(13) Nienacki Zbigniew - Pan Samochodzik i Niewidzialni.rtf

(827 KB) Pobierz


Uuk Quality Books

Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik
i Niewidzialni

 

 

 

 

Wydawnictwo EURO, 1992

 


Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ZAKOŃCZENIE


ROZDZIAŁ PIERWSZY

TAJEMNICA NOWEGO BIURKA • SAMODZIELNY REFERAT DO ZADAŃ SPECJALNYCH • KWALIFIKACJE DETEKTYWA • DLACZEGO JESTEM STARYM KAWALEREM? • POJAWIA SIĘ „KTOŚ” • METODY DETEKTYWÓW • SMUTNE PRZEWIDYWANIE • PO CO PRZYJECHAŁ JOHANN SCHREIBER? • PANNA MONIKA

 

Pewnego wiosennego dnia do mojego pokoju w Ministerstwie Kultury i Sztuki wniesiono drugie biurko. Zaniepokoił mnie ten fakt i natychmiast zameldowałem się u zwierzchnika, aby wyjaśnić tę sprawę.

Trzeba wam bowiem wiedzieć, że w pokoju tym, który jak dotąd zajmowałem samotnie, mieścił się Samodzielny Referat do Zadań Specjalnych, podległy Centralnemu Zarządowi Muzeów i Ochrony Zabytków, którym kierował dyrektor Marczak. Drzwi z niewiele znaczącym napisem zamykały dostęp do pomieszczenia z moim biurkiem i kilkoma starannie zamykanymi szafami, gdzie mieściły się skoroszyty, pełne dokumentów i notatek dotyczących zaginionych podczas wojny zbiorów muzealnych i prywatnych kolekcji dzieł sztuki oraz kartoteki międzynarodowych fałszerzy obrazów i handlarzy antyków. Tu, w tym małym pokoiku na Krakowskim Przedmieściu, zajmowałem się wyjaśnianiem zagadek, związanych z zaginięciem niektórych bezcennych przedmiotów zabytkowych, pracowałem nad rozwikłaniem misternie splecionych nici, które prowadziły do przestępczych gangów przemytników i zwykłych rabusiów. Zazwyczaj wykonywałem zadania o charakterze poufnym i bardzo delikatnym, gdy granica między przestępstwem a nieświadomością bywała czasami prawie nieuchwytna.

Rosły wciąż ceny zabytkowych przedmiotów na międzynarodowych aukcjach. Coraz więcej ludzi odkrywało materialną wartość zabytkowych rzeczy, chciało w nich lokować pieniądze, posiadać je, cieszyć się nimi w swych domach. Popyt na stare dzieła sztuki czynił niezwykle opłacalnym przemyt tych przedmiotów. Polska, której dobra kulturalne zostały tak bardzo zubożone przez lata wojny i hitlerowskiej okupacji, musiała się bronić przed narastającą przestępczością. Muzea, kryjące skarby kultury narodowej, otrzymywały coraz doskonalszy system zabezpieczeń przed kradzieżami, zwiększono zainteresowanie prywatnym handlem dziełami sztuki, celnicy zwrócili większą uwagę na walizki podróżnych. Wypowiedziano walkę fałszerzom dzieł sztuki, którzy starali się wzbogacić kosztem niefachowości naiwnych zbieraczy różnego rodzaju staroci.

Walkę z przestępczością w tej dziedzinie prowadziły wyspecjalizowane komórki w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej, urzędy celne, pracownicy muzeów. Samodzielny referat, którego byłem szefem oraz jedynym pracownikiem, także odgrywał dość poważną rolę i miał wiele zadań do spełnienia. Skoroszyty i kartoteki w moim pokoju kryły niejedną historię, godną być może pióra autora sensacyjnych powieści.

Nie muszę chyba podkreślać, że z uwagi na dość delikatny charakter tej pracy działalność referatu okryta została tajemnicą i tylko niewielu urzędników Ministerstwa Kultury i Sztuki domyślało się, co kryło się za drzwiami mojego pokoju. Dlatego też zaniepokoiłem się, gdy dwaj woźni z ministerstwa wnieśli nagle drugie biurko.

— Niech się pan przygotuje na dużą niespodziankę — powiedział do mnie dyrektor Marczak, wskazując mi miejsce w wygodnym fotelu naprzeciw jego ogromnego biurka. — Czeka pana awans. Do tej pory zajmował pan stanowisko starszego referenta. Od dziś jest pan kierownikiem Samodzielnego Referatu do Zadań Specjalnych. Cieszy się pan?

— Oczywiście! — zawołałem z entuzjazmem. — Wstawiono jednak do mojego pokoju jeszcze jedno biurko. To mnie niepokoi.

Dyrektor Marczak uśmiechnął się wyrozumiale. Miał okrągłą, pucołowatą twarz o różowych policzkach i wielką łysinę nad czołem. Na jego twarzy zawsze rysował się wyraz ogromnej poczciwości, ale był to człowiek niezwykle sprytny i przebiegły. Niejednego przestępcę wyprowadził w pole niewinnym spojrzeniem niebieskich oczu.

— Czy słyszał pan kiedy, panie Tomaszu, aby kierownik był zarazem jedynym swym pracownikiem? Czy byłoby w porządku, aby pan sam sobie wydawał polecenia i sam przed sobą zdawał sprawozdania? Skoro został pan kierownikiem, to pomyślałem także o tym, aby miał pan pracownika.

Nie czułem się powołany do kierowania innymi ludźmi. Charakter pracy był bardzo specjalny. Nowy pracownik musiałby znać się nie tylko na sztuce, jej historii, ale także odznaczać się zdolnościami detektywistycznymi. Praca wiązała się z wieloma przygodami, niekiedy bardzo niebezpiecznymi. Człowiek taki oprócz specjalistycznego wykształcenia powinien był także odznaczać się sprawnością fizyczną, odwagą i przedsiębiorczością. Winien to być człowiek samotny, nie obarczony rodziną, gdyż ten typ pracy wymagał często wielodniowych wyjazdów służbowych poza Warszawę.

Dyrektor Marczak jak gdyby czytał w moich myślach.

— Proszę się nie obawiać, panie Tomaszu. Znaleźliśmy kogoś bardzo odpowiedniego. Ów „ktoś” jest samotny, ukończył historię sztuki, odbył praktykę w Muzeum Narodowym, a także muzeum regionalnym. Umie świetnie fechtować się i jeździć konno, na mistrzostwach juniorów otrzymał pierwsze miejsce w strzelaniu z małokalibrowego karabinka sportowego...

W tym momencie mój kaszel przerwał wywód dyrektora.

— Pan się zaziębił? — w głosie Marczaka zabrzmiała troska.

— Nie — odparłem. — Ale pozwalam sobie przypomnieć, panie dyrektorze, że w samodzielnym referacie nie jeździ się konno, nie strzela z karabinu ani z armat. Potrzebny jest raczej spryt, inteligencja i wiedza.

— Tak, tak, naturalnie — zgodził się dyrektor. — Wydaje mi się, że ten „ktoś” posiada również i te cechy. Jeszcze w szkole podstawowej zorganizował i prowadził Kółko Młodych Detektywów, które w czasie wakacji zdemaskowało bandę złodziejaszków, kradnących jabłka z sadów miejscowych rolników. Nasz „ktoś” trochę się nudził pracując w muzeach, inwentaryzując i odkurzając zabytki, jak napisał w podaniu: „pożąda przygód i mocnych wrażeń”. Tak więc, panie Tomaszu, nie znaleźliśmy żadnych przeciwwskazań, aby odrzucić podanie, tym bardziej że rosną zadania w walce z przestępczością i musimy podwoić swoje wysiłki. Poza tym kandydat do pracy odznacza się niebagatelną cechą, przydatną do wykonywania zawodu detektywa. Może świetnie wprowadzić w błąd każdego przestępcę.

— Jakąż on posiada niezwykłą cechę? — zaciekawiłem się.

— Jest to po prostu osoba bardzo piękna — stwierdził Marczak.

Niemal zapadłem się w głębi fotela.

— A więc to kobieta... — wyszeptałem zgnębiony.

Z twarzy dyrektora Marczaka zniknął wyraz poczciwości. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie surowo.

— Czyżby pan miał jakieś uprzedzenia? — oburzył się. — Nie wie pan, że kobiety niemal na każdym polu dorównują nam, mężczyznom? A może to starokawalerska nieufność każe panu wrogo odnosić się do myśli o współpracy z kobietą? Pańskie godne potępienia starokawalerstwo jest pańską prywatną sprawą. Nie pozwolimy jednak, aby uprzedzenia do kobiet miały wpływ na działalność Referatu do Zadań Specjalnych.

— Nie jestem uprzedzony do kobiet — wybąkałem.

— To czemu się pan nie ożenił? — podchwytliwie zapytał Marczak. — Czy przykład szczęśliwego pożycia małżeńskiego pańskiego szefa nie miał na pana wpływu?

Zwiesiłem głowę.

— Przecież pan wie, dyrektorze, że już parę razy o mało nie zostałem małżonkiem. Ale tak się składało, że pan mnie zawsze wtedy wysyłał w teren na długi czas i nigdy nie mogłem tych spraw doprowadzić do końca. Nie każda kobieta chce za męża człowieka, który większą część roku spędza poza domem.

— Niech pan nie zwala winy na charakter swojej pracy — zagrzmiał groźnie bas dyrektora. — Marynarze również wyjeżdżają dość często i to na długo, a jednak zakładają rodziny. Jest pan po prostu uprzedzony do kobiet. Ale to się musi skończyć.

To mówiąc dyrektor Marczak stuknął dłonią w biurko, dając mi do zrozumienia, że nie zamierza dłużej dyskutować na temat nowego pracownika. Zgnębiony podniosłem się z fotela, aby wrócić do swego pokoju i w samotności przemyśleć sprawę, która spadła na mnie tak nieoczekiwanie. Ale gest Marczaka osadził mnie w fotelu.

— Chwileczkę, panie Tomaszu — uśmiechnął się chytrze, jak gdyby przewidując, że zamierzam czmychnąć z jego gabinetu. — Ta młoda osoba czeka w sąsiednim pokoju. Pragnę ją panu przedstawić. Wdroży ją pan w przyszłe obowiązki. Ona pracuje u nas już od dzisiaj.

I do gabinetu dyrektora weszła wysoka dziewczyna lat około dwudziestu czterech. Była rzeczywiście ładna, jakąś cukierkową, pomadkowo-marmoladkową urodą z reklam przekrojowej mody. Ubrana była w stylu „retro”, w długą sukienkę. Jasnoblond włosy układały się w misterne loki. Biała cera, malutkie usta w kształcie serduszka, niebieskie oczy mocno podmalowane.

— Monika — powiedziała do mnie, podając mi wiotką dłoń o ostrych paznokciach, polakierowanych na czerwono. Odnosiło się wrażenie, iż przed chwilą rozdzierała na sztuki krwawiące kawały wołowiny.

Z taką panienką ewentualnie można by się wybrać do dyskoteki, ale absurdalna wydawała mi się myśl, aby ją wtajemniczać w sprawy referatu, zlecać zadania wymagające sprytu i siły fizycznej. Nonszalancki styl, z jakim mnie przywitała, ten pełen kokieterii uśmieszek, którym obdarowała dyrektora Marczaka, był zapewne na miejscu w jakimś rozrywkowym lokalu, ale nie tutaj, w Centralnym Zarządzie Muzeów i Ochrony Zabytków.

Powiedziałem z powagą:

— Tomasz jestem, starszy referent.

— Kierownik — przypomniał Marczak. — Od dziś został pan kierownikiem, a panna Monika pełnić będzie funkcję młodszego referenta.

Dyrektor Marczak wyszedł zza biurka i z ogromną galanterią podsunął panience przepastny fotel, jednocześnie posyłając mi pełne nagany spojrzenie. Zapewne to ja powinienem był podsunąć ów fotel, gdy tymczasem zgnębiony zupełnie sterczałem pod ścianą.

Monika sprawiała na mnie wrażenie osóbki, która marzy o strojach, kosmetykach, podbojach miłosnych. Nietrudno było wyobrazić sobie, że gdy skończy pracę, przed ministerstwem będzie na nią czekał sznur długowłosych młodzieńców z propozycjami najróżniejszych rozrywek. Już widziałem ją w kawiarni, jak niefrasobliwie opowiada przyjaciółkom o swoim szefie i sprawach, którymi musi się zajmować. Na wieść, że mam taką współpracowniczkę, przed ministerstwem zaparkują swoje piękne samochody handlarze antyków. Będą jej oni proponować przejażdżki nad Zalew Zegrzyński i „party” w willach podmiejskich, aby wyłudzić wiadomość o przedsięwzięciach referatu, który miał za zadanie między innymi wnikanie w ich ciemne interesy.

Sprawiałem chyba wrażenie przyciśniętego nieszczęściem człowieka, innymi słowy miałem zapewne głupi i tępy wyraz twarzy. Toteż młoda osóbka zaczęła się odnosić do mnie z zupełnym lekceważeniem. Całe jej zainteresowanie skupiało się na dyrektorze Marczaku.

— Bardzo się cieszę, że moje podanie zostało uwzględnione — oświadczyła mu z promiennym uśmiechem, z wielką gracją zakładając nogę na nogę i wyjmując papierosa ze skórzanej papierośnicy. — Zawsze marzyłam, aby pracować w charakterze detektywa. Zajęcie w muzeum jest nudne, monotonne, nie można wykazać swoich zdolności.

Pracowałem przez dłuższy czas w muzeum i byłem tym zachwycony. Nie było dla mnie nic piękniejszego niż przebywanie wśród starych, zabytkowych przedmiotów odznaczających się niezwykłym pięknem. Ta panienka też była niezwykle ładna, ale ja wolałem ładne stare obrazy, meble, starą piękną biżuterię.

— Znam biegle francuski, niemiecki, angielski — szczebiotała panna Monika, zaciągając się papierosem. — Gdy jako stypendystka przebywałam w Londynie, z wielką pasją oglądałam filmy z Jamesem Bondem. Wtedy to postanowiłam zostać Bondem w spódnicy.

— A któż to jest Bond? — zapytałem z głupia frant, aczkolwiek i ja widziałem wiele filmów z Jamesem Bondem, a nawet zdarzyło mi się raz zmierzyć z nim osobiście w słynnej sprawie zaginionego pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza[ 1 ].

— Nie słyszał pan o Bondzie? — tym razem już wyraźne lekceważenie zabrzmiało w jej głosie. — To tajny agent 007 angielskiego wywiadu, który przeżył mnóstwo fascynujących przygód. Coś w rodzaju Stirlitza i kapitana Klossa. O tych pan pewnie słyszał lub oglądał ich w telewizji.

— Oczywiście — przytaknąłem gorliwie — ale to postacie fikcyjne. A my tu mamy szarą, nieciekawą rzeczywistość. Będzie pani urzędnikiem, młodszym referentem, a nie tajnym agentem Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków. Czy nie pomyślała pani raczej o pracy w filmie? Słyszałem, że właśnie będą kręcić film o kontrwywiadzie.

— Ach, nie! — zawołała młoda osoba. — Ja nie chcę przeżywać przygód wyimaginowanych.

— Tak, tak, rozumiem panią. — Dyrektor Marczak jeszcze raz serdecznie uśmiechnął się do panny Moniki, a potem powiedział do mnie rozkazująco:

— Proszę panią Monikę zapoznać z jej obowiązkami. Myślę, że będzie mogła u nas wykazać swoje zdolności.

Sztywno jak automat podniosłem się z fotela i wyszeptałem:

— Chodźmy do naszego referatu. Otrzyma pani zadanie do wykonania.

Na korytarzu panna Monika zapytała mnie:

— Jaką metodą pan pracuje? Sherlocka Holmesa, komisarza Maigreta czy Pierre Mansona?

— Pana Samochodzika — odparłem z powagą.

— A któż to jest Pan Samochodzik?

Aż przystanąłem na czerwonym chodniku, jaki leży na korytarzu w każdym szanującym się ministerstwie.

— Nie słyszała pani o Panu Samochodziku? To bardzo źle. Proszę do jutra uzupełnić luki w swoich wiadomościach o najsławniejszych detektywach i metodach ich pracy.

Gdy otwierałem drzwi pokoju, znowu zapytała:

— Czy będę miała pistolet dostatecznie mały, aby się zmieścił w mojej torebce? Lubię bowiem bardzo małe torebki.

— Pistolet? — wyjąkałem. I taki wyraz wstrętu pojawił się na mojej twarzy, że po raz pierwszy uśmiechnęła się do mnie. — Nie używamy takich staroświeckich narzędzi — wyjaśniłem. — Pistolety wyszły już z mody.

— A czego się teraz używa?

Stuknąłem się palcem w czoło.

— Głowy, proszę pani. Trzeba zmusić do działania szare komórki w mózgu.

— Ach, już wiem. To metoda detektywa Herkulesa Poirot.

— O, nie tylko — odparłem z oburzeniem. — Pan Samochodzik też używa przede wszystkim szarych komórek.

Usadowiłem pannę Monikę za nowym biurkiem. Sam zasiadłem przy swoim i długo w milczeniu przyglądałem się współpracowniczce zastanawiając się, jakie zadanie powinienem jej powierzyć. Moje milczenie przedłużało się, co trochę zaniepokoiło Monikę. Zaczęła wiercić się na krześle, nerwowo zapaliła papierosa.

— Nie jest pan zachwycony moją osobą — stwierdziła.

— Nie — przyznałem szczerze i dodałem — w wydziale kadr znajduje się zapewne teczka z pani aktami personalnymi. Jest tam życiorys, wszelkie dane dotyczące pani osoby. Wolałbym jednak z pani ust dowiedzieć się o niej coś niecoś.

— Proszę pytać — wydęła pogardliwie usta.

— Ma pani narzeczonego?

— Nawet kilku.

— Co to znaczy? — zdumiałem się.

Wzruszyła ramionami.

— Kręci się koło mnie kilku młodych ludzi, nawet proponowali mi małżeństwo, ale jak na razie nie myślę o założeniu rodziny. Pan też jest kawalerem?

Udałem, że nie usłyszałem pytania.

— Ma pani przyjaciółki, koleżanki?

— Nie, nie lubię konkurencji.

— Mieszka pani sama czy z rodzicami?

— Z rodzicami, ale już wpłaciłam na samodzielne mieszkanie. Jeszcze w tym roku mam otrzymać pokój z kuchnią.

— Kim są pani rodzice?

Wymieniła bardzo sławne nazwisko w świecie aktorskim i roześmiała się głośno:

— Pyta mnie pan w taki sposób, że gotowam pomyśleć, iż zamierza pan umówić się ze mną na kolację.

Zaczerwieniłem się.

— Lubię wiedzieć, z kim mam współpracować.

I otworzyłem kluczykiem górną szufladę biurka. Rozłożyłem przed sobą tekturową teczkę i wyjąłem z niej notatkę, którą otrzymałem z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

— Pani Moniko. Dziś wieczorem przyjedzie do Warszawy i zamieszka w hotelu „Forum” na ósmym piętrze Johann Schreiber. To obywatel niemiecki z Berlina Zachodniego. Jest właścicielem dużego salonu aukcyjnego, gdzie sprzedaje się dzieła sztuki oraz antyki. Pan Schreiber przybywa do Polski, gdyż od naszych władz uzyskał zezwolenie na odstrzał wilka w Bieszczadach. Zapłacił za to dużo pieniędzy, a nam dewizy są potrzebne. Być może pan Schreiber jest rzeczywiście zapalonym myśliwym, ale powinniśmy być czujni. Otrzymuje pani pierwsze zadanie: proszę ustalić, po co naprawdę przyjechał do Polski właściciel salonu aukcyjnego. Nie muszę chyba zaznaczać, że obowiązuje panią tajemnica służbowa.

— A jak wygląda pan Schreiber?

— Mam nadzieję, że dowiem się tego właśnie od pani.

Zgasiła papierosa i powiedziawszy mi grzecznie „do zobaczenia” wyszła z pokoju zgrabnie kołysząc biodrami.

Po chwili jednak wróciła. Zajrzała przez wpółotwarte drzwi i rzekła:

— Przypomniałam sobie, szefie, że wiem jednak coś niecoś o Panu Samochodziku i jego metodach działania. Pan Samochodzik sprawia wrażenie naiwnego, ograniczonego, zabawnego dziwaka. W rzeczywistości jest sprytny, inteligentny i bezwzględny wobec swoich przeciwników. To dobra metoda. Ciekawi mnie, czy mogłabym i ja się nią posłużyć.

— I co? — zapytałem.

— Świetnie mi wyszło. Nawet pewien sprytny człowiek dał się nabrać.

— Chwileczkę, panno Moniko! — zawołałem, widząc, że zamierza zamknąć drzwi i odejść. — Proszę wrócić na chwilę do pokoju.

A gdy usiadła znowu za swoim biurkiem, otworzyłem kluczykiem dolną szufladę w biurku, wyjąłem segregator, w którym były odpisy mojej urzędowej korespondencji.

— Pani pozwoli, że zapoznam ją z treścią pewnego mojego poufnego pisma — oświadczyłem.

I przeczytałem głośno:

 

Do Kierownika Wydziału Kadr w Centralnym Zarządzie Muzeów i Ochrony Zabytków.
W związku z propozycją zatrudnienia nowego pracownika w kierowanym przeze mnie referacie, uprzejmie informuję, że z osób wymienionych w Waszym piśmie najbardziej, moim zdaniem, nadaje się ob. Monika S., lat 24, historyk sztuki, zatrudniona do tej pory w Muzeum Narodowym. Zna trzy języki, wykazuje zdolności detektywistyczne oraz wyraża wielką chęć pracy w naszej komórce. Wnioskując z załączonej Waszej opinii ma także duże znajomości w środowisku tak zwanej „bananowej młodzieży”, handlarzy antyków i „niebieskich ptaszków”, co pozwoli nam na zasięganie informacji o nielegalnych transakcjach dziełami sztuki. Poza tym odznacza się zdolnościami aktorskimi odziedziczonymi po swoim ojcu...

 

Przerwałem czytanie.

— Myślę, że to wystarczy, panno Moniko...

— Tak, to wystarczy — szepnęła. — Znakomicie pan zagrał swoją rolę, szefie. Sądziłam, że dyrektor Marczak...

— Ach — przerwałem jej — dyrektor Marczak i ja lubimy robić sobie przeróżne niespodzianki. I on, i ja od czasu do czasu odgrywamy przed sobą różne role, aby nie wyjść z wprawy, co ułatwia nam walkę z przestępcami.

— Rozumiem, szefie — westchnęła.

— Czuje się pani dotknięta? — zapytałem.

— Nie lubię, jak się ze mnie robi idiotkę. Jeden zero dla pana, szefie. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować.

Skinąłem głową. Ja także miałem podobną nadzieję.

 

 


ROZDZIAŁ DRUGI

LIST OD ANNY VON DOBENECK • HISTORIA UKRYCIA BEZCENNYCH ZBIORÓW • DZIWNE MILCZENIE • SZANSA JEDNA NA TYSIĄC • PANNA MONIKA W AKCJI • ARESZTOWANIE ZŁODZIEJKI • Z KIM SPOTKAŁ SIĘ ZACHODNIOBERLIŃSKI ANTYKWARIUSZ? • PODARTA SERWETKA • „FORT LYCK” I CO Z TEGO WYNIKA? • DLACZEGO MIAŁEM DOSYĆ WSPÓŁPRACOWNICZKI?

 

Następnego dnia wezwał mnie dyrektor Marczak.

— Chciałbym, aby zapoznał się pan z treścią pewnego listu, który na ręce ministra kultury przyszedł do nas przed trzema miesiącami. Pragnę także usłyszeć pana sąd o przedstawionej w liście sprawie.

To mówiąc dyrektor Marczak wręczył mi napisany po niemiecku list.

 

Szanowny Panie Ministrze

Nazwisko moje brzmi Anna von Dobeneck, z domu Gottlieb. Mieszkam we Frankfurcie nad Menem przy ulicy Zygfryda 7. Przed kilkoma dniami przeczytałam w niemieckiej gazecie artykuł o tym, jak wygląda obecnie życie na terenie dawnych Prus Wschodnich, należących do Polski. Dowiedziałam się, że w moim rodzinnym mieście, Morągu, istnieje Muzeum imienia Johanna Gottfrieda Herdera, wielkiego filozofa niemieckiego. Przez wiele lat wmawiano nam, że Polacy niszczą na terenie dawnych Prus wszelkie ślady po Niemcach, nawet tych, którzy w dawnych czasach wnieśli wkład do ogólnoludzkiej myśli. Teraz dowiedziałam się, że to nieprawda. Właśnie w Morągu, w starym ratuszu znajduje się Muzeum Herdera, który się urodził w tym mieście. A to znaczy, że ocala się od zapomnienia i otacza opieką miejsca związane z życiem i działalnością naprawdę wielkich synów narodu niemieckiego. Ten właśnie fakt skłonił mnie bezpośrednio do napisania tego listu.

Dowiedziałam się z gazety, że Muzeum Herdera jest ubogie w eksponaty. Czy mogłabym umrzeć w spokoju wiedząc, że zabieram z sobą do grobu tajemnicę, której wyjaśnienie może przyczynić się do wzbogacenia zbiorów tego muzeum? Myślę, że z mojej...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin