Joanna Chmielewska - Zbieg Okolicznosci.rtf

(551 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

Joanna Chmielewska

 

 

 

Zbieg okoliczności

 

 

SCAN-dal


Podporucznik Tadzio Jarzębski, piastujący stanowisko podkomisarza policji, punktualnie przybył na umówione miejsce. Najpierw zadzwonił, potem zapukał, a wreszcie przycisnął klamkę, wszystko jak się należy, zgodnie z regułami. Drzwi, oczywiście, okazały się otwarte.

— Można? — spytał grzecznie i wszedł do środka.

Denat odpowiedzi mu nie udzielił. Leżał na podłodze niewielkiej kawalerki, przysypany dużą ilością makulatury, i dobrze widoczne były tylko jego nogi, ale podporucznik Jarzębski miał już odrobinę doświadczenia i od razu wiedział, że te nogi nie żyją. Dotknął ich na wszelki wypadek, były jeszcze ciepłe, zawahał się, bystrym spojrzeniem obrzucił pokój i ujrzał roztrzaskany aparat telefoniczny. Zawahał się bardziej.

Nie pracował w wydziale zabójstw, tylko w przestępstwach gospodarczych, ale o pracy kumpli z wydziału zabójstw miał pojęcie i nie zamierzał im urozmaicać służbowej egzystencji. Z drugiej jednakże strony ten ciepły nieboszczyk mógł być jeszcze żywy i wówczas udzielenie mu pomocy nie dość, że było pilne, to jeszcze całkowicie leżało w interesie podporucznika. Przyszedł, żeby z nim porozmawiać, spragniony był tej konwersacji jak kania dżdżu, a stan nieodwracalny całkowicie ją wykluczał.

Rozterka trwała w nim krótko. Sam i tak mu nie pomoże, potrzebny jest lekarz. Patolog, nie patolog, zrobi, co trzeba.

Sytuacja jednakże była wysoce kłopotliwa pod każdym względem. Ewentualne udzielenie pomocy stało na pierwszym planie, wezwanie stosownej ekipy, gdyby denat już nie żył, wyglądało mu zza ramienia i wręcz warczało. Telefon w tym mieszkaniu nie nadawał się do użytku. Pozostawienie otwartych drzwi było ryzykowne, a zamknąć ich nie miał sposobu, zamka zatrzaskowego bowiem nie posiadały. Był sam, nikogo na straży nie mógł postawić, cztery piętra, które musiał pokonać tam i z powrotem, dawały szansę najgłupszym przypadkom. W żadnym razie nie należało budzić sensacji, a szukanie telefonu po sąsiadach wywołałoby niepotrzebne zainteresowanie. A w ogóle należało działać szybko.

— Ryzyk fizyk i niech to jasny szlag trafi — powiedział półgłosem sam do siebie i podjął męską decyzję.

Zostawił drzwi zamknięte tylko na klamkę i runął w dół po niewygodnych schodach, cudem zapewne nie łamiąc sobie rąk i nóg. Dopadł wozu, załatwił, co należało, po czym prawie w tym samym tempie wrócił na górę. Usiadł na ostatnim stopniu i odzyskiwał dech.

Drzwi naprzeciwko tamtego mieszkania uchyliły się i wyjrzała z nich damska głowa, elegancko ufryzowana. Wiośnianą młodość miała za sobą bezpowrotnie. Popatrzyła podejrzliwie, cofnęła się i znów wyjrzała.

— A pan tu co? — spytała nieżyczliwie. — Do kogo? Podporucznik Jarzębski nie wyglądał ani na pijaka, ani na bandziora, ani na chuligana. Był młody, przystojny i przyzwoicie ubrany, nic nasuwał skojarzeń z dewastacją klatki schodowej, ale na złodzieja nadawał się pierwszorzędnie. Nic mógł dopuścić, żeby baba narobiła krzyku, a równocześnie pomyślał, że jednostka wścibska, mieszkająca naprzeciwko, z wizjerem w drzwiach, może okazać się bezcenna.

— Już do nikogo — powiedział smętnie i żałośnie. — Skręciłem kostkę, odczekam chwilę, może mi przejdzie. Niewygodne te schody u państwa.

— Obraza boska takie schody — przyświadczyła głowa w kunsztownych lokach, ale nieufności się nic pozbyła. — Dopiero co pan wchodził i już pan tę kostkę skręcił? Nic słychać nie było.

— Opsnąłem się na drugim stopniu i od razu usiadłem. Rzeczywiście bez hałasu, bo mam buty na gumie. Nic takiego, rozmasuję sobie…

— A mnie się zdawało, że pan całkiem zeszedł i wszedł znowu?

Wścibskość baby napełniła Jarzębskiego podziwem. Zarazem ucieszył się, nie było pewne, czy z ekipą śledczą zechce się dzielić swoją wiedzą równie ochoczo, a po tej krótkiej pogawędce już się jej wyprzeć nie zdoła. On sam jest świadkiem, że oka od wizjera nie odrywa.

— Schyliłem się, nie mogła mnie pani widzieć — wyjaśnił. — Zabolało jak diabli i tak to przeczekiwałem, żeby się nie popłakać. Ale już mija.

Pomasował kostkę u prawej nogi. Lewa była dla baby lepiej widoczna.

Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę z wyraźnym powątpiewaniem, nie zaproponowała pomocy, ruch głowy wskazał, że wzruszyła ramionami, cofnęła się do wnętrza i zamknęła drzwi. Jarzębski był pewien, że cały czas go widzi, masował więc kostkę z wielką energią. Przyszło mu na myśl, że doczekanie ekipy pod pozorem skręconej nogi może okazać się korzystne, zgarną go jak osobę przypadkową i jego przynależność do policji nie wyjdzie na jaw. Z babą znajomość już właściwie zawarł, może się to przydać.

Przyjechali po dziesięciu minutach, przywożąc ze sobą lekarza policyjnego.

— W czym dzieło? — spytał podporucznik Andrzej Werbel, z którym Jarzębski chodził jeszcze do szkoły podstawowej, nie mówiąc o średniej i studiach. Rozdzieliły ich dopiero różne wydziały w policji.

— Żeby to piorun strzelił — odparł Jarzębski i zwlókł Werbla nieco niżej. — Zejdźmy, tam nas widzi baba z przeciwka. Gość mi wyszedł w aferze, umówiłem się na rozmowę, przyjechałem i zdaje się, że zastałem klienta dla was.

— Fałszerstwa? — upewnił się Werbel.

— Cały czas. On musiał cholernie dużo wiedzieć. Jakim cudem w tym tempie złapaliście doktora?

— Plątał się przypadkiem. A co, nie jesteś pewien, czy nie żyje?

— Pomacałem, był ciepły. Tam się odbywało ostre szukanie. Chcę być przy przeglądzie rzeczy.

— Nie ma sprawy. Idziemy.

Pośpiech przestał być niezbędny, bo lokator mieszkania okazał się nieżywy od co najmniej pół godziny. Fotograf odwalił robotę, na jego miejsce wszedł daktyloskop.

— Na klamce są moje — zawiadomił podporucznik Jarzębski. — Od zewnątrz. Wewnątrz nie dotykałem.

— To bardzo ładnie z pańskiej strony — pochwalił go technik. — Widzę tu świeżutkie jak rzodkieweczka na wiosnę.

Lekarz nie miał wątpliwości, aczkolwiek na razie wypowiadał się prywatnie. Dwie rany kłute, z czego jedna wprost we właściwy organ, załatwiały sprawę, nic więcej nic było potrzebne. Śladów walki nie stwierdził. Władza nadrzędna w postaci kapitana Frelkowicza wyciągnęła wstępne wnioski.

— Zaatakowany znienacka nożem, prawdopodobnie sprężynowym. Otworzył komuś drzwi i zarobił pierwszy cios. Nie zdołał zareagować, napastnik wepchnął go dalej i poprawił. Potem wziął dobre tempo i przeszukał lokal na zasadzie trąby powietrznej, a szukał głównie w papierach.

— I pewno znalazł — wtrącił z ciężkim rozgoryczeniem podporucznik Jarzębski. —Żebym, cholera, przyszedł godzinę wcześniej!

— A dlaczego nie przyszedłeś? — zaciekawił się podporucznik Werbel:

— Sam mi taką porę ustawił. Umówiony z nim byłem. Ale będziecie wiedzieli, kto był krótko przede mną, bo naprzeciwko działa kamera.

Cichym głosem opowiedział o babie. Miał obawy, że posiada w swoich drzwiach nie tylko oko, ale także i ucho. Obaj, kapitan Frelkowicz i podporucznik Werbel, ucieszyli się szaleńczo. Na wszelki wypadek spytali doktora, czy do zadania ciosu potrzebna była siła.

— Jeśli sprężynowiec, mogło to zrobić dziecko — odparł doktor i odmówił dalszych wyjaśnień. — Reszta po sekcji, nie zawracajcie mi głowy.

Zawadzające bardzo w ciasnym pomieszczeniu zwłoki usunięto i kapitan dokonał podziału zajęć. Werbel z Jarzębskim zaczną grzebać w mieszkaniu, on sam zaś przesłucha babę. Możliwe, że dzięki niej dochodzenie nie potrwa nawet dwudziestu czterech godzin.

Drzwi otworzyły się przed nim, zanim zdążył przyłożyć palec do dzwonka.

— Niby co się tu wydziwia? — spytała ostro przechodzona piękność. — Mam zadzwonić na policję?

— Policja to ja — odparł kapitan i poczuł się jak Ludwik XIV. — Służę legitymacją. Przychodzę z prośbą o pomoc. Możemy wejść do środka?

Piękność, w pretensjach raczej nieuzasadnionych, zrobiona na wielki dzwon, uważnie przeczytała dokument i zaprosiła go do wnętrza. Czujna była, ostrożna i wyraźnie pełna podejrzeń.

— A co się stało? — spytała nieufnie. — Co tam za taki rejwach? Tam spokojny mężczyzna mieszka, przyzwoity człowiek. Z wizytami to tam całe miasto nie lata, to niby co?

— Właśnie chodzi mi o wizyty — podchwycił natychmiast kapitan. — Widzę, że pani ma wizjer w drzwiach, może pani przypadkiem dostrzegła, kto tam był dzisiaj?

— Nie przypadkiem — odparła baba stanowczo i jakby ugryzła się w język. — Znaczy, ja patrzę, bo to nigdy nie wiadomo, różne bandziory się plączą. Jak co słyszę, to patrzę.

Kapitan pochwalił ją z całego serca i cóż zatem, zapytał, widziała? A widziała, owszem, jakiegoś zbójca wrednego, co się tu kręcił podejrzanie, a wyglądał niczym aniołek niewinny. Tacy najgorsi. Niby to w nogę sobie coś zrobił, a latał z góry na dół i z dołu do góry jak z pieprzem.

Kapitan cierpliwie wysłuchał donosu na podporucznika Jarzębskiego, okazał właściwe przejęcie i spytał, co było przedtem. Baba się zacięła.

— Pan powie, co się stało — zażądała. — Wynieśli go na noszach. Chory? Był chory, pogorszyło mu się? Atak jaki? Nie daj Boże, umarł? Bo więcej nie powiem.

— Został zamordowany — odparł kapitan brutalnie, błyskawicznie oceniwszy, że prawda tu w niczym nie zaszkodzi.

Babę na moment jakby zadławiło. Uniosła się z krzesła i ciężko opadła z powrotem.

— To ta suka — powiedziała przez zaciśnięte zęby.

— Jaka suka? — zainteresował się kapitan natychmiast. Baba milczała, siedziała przez chwilę, podniosła się, udała do wnęki kuchennej i napiła się wody z kranu, co było niezbitym dowodem ciężkiego szoku. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pija w tym mieście płynącej z kranu cieczy w stanie surowym. Nawet po przegotowaniu słuszniejsze jest używać jej do mycia podłogi. Wróciła na swoje krzesło, usiadła i wzięła głęboki oddech.

— Powiem wszystko — rzekła zdecydowanie. — Pierwsza rzecz, to ja patrzyłam, bo on mnie specjalnie o to prosił. Pan Mikołaj, znaczy. Kto się kręci, kto puka, jak go nie ma, albo co. No to patrzyłam. Raz tu jedni wytrychem grzebali, to wygoniłam, w zeszłym roku jeszcze. A dzisiaj, z godzinę temu, no, z półtorej może, ta dziwa była, poznałam ją. Po trzech latach się tej wietrznej ospie przypomniało.

Kapitan zainteresował się wietrzną ospą i z naciskiem poprosił o szczegóły.

— Ona z nim żyła — rzekła baba, znów przez zęby, głosem jak trucizna. — Przychodziła wtenczas, rzadko dosyć, więcej on do niej chodził. Żona, mówił, taka tam żona, na kwit z pralni. Od trzech lat jej nie było, a dziś się pokazała, w ortalionie była zielonym, otworzył jej, weszła, posiedziała i poszła precz. A leciała jak do pożaru. Poszłam do okna, do samochodu wsiadła i już jej nie było.

— Do jakiego samochodu?

— Nie wiem. Nie znam się. Nie fiat, nie polonez i nie mercedes, a co więcej, to nie rozróżniam. Szary taki. Oni się rozeszli, rzucił ją, to ja zgadłam, i teraz się zemściła.

— Zna pani jej nazwisko?

— Nie. Nigdy nie powiedział. Ani nawet imienia.

— Jak wyglądała?

— A jak wydra, wypłosz taki, łeb rozczochrany, blondynka. Prawdziwa, nie tleniona, ja się znam na tym. Chuda dosyć, a młodą to tylko udaje, trzydzieści pięć ma jak obszył. Na wzrost trochę mniejsza ode mnie, z pół głowy będzie.

Baba była jak piec, przeszło metr siedemdziesiąt, z dobrą piętnastką nadwagi. Kapitan wziął stosowną poprawkę, ale i tak informacje o wietrznej ospie wydawały się skąpe. Pomyślał, że może znajdą wśród papierów przynajmniej imię i telefon, a może nawet adres.

— Nie wie pani, gdzie mieszkała?

— Blisko chyba, gdzieś na górnym Mokotowie, ale dokładnie nie wiem. Ona tu była ostatnia, a przed nią pan Mikołaj był, żywy, bo serek mu przyniosłam ze sklepu i wziął ode mnie we drzwiach. Nic mu nie było.

— A mówiła pani, że był chory?

— A był. Wypadek miał, samochód go potrącił. Z krzyżem miał coś niedobrze i leżał, z domu nie wychodził, ale tak, to był zdrowy.

— Odwiedzał go ktoś jeszcze?

Baba przez chwilę milczała i kapitan mógłby przysiąc, że coś zdusiła w sobie.

— Nie — powiedziała stanowczo. —Jego w ogólności prawie nikt nie odwiedzał. Jeden taki czasem przychodził, ale rzadko, ze dwa razy do roku. Średni i piegowaty, zawsze na nim aparaty fotograficzne wisiały. I raz była basetla jedna, wielka, gruba i czarna, łeb jak u konia. Ale do środka nie weszła, przez drzwi z nią pogadał, poczekała na schodach i on zaraz wyszedł. I poszli. Więcej nic nie było.

Komunikat o wietrznej ospie wydawał się z tego wszystkiego najcenniejszy. Co do innych informacji, to zamordowany facet z przeciwka był dziennikarzem, pracował dorywczo i ciągle jakieś materiały do pracy zbierał. Po całych dniach w domu go nie było, a nie zdarzyło się nigdy, żeby wrócił nietrzeźwy, obojętnie, rano, wieczór czy ,w nocy. Porządny człowiek, krótko mówiąc.

W mieszkaniu denata dwóch podporuczników przy pomocy sierżanta odwaliło kawał roboty. Szczegółową lekturę tysięcy maszynopisów, wycinków pracowych, całych gazet i rozmaitych pism urzędowych odłożyli na później, optymistycznie wyobrażając sobie, że będą mieli wolną chwilę, teraz zaś zajęli się wnikliwym przeglądem dwóch najbardziej interesujących przedmiotów. Jeden z nich robił wrażenie notesu, a drugi był damską torebką, dużą, trochę zużytą^ z miękkiej skóry, z naderwanym paskiem do noszenia i zaklinowanym zamkiem błyskawicznym.

Kapitan Frelkowicz z miejsca skojarzył torebkę z wietrzną ospą i rzucił się na nią niczym wygłodniały sęp na padło.

— Dokumenty? — krzyknął z nadzieją.

— Nic z tego — odparł z goryczą podporucznik Werbel. —W ogóle zawartość jakaś dziwna. Tu leży wszystko, o… Zrobiłem spis.

Kapitan obejrzał dużą ilość różnych rzeczy, ułożonych na wolnym kawałku tapczanu i chwycił spis.

— Niemożliwe, żeby w tym nie było nic o właścicielce! —powiedział stanowczo. — A wygląda na to, że załatwiła go eks—podrywka. To może być właśnie to…

Zaczął czytać i umilkł.

Zawartość damskiej torebki prezentowała się raczej dość niezwykle. Stara, pękata, plastikowa kosmetyczka wypchana była szesnastoma przedmiotami, wśród których tylko puderniczka nie budziła zdziwienia. Resztę stanowiło zbiorowisko najzupełniej nie kosmetyczne, złożone ze szczątków lekarstw, środków opatrunkowych i przyrządów w rodzaju scyzoryka, otwieracza do kapsli, pęsetki filatelistycznej, agrafek i tym podobnych. Już sama kosmetyczka wystarczała, żeby na tapczanie zrobić niezły śmietnik. Kapitan wstrzymał się od komentarzy i czytał dalej.

Pozycję czwartą stanowił kalendarzyk na rok bieżący z dwiema notatkami i niczym więcej. Pozycję piętnastą świstek papieru z napisem: Zmam 46 16. Szesnastą drugi świstek papieru z napisem: Zosia 15. Kapitan przeleciał takie rzeczy, jak puste, plastikowe okładki z obcojęzycznym drukiem, kserokopię bardzo dziwnego spisu potraw, żetony do automatów do gry i sześć pogniecionych strzępów ligniny, papieru toaletowego i chusteczek higienicznych, oko jego jednakże zatrzymało się na punktach od 17 do 21. Stanowiły je: dwie puszki piwa Okocim, butelka spirytusu salicylowego, mała torebka żwiru, dwa dość duże kamienie luzem — jeden biały, a drugi czarny — i reflektorek średnich rozmiarów, na dwie baterie, bez baterii.

Doczytawszy do końca, kapitan milczał długą chwilę.

— Kobieta, która takie rzeczy nosi w torebce, jest zdolna do wszystkiego — rzekł wreszcie z przekonaniem. — Wariatka…? Była tu facetka, pół godziny przed Jarzębskim. Trzeba ją znaleźć.

— Ciekawe, po czym — mruknął podporucznik Werbel.

— Są notatki. Dwa numery telefoniczne. I to coś… no, te papierki…

— Z Zosi piętnaście to ja dużo nie zgadnę. Wszyscy wiedzą, że piętnastego maja jest Zofii. Ciekawe, co to może być Zmam.

— Adres — podpowiedział niezbyt pewnie kapitan. — 46, mieszkania 16.

— Zmam? — zdziwił się podporucznik. — Jest taka ulica?

— Sprawdzimy w spisie. Pod te numery trzeba zadzwonić. Coś wam jeszcze wyszło z tego szukania?

Podporucznik Jarzębski siedział nad notesem i coraz bardziej zieleniał na twarzy.

— Wyszło — powiedział jadowicie. — Gromadził wszystko, z wyjątkiem tego, co mnie jest potrzebne. Mam tu notes, rany Boga żywego!

Notes mógł być uważany za notes wyłącznie z racji zapisków. Składał się z kawałka czegoś razem i setek luźnych kartek, nie mających żadnego porządku alfabetycznego. Ściśle biorąc, nie mających żadnego porządku. Znajdowała się na nich olbrzymia ilość nazwisk, numerów, adresów i notatek dla pamięci, w rodzaju: babcia, szkło, 72/42, Jar. sob. 17, M. Oko i tym podobnych. Komputer by się w tym zgubił.

— Słuchajcie, czy jesteście pewni, że to nie była jego torebka? — spytał delikatnie podporucznik Werbel. — Może ona i damska, ale jakoś mi te rzeczy pasują do siebie.

— Puderniczki by chyba nie nosił? — powiedział kapitan z powątpiewaniem.

— Ale szminki tam nie ma. I kredki do oczu. One to miewają zazwyczaj przy sobie…

— Przestań mącić, to był normalny facet! — zdenerwował się podporucznik Jarzębski. — Za kobietę się nie przebierał, ludzie, metr osiemdziesiąt wzrostu i bary jak u zapaśnika! Mowy nie ma!

— Ty o nim coś wiesz? — zainteresował się kapitan.

— Wiem, nawet dużo. Kiedyś pracował w MSW, ale od piętnastu lat był na rencie. Stuknęli go i został mu uraz kręgosłupa, a także skłonność do węszenia. Węszył, gdzie popadło i ostatnio zajmował się fałszowaniem Rejmontów. Możliwe zresztą, że już wcześniej siedział w studolarówkach, ale ja o nim wiem od niedawna. Taka Zosia Samosia to była, lubił wiedzieć i nikomu nie powiedzieć, sztuka dla sztuki. Ale jak z nim gadałem przez telefon, dał do zrozumienia, że może co wyjawi. No i macie, już mi wyjawił.

— Dwie rzeczy — rzekł kapitan po krótkim namyśle. — Ktoś tu podobno grzebał wytrychem, wydrzeć informacje od baby z przeciwka. I drugie, to ten wypadek samochodowy. Uszkodzenie kręgosłupa, musi o tym wiedzieć drogówka i pogotowie, co najmniej.

— I, oczywiście, znaleźć właścicielkę tej torebki — dołożył kąśliwie podporucznik Werbel, potrząsając pustą torbą.

Dwa numery telefoniczne, pod które zadzwoniono od razu po powrocie do komendy, nie odpowiadały. Biuro numerów wyjaśniło, że oba należą do Polskiej Akademii Nauk, Centrum Medycyny Doświadczalnej, mieszczące się na Dworkowej. O tej porze mogło tam nikogo nie być. Ulica, zaczynająca się na Zmam, nie istniała i Jarzębski wysunął przypuszczenie, że może źle odczytali, bo jest niewyraźnie napisane. Nie Zmam, tylko Znam. Znam również nie istniało. Jarzębski poszedł dalej i przekształcił to w Znan, Z i a nie ulegały wątpliwości. Takich ulic było dwie, Znana i Znanieckiego. Znana była krótką uliczką na Woli, Znanieckiego, również nie długa, na budującym się Gocławku. Numer 46 nie miał się tam gdzie zmieścić i personel pomocniczy został obarczony poleceniem przejrzenia spisów ulic innych miast.

Podporucznika Jarzębskiego, na jego własną prośbę, wyprowadzono z mieszkania denata w sposób specyficzny, silnie trzymając za ramię. Miał nadzieję, że baba z przeciwka patrzy. Zamierzał tu wrócić i pogawędzić z nią prywatnie, co też uczynił jeszcze tego wieczoru.

— A co? —spytała na przywitanie, otwierając mu drzwi. — Puścili pana tak od razu?

— Puścili, sprawdzili tylko odciski palców i czy nie miałem przy sobie rękawiczek — odparł Jarzębski bez namysłu.

— Mógł pan wyrzucić, jak pan poleciał na dół.

— E tam. Primo, obejrzeli śmietniki, a secundo, moją nogę. Do latania się nie nadawała i przy okazji doktor zrobił mi okład, o!

Podciągnął nieco nogawkę spodni i zaprezentował kostkę, elegancko opakowaną w bandaż elastyczny. Pamiętał, że to miała być prawa. Baba pokręciła głową, wyraźnie zdziwiona, jak mogła się tak pomylić, jej zdaniem pogrzmiał w dół i zaraz wrócił na górę, tymczasem okazuje się, że jednak rzeczywiście siedział na stopniu, schylony i niewidoczny. Wyraziła żal, że nie jęczał, bo wtedy nie miałaby niepotrzebnych podejrzeń. Podporucznik Jarzębski wyjaśnił, że to nie z odporności i hartu ducha, tylko dech mu zaparło. Tak go przez chwilę bolało, że nie mógł głosu z siebie wydobyć. Ostatnia informacja do piekielnej baby wreszcie przemówiła.

— I co pan chce teraz? — spytała z mniejszą nieufnością.

— Żebym to ja wiedział — odparł Jarzębski żałośnie. — Ktoś zabił tego pani sąsiada i szczerze pani powiem, że ja do niego właśnie przyszedłem.

— To wiem —wtrąciła sucho.

— Ale nie wie pani, że on został okradziony — kontynuował Jarzębski z przejęciem zaplanowaną wersję. — Taką dużą teczkę od niego wynieśli, nie aktówkę, tylko grubą, walizkową. Papiery tam miał.

— Co za papiery?

— Różne. W tym moje. Jakby to pani powiedzieć… Zobowiązania tam były, weksle i różne takie, co paru osobom mogły nieźle zaszkodzić. Chciałem z nim pójść na ugodę, bo siedzieć to może nie, ale bez płacenia by się nie obeszło. Ale wiem o innych, którzy gorzej wyglądają i tak myślę, czy to przypadkiem nie ktoś z nich go trzasnął. Nie było tu jakiego incydentu? Włamanie może, albo jakaś awantura? Pani wie wszystko.

Popatrzył na nią wzrokiem, któremu kamień oparłby się z trudem. Baba konsystencją psychiczną mocno przerastała minerał, ale odrobinę jakby się zawahała.

— To może te… — wyrwało jej się.

— Które? — spytał chciwie podporucznik. Zacementowała rysę błyskawicznie.

— To ta zaraza — doniosła. — Ta suka, ta szantrapa, co go zabiła. Z torbą wyszła.

Komunikat o torbie również był cenny, ale podpuszczony przez kapitana podporucznik żywił głębokie przekonanie, że baba coś ukrywa. Facetka, wizytująca denata na chwilę przed jego śmiercią, stanowiła kluczowy element dochodzenia, okoliczności towarzyszących jednakże pomijać nie należało. Szczególnie okoliczności z uporem tajonych.

Torba została opisana jako dość duża, chyba ciężka, wypchana i w zielonym kolorze. Nic z niej nie wystawało i co zaraza w niej wyniosła, nie dawało się odgadnąć, ale mogły to być owe ukradzione papiery. Podporucznik zaczął kręcić, rozpaczając nad niefartem. Że też nikt inny tej gangreny nie widział, może ktoś ją zna, skoro tu kiedyś bywała, przynajmniej z widzenia! Jakiś sąsiad, może cięć! Poza tym, o ile wie, w te przykrości papierowe zamieszani byli sami mężczyźni i ani jednej kobiety, więc dziwi się przeraźliwie i dostrzega same okropne problemy!

Baba znów się odrobinę zawahała. Miotała nią wyraźna rozterka, usadzić wietrzną ospę, czy wyjawić pełnię wiedzy. Wiedza stanowiła punkt honoru, a nieboszczykowi zaszkodzić już nie mogła, z drugiej znów strony okazja załatwienia rywalki pojawiła się niepowtarzalna. Zaparła się z niej skorzystać.

— Jak raz makaron mi wykipiał — rzekła sucho i pozornie od rzeczy. — Nic nie wiem, żeby kto inny był, tylko ona. A jak poszła, to on już nie był żywy. Powiesić trzeba, żeby z piekła nie wyjrzała, takiego mężczyznę zabić…!

Na moment głos się jej załamał i podporucznik zrozumiał, że pod scenicznym makijażem i szopą lakierowanych pukli wrą wielkie namiętności. Wszystkie przebijała nienawiść do wietrznej ospy i zarazy. Pośpiesznie i z dużym zapałem zgodził się, iż zarzucone już dość dawno włóczenie końmi i biczowanie pod pręgierzem należałoby dla niektórych osób przywrócić w pełnej krasie. Baba ujrzała jakiś rodzaj pokrewieństwa dusz i wyzbyła się wrogości, ale na pełną szczerość nie poszła. Dwie osoby widziała, zarazę i jego, a więcej nic nie wie.

Podporucznik dałby się zabić za to, że coś tu się działo. Plątał się ktoś więcej, może denat pokazał się żywy, może nastąpiło coś jeszcze innego, ale nie miał sposobu wydrzeć całej prawdy z zaciętej megiery. Wszystkie siły ześrodkowała na jednym donosie, możliwe, że trafnym, ale niedostatecznie udokumentowanym. W dodatku prowadziła własne dochodzenie.

— Jak pan przyszedł, to on już nie żył, co? — spytała ponuro i badawczo.

— Nie żył — przyświadczył podporucznik. — I chciałem, prawdę mówiąc, zmyć się stąd bez niczego, ale ta cholerna noga mnie załatwiła. Widziała pani, przyjechały gliny, ktoś ich musiał zawiadomić. Nie pani czasem?

— Nie, ja jeszcze nie wiedziałam, o co tu chodzi. Pan Mikołaj nie lubił szumu dookoła siebie, nie odważyłabym się bez niego. A jak pan wchodził, to co? Nikogo pan nie spotkał?

— Nie. Kogo miałem spotkać? Tę facetkę ma pani na myśli?

— E tam. Po niej ten makaron mi kipiał i gaz pod garnkiem ustawiałam… Ale kto ją tam wie, czy z obstawą nie przyszła…

— Z jaką obstawą?

Baba zacisnęła usta. Podporucznikowi węch podpowiedział, że kogoś tu jeszcze musiała widzieć, jakiegoś faceta zapewne. Nie przyzna się za nic w świecie, żeby nie zmącić wizerunku jednej podejrzanej, może go zresztą widziała niedokładnie, może przeszkodził jej ten makaron, którego czepia się z takim uporem. Może tylko coś słyszała…

Przez długą chwilę patrzył na nią pytająco i bez skutku. Odporność miała nie do przebicia. Westchnął ciężko.

— A od jej wyjścia do mojego przyjścia ile czasu upłynęło? Nie wie pani przypadkiem?

— Szesnaście minut — odparła bez namysłu, budząc tym jego śmiertelne zdumienie.

— Skąd pani wie tak dokładnie?

— Przez ten makaron. Na zegar ciągle patrzyłam.

— I nic się nie działo kompletnie?

— Jakie nic? Maka...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin