45 - Pan Samochodzik i Falszerze - Niemirski Arkadiusz.rtf

(580 KB) Pobierz

ARKADIUSZ NIEMIRSKI

 

 

 

Pan Samochodzik i…

 

Fałszerze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

SPOTKANIE Z DAWNYM KOLEGĄ • KIM JEST „KOMA"? • GE­NIALNI FAŁSZERZE • POLECENIE PANI MINISTER • MOJE POGLĄDY NA TEMAT KOBIET • WIZYTA W MUZEUM NARO­DOWYM • SEWERYN ŻMIJEWSKI • KOLEJNY PORTRET • REWELACJE DZIEWUCHA, CZYLI BAKSZYSZ

 

 

Pewien mój kolega, którego od dawna nie widziałem, a który pra­cował tak jak i ja w kulturze, poprosił mnie o spotkanie w jednej z kawiar­ni na Nowym Świecie. Był kwiecień i ulice oddychały nową wiosną, a że w naszym departamencie nie mieliśmy żadnej pilnej roboty, zgodziłem się na krótką pogawędkę. Wymknąłem się z gabinetu niezauważony przez sekretarkę Monikę i sprawdzającego komputerową bazę danych Pawła.

Na ulicznych drzewach, których zieleń dopiero co nabierała so­czystości i narkotyzującej woni, wróble przedrzeźniały ćwierkaniem gru­chające pod nogami gołębie, a samochody próbowały zagłuszyć te ptasie igraszki. Może dlatego moja intuicja dodatkowo przytłumiona wiosenną burzą hormonów - nie wyłapała granego przez los preludium do kolejnej przygody.

Jan był blady i bliski załamania. Nie zamówił kawy, a herbatę, która podobno w małych ilościach dobrze robi na serce. Kiedy powiedział mi o co chodzi, zrezygnowałem z kawy. Zamówiłem - tak jak i on - her­batę.

- Kilka dni temu zadzwonił nieznany mi mężczyzna - opowiadał ze wzrokiem wbitym w czerwone papierowe serwetki na stoliku, a głos mu drżał. - Mówił dziwnym, nosowym głosem. Według niego jeden z portretów Wyspiańskiego, od lat zdobiący ściany Muzeum Narodowe­go, cieszący oczy rodaków i turystów z zagranicy, jest falsyfikatem. Nie­znajomy miał na myśli obraz pod tytułem „Portret dziewczynki" z 1895 roku. Odebrałem to jako żart, ale przedwczoraj podobny telefon się po­wtórzył. Tym razem tajemniczy informator wspomniał o „Portrecie dziew­czynki z fiołkami" z 1896 roku. W końcu poszedłem to sprawdzić.

Herbata stygła w stylowych filiżankach, a ja czekałem na dalszy ciąg opowieści. Dodam, że kolega Jan pracował od dawna w Muzeum Narodowym, zajmował się galerią Malarstwa Polskiego na pierwszym piętrze tej szacownej instytucji i niebawem odchodził na emeryturę.

- Poszedłem tam - ciągnął - i obejrzałem sobie w tej małej salce wspomniane dzieła Stanisława Wyspiańskiego.

- I co? - teraz mnie zadrżał głos.

- Wszystko w porządku - odpowiedział bez cienia ulgi na twarzy. - Znam konterfekty Wyspiańskiego jak własną kieszeń. Lepiej niż swoją twarz, którą codziennie widzę przed lustrem, i dałbym sobie uciąć głowę, Tomaszu, że te same pastele Wyspiańskiego widuję codziennie od kilku­nastu lat. Ten sam genialny Wyspiański co zawsze! A zatem patrzyły na mnie te same buzie, twarze niewinnych dziewczynek, które należą do naj­bardziej oryginalnej i cennej twórczości narodowej i europejskiej. Naro­dowy skarb!

- W czym zatem rzecz? - niecierpliwiłem się.

- W tym, że wczoraj telefon się powtórzył - ściszył głos Jan i upił nieco herbaty z filiżanki. - Tajemniczy informator rzucił kilka słów i się rozłączył.

- Co powiedział?

- „Sprawdź pod lupą oczy dziewczynki".

- Sprawdziłeś?

- Zrobiłem to nie powiadomiwszy nikogo - tłumaczył się. - Na­dal uważałem, że ktoś stroi sobie żarty. W wolnej chwili wziąłem dobrą lupę i obejrzałem oczy dziewczynki z portretu. Gołym okiem tego nie widać, ale pod powiększeniem znalazłem to...

- Co, na Boga?! - nie wytrzymałem napięcia i krzyknąłem tak głośno, że zaniepokojeni bywalcy kawiarni odwrócili się w naszą stronę z oburzeniem.

- Na granicy źrenicy i błękitnej tęczówki znajduje się maleńki podpis wykonany bardzo małymi czarnymi literami, coś w rodzaju sygna­tury. Cztery litery układające się w napis „Koma". Prawie niewidoczne, wykonane cienkim narzędziem i tuszem. Rozumiesz, Tomaszu?! To zna­czy, że mamy do czynienia z fałszerzem, który zostawia swój zakamuflowany ślad. Informator dał nam do zrozumienia, że mamy jego falsyfikaty. Ale to przecież prawdziwy Wyspiański, jak pragnę szczęśliwej emerytu­ry! Nie można podrobić takiego obrazu! Ten, który by to zrobił, musiałby być jakimś geniuszem.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy.

- Ale to chyba falsyfikaty - dodałem. - Bo skąd ten człowiek wiedziałby o niewidocznym gołym okiem podpisie, o którym nikt nie wie­dział?

- Masz rację - kiwnął smutno głową. - „Koma". Co to może zna­czyć? Żaden specjalista od Wyspiańskiego nie zetknął się z czymś podob­nym, a to znaczy, że mamy falsyfikaty.

Kiedy Jan mówił, przypomniałem sobie dawną przygodę, która spotkała mnie we Francji. Wówczas, niezwykle sprytny złodziej o pseu­donimie „Fantomas" kradł wielkie dzieła malarstwa z galerii zamków nad Loarą[1]. Nie oszczędzał płócien Rembrandta i van Gogha. Jego metoda kradzieży była niezwykle pomysłowa i przebiegła. Faktem jest, że pomo­głem wtedy właścicielom odzyskać te cenne dzieła, ale Fantomasa zapa­miętałem na całe życie. Drugi raz przyszło mi walczyć z polskim włamy­waczem - złodziejem o pseudonimie „Arsen Lupin", który okradał pol­skie biblioteki z cennych inkunabułów[2]. Ta sprawa psuła nam krew przez blisko sześć miesięcy i zakończyła się szczęśliwym ujęciem sprawcy. Od tego czasu polskie muzea i biblioteki wzmocniły system ochrony i dzisiaj z największych państwowych muzeów rzadko ginęły cenne eksponaty. Kradzieże dotykały przede wszystkim obrazów z prywatnych kolekcji. Te największe, jak chociażby obrazy wspomnianego Wyspiańskiego, były ubezpieczone i dobrze strzeżone w państwowych instytucjach, chociaż samo ubezpieczenie niczego nie załatwiało, a standardowa ochrona nie gwarantowała stuprocentowej pewności. Niemniej jednak informacja o podmianie obrazu tej rangi, co portret Wyspiańskiego, i to w Muzeum Narodowym, brzmiała jak ponury żart.

- „Koma" - powtórzyłem. - Z greckiego tłumaczy się to jako „głęboki sen". Albo „śpiączka". Czyżby to była aluzja do stanu ochrony polskich dzieł sztuki?

- Nie wiem, nie wiem - jęczał Jan. - Nasz informator wie o „Ko­mie" i to jest najbardziej niepokojące. Pobudził mnie do działania, nie ma co. Tylko, czy nie za późno ta pobudka nastąpiła?

Po chwili znowu zaczął mówić. Wyraźnie mówienie przynosiło mu ulgę.

- Jeśli nie ma żadnego fałszerstwa, to wychodzi na to, że tajemni­czy informator jest mądrzejszy od setki znawców malarstwa w naszym kraju. Wie więcej od nas, od wszystkich rzeczoznawców. Istnieje wprawdzie możliwość, że napis „Koma" wykonał sam Wyspiański, ale nikt o tym nie wiedział i nie wie. Niedługo poznamy prawdę, jak tylko zgłoszę sprawę dyrekcji i obrazy zabierze laboratorium.

- Kim był tajemniczy informator? - zapytałem.

- Nie przedstawił się.

- Ale jaki miał głos? Stary? Młody?

- Raczej średni. Ale mówił szeptem i przez nos. Pewnie dla utrud­nienia identyfikacji.

- Czy sygnatura „Koma" znajduje się na dwóch obrazach?

- Na obu, umieszczona w oczach. Dokładnie w lewym oku. Spraw­dziłem inne portrety, ale napisu już nie znalazłem. Teraz przechodząc obok jakiegoś portretu siłą się powstrzymuję, aby nie zbadać pod lupą oczu modela.

- Nie wiem, co to może znaczyć - rzekłem ponuro na koniec. - Nie wiem nawet, czego ode mnie oczekujesz. Nie potrafię ci pomóc. A i pocieszyć nie mogę, gdyż w tej branży trzeba mieć pewność, aby spo­kojnie spać. Musisz zawiadomić dyrekcję Muzeum Narodowego i poli­cję. To przekracza moje kompetencje.

- Wiem, że muszę zawiadomić górę, ale chciałem o tym z kimś porozmawiać. Teraz! Nagle! Rozumiesz mnie? Wiem, że docenili cię w ministerstwie po ujęciu Arsena Lupina, więc jesteś kimś w rodzaju spe­cjalisty od włamań...

- Nie przypominaj mi tej sprawy - mruknąłem.

- To jakiś koszmar. A chciałem spokojnie przejść na emeryturę... - utyskiwał załamany kolega.

Wracając do ministerstwa, myślałem wyłącznie o obrazach Wy­spiańskiego wiszących na pierwszym piętrze Muzeum Narodowego. Jeśli obrazy były prawdziwe, to jakim cudem mała sygnatura znajdująca się w oku dziewczynki z portretu uszła uwagi badaczy? Albo domalował ją z niejasnych dla nas powodów zwariowany konserwator, albo...

Tę myśl odrzucałem od siebie jak tylko potrafiłem najmocniej. Jeśli portrety były doskonałymi podróbkami, a Jan twierdził, że wyglą­dają na autentyki, mielibyśmy do czynienia z geniuszem! W swojej karie­rze natknąłem się na genialnego złodzieja obrazów Fantomasa, który był genialnym mistyfikatorem, ale nigdy jeszcze nie walczyłem z fałszerzem. Aby się o tym przekonać, należało czekać.

Zaniepokojony sprawą pasteli mimowolnie przejrzałem niedaw­ne raporty dotyczące obrazów polskich malarzy.

Oto przed rokiem pojawiła się reprodukcja znanego wcześniej obrazu, wykonana przez samego Wyspiańskiego - nieznany dotychczas portret z 1901 roku, o którego istnieniu nie wiedzieli nawet wybitni znaw­cy twórczości artysty, a który posiadała od przedwojnia pewna warszaw­ska rodzina. Nazwano go „Małą Józią". Obie prace mają podobny format. Różnią się jednak kompozycją. Przedstawiają tę samą twarz dziewczynki pokazaną z zupełnie innej perspektywy.

Jeśli Wyspiański malował reprodukcje, to pewnie tak, aby nie przy­pominały oryginałów. Żaden twórca nie namalowałby powtórnie tego sa­mego dzieła identycznie. Tak postępują tylko fałszerze. Jeden z najwięk­szych fałszerzy w dziejach ludzkości Jan van Meegeren podrabiał Vermeera tak genialnie, że jego prace bez problemu kupowały wielkie muzea. Był i inny zdolny fałszerz. Angielski malarz pokojowy Tom Keating. Przez ponad dwadzieścia lat fałszował dzieła Rembrandta, Goyi, Renoira i wie­lu innych. Nie wiadomo, czy przestępstwa te wyszłyby na jaw, gdyby Keating nie przyznał się do wszystkiego. Ów Keating na każdym obrazie pozostawiał swoją „wizytówkę" widoczną w promieniach rentgenowskich. Były to zazwyczaj nieprzyzwoite wyrazy lub jego nazwisko. Nasz Koma działał podobnie, też zostawiał swój podpis.

Historia fałszerstw zna wielu zdolnych malarzy, aby wspomnieć tylko Węgra Elmyra de Horyego, Hiszpana Manuela Pujola Baladasa, który wypuścił ponad siedemset prac Salvadora Dali, malarkę Claude Latour specjalizującą się w podróbkach Picassa i Utrilla; był także malarz Caseau, który fałszował Francoisa Milleta, a którego wspólnikiem był wnuk mistrza. Był wreszcie legendarny David Stein, który ponoć malował trzy „Picassy" przed śniadaniem. Był fałszerz Tycjana, Veronesa i Dűrera, Luka Giordao o przydomku Fa Presto, żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku.

W Polsce nie było lepiej. Kilka lat temu w Muzeum Narodowym znalazł się falsyfikat obrazu Stanisława Wyspiańskiego, wraz z obrazami Olgi Boznańskiej, Aleksandra Kotsisa i Józefa Brandta. Wszystkie one wchodziły w skład kolekcji podarowanej w latach sześćdziesiątych przez rodaka z zagranicy. Jednak ich marna jakość artystyczna i złe sygnatury pozwoliły natychmiast wykryć fałszerstwo.

Kiczowate dzieła wnuka znanego malarza Juliusza Kossaka, Je­rzego, podpisywał czasami ojciec Wojciech (syn Juliusza); potem Jerzy „usamodzielnił się" i już sam fałszował sygnaturę ojca. Podobno Woj­ciech miał nawet zamiar podać go do sądu.

No dobrze, ale falsyfikaty wiszące w Muzeum Narodowym były dziełem artysty. Taką opinię wyraził Jan, a ufałem mu bezgranicznie w tej materii, gdyż mój kolega był rzeczoznawcą. Skoro nikt nie rozpoznał por­tretów do tej pory, musiał je sporządzić jakiś wybitnie utalentowany ma­larz.

Zamknąłem teczkę. Postanowiłem czekać i nie rozpalać już i tak pobudzonej wyobraźni. W trosce o swoje nerwy nie odwiedziłem nawet Muzeum Narodowego. We wtorek, a więc sześć dni po pierwszym telefo­nie, Jan odezwał się ponownie. Już z tonu jego głosu zrozumiałem, że stała się rzecz straszna.

- Falsyfikaty - oświadczył załamującym się głosem. - Genialne falsyfikaty, Tomaszu! Zbadaliśmy pastele Wyspiańskiego. Tragedia! Wszystkie portrety dziewczynek są fałszywe.

A zatem już nie dwa, a wszystkie pastele z dziewczynkami były fałszywe! Okazało się, że „wizytówki" fałszerza w postaci napisu „Koma" zostały namalowane w innych miejscach. Na przykład znaleziono je na innych portretach w kwiatach albo we włosach. Nie da się opisać, co dzia­ło się ze mną przez resztę dnia i cały tydzień. W dalszym ciągu liczyłem na jakąś pomyłkę, ale intuicja podpowiadała mi, że dokonano rzeczy strasz­nej. Ile jeszcze obrazów znajdujących się w Muzeum Narodowym było fałszywych? Kto to zrobił? Jak? I kiedy? Nawet tętniąca życiem wiosna nie mogła stłumić we mnie poczucia porażki i zagubienia. Czułem się jak pokrzywdzone dziecko, któremu zabrano ukochaną zabawkę, a tak wła­śnie traktowałem wielkie dzieła sztuki.

Po południu zadzwoniła pani minister i poprosiła mnie na rozmowę.

-Już pan wie, prawda? - spojrzała smętnie zza leczniczych szkieł w drogich oprawkach.

Skinąłem głową, ale nie odzywałem się.

- Miarka się przebrała, panie dyrektorze - mówiła dalej pani mi­nister, kobieta czterdziestoletnia, ubierająca się w szare żakiety, z włosa­mi upiętymi w duży kok. - Jeśli z tymi fałszywymi Wyspiańskimi to praw­da...

- Prawda - przerwałem. - Pracownicy Muzeum Narodowego się nie mylą.

-Ale nie zawsze. Zdarzało się już przecież, że ten sam obraz uzy­skał negatywne opinie muzealne i pozytywne sądowe. Kiedyś do war­szawskiego Muzeum Narodowego wstawiono do sprzedaży siedemnasto­wieczny obraz flamandzki. I co? Naukowe autorytety bez wątpliwości stwierdziły jego autentyczność. Ale ówczesny generalny konserwator zbadał farby i okazało się, że jednej z nich zaczęto używać dopiero w XIX wieku, co ostatecznie sprawę rozstrzygnęło. Dlatego bądźmy ostrożni. - Ma pani rację - przyznałem jej rację po namyśle. - W końcu w Muzeum Narodowym wiszą genialnie podrobione portrety Wyspiańskiego. Niesłychane! A to świadczy, że nikt wcześniej ich nie zauważył i dopiero sam fałszerz musiał interweniować. Pewnie stęsknił się za „sławą".

- Jak pan myśli - przerwała mi pani minister - czy możliwa jest sprzedaż portretów Wyspiańskiego?

- Nie ma mowy o legalnej sprzedaży. Przynajmniej w Polsce. A za granicą? Żaden dom aukcyjny nie wziąłby obrazu, który jest skatalo­gowany i stanowi własność państwową. Chyba że byłby to nieznany ob­raz uznanego malarza albo istniałoby uzasadnione podejrzenie, że artysta namalował identyczną reprodukcję, jak w wypadku „Małej Józi". Dlate­go nie rozumiem, po co ktoś fałszuje znane obrazy wiszące w najbardziej znanej galerii w Polsce? Co zrobi z takim obrazem?

- Chyba że mamy do czynienia z jakimś tajemniczym i bardzo bogatym kolekcjonerem - westchnęła pani minister.

- Tego się najbardziej obawiam.

- Dlaczego? - westchnęła z bólem na twarzy. - Dlaczego on to robi?

- A dlaczego skradziono „Monę Lizę", której sprzedać nie moż­na? - odpowiedziałem pytaniem. - Dlaczego usiłowano zniszczyć „Pietę" Michała Anioła? I czemu dziurawiono obrazy Matejki w Muzeum Naro­dowym?

- Ma pan rację, to było głupie pytanie.

-Ale jakże na miejscu. Zawsze je sobie zadaję, gdy zginie dzieło sztuki albo ktoś je zniszczy.

Pani minister chrząknęła, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że powie coś ważnego.

- Wiem, że bardzo pan pomógł naszym bibliotekom odzyskać sta­re druki - zaczęła - więc chciałabym, żeby przyjrzał się pan sprawie tych fałszywych portretów.

- Od tego jest policja...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin