Rozdział 8.doc

(90 KB) Pobierz

Ósmy

Następnego dnia Marco poczuł się dużo lepiej. Nadwrażliwość oczu minęła, a ból nieco zelżał. Lecz najgorzej było z psychiką. Do późnych godzin nocnych leżał na posłaniu przypatrując się uważnie swojemu ciału. Było takie blade, zimne, zupełnie mu obce. Udręczony koszmarami zasnął dopiero nad świtem.

Obudziło go ciche puknie do drzwi. Myśląc, że to Joachim, wstał z posłania nie przejmując się niekompletnym ubraniem. Poczuł jak zalewa go fala gorąca, kiedy zobaczył postacie stojące w drzwiami.

Były to dwie młode kobiety. Jedna z nich będąca zakonnicą, gdy tylko spostrzegła jego nagi tors przeżegnała się pospiesznie i mamrocząc pod nosem jakieś przeprosiny niemal uciekła spod drzwi. Druga z nich, będąca najwidoczniej Nocną Łowczynią, przechyliła głowę krytycznym wzrokiem taksując wdzięki chłopaka. Gdy tylko zdała sobie sprawę z tego, że została z nim sam na sam, jej pewność siebie uleciała niczym powietrze z przebitego balonu.

- Witaj Marco - nieśmiało odkaszlnęła. - Zostałam przysłana przez Joachima – wyraźnie speszona zaczęła się jąkać. Marco choć początkowo równie skrępowany, był teraz rozbawiony reakcją obydwu kobiet. – Musiał niezwłocznie wyjechać wraz z Fabio do Volterry, żeby dołączyć do Lucjusza, a… na czas ich nieobecności zostałam twoją opiekunką.

Marco uśmiechnął się niepewnie.

- Pozwolisz, że tylko coś na siebie narzucę? Trochę… tu wieje.

- Tak, wybacz.

Gdy podszedł do łóżka, aby nałożyć leżącą na nim koszulę, poczuł, jak pragnienie głodu ściska jego wnętrzności. Próbował przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni miał w ustach coś naprawdę sycącego, ale nie mógł sobie niczego takiego przypomnieć.

- Masz ochotę coś zjeść? – zapytała.

Marco odwrócił się w jej stronę z milczącym niedowierzaniem w oczach. Czy ona potrafi czytać w myślach? – zapytał sam siebie. Nic nie mogło już go chyba zdziwić.

- Czy powiedziałam coś nie tak? – dziewczyna była zaskoczona wyrazem twarzy chłopaka, zadając to prozaiczne pytanie.

Jego towarzyszka była bardzo piękna. I z pewnością była człowiekiem. Gdy tylko zdała sobie sprawę, iż przyłapał ją na wpatrywaniu się w jego umięśnioną pierś, jej drobną twarzyczkę spowił czerwony rumieniec. Sam nie wiedział dlaczego, ale ucieszył go ten widok.

- Zastanawiałem się tylko, czy potrafisz odczytywać moje myśli – odparł.

- Och. Nie, nie umiem – uśmiechnęła się. – Zastanawiałam się tylko, czy nie jesteś głodny. Chcesz zjeść w pokoju czy razem z pozostałymi?

Marco nie miał ochoty siedzieć w tych czterech surowych ścianach. Poza tym zaczynała zżerać go ciekawość.

- Jeżeli nie masz nic przeciwko to wolałbym zjeść wszędzie, byle nie tu.

- W takim razie posiłek będzie czekał na ciebie w jadalni. Ubieraj się, a ja… powiem, żeby coś ci przyszykowali.

Popatrzyła na niego ukradkiem i niczym kot, wymknęła się cicho z pokoju.

W momencie, gdy Marco zapinał sprzączkę od paska, zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, gdzie miał szukać jadalni? Nie chciał spędzić poranka na błąkaniu się klasztorze. Po drugie, nie zapytał się dziewczyny o imię. Druga myśl, ewidentnie poirytowała go mocniej.

Mając nadzieję, że dogoni ją na korytarzu, otworzył z zamachem drzwi. Gdy tylko to zrobił, zamarł w pół kroku, gdyż tuż za progiem, plecami o ścianę stała oparta łowczyni.

- Źle się czujesz? – spytał zaniepokojony Marco.

- Nie, nie. Nic mi nie jest. Ja tylko… czekałam na ciebie – wyjąkała speszona, rumieniąc się.

Chłopak pokazał w uśmiechu swoje białe, kiedyś równe zęby. Ideał psuły lekko przydługie kły. Nie chcąc stracić okazji, odrzekł.

- Jestem już gotowy. Oczywiście jeśli nie jest to kolejną tajemnicą, to byłoby dużo lepiej rozmawiać, gdybym znał twoje imię.

- Mam na imię Maria. Chyba nie jest to dla mnie dobry dzień, skoro zapominam o tak podstawowych sprawach. Idziemy? – dodała po krótkiej chwili.

- Prowadź głodnego – odrzekł z uśmiechem, wyraźnie z siebie zadowolony.

Gdy szli ciemnym korytarzem, żadne z nich nie odezwało się ani jednym słowem. Dziewczyna stawiała nerwowe kroki, znacznie wyprzedzając towarzysza. Marco natomiast, usilnie starał się przypomnieć sobie tajniki uwodzenia. Idąc tyłem, miał idealną okazję do przypatrzenia się jej postaci, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Dziewczyna była mniej więcej w jego wieku. Miała na sobie czarne, skórzane spodnie, włożone w buty z wysokimi cholewami. Białą bufiastą bluzkę opinał w pasie ciasny gorset, podkreślający jej wspaniałe krągłości. Lekko kręcone, kasztanowe włosy opadały kaskadami na wyprostowane niczym struna plecy. Wzrok chłopaka powędrował do miejsca, gdzie kończył się gorset…

Potrząsnął głową, próbując uspokoić huragan jaki opanował jego myśli. Tutaj chyba na nic zdadzą się metody wypróbowane na pannach z dobrych domów. Dziewczyna idąca przed nim ewidentnie należała do innego świata. Lecz jakiś uparty głos podpowiadał mu, że może nic nie jest jeszcze stracone.

Rozbawiony swoim tokiem myślenia, roześmiał się. Jego przewodniczka przystanęła i odwróciła się w kierunku Marco. Nie znając przyczyny jego dobrego humoru, doszła do wniosku, że stała się obiektem drwiny. Prychnęła niczym dzika kotka, przyspieszając jeszcze bardziej kroku. Marco musiał podbiec żeby ją dogonić.

*

Zjedli posiłek wraz z resztą mniszek. Nie chcąc rzucać się w oczy swoją obecnością, zajęli miejsce tuż przy ścianie. Maria była na niego lekko obrażona, dlatego nie angażowała się w żywszą konwersację, zajęta ciągłym poprawianiem przedmiotów ułożonych na stole.

Marco w pewnym momencie stracił zainteresowanie zarówno dziewczyną siedzącą naprzeciwko, jak również jedzeniem. Był zafascynowany intensywnością zapachów wyczuwalnych w powietrzu. Rozmaryn, bazylia, oregano, to tylko niektóre, jakie mógł odróżnić. Gdy po raz kolejny zaczerpnął powietrze głęboko do płuc, zapiekło go w nosie od ostrej woni kardamonu. Zapach ten, niczym uderzenie obuchem w głowę, przywrócił go do świadomości.

Intensywność ostatnich wydarzeń sprawiła, iż całkowicie zapomniał o świecie poza klasztorem.

- Ile tu już jestem? – spytał przerywając ciszę.

Maria wytrącona pytaniem z równowagi, spojrzała na niego nieco nieobecnym wzrokiem.

- Blisko trzy tygodnie.

- Muszę jechać do Mediolanu. To sprawa niecierpiąca zwłoki – odparł odsuwając krzesło. Reakcja dziewczyny sprawiła, ze zatrzymał się w połowie drogi.

- Nie możesz tego zrobić, dopóki nie wróci Lucjusz – oburzyła się.

- W takim razie, kiedy wróci?

- Nie wiem, ale…

Marco przerwał jej.

- Muszę jechać już dziś.

- Powiedz mi chociaż, po co chcesz udać się do miasta? Nie doszedłeś jeszcze dostatecznie do siebie. Radziłabym ci, żebyś jednak został. 

Chłopak oparł łokcie na stole, pochylając się ku Marii.

- Nie wiem, czy już do siebie doszedłem czy nie. Nie wiem nawet kim teraz jestem. Ale w tym momencie nie jest to najważniejsze. Mój ojciec nie żyje. Był kupcem i ktoś musi dokończyć rozpoczęte przez niego transakcje. Kontrahenci są pewnie wściekli, że gotówka nie wpłynęła do nich w odpowiednim terminie. W dokach neapolitańskich stoją dwa statki z Indii z przyprawami na pokładzie. A do tego wszystkiego sprawa z dziedziczeniem majątku – westchnął. – Nie mam zamiaru, mimo tego kim teraz jestem, spędzić reszty swojego życia w klasztornej celi, utrzymując się z pracy w ogródku. Skoro i tak wszyscy wyjechali, lepiej żebym załatwił tę sprawę już teraz.

- Marco, wykonuję polecenia Lucjusza. Nie dostałam rozkazu zabrania ciebie do miasta. Zrozum.

- A czy zabronił, żebym tam pojechał?

- Nie – odparła szczerze.

Chłopak popatrzył jej prosto w oczy. Dlaczego była taka uparta i nie chciała mu pomóc?

- Skoro nie chcesz jechać ze mną, zrobię to sam. Nie potrzebuję niańki – gdy nie zareagowała na jego słowa, odsunął krzesło i ruszył ku wyjściu.

- Poczekaj! – dogoniła go. – Zapytam matkę Gulianę o radę. Nie mogłabym z czystym sumieniem pojechać z tobą, bez wiedzy któregoś z wyższych. Czekaj na mnie w swoim pokoju.

Nie było jej blisko godzinę. Marco nerwowo chodził w tę i z powrotem po komnacie, nie mogąc na niczym skupić uwagi. Kilkakrotnie gotów był już do wyjazdu, nawet jeśli miałby to zrobić sam. Nigdy nie należał do cierpliwych.

Rozległo się puknie do drzwi, a w progu pojawiła się Maria. Miała na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, podbity od środka czerwonym materiałem. Rzuciła w jego stronę skórzany tobołek.

- Co to?

- Płaszcz i nowa koszula. Nie miałeś nic ze sobą na zmianę, więc pożyczyłam od Fabio. Może nie będzie się długo wściekał.

- Czyli jak rozumiem, jedziemy?

Maria zmarszczyła brwi.

- Tak. Przeorysza nie widziała, o dziwo żadnych przeciwwskazań. Najprawdopodobniej nie zdążymy wrócić do klasztoru przed zmierzchem, więc będziemy musieli poszukać noclegu u ojca Novelliego. Miałam przekazać ci jednak jeden warunek. Pod żadnym pozorem nie możesz iść do rodzinnego domu. Jeśli będziesz się opierał, mam cię od tego pomysłu odwieść siłą.

Marco nie ukrywał swojego zdziwienia. Szczerze mówiąc liczył na to, że dane mu będzie zabrać kilka prywatnych rzeczy z pokoju oraz pożegnać się z tym miejscem. W końcu miał już tam nigdy nie powrócić. Był zawiedziony, że odebrano mu taką szansę.

- Nie sprzeciwiaj się, jeśli masz zamiar jechać do Mediolanu. Znasz zasady, a ja nie podejmę się zadania, wiedząc, że będziesz chciał je złamać. Czy rozumiemy się wzajemnie?

Chłopak westchnął zrezygnowany.

- Dobrze. Niech wam będzie, choć wiedz, że wcale mi się do nie podoba.

Dwadzieścia minut później dosiedli koni. Podróż do miasta zajęła im blisko dwie godziny. Dla Marco dwie bardzo długie godziny. Czuł się oszołomiony intensywnością zapachów w powietrzu. Jego uszu dochodził uspokajający szum trawy, która poddawała się falującym podmuchom rozgrzanego powietrza oraz natarczywy ćwierkot ptaków z zagajnika. Nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tak namacalnej obecności natury. Miał wrażenie, że dopiero co się narodził, gdyż świat jaki odbierał zmysłami był po tysiąckroć piękniejszy i wyraźniejszy niż wcześniej. Najgorzej doskwierało mu słońce, palące skórę i drażniące oczy. Maria poradziła mu, aby na czas podróży nałożył na siebie płaszcz. Choć było mu dość gorąco, materiał osłaniający drażliwe miejsca przyniósł ulgę.

Korzystając ze swobody, jaka towarzyszyła im podczas jazdy, Marco postanowił zaspokoić swoją ciekowość.

- Jak długo należysz do Gildii? Nie widziałem cię… gdy byłem na spotkaniu z ojcem Novellim.

- Inicjację przeszłam kilka miesięcy temu, ale od dobrych kilku lat ojciec przygotowywał mnie do bycia Nocnym Łowcą – usiadła wygodniej w skórzanym siodle, rozkoszując się promieniami słonecznymi. Musieli trochę zwolnić, gdyż nie chcieli przeforsowywać koni. – Byłam na spotkaniu u ojca Novelliego, tylko nie zwróciłeś na mnie uwagi zajęty, bardziej… przyziemnymi sprawami.

- Możliwe - uśmiechnął się gorzko. – Masz rację, w tamtym czasie myślałem o czymś zupełnie innym.

- Wyglądasz na dużo spokojniejszego niż ostatnio. Może dlatego, że jad przestał krążyć w krwioobiegu, a my nie musieliśmy podawać antidotum. Lepiej się czujesz?

- Tak, chyba tak. Ale nie tylko z tego powodu. Joachim dał mi trochę do myślenia.

Na dźwięk jego imienia, twarz Marii rozbłysła w uśmiechu. Muszą być chyba ze sobą mocno związani – stwierdził Marco.

- W końcu łączy was podobny los. Joachim to wspaniały chłopak. Nie wiem co bez niego zrobiłby Lucjusz.

Marco przypomniał sobie o czymś.

- Powiedziałaś dziś rano, że musieli wyjechać nagle. Jeszcze wczoraj Joachim nie wspominał nic o żadnej podróży.

Maria ścisnęła mocniej trzymane w dłoniach lejce. Nie uszło to uwagi Marco.

- Dziś w nocy przybył posłaniec z Volterry. Zginęło tam dwóch z naszych, a klan Volturi zaczął jawnie atakować ludzi. Lucjusz twierdzi, że śmierć wampirzycy, która zabiła twoją rodzinę, musiała ich bardzo rozwścieczyć. 

- Klan Volturi? Kim oni są? – dopytywał się chłopak.

- To odpowiednik naszego arystokratycznego rodu panującego. Volturi to najbardziej utalentowane wampiry jakie możesz spotkać. Na ich czele stoją Aro, Kajusz oraz Marek. Jak głosi legenda, w szóstym wieku przejęli władzę siłą, odbierając ją pradawnemu szczepowi rumuńskich wampirów. Niektórzy z naszych twierdzą, że ocaleli tylko dwaj bracia, Stefan i Vladimir, ale to mało prawdopodobne, gdyż ich obecność nie jest wyczuwalna na Bałkanach.

- To oni prowadzą, życie podobne do naszego? – Marco nie ukrywał swojego zaskoczenia.

Maria roześmiała się głośno, rozbawiona tokiem myślenia towarzysza.

- Jeżeli uważasz mordy i picie krwi za coś podobnego, to jak najbardziej.

Marco poczuł się źle, na dźwięk słowa krew. Przecież on tez musiał ją pić, żeby być pełen sił! Pogrążył się w pochmurnych myślach.

Maria była zaskoczona tą nagłą zmianą nastroju chłopaka. Gdy uprzytomniła sobie własne faux pas, zrobiło jej się strasznie wstyd. Próbując załagodzić sytuację, odrzekła:

- Wybacz jeśli cię uraziłam. Wiesz, że nie to miałam na myśli – wyglądała na prawdziwie skruszoną. Marco oprzytomniał na dźwięk głosu dziewczyny. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy, w jaki sposób jego reakcja mogła być odczytana przez Marię. Nie chciał, żeby miała przez jego humory wyrzutów sumienia. To jego własne piekło, nie musi ściągać do niego innych.

- Nie jestem po prostu dostatecznie gotów, żeby zrozumieć świat w jakim przyszło mi teraz żyć. Nie przejmuj się.

Chcąc nadać znaczenia wypowiedzianym słowom, podjechał do niej i złapał za rękę. Splótł swoje palce z palcami Marii. Dziewczyna zaskoczona jego poufałym gestem, wyszarpnęła delikatnie dłoń z uścisku.

Nim to zrobiła, Marco zdołał zobaczyć różowo – blade blizny na nadgarstkach towarzyszki. Przez głowę, niczym z szybkością tropikalnego huraganu przemknęła mu myśl, że są to ślady próby samobójczej.

- Czy ty…? – nie zdołał dokończyć zdania.

Maria obciągnęła materiał bluzki, przysłaniając zdradzieckie ślady. Nie wiedziała jak zachowywać się w towarzystwie tego chłopaka. Czuła, że powinna być dla niego wyrozumiała, ze względu na świeżość przeżyć, ale jego otwartość i urok osobisty, nie ułatwiały jej zadania. Odnosiła wrażenie, iż Marco przyzwyczajony do mediolańskich kobiet brylujących w tamtejszym towarzystwie, traktuje ją podobnie, uznając, że będzie dla niego łatwą zdobyczą. Musi zapomnieć o jego czarującym spojrzeniu oraz gorących dłoniach, które ściskały jej ramiona kilka dni temu w przypływie silnego bólu. Tak będzie dla wszystkich lepiej.

- To nie to co myślisz – odetchnęła głęboko. – To ślady mojej powinności w stosunku do was.

Marco nic nie rozumiał.

- Jakiej powinności? Nie wiem co masz na myśli.

Maria popatrzyła mu prosto w oczy. Westchnęła zrezygnowana.

- Miałam nadzieję, że Lucjusz ci sam o tym powie, ale skoro tak… Mam tylko jedną prośbę. Przechodziłam to wszystko z Joachimem. Przez wiele miesięcy musiałam słuchać jego przeprosin i wyrzutów sumienia, które i tak nie mają sensu, bo to obowiązek każdego Łowcy. Obiecaj mi, że nie będziesz jęczał mi przez najbliższe tygodnie, tak jak on. Nie wiem czy zniosę to ponownie. Obiecujesz?

- Tak, ale… - wyjąkał  niczego nie świadom Marco.

Maria podciągnęła rękaw do góry, pokazując wiele podłużnych blizn na swoich przedramionach. Niektóre z nich, były świeżo zagojone, gdyż wokół widniały czerwone ślady.

- W ostatnich dniach potrzebowałeś nabrać sił – powiedziała przyciszonym głosem.

Marco zdał sobie w końcu sprawę z pochodzenia tych szram. Zagotowało się w nim ze wzburzenia.

- Nie zgadzam się na to! – odpowiedział uniesionym głosem.

Maria zmusiła konia do zatrzymania się.

- Obiecałeś, że nie będziesz marudził.

- Mario, nie możesz zadawać sobie przeze mnie bólu. Nie mogę znieść świadomości… - przerwała mu wchodząc w słowo.

- Nie obchodzi mnie czy masz z tego powodu wyrzuty sumienia czy nie. Musicie być pełni sił,  a krew Łowców jest najsilniejsza. Mężczyźni… - pokręciła z irytacją głową, po czym pognała galopem w kierunku pierwszych zabudowań Mediolanu.

Marco przez chwilę podążał za nią udręczonym wzrokiem.

*

Mediolan był pięknym miastem. Zawsze pełen ludzi, zapachów, kolorów. Już do wieków był sercem kulturalnego życia Italii, które biło wraz z talentem tworzących tutaj swe wspaniałe dzieła artystami. Rozkwit zawdzięcza panowaniu dwóch wielkich rodów, Viscontich oraz Sforzów, którzy nadali temu miastu niepowtarzalny klimat i urok.

W miarę, gdy Maria i Marco zbliżali się do średniowiecznego serca miasta, Piazza Mercanti, tłum wokół nich gęstniał, utrudniając przejazd. Gdy wjechali na rynek, ich oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Cały plac otoczony był jednopoziomowymi loggiami. Na północnej pierzei  znajdował się XIII wieczny ratusz, w którym obradowały władze miasta. Po lewej stronie ujrzeli kilkunastometrową miejską wieżę, stykającą się pod kątem z barokowym pałacem delle Scuole Palatine ozdobionym figurami św. Augustyna. To w tym miejscu dokonywano wszelkich najważniejszych transakcji handlowych i załatwiano sprawy urzędowe. Cały plac pokryty był niezliczonymi kolorowymi kramami. Sprzedawcy przekrzykiwali siebie nawzajem, chcąc sprzedać towar po jak najkorzystniejszej ofercie. Była wczesna godzina popołudniowa, więc zebrało się w tym miejscu wielu mieszkańców Mediolanu.

Marco postanowił udać się do Palazzo dei Panigarola, gdzie swoją kancelarię miał zaprzyjaźniony z rodziną Gordiano notariusz. Gdy pomarańczowe promienie słońca rozbłysły nad czerwoną dachówką zabudowań, chłopak podpisał ostatni uwierzytelniający podpis. Zezwolił na podejmowanie decyzji handlowych we własnym imieniu, dotychczasowemu zaufanemu doradcy ojca. W związku z tym, że nie wiedział jak potoczą się jego losy, spisał również testament. Czuł się w obowiązku zadość uczynienia osobom, które pomogły i miał nadzieję, będą mu pomagać w przyszłości.

Starszy, tęgi mężczyzna usiadł wygodnie w fotelu. Popatrzył w kierunku Marco trzymając w rękach testament.

- Czy jest pan pewien zapisu?

- Tak – odparł chłopak.

- Pozwoli pan w takim razie, że przeczytam na głos końcową treść dokumentu – rozsiadł się wygodniej w fotelu. - Na wypadek mojej śmierci bądź zaginięcia, cały majątek przekazuję mojemu jedynemu krewnemu, Lucjuszowi Gordiano. Gdyby zapis ten nie mógł być wypełniony z powodu jego odejścia ze światach żywych bądź przepadnięcia bez wieści, majątek ma zostać przekazany Kościołowi Santa Maria delle Grazie pod zarząd księdzu Novelliemu i przez niego wyznaczonym osobom.

*

Kilkanaście minut później, w drzwiach gabinetu notariusza pojawił się Marco. Wyglądał na zmęczonego i przybitego sprawami omawianymi z urzędnikiem. Przez ten cały czas Maria czekała na niego cierpliwie, nie ruszając się z miejsca na chwilę. Nie odzywając się do siebie ani jednym słowem, ruszyli w dół po wielkich, marmurowych schodach prowadzących na Piazza Mercanti. Zaczynało zmierzchać, a do tego oboje byli wyczerpani i głodni, dlatego też postanowili za radą matki Guliany spędzić nadchodzącą noc u ojca Novelliego.

Dziewczyna sprawnym ruchem dosiadła jednego z wierzchowców. Kiedy Marco chciał pójść w jej ślady, usłyszał nagle kobiecy głos wołający jego imię. Rozejrzał się dookoła szukając miejsca, skąd dochodziło wołanie.

- Po twojej lewej – powiedziała Maria, wskazując brodą kierunek.

Wtedy Marco zobaczył swoją dawną kochankę, Lukrecję. Przedzierała się przez tłum pod rękę z nieznanym mu, eleganckim mężczyzną około trzydziestki. Gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko, rzuciła się w ramiona Marco.

- Jak mogłeś mi to zrobić? Wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz! Nie dawałeś żadnego znaku, że u ciebie wszystko w porządku. Jak mogłeś narazić mnie na tyle tygodni cierpienia? Tak mi przykro z powodu śmierci twoich rodziców. – szeptała histerycznie tuląc się do jego piersi, równocześnie trzymając kurczowo za materiał płaszcza. Chłopak delikatnie odsunął ją od siebie. Zawsze pożądał jej ciała. U...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin