnieżne — nie pomyślałam o nich.
— Czy ta droga jest bardziej niebezpieczna od tej, którą przybyliśmy z Estcarpu? — zapytałam.
— Nie wiem — odrzekł. — Nie znam tych stron. Ale musimy bardzo uważać.
Zdrzemnęłam się tej nocy i znów moje obawy okazały się płonne. Nic mi się nie przyśniło, choć spałam w nie chronionym miejscu.
Rankiem, kiedy było już na tyle jasno, że mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę, Vrang podszedł do nas. Od świtu przeprowadzał zwiad nad szczytami i miał dla nas złe wieści. Znalazł przełęcz prowadzącą na zachód, ale będziemy musieli dotrzeć do niej pieszo, a to wymagało odpowiedniej zaprawy.
Wielkim zakrzywionym szponem nakreślił mapę na śniegu, wskazując wszystkie niebezpieczne miejsca. Później znów poszybował w górę, żeby zbadać przestrzeń większą od tej, którą zdołamy przebyć w ciągu dnia. I tak oto rozpoczęliśmy przeprawę przez góry.
Początkowo nasza droga nie była gorsza od znanych mi górskich szlaków, lecz po wschodzie słońca dotarliśmy do miejsca, gdzie wedle słów Vranga mieliśmy się rozstać z Renthanami i iść dalej pieszo. Stroma i niewygodna ścieżka ustąpiła miejsca czemuś w rodzaju nierównych schodów, dostępnych jedynie dla dwóch nóg, a nie dla czterech.
Mężczyźni spakowali nasze skromne zapasy i wyciągnęli z podróżnych sakw liny oraz kołki o stalowych ostrzach którymi tylko Valmund umiał się dobrze posługiwać. On to właśnie objął prowadzenie. Rozpoczęliśmy wędrówkę, która miała się stać prawdziwym testem naszej wytrzymałości fizycznej.
Wydawało mi się, że naprawdę szliśmy po schodach, nie ukształtowanych przez wiatr i niepogodę, lecz zbudowanych przez jakiś rozum. Budowniczy lub budowniczowie nie mogli być ludźmi takimi jak my. Stopnie okazały się za strome i zbyt krótkie. Zazwyczaj mogliśmy postawić na nich tylko czubek buta, a bardzo rzadko całą stopę.
Nic innego nie wskazywało, że idziemy zniszczoną przez czas górską drogą. Od wspinaczki bolały nas nogi i krzyże. Na szczęście wiatr zwiał śnieg ze skraju schodów. Szliśmy więc tylko po nagiej skale i nie musieliśmy się dodatkowo narażać na poślizgnięcie.
Schody zdawały się nie mieć końca. Początkowo prowadziły prosto w górę zbocza, wkrótce potem skręcały w lewo, biegnąc wzdłuż skalnej ściany. Umacniało mnie. to w przekonaniu, że były dziełem nieznanych istot. Wreszcie wywiodły nas na skraj płaskowyżu.
Słońce, które oświetlało nas swymi promieniami przez całą drogę, teraz zniknęło za ołowianymi chmurami. Valmund stanął twarzą do wiatru rozdymając nozdrza, jakby węszył coś złego w jego podmuchach. Zaczął rozwijać linę, którą był przepasany, i układać ją w pierścienie. Widzieliśmy błysk haków umieszczonych w regularnych odstępach.
— Zwiążemy się liną — oświadczył. — Na wypadek, gdyby zaskoczyła nas burza… — Odwrócił się i spojrzał przed siebie, szukając wzrokiem, jak przypuszczałam, schronienia przed nadciągającą nawałnicą.
Wstrząsnął mną dreszcz. Mimo ciepłej odzieży ograniczającej swobodę ruchów wiatr wpił się we mnie lodowatymi szponami.
Pośpiesznie wypełniliśmy polecenie Valmunda zaczepiając haki na przedzie pasów, które wszyscy nosiliśmy. Valmund stanął na czele, za nim Kyllan, później Kemoc, ja, i nakońcu Raknar. Ja byłam najmniej zręczna ze wszystkich. Podczas wojny moi bracia i Raknar pełnili służbę w górach Estcarpu i choć nie mieli zaprawy Valmunda, poznali wspinaczkę na tyle, żeby czuć się i poruszać swobodnie.
Valmund wyruszył pierwszy, z okutym kijem w dłoni. Poszliśmy za nim w równych odstępach pilnując, by łącząca nas lina zwisała dość luźno. Chmury gromadziły się na niebie i chociaż jeszcze nie padał śnieg, z trudem dostrzegaliśmy przeciwległy kraniec płaskowyżu. A Vrang wciąż nie wracał i nie mieliśmy pojęcia, co jest przed nami.
Zielony Mąż zaczął ostukiwać kijem drogę przed sobą, jak gdyby obawiał się, że pod niewinnie wyglądającą powierzchnią może się kryć jakaś pułapka. Przy potężniejącym mroźnym wietrze nie robił tego tak szybko, jak bym pragnęła.
Podobnie jak wspinaczka po skalnych schodach zdawała się nie mieć końca, tak nasza obecna wędrówka stała się mozolnym marszem ku celowi odległemu o wiele godzin lub dni podróży. Czas stracił wszelkie znaczenie. Jeżeli nie padał śnieg, to wiatr rwał zaspy, odgradzając nas od świata wielkimi białymi zasłonami. Wydało mi się, iż Valmund stał się niewidomym przewodnikiem ślepców i że równie dobrze mogliśmy spaść w przepaść, jak znaleźć bezpieczną drogę.
Wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie nawis skalny osłonił nas przed wiadrem i śniegiem. Tam moi towarzysze podróży naradzali się, czy powinniśmy iść dalej, czy też spróbować przeczekać burzę, której tak obawiał się Valmund. Zimne powietrze tak parzyło mi krtań i płuca, jak gdybym wdychała ogień. Drżałam na całym ciele ze zmęczenia i obawiałam się, że jeśli nasz przewodnik da nam znak do dalszej drogi, nie zdołam zrobić nawet kroku.
Tak bardzo zaabsorbowała mnie utrata sił, że dowiedziałam się o powrocie Vranga dopiero wtedy, kiedy dobiegło mnie jego głośne krakanie. Skrzydlaty zwiadowca z trudem wszedł pod nawis skalny: z dala od swego żywiołu — dużych wysokości — stawał się bardzo niezdarny. Otrząsnął się energicznie, rozrzucając na wszystkie strony wilgotny śnieg, po czym przykucnął przed Valmundem, jakby w tej pozycji zamierzał spędzić dłuższą chwilę. Zrozumiałam, że dzisiaj już dalej nie pójdziemy i z ulgą usiadłam, opierając się plecami o skałę, obok której przedtem stałam.
Nie rozpaliliśmy ogniska, gdyż nie mieliśmy drew. Pomyślałam, że możemy zamarznąć na mroźnym wietrze, który smagał nas od czasu do czasu. Valmund i na to znalazł radę. Wyjął z sakwy kwadratowy kawałek tkaniny, który wydawał się nie większy od dłoni. Tymczasem w miarę rozkładania tkanina zaczęła rosnąć, aż zamieniła się w duży puszysty koc. Okryliśmy się nim i przytuliliśmy do siebie. Emanowało z niego ciepło i wreszcie przestałam drżeć z zimna, podobnie jak moi towarzysze podróży. Nawet Vrang wsunął się pod skraj koca i w tym miejscu powstało spore wybrzuszenie.
Wprawdzie dziwny koc muskający mi policzki przypominał w dotyku zbite pierze, lecz był sprężysty jak mech. Kiedy zapytałam o to Valmunda, wyjaśnił mi, że istotnie koc ten powstał z mchu przetworzonego przez czerwie. Snuły one nici, z których budowały sobie miękkie domki. Leśni ludzie od dawna udomowili te robaki, zapewniając im schronienie i pożywienie, i z utkanych przez nie niewielkich skrawków materii wytwarzali podróżne koce. Do wyrobu jednego koca potrzebowali setek maleńkich tkaczy i trwało to wiele lat. Dlatego takich koców było niewiele i zaliczano je do skarbów Zielonej Doliny.
Słyszałam rozmowę, którą prowadzili moi towarzysze podróży, lecz niebawem ich głosy zamieniły się w monotonne brzęczenie. Zdrzemnęłam się nawet nie próbując walczyć ze snem. Wszystkie strachy gdzieś zniknęły. Nie byłam już Kaththeą, która w każdej chwili mogła stać się zdobyczą sił Ciemności, tylko ciałem tak bardzo potrzebującym wypoczynku, iż sprawiało mi to dotkliwy ból.
Śniłam, ale nie dręczył mnie żaden z koszmarów, z których budziłam się z krzykiem. Przyśnił mi się dziwny sen, równie wyraźny jak owe majaki. Wydawało mi się, że leżałam bezpiecznie pod kocem, otoczona zewsząd przez obrońców, obserwując leniwie szalejącą na zewnątrz nawałnicę.
Ze śnieżnego kłębowiska wysunął się srebrzysty sznur, który zawisł tuż nad nami. We śnie wiedziałam, iż jest to wysłannik innego umysłu władającego Mocą. Nie wydał mi się zły, lecz jedynie odmienny od znanych mi. Koniec tego srebrzystego promienia lub sznura kołysał się w przód i w tył, aż wreszcie dotarł do mnie i zawisł nieruchomo na jakiś czas. Dopiero wtedy ogarnął mnie niepokój. Kiedy jednak uruchomiłam to swoje wątłe zabezpieczenie, jakim jeszcze dysponowałam, sznur znikł. Zamrugałam oczami zdając sobie sprawę, że właśnie się obudziłam, chociaż tak jak w moim śnie wszyscy leżeliśmy pod kocem, a wokół nas szalała śnieżna zawierucha.
Nie powiedziałam nic braciom, lecz w głębi ducha postanowiłam nakłonić ich do...
Nikt89