Stephen Ambrose - Kompania Braci.doc

(2146 KB) Pobierz
Stephen E

Stephen E. Ambrose                                                                                                             Kompania Braci

 

 

 

Stephen E. Ambrose

 

 

 

Kompania Braci

 

 

 

 

 

 

Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera

 

Kompania E 506 pułku piechoty spadochronowej

101 Dywizji Powietrznodesantowej

 

 

 

 

 

 

PRZEKŁAD Leszek Erenfeicht

 

 


 

 

Wszystkim żołnierzom piechoty spadochronowej Armii Stanów Zjednoczonych w latach 1941 – 1945

Dla których Fioletowe Serce nie było odznaczeniem

Lecz oznaką specjalności

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od chwili tej do końca świata

... w pamięci ludzkiej będziemy żyć:

my wybrańców garść,

... kompania braci

 

Henryk V

Wiliam Szekspir

 


 

Przedmowa

 

 

W czerwcu 2000 roku do Nowego Orleanu przyjechali Tom Hanks i Steven Spielberg, by przez kilka dni uczestniczyć w uroczystym otwarciu National D-Day Museum. Ich obecność wzbudziła wielkie zainteresowanie gości, pracowników muzeum, reporterów, ekip telewizyjnych w ogóle wszystkich.

W różnych imprezach towarzyszących otwarciu uczestniczyły tysiące weteranów II wojny światowejwiększość z nich wzięła udział w ponad trzykilometrowej paradzie. Jadąc w zabytkowych pojazdach wojskowych, machali do zebranych wzdłuż trasy nieprzebranych tłumów, pokazywali transparenty z napisem „Dziękujemy" i reprodukcje pierwszych stron nowoorleańskiego „Times-Picayune" z wielkimi czołówkami obwieszczającymi kapitulację Niemiec i Japonii. To była największa defilada wojskowa, jaką widział Nowy Orlean od czasu zakończenia II wojny światowej z przemarszem oddziałów w mundurach z epoki, orkiestrami, paradą pojazdów, przelotami historycznych samolotów i oczywiście obecnością weteranów.

Kiedy przed trybuną pojawiła się grupa rangersów, Tom Hanks przeskoczył przez barierkę, by uściskać im ręce i poprosić o autografy. Pytał, czy może sobie zrobić z nimi zdjęcie. Wkrótce dołączył do niego Steven Spielberg. Gwiazdy w jednej chwili przeistoczyły się w fanów.

Tom i Steven pracowali wtedy nad serialem dla telewizji HBO, który miał być ekranizacją tej książki. Byłem pod wrażeniem ich dbałości o szczegóły i zgodność historyczną. Przesyłali mi scenariusze poszczególnych odcinków do zatwierdzenia. Moje uwagi i komentarze czytali z uwagą, bardzo starali się je realizowaćmimo że przecież nigdy w życiu nie byłem scenarzystą. Wiem, jak się pisze książki, ale serialu czy filmu fabularnego na pewno nie potrafiłbym stworzyć. Wraz ze mną scenariusze dostawali do przejrzenia także główni bohaterowie tej opowieści. Steven i Tom jeździli do nich i rozmawiali, odkrywając często nie znane fakty, do których nawet ja nie dotarłem. Co więcej, odtwarzający główne role aktorzy także dzwonili do weteranów, w których mieli się wcielać. Pytali o ich przeżycia i emocje w czasie tamtych wydarzeń. Czy pan się wtedy uśmiechał? Odczuwał radość? Napięcie? A może był pan przygnębiony, w stanie depresji? Kiedy w Anglii zaczęto kręcić zdjęcia do serialu, Tom zdołał nawet namówić Dicka Wintersa, żeby towarzyszył ekipie filmowej jako konsultant.

W „Podziękowaniach" na końcu opowiadam, jak doszło do tego, że w ogóle napisałem książkę o kompanii E. Tom i Steven po przeczytaniu zdecydowali się przerobić ją na scenariusz serialu telewizyjnego, co wcale nie było rzeczą prostą. Na rynku co roku pojawiają się setki, jeśli nie tysiące nowych książek o II wojnie światowej. Tym, co zainteresowało ich w Kompanii braci, był jej zakresobejmujący niemal całą kampanię w północno-zachodniej Europielecz także, a kto wie, czy nie w większym stopniu, sposób przedstawienia: koncentracja na jednej zaledwie, choć wyróżniającej się kompanii piechoty. Na osobowościach i działaniach garstki ludzi. To właśnie owa personalizacja zafascynowała w tej historii mnie, ich i wielu czytelników. Wojna była olbrzymim przedsięwzięciem, którymlepiej lub gorzejkierowały dziesiątki mniej lub bardziej wybitnych generałów i polityków. Ludzie mają już dość globalnego spojrzenia. Nie chcą po raz kolejny czytać o Eisenhowerze i Naczelnym Dowództwie, o prezydencie Roosevelcie i jego sztabie, o strategii. Chcą poznać historię i doświadczenia poszczególnych ludzi, żołnierzy, lotników, marynarzy. Chcą wiedzieć, co robili i dlaczego. Szukają w tej lekturze rozrywki, ale też wiedzy, a przede wszystkiminspiracji.

Tom i Steven, jak wielu z ich pokolenia, są zafascynowani II wojną światową. Doskonale zdają sobie sprawę, jak dużo zawdzięczają tym, którzy w niej walczyli. Większą część swojej pracy właśnie im poświęcili, honorując osiągnięcia weteranów. To się rzuca w oczy.

Podzielam ich uczucia i cieszę się, że mogłem wziąć udział wraz z nimi w ożywianiu historii przez ukazanie indywidualnych losów ludzi, którzy ją tworzyli.


1

 

Chcieliśmy dostać te

cholerne skrzydła

 

Camp Toccoa

lipiecgrudzień 1942

 

 

Ludzie do kompanii E 506 pułku piechoty spadochronowej (506 PPS) 101 Dywizji Powietrznodesantowej (101 DPD) przybywali z najróżniejszych środowisk, z najrozmaitszych części kraju. Wśród nich i farmerzy, i górnicy, i ludzie gór, i Południowcy. Niektórzy przerażająco biedni, inni z klasy średniej. Był jeden harwardczyk, jeden absolwent Yale i dwóch z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Tylko jeden służył jako żołnierz przed wojną, a paru przyszło z Gwardii Narodowej lub rezerwy. Reszta była obywatelami w munduracharmią z poboru.

Spotkali się latem 1942 roku, kiedy Europejczycy kończyli trzeci rok wojny. Do wiosny 1944 roku stali się elitarną kompanią lekkiej piechoty powietrznodesantowej. Rankiem 6 czerwca, w dniu lądowania w Normandii, w swojej pierwszej walce kompania E zdobyła i unieszkodliwiła baterię niemieckich haubic 105 mm, trzymającą w szachu odcinek desantowy Utah. Nacierali na Carentan, walczyli w Holandii, bronili Bastogne, prowadzili kontrofensywę w Ardenach, toczyli boje o Nadrenię i zajęli kwaterę Hitlera, Orle Gniazdo w Obersalzbergu. Za sławę zapłacili stratami w wysokości stu pięćdziesięciu procent stanu etatowego. W szczytowym okresie sprawności bojowej, w Holandii w październiku 1944 roku i w Ardenach w styczniu 1945 roku, śmiało mogli się równać z najlepszymi na świecie.

Kiedy zrobili swoje, kompanię rozwiązano, a oni wrócili do domu.

Każdego ze stu czterdziestu podoficerów i szeregowych oraz siedmiu oficerów, którzy tworzyli pierwotny stan kompanii, przywiodła do miejsca jej utworzenia w Camp Toccoa, w Georgii, inna droga, ale mieli ze sobą wiele wspólnego. Wszyscy byli młodzi, urodzili się po Wielkiej Wojnie. Wszyscy byli biali, gdyż w Armii Stanów Zjednoczonych panowała w czasie wojny segregacja rasowa. Tylko trzej z nich byli żonaci. Większość za młodu polowała i uprawiała sporty.

Wyznawali specyficzny układ wartości. Najbardziej liczyły się dla nich: życie w znośnych warunkach, hierarchiczna organizacja i bycie częścią elitarnego oddziału. Byli idealistami, gotowymi nadstawiać karku za swoją grupę, poszukującymi oddziału, z którym mogliby się identyfikować, stanowić jego część i traktować jak wielką rodzinę.

Do spadochroniarzy zgłosili się na ochotnika, jak sami mówilidla emocji, zaszczytu i miesięcznego dodatku spadochronowego (pięćdziesiąt dolarów dla szeregowego, sto dla oficera[1]). Ale tak naprawdę do skakania z samolotów zgłosili się z dwóch względów natury osobistej. Pierwszy można by ująć słowami Roberta Radera jako „chęć bycia lepszym niż reszta". Każdy z członków kompanii przeszedł przez to samo, co przeżył Richard Winters: w pewnej chwili doszedł do wniosku, że nie po drodze mu z indywiduami, które spotykał, odkąd przeszedł bramę ośrodka uzupełnień. Musiały być jakieś lepsze sposoby na wojskową karierę. Oni nie uważali, że służba wojskowa to katastrofa, klęska życiowa i dziura w życiorysie. Chcieli przez to przejść, ucząc się czegoś, a czekające ich wyzwania miały pomóc im dojrzeć.

Po drugie, wiedzieli, że idą na wojnę. Skoro tak, nie mieli zamiaru trafić tam w towarzystwie niedouczonych słabowitych poborowych. Mając do wyboruskakać ze spadochronem jako awangarda ofensywy albo iść noga za nogą, w tłumie ludzi, którym nie można ufaćuznali, że mniejsze szansę na przeżycie mają jako szara masa armatniego mięsa. Kiedy zaczną do nich strzelać, woleli trafić gdzieś, gdzie mogliby na sąsiada patrzyć z nadzieją, a nie z obawą. Większości z nich Wielki Kryzys lat trzydziestych dał się we znaki i odcisnął głębokie piętno. Dorastając, nierzadko nie dojadali, chodzili w dziurawych butach, podartych swetrach, nie mieli samochodów, czasem nawet radia. Nie byli raczej intelektualistamiWielki Kryzys albo wojna oderwały ich od szkolnej ławki.

„A, mimo wszystko, bardzo kochałem i wciąż kocham mój kraj", deklarował po czterdziestu ośmiu latach Harry Welsh. Niezależnie od tego, jak życie się z nimi obeszło, nie winili za to ani jego, ani swego kraju. Wielki Kryzys nauczył ich polegania na sobie samych, ciężkiej pracy, przyjmowania rozkazów. Uprawiając sporty i polując, poznali poczucie własnej wartości i uwierzyli w swoje siły.

Zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że czekają ich poważne niebezpieczeństwa. Wiedzieli, że los będzie od nich wymagał więcej niż od innych. Wcale nie palili się poświęcać najlepszych lat młodości na toczenie wojny, której żaden z nich nie wywołał. Chcieli rzucać piłką na boisku, a nie granatem na polu bitwy, strzelać do lizaków z wiatrówek w wesołym miasteczku, a nie z karabinów Garanda do ludzi. Skoro jednak już mieli trafić na wojnę, postanowili pogodzić się...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin