Bo Johnny jest tylko jeden cz.2.doc

(53 KB) Pobierz

 

W całym pokoju palił się tylko jeden jedyny płomyczek. Oddech mi przyśpieszył. Gdy był już wystarczająco blisko mojej twarzy, zdmuchnął świeczkę. Zapadła ciemność. Słychać było tylko nasz oddechy. Jego spokojny, miarowy, mój przyśpieszony. Poczułam muśnięcie ciepłych warg na mojej szyi, a potem opuszki palców dotykających mojego policzka. Moje ciało przeszyło mrowienie. Byłam jak zwierzę z opaską na oczach, które jest zdane tylko na instynkty. Palce przesuwały się po moim policzku aż do kącika ust, jakby czegoś szukały.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Johnny przycisnął swoje usta do moich i zaczęliśmy się całować. Całował mnie namiętnie, a ja nie pozwalałam mu przestać. Moje ręce błądziły po jego ciele, natomiast jego podtrzymywały mnie w talii. Od tych wszystkich emocji kręciło mi się w głowie. Johnny zaczął zsuwać ramiączko sukienki z mojego ramienia. Wydałam się z siebie pomruk i właśnie w tej chwili przed oczami ukazał mi się obraz pięknej i wyniosłej Vanessy. Twarze dzieci. Lily uśmiechniętej od ucha do ucha w sukience od Gucciego. Zmęczonego i ociekającego wodą chłopczyka po całym dniu spędzonym w Aqua Parku

Oderwałam się od Johnny’ego.

-              Przepraszam – sapnęłam i po omacku wyszłam z salonu w poszukiwaniu wyjścia.

Nie ma to jak mieć miękkie sumienie. Nie mogłam im tego zrobić. Nie mogłam zabrać ojca tym dzieciom. Nawet jeśli miałby to być przelotny romans, czułabym się źle z tym wszystkim.

              Tego wieczoru zdałam sobie sprawę, że pokochałam go jeszcze mocniej. Zadzwonił do mnie trzy razy. Trzy razy nie odebrałam telefonu, to wystarczyło by przestał dzwonić. Musiałam to sobie przemyśleć.

              Po dwóch dniach od pamiętnego wieczoru Wyjrzałam przez wizjer, ale zobaczyłam tylko zieloną plamę, bo ktoś stał zbyt blisko drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam stojącą na progu Victorię. Wytrzeszczyłam oczy. Przypomniały mi się słowa Johnny'ego 'Jak będzie czegoś bardzo chcieć, spełni się to'.

- Vicky. - wydusiłam. Stała w zielonym topie i ciemniejszej także zielonej spódnicy. Na głowie miała słomiany kapelusz.

- No co, nie cieszysz się? - powiedziała rozpromieniona. Rzuciła torby na próg i wyściskała mnie, lecz ja nadal stałam jak słup soli. Miałam co do niej mieszane uczucia.

- Co... ty tu... robisz? - wydukałam.

- Przyjechałam w odwiedziny do mojej przyjaciółki. - zaczęła się rozglądać. - Lokaj! - krzyknęła. - Tragarz!

Patrzyłam się na nią jak na idiotkę.

- Nie masz służby? Dziwne, to kto robi ci kanapki?

- Wejdź. - mruknęłam. Wzięła swoje torby i poszła do salon rzucając je na podłogę.

- Ładnie tu masz. - pochwaliła obracając się dookoła. - A gdzie puchary?

- Usiądź. - powiedziałam z drażliwością.

- Jak chcesz. - wzruszyła ramionami i usiadła.

- Kawy? Herbaty?

- Wody. - powiedziała dalej się rozglądając.

              Po filiżance kawy uspokoiłam się. Vicky opowiadała jak się przejęła moim wyjazdem. Nie mogła się do mnie dodzwonić (trudno się do kogoś do dzwonić, nie mając pojęcia, że ta osoba zmieniła numer). Znalazła karteczkę i trochę się uspokoiła, ale bardzo za mną tęskniła. Szkoda, że przyjechała dopiero po dwóch miesiącach, nie po tygodniu skoro tak się martwiła i umierała z tęsknoty. Po długiej rozmowie wybaczyłam jej, chociaż właściwie nie wiem co miałam jej wybaczać. W końcu to ja narozrabiałam. Można powiedzieć, że zamieniłyśmy się z Victorią osobowościami: teraz to ona była pewna siebie, a ja ta spokojna, rozważna.

              Po trzech dniach spędzonych na zakupach, wypadach do kina i spa, żegnałyśmy się ze łzami. Vicky miała do załatwienia jakieś ważne sprawy. Nie pytałam jej o to, tak samo jak nie pytałam skąd ma mój adres. Nie czułam takiej potrzeby. Byłam ogromnie szczęśliwa, że znów jesteśmy sobie bliskie. Po jej wyjeździe zadzwoniłam do Johnny'ego, ale nie odbierał, więc nagrałam się na sekretarkę.

- Cześć, tu Mari... przepraszam, że się nie odzywałam, ale... nie ważne. Mógłbyś do mnie wpaść? Muszę z tobą pogadać... - rozłączyłam się.

Podczas pobytu Vicky, zaznajomiłam ją z moją miłością, Johnny'm. Stwierdziła, że słusznie postąpiłam nie chcąc  rujnować jego życia. Była dumna z tego jak wydoroślałam.

              Po dwóch godzinach zadzwonił dzwonek.

- Wejdź! - krzyknęłam z kuchni; wiedziałam, że to Johnny. Wszedł i usiadł cicho na kanapie. Włosy opadały mu na czoło, kiedy siedział tak ze spuszczoną głową.

- Chciałaś porozmawiać... więc porozmawiajmy. - usiadłam na wprost niego.

- Tamtego wieczoru... - zaczęłam. - Było naprawdę cudownie. O mój Boże, Johnny, kochałam się w tobie od małolaty. - wypaliłam. Nie odezwał się tylko cierpliwie słuchał. - A potem cię poznałam na żywo. Myślałam, że oszaleję. Skakałam z radości gdy się do mnie uśmiechałeś, gdy poświęcałeś mi swój czas. Czułam się potrzebna. Nie wiedziałam co do mnie czujesz... Widziałam cię u boku Vanessy i myślałam, że tam jest twoje miejsce. A teraz już nie myślę, ja to wiem. Chciałam żebyś mnie pokochał, a gdy próbowałeś się do mnie zbliżyć, odrzucałam cię. Wiem, że to głupie, ale wtedy, gdy mnie całowałeś, przypomniałam sobie o twoich dzieciach, o Vanessie. Nawet jeśli ci się z nią ostatnio nie układa, to matka twoich dzieci. To dlatego wyszłam. Nawet gdybyś tylko się mną zabawiał, ja i tak nie mogłabym później spojrzeć w oczy twoim dzieciom.

- Rozumiem. - odgarnął włosy w tył i złapał mnie za rękę.  - Jeśli chcesz możemy się więcej nie spotykać. - W oczach pojawiły mi się łzy. - Albo zostać przyjaciółmi. - powiedział szybko widząc moją reakcję.

- Oczywiście, że chcę się przyjaźnić. - łzy płynęły mi same i nie wiem czy ze szczęścia czy smutku. - Miałeś rację.

- Z czym? - zapytał zaciekawiony.

- Gdy się czegoś bardzo chce, to się spełnia.

- A czego pragnęłaś?

- Victorii; tak bardzo chciałam z nią porozmawiać!

- A nie mówiłem? - uśmiechnął się do mnie. - Muszę już iść. To jak, przyjaciele?

- Przyjaciele. - również się uśmiechnęłam.

- Kocham cię, Mari. Do zobaczenia.

- Też cię kocham. - choć pewnie jego miłość różniła się od mojej.

Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Poczułam niezmierną ulgę.

              Moja firma zaczęła podupadać. Przez trzy dni próbowałam sobie wszystko poukładać z firmą i zająć się nią sama. Rozmawiałam dzisiaj z Vicky, mówiła że idzie na imprezkę. Za to z Johnny'm nie miałam za dużego kontaktu. Kupiłam wino i słodycze i udałam się do sąsiadów. Pewnie Vanessa i dzieci już wrócili. Lepiej zacząć od nowa znajomość z Vanessą. Pukałam do drzwi, ale nikt nie otwierał, dzwoniłam dzwonkiem i nic. Wkurzona nacisnęłam klamkę i jak w kiepskich horrorach drzwi były otwarte. Światło paliło się tylko w holu. Postawiłam tam wino i słodycze.

- Johnny? - zawołałam. - Vanessa?

Nikt nie odpowiadał. Szłam powoli aż dotarłam do drzwi sypialni. Przecież ktoś musiał być w domu. Zobaczyłam płatki róż przy drzwiach. Pewnie Johnny i Vanessa się godzą. Poszłam do pokoju dzieci, ale obydwa były puste. Co się tu dzieje? Wróciłam pod drzwi sypialni. Odetchnęłam głęboko i delikatnie nacisnęłam klamkę.

              Świece, świece i świece. Pomimo nie zbyt dobrego światła widziałam wszystko dokładnie. Pod kremową pościelą leżał Johnny z... Victorią! To było straszne. Przez chwilę byłam zaskoczona, ale zaraz potem rozpętało się piekło. Gdy zobaczyłam Victorię przytuloną do nagiego torsu Johnny'ego dostałam ataku furii.

- Ty suko, jak mogłaś?! - Victoria otworzyła oczy i odskoczyła od Johnny'ego jak oparzona. Przykryła się pościelą.

- Mari, co ty ? - odezwał się Johnny, który był totalnie zdezorientowany.

- Zamknij się! - wrzasnęłam. - I nie mów do mnie Mari! - zwróciłam się do Victorii. - A ty jak mogłaś? "Stęskniłam się za tobą". Za mną czy za kochankiem? Byłaś moją przyjaciółką, kochałam cię jak siostrę. - spojrzałam na Johnny'ego. - A ty? Zwierzałam ci się, pomagałam, ale jak widać to wykorzystałeś!

- Ale... - zaczęła Vicky.

- Pieprz się, mogłaś zamknąć drzwi wejściowe. - rzuciła mi wrogie spojrzenie. Skierowałam się do Johnny'ego - To ja chciałam dobrze dla twojej rodziny, chciałam chronić twoje dzieci, a ty przespałeś się z moją najlepszą przyjaciółką?! - wskazałam palcem na Victorię. - A ty, ty przed tygodniem mówiłaś, że dobrze postąpiłam, że wydoroślałam. Dla ciebie było dobrze. Byliście w zmowie! Jaki to był plan? Uwieść głupią trzydziestolatkę i złamać jej serce? - czułam pot na czole i wściekłość, chciałam rzucać w nich nożami.

- Posłuchaj, za te dziesięć lat u twojego boku coś mi się chyba należało? - może i miała racje, ale nie takim kosztem.

- A więc to o to chodzi? To wszystko, dlatego że robiłaś tyle rzeczy za mnie? To wszystko zemsta?

- Zemsta jest słodka, skarbie. - powiedziała oblizując wargi.

- Nie mów do mnie skarbie, szmato!

- Marina! - oburzył się Johnny. - Jak śmiesz tak mówić… do przyjaciółki?

- Na twoim miejscu zamknęłabym się, Johnny, bo jutro z samego rana możesz dostać pozew o rozwód. Ahh, no tak przecież nie jesteś żonaty, prawda? Nie masz żony? I co myślisz, że to upoważnia cię do zdrady? Nie, mój drogi, albo z tym skończysz albo jutro w drzwiach zobaczysz Vanessą z dziećmi, a pod domem tłum paparazzich. Żegnam.

- Zaczekaj! - wydarła się Victoria, była przerażona. Natomiast Johnny zaniemówił i zastygł w bezruchu. Wychodząc z domu trzasnęłam drzwiami, musiałam jakoś wyładować emocje. O ile się nie mylę, Victoria miała być dzisiaj na imprezce. Ładna mi imprezka.

              W domu pootwierałam okna, chłodne powietrze wlatywało do domu i chłodziło moje rozgrzane do czerwoności ciało. Aby o wszystkim zapomnieć zrobiłam sobie noc piękności. Wzięłam letnią kąpiel, ogoliłam nogi i bez pośpiechu wcierałam w ciało owocowy balsam. Naniosłam odżywkę na paznokcie, a następnie pomalowałam je na perłowy kolor. Zabiegi kosmetyczne poprawiły mi humor. Gdy weszłam do salon poczułam gęsią skórkę na ciele. No tak, zostawiłam otwarte okno, więc po omacku podeszłam i je zamknęłam. Miałam ochotę na filiżankę gorącej czekolady, poszłam zapalić światło. Jednak gdy zrobiłam parę kroków, światło zapaliło się samo. Nie, jednak nie samo, bo zapaliła je Victoria stojąca przy futrynie. Ze złośliwym uśmieszkiem wpatrywała się we mnie i oooo była ubrana.

- Witam Mari, przechodząc pomyślałam, że wpadnę na herbatkę.

- Victoria, przestań, nie bądź bezczelna, wynoś się. - mówiłam z opanowaniem i stanowczością.

- No dobrze, obejdzie się bez herbatki. Przejdę do rzeczy... spieprzyłaś mi najlepszą noc mojego życia.

- Doprawdy?

- Nie przerywaj mi. - warknęła. Włożyła dłonie do kieszeni dżinsów. Wbijała we mnie osty jak nóż wzrok. - Wiesz co Johnny powiedział jak wyszłaś? Żebym się spakowała bo jutro wyjeżdżam. Wyśmiałam go, bo nie mam zamiaru wyjeżdżać. Był roztrzęsiony i łykał jakieś tabletki na uspokojenie. A to wszystko przez ciebie, wariatko!

- To ty mu rujnujesz życie, nie ja.

- Czyżby? To nie ja grożę, że wydam jego romans.

- Postępuję słusznie.

- Słusznie? A pomyślałaś czy postępujesz słusznie wykorzystując mnie jak niewolnika? Z roku na rok nienawidziłam cię jeszcze bardziej.

- Masz rację, traktowałam cię podle, ale się zmieniłam.

- Nie obchodzi mnie to. Zrujnowałeś mi życie i dalej je rujnujesz. Nie pozwolę ci na to. A Vanessa się o tym nie dowie, rozumiesz?

- Victoria, uspokój się...

- Pieprz się, mogłaś nie zostawiać otwartego okna. - odgryzła się. Wyjęła ręka z kieszeni. Coś czarnego błysnęło w jej dłoni. Pistolet. Poczułam w gardle gulę, której nie mogłam przełknąć. Nie chcę umierać. Teraz gdy zmieniłam się na lepsze? Gdy już nie jestem głupią, egoistyczną lalką. Teraz gdy kogoś pokochałam? Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Dlaczego? Chciałam zapytać, ale się bałam. Wiedziałam, że Vicky była wściekła, ale żeby od razu zabijać?

- Cicha woda brzegi rwie. - uśmiechnęła się drwiąco. Już nie wyglądała jak stara Victoria. Usłyszałam brzęk załadowanego pistoletu. Przestraszyłam się, ale z iskierka nadziei zaczęłam robić krok. Zauważyła; oblał mnie zimny pot.

- Nie ruszaj się bo strzelę. - nie posłuchałam i podbiegłam do niej. Byłam tak blisko, mogłam wytrącić jej broń z ręki. Nagle usłyszałam strzał. Zakręciło mi się w głowie i wydałam zduszony okrzyk. Victoria strzeliła w sufit.

- Następna będzie dla ciebie. Odsuń się pięć kroków do tyłu. - posłusznie wycofałam się i stanęłam sparaliżowana strachem. To koniec, przynajmniej próbowałam. - Niewiedza jest najlepszym przyjacielem, skarbie. - wycelowała w klatkę piersiową. Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z Johnnym. Mokry podkoszulek lepiący się do ciała, później Johnny w garniturze na bankiecie. Wreszcie Johnny w niebieskiej koszuli siedzący przy stole. Nie umiałam być na niego zła. Nie umiałam. Kocham cię, Johnny. Zacisnęłam mocniej powieki. Victoria, wybaczam ci, widocznie sobie na to zasłużyłam. Oddychałam głęboko. Stałam tak minutę, potem drugą...

- Strzelaj, do cholery! - krzyknęłam łkając. Usłyszałam strzał, a później uderzenie, jakby coś przewróciło się na podłogę. Czekałam na falę bólu, na ciemność. Trzęsłam się niesamowicie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że żyję. Otworzyłam oczy i krzyknęłam. Na podłodze leżała Victoria w kałuży własnej krwi, parę centymetrów ode mnie. Oczy miała otwarte, zaskoczone. Ktoś strzelił jej w serce, ktoś stojący za nią. Tam gdzie niedawno była Victoria, stał teraz Johnny oparty o framugę drzwi. W trzęsącej się ręce trzymał drugi pistolet. Przerażona usiadłam na krześle wbijając w niego wzrok. Johnny patrzył na ciało, a jego twarz wykrzywiał grymas bólu.

Opuścił broń, spojrzał mi w oczy i powiedział:

- Zrobiłem to, co uważałem za słuszne.

 

THE END.

 

 

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin