Tolkien J.R.R. - Hobbit czyli tam i z powrotem.pdf

(1748 KB) Pobierz
5705462 UNPDF
J.R.R. TOLKIEN
Hobbit, czyli tam i z powrotem
(Przełożyła: Maria Skibniewska)
Tytuł oryginału:
The Hobbit, or There and Back Again
Data wydania polskiego: 1988 r.
Data pierwszego wydania oryginalnego: 1937 r.
N IEPROSZENI G OŚCIE
radna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca bło-
tem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można
usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, to znaczy: nora
z wygodami.
Miała drzwi doskonale okrągłe jak okienko okrętowe, pomalowane na zielono,
z lśniącą, żółtą mosiężną klamką, sterczącą dokładnie pośrodku. Drzwi prowadzi-
ły do hallu, który miał kształt rury i wyglądał jak tunel: był to bardzo wygodny
tunel, nie zadymiony, z boazerią na ścianach i chodnikiem na kafelkowej podło-
dze; nie brakowało tu politurowanych krzeseł ani mnóstwa wieszaków na kapelu-
sze i płaszcze, bo hobbit bardzo lubił gości. Tunel wił się w skrętach, wił się i wił,
wdrążając się głęboko, choć wcale nie prostą drogą, we wnętrze pagórka — a ra-
czej: Pagórka, bo tak go nazywano w promieniu wielu mil — a mnóstwo okrą-
głych drzwiczek otwierało się to po jednej, to po drugiej jego stronie. Hobbici nie
uznają schodów. Sypialnie, łazienki, piwnice, spiżarnie (mnóstwo spiżarni!), gar-
deroby (hobbit miał kilka pokoi przeznaczonych wyłącznie na ubrania), kuchnie,
jadalnie — wszystko mieściło się na tym samym piętrze, a nawet wzdłuż tego sa-
mego korytarza. Najparadniejsze pokoje znajdowały się z lewej strony, (patrząc
od wejścia), ponieważ tylko te miały okna, głęboko osadzone, okrągłe okna z wi-
dokiem na ogród, a dalej na łąki zbiegające w dół ku rzece.
Ów hobbit był bardzo zamożnym hobbitem, a nazywał się Baggins. Bagginso-
wie żyli w okolicy Pagórka od niepamiętnych czasów i cieszyli się powszechnym
szacunkiem nie tylko dlatego, że prawie wszyscy byli bogaci, lecz także dlatego,
że nigdy nie miewali przygód i nie sprawiali niespodzianek: każdy z góry wiedział,
co Baggins powie o tej czy innej sprawie, tak że nie potrzebował go trudzić za-
3
W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szka-
dawaniem pytań. W tej historii opowiemy o Bagginsie, którego spotkała przygo-
da i który zrobił oraz powiedział wiele rzeczy niespodziewanych. Mógł był wsku-
tek tego utracić szacunek sąsiadów, ale zyskał... no, przekonacie się sami, czy
coś zyskał w końcu.
Matką naszego hobbita... ale co to jest hobbit? Zdaje mi się, że wymaga to wy-
jaśnienia. W dzisiejszych czasach bowiem hobbitów bardzo rzadko można spo-
tkać: nie ma ich wiele, a poza tym unikają Dużych Ludzi — jak nazywają nas.
Hobbici są — czy może byli — małymi ludźmi, mniejszymi od krasnoludów — róż-
nią się też od nich tym, że nie noszą brody — lecz znacznie większymi od lilipu-
tów. Nie uprawiają wcale albo prawie wcale czarów, z wyjątkiem chyba zwykłej,
powszedniej sztuki, która pozwala im znikać bezszelestnie i błyskawicznie, kie-
dy duzi, niemądrzy ludzie, jak ty i ja, zabłądzą w ich pobliże, hałasując niczym
słonie, tak że na milę można ich usłyszeć. Hobbici są skłonni do tycia, zwłasz-
cza w pasie: miewają wypięte brzuchy; ubierają się kolorowo (najchętniej zie-
lono i żółto); nie używają obuwia, ponieważ stopy ich z przyrodzenia opatrzone
są twardą podeszwą i porośnięte bujnym, ciemnym, brunatnym włosem, podob-
nie jak głowa (zwykle kędzierzawa); mają długie, zręczne, smagłe palce i poczci-
we twarze, a śmieją się dużo, basowo i serdecznie (szczególnie po obiedzie, któ-
ry — w miarę możności — jadają dwa razy dziennie). Teraz jeż wiecie o nich dość
na początek. Jak więc mówiłem, matką naszego hobbita — to jest Bilba Bagginsa
— była słynna Belladonna Tuk, jedna z trzech niepospolitych córek Starego Tuka,
głowy wszystkich hobbitów mieszkających Za Wodą, czyli za rzeczką, która płynę-
ła u stóp Pagórka. Powiadano, że dawnymi czasy ten i ów Tuk brał żonę z plemie-
nia czarodziejów (nieżyczliwi twierdzili że to były gobliny); rzeczywiście Tukowie
zawsze mieli w sobie coś niezupełnie hobbickiego, a od czasu do czasu zdarzało
się, że ktoś z członków tego rodu wyruszał w świat szukać przygód. Taki Tuk zni-
kał dyskretnie, a rodzina nie rozgłaszała sprawy; fakt jednak, że Tukowie nie byli
tak szanowani jak Bagginsowie, chociaż niewątpliwie od nich bogatsi.
Co prawda Belladonna Tuk, odkąd została panią Bungową Baggins, nie miewa-
ła żadnych przygód. Bungo, ojciec Bilba, zbudował dla niej (częściowo za jej po-
sag) norę tak wspaniałą, że nie znalazłoby się nic podobnego ani pod Pagórkiem,
ani za Pagórkiem, ani Za Wodą, i w tej norze mieszkali małżonkowie aż do koń-
ca swoich dni. Mimo wszystko wydaje się prawdopodobne, że Bilbo, jedyny syn
Belladonny, chociaż wyglądał i zachowywał się dokładnie tak, jakby był drugim
wydaniem swojego solidnego i spokojnego ojca, odziedziczył po kądzieli ziarenko
dziwactwa i że to ziarenko czekało tylko na okazję, by zakiełkować. Okazja jednak
się nie nadarzyła, aż Bilbo dorósł, skończył pięćdziesiąt lat czy coś koło tego, za-
mieszkał w pięknej hobbickiej norze zbudowanej przez ojca, w norze, którą wam
4
już opisałem i — jak się zdawało — osiadł w swoim domu na dobre.
Dziwnym trafem pewnego ranka, dawno, dawno temu, w czas dla świata
spokojny, gdy mniej na nim było zgiełku, a więcej zieleni, gdy hobbici żyli licz-
ni i szczęśliwi, a Bilbo Baggins zjadłszy śniadanie stał pod swymi drzwiami i ćmił
olbrzymią, długą, drewnianą fajkę, sięgającą mu prawie do kosmatych palców
u nóg (porządnie wyszczotkowanych) — przechodził tamtędy Gandalf. Gandalf!
Gdybyście o nim słyszeli bodaj ćwierć tego, co ja — a ja słyszałem ledwie małą
cząstkę tego, co o nim mówią — już byście wiedzieli, że czeka was na pewno
niezwykła historia. Gdziekolwiek bowiem zjawił się Gandalf, opowieści i przygo-
dy jakby cudem wyrastały dokoła niego. Nie przechodził drogą pod Pagórkiem
od bardzo dawna, a mianowicie od śmierci swego przyjaciela, Starego Tuka, to-
też hobbici niemal zapomnieli, jak wygląda. Małe hobbity i hobbitki zdążyły podo-
rastać przez czas, gdy Gandalf bawił w sobie wiadomych sprawach daleko za Pa-
górkiem i po drugiej stronie Wody.
Nic więc nie podejrzewał Bilbo, gdy owego ranka zobaczył małego staruszka
w wysokim, spiczastym, niebieskim kapeluszu, w długim szarym płaszczu prze-
pasanym srebrną szarfą, z długą siwą brodą sięgającą poniżej pasa, obutego
w ogromne czarne buty.
— Dzień dobry — powiedział Bilbo i powiedział to z całym przekonaniem, bo
słońce świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał na niego
spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza szerokie rondo kapelu-
sza.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytał. — Czy życzysz mi dobrego dnia,
czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim myślę; czy
sam dobrze się tego ranka czujesz, czy może uważasz, że dzisiaj należy być do-
brym?
— Wszystko naraz — rzekł Bilbo. — A na dodatek, że w taki piękny dzień do-
brze jest wypalić fajkę na świeżym powietrzu. Jeżeli masz przy sobie fajkę, siądź
przy mnie, poczęstuję cię moim tytoniem. Nie ma co się śpieszyć, cały dzień
przed nami. — To rzekłszy Bilbo siadł na ławce obok swych drzwi, założył nogę
na nogę i dmuchnął pięknym, siwym kółkiem dymu, które nie tracąc kształtu po-
żeglowało w powietrzu aż nad szczyt Pagórka.
— Bardzo ładnie — powiedział Gandalf. — Ale nie mam dziś czasu na pusz-
czanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w przygodzie,
to znaczy w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo trudno kogoś takie-
go znaleźć.
— Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty
i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności,
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin