TOMASZ OLSZAKOWSKI
PAN SAMOCHODZIK I...
MUMIA EGIPSKA
WARMIA
2004
WSTĘP
Mikołaj Kopernik szedł niespiesznym krokiem przez ogród szpitala pod wezwaniem Świętego Ducha we Fromborku. Towarzyszący mu lekarz z uznaniem spoglądał na rosnące w równych grządkach zioła.
- Widzę, że zadbaliście o wszystko - powiedział z nutą podziwu w głosie.
- Drogi Benedykcie, nasz szpital jest najnowocześniejszy w tej części Europy - pochwalił się astronom. - Nasz wirydarzyk to tylko mała wizytówka...
Pchnął ciężkie, drewniane drzwi. W twarze uderzył ich ciężki zaduch, obaj jednak byli do niego przyzwyczajeni. Główna nawa szpitala była szeroka i dość wysoka. Wzdłuż jednej ściany na pryczach zasłanych świeżą słomą spoczywali chorzy i zniedołężniali starcy. Ci zdrowsi wędrowali tu i ówdzie, nosząc dzbanki z piwem, zbierając miski po dopiero co skończonym obiedzie. Kilku zakonników pracowało w skupieniu, zmieniali opatrunki, podawali lekarstwa. Sala szpitalna była otwarta na niewielką kaplicę. Trwały tam już pierwsze przygotowania do wieczornej mszy.
Benedykt pociągnął nosem. Woń otwartych wrzodów, zapach uryny, kału, potu zakręcił go w nosie, ale ten szpital i tak był niezwykle czysty w porównaniu z tym, co widział na Śląsku i studiując w dalekich Włoszech.
- Nawet krakowskie nie mogą się z nim równać - stwierdził z uznaniem.
- Po tamtej stronie - przewodnik wskazał rząd drzwi w drugiej ścianie - mamy kilkanaście mniejszych pokoi dla chorych, których rodziny wspierają nas datkami. Tu zaś - przeszli do kolejnego pomieszczenia - pokój do badania chorych, laboratorium w najnowsze urządzenia wyposażone oraz kuchnia, gdzie strawę dla ubóstwa się warzy. Ci, którzy jeszcze jako tako na nogach się trzymają, co dnia kramy obchodzą, a żywność otrzymaną do szpitala naszego znoszą. Także grosz drobny do wspólnej skarbony wrzucają, z czego leki droższe, bandaże i wosk na świece zakupujemy.
- A zatem tu będzie mi dane pracować - nowo przybyły obrzucił wzrokiem małą, pobieloną wapnem izdebkę, wyposażoną już w najpotrzebniejsze sprzęty.
- Tak, mistrzu. Obok jeszcze magazynek jest mały, gdzie cenniejsze narzędzia i medykamenty pod kluczem trzymać można. A i izdebka niewielka z piecem, gdzie strudzone członki można złożyć, gdyby noc całą wypadło tu spędzić.
Kopernik stanął w drzwiach, niepewny, czy może przeszkodzić uczonemu koledze. Benedykt Solfa badał właśnie rozległą, jątrzącą się ranę na piersi bezzębnego starca. Rana pochodziła od sznura, jeszcze kilka miesięcy temu pracował w porcie ciągnąc na linach ciężkie barki ze zbożem. Teraz siły go opuściły.
- Jeden jest lek, bracie, który pomóc może - powiedział lekarz do chorego. - Słynny proszek mumiowy, z dalekiej ziemi egipskiej pochodzący.
Starzec posmutniał wyraźnie.
- Skąd mnie biednemu tak rzadkie i cenne lekarstwo? - wymamrotał.
- To pewnie kilka dukatów za łut kosztuje.
Po twarzy medyka przebiegł ciepły uśmiech.
- Szczodrobliwości biskupiej zawdzięczać możesz, że cię w biedzie nie ostawimy...
Benedykt przeszedł do magazynu obok pokoju zabiegowego. Otworzył sarkofag. Spoczywała w nim mumia. Jedno jej ramię, uwolnione już z bandaży, zostało obrane niemal do kości. Niewielkim nożykiem odciął kawałek wyschniętej, przesączonej smolistą substancją tkanki. Na widok Mikołaja ucieszył się wyraźnie. Zawszeć to dodatkowa para rąk do pracy. A i kunsztem swoim przed przyjacielem można się popisać.
- Pomożesz mi chwilę?
- Oczywiście - astronom skłonił głowę. - Cóż zatem mi czynić wypada?
- Weź moździerz i rozetrzyj na proch miałki ten kawałek mumii - Solfa podał mu strzęp starożytnych zwłok.
Kopernik zręcznie zabrał się do pracy. Tkanka kruszyła się szybko. Podekscytowany starzec błyszczącymi oczyma podziwiał, jak powstaje cudowne lekarstwo. Ten potężny środek z pewnością uleczy go z niemocy.
- Dobrze, teraz oliwy nieco dolej i wymieszaj - polecił medyk. - Tak, aby mazidło gęste, zdatne do ran opatrywania uczynić...
- Skąd, przyjacielu, u ciebie tak piękny okaz mumii? - zapytał Kopernik. - Fragmenta, którem w Królewcu w aptece widział, daleko skromniejsze mi się wydają...
- W młodości, jeszcze we Wrocławiu mieszkając, na strychu ją znalazłem. Według słów właścicieli kamienicy, do słynnego uczonego naszego Witelona niegdyś należała. W ziemi italskiej, gdziem studia medyczne kończył, wielem się naczytał i naoglądał mumii stosowania, tedy z radością wielką do kraju wracałem, świadom, że przypadek szczęśliwy wyposażył mnie w potężną broń do walki z zarazami wszelakimi. A i rozum - mimo lat młodych - miałem, żem tego co przypadek mej pieczy powierzył, z rąk nie wypuścił. Opatrzności Bożej to zawdzięczamy, gdyż aby w Italii mumię tak dorodną nabyć, złotem trza płacić, a w niemieckich krajach ceny ich wyższe jeszcze...
- Miłosierdzie jest cnotą, która i inne cnoty pomnaża - astronom zajrzał do moździerza i uznał, że starczy.
Mistrz Benedykt posmarował ranę starca gotową maścią i starannie założył opatrunek.
- Teraz szybko powinno się wygoić.
- Bóg zapłać, doktorze, i czcigodnemu naszemu biskupowi, który tu was sprowadził... - starzec niemal od razu poczuł ulgę.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ZADANIE: ZDJĄĆ Z EWIDENCJI SARKOFAG • ZNOWU MUZEUM DIECEZJALNE • OGLĘDZINY ZABYTKU • GDZIE JEST MUMIA NEBAMONA
Jesień tego roku była paskudna jak zwykle. Siedziałem, spisując sprawozdania z letnich przygód. Przeglądałem fotografie odnalezionych artefaktów i studiowałem ledwo czytelne notatki. Ubierałem to wszystko w język zrozumiały dla biurokratów naszego ministerstwa. Co za bezsens...
- Znowu mamy jesień - powiedział pan Tomasz zza swojego monitora. - I tradycyjnie, gdy tylko zaczyna się martwy sezon, ogarnia cię totalna chandra...
- To prawda - mruknąłem. - Człowiek patrzy na fotografie i jakoś tak... - pstryknąłem w powietrzu palcami, szukając odpowiedniego słowa.
- Ja też nie lubię siedzieć bezczynnie w czterech ścianach... Nigdy nie pociągała mnie papierkowa robota, choć często jest ona niezbędna - zasępił się.
- Nie ma dla nas jakiegoś zadania? - jęknąłem. - Jedźmy gdzieś daleko, tam gdzie świeci słońce...
- ...a fale ciepłego morza obmywają piaski plaż... - rozmarzył się. - Niestety, Pawełku, nikt nie chce nam powierzyć takiego zlecenia. A szkoda. Kilka tygodni na pustyniach Sudanu dobrze by mi zrobiło. Ale jak się chcesz wyrwać z czterech ścian, to mam dla ciebie robotę. W terenie.
- Tak? - popatrzyłem na plac Piłsudskiego pokryty kałużami. - A gdzie konkretnie?
Miałem nadzieję, że nie będę musiał taplać się gdzieś w błocie na wsi zabitej dechami... Z drugiej strony, niech będzie i błoto, abym tylko nie musiał robić tych przeklętych sprawozdań!
- Pamiętasz jeszcze sprawę zaginionego rękopisu Adama z Wągrowca?
- Oczywiście.
- Jak sobie zapewne przypominasz, po całym tym zamieszaniu w Muzeum Diecezjalnym w Płocku został falsyfikat egipskiego sarkofagu. Dostałem właśnie faks od dyrektora. Prosi, żebyśmy przysłali kogoś, kto zajmie się tym problemem.
- Niech sobie tam stoi. A jeśli zawadza, to co? Strychu nie mają?
- Vytautas siedzi w więzieniu, sarkofag nie posiada żadnej wartości. Jednak dyrektor chciałby umieścić go na ekspozycji. Wprawdzie nie jest to zabytek, ale z pewnością przykułby uwagę zwiedzających, zwłaszcza najmłodszych.
- A zatem co mam zrobić?
- Pojedziesz tam, spiszesz protokół przejęcia sarkofagu na własność Skarbu Państwa, przecenisz i sprzedasz Muzeum Diecezjalnemu w Płocku za 1 złoty plus 22% VAT. Potem zdejmiesz go z ewidencji, a oni wpiszą go do swojej... Ponadto dla umieszczenia go na ekspozycji musisz wydać swoją opinię, utrzymaną w tym duchu, że obiekt nie posiada walorów zabytkowych, ale z uwagi na wartość dydaktyczną dopuszczamy jego eksponowanie...
- Pan żartuje? - spojrzałem na niego przerażony.
- Taka jest procedura - pokazał mi plik kartek. - W każdym razie ministerialny prawnik kazał tak to załatwić.
- Kiedy mam jechać?
- Jutro rano. Masz tu wszystkie potrzebne formularze - otworzył szufladę. - Weź samochód, tu nie będzie potrzebny. Wypiszę ci delegację na cały dzień, pochodź sobie po Płocku, odetchnij, będzie ci się potem lepiej pracowało...
Nie mogłem nie przyznać szefowi racji.
Następnego dnia o szóstej rano wsiadłem do autokaru Polskiego Ekspresu. Wbrew sugestii pana Tomasza nie zdecydowałem się na jazdę samochodem. Opinia prawnika dotycząca procedur była tak obszerna, że musiałem ją spokojnie przeczytać i zastanowić się nad nią. Nie miałem też ochoty tkwić tyle czasu za kierownicą. Ciśnienie spadało, bałem się, że mógłbym zasnąć za kierownicą.
Wewnątrz pojazdu było ciepło i miło. Siedziałem i studiowałem plik kartek. Powoli ogarniała mnie rozpacz. Na początku, jako przedstawiciel ministerstwa, miałem skonfiskować sarkofag. Po prawdzie nie bardzo wiedziałem komu, skoro jego właściciel siedział w więzieniu, a muzeum właścicielem nie było. Potem należało zdjąć zabytek z ewidencji. Wedle prawnika należało sporządzić protokół zdjęcia, to znaczy porąbać skrzynię i spalić oraz zebrać relacje świadków, czego w dodatku miałem dokonać osobiście. Można było tego jednak uniknąć poprzez złożenie wniosku ze strony muzeum o przekazanie im sarkofagu przed zdjęciem z ewidencji...
Dość tego! Zdenerwowany wrzuciłem papiery do teczki. Byłem wściekły. Czekało mnie wypełnienie 17 różnych papierków, kopie siedmiu miały zostać w Płocku, trzy trzeba było przesłać do Ministerstwa Skarbu Państwa. A wszystko po to, by na dobrą sprawę nie zmieniło się nic... A, i jeszcze 22 grosze podatku VAT... I naraz pozazdrościłem studentom archeologii, którzy muszą tylko machać łopatami i raz dziennie sporządzać dokumentację stanowiska... Ech.
Przyjechałem do miasta przed dziewiątą. Ruszyłem znajomymi uliczkami. W miejscu, gdzie nie tak dawno badaliśmy mury średniowiecznego kościoła, budowano teraz nowe bloki mieszkalne. Wyszedłem na plac Narutowicza. Drzewa już gubiły liście. Jeszcze kilkaset metrów i pukałem do znajomych drzwi Muzeum Diecezjalnego. Tak niedawno zwiedzałem wnętrze w towarzystwie antyterrorystów... Dyrektor już na mnie czekał. Uścisnął mi dłoń i uśmiechnął się promiennie.
- Nie sądziłem, że przyślą akurat pana...
- Tak wyszło - westchnąłem. - Przywiozłem kupę formularzy do wypełnienia... I będzie pan musiał dodatkowo zapłacić za sarkofag. Całą jedną złotówkę plus 22% VAT...
- To się dobrze składa, bo moje muzeum dostało w tym roku osiemnaście złotych dotacji na zakup nowych zabytków - mruknął zgryźliwie. - Nawet reszta zostanie...
Pogawędziliśmy chwilę, utyskując na biurokrację i politykę mojego ministerstwa, po czym przeszliśmy do sali wystawowej. Egipskie zabytki wróciły już do kolekcji, z których je wypożyczono. Na miejscu został tylko niewielki zbiór będący własnością diecezji oraz falsyfikat sarkofagu.
- Tak to wygląda - powiedział dyrektor. - Bardzo ładna podróbka, aż sam w pierwszej chwili dałem się nabrać... Ale ostatecznie jestem fachowcem od średniowiecznych haftowanych ornatów i szat liturgicznych, a nie od egipskich dzieł sztuki...
Obrzuciłem wzrokiem skrzynię. Fałszerz nie postarał się specjalnie. Malowidła przedstawiające egipskich bogów kiepsko trzymały proporcje, hieroglify nakreślono byle jak. Wewnątrz nie było żadnych zdobień, gołe, lekko oheblowane dechy. Połączono je za pomocą kołeczków z ciemniejszego nieco drewna.
A jednak coś mi się nie zgadzało. Nie wiedziałem jeszcze co, ale było w tej skrzyni coś niepokojącego. Opuściłem wieko i długo patrzyłem na detale polichromii.
- Farba jest pokryta siateczką pęknięć - powiedziałem. - To bardzo proste do podrobienia...
- Wiem. Nakłada się dwie warstwy lakieru: jedną wolno schnącą, a na to szybko schnącą - wyjaśnił. - Najpierw zastyga ta na wierzchu, a potem spodnia rozrywa ją na kawałki. Wtedy w szczeliny wystarczy wetrzeć trochę sadzy...
- Właśnie.
- Nic trudnego. Trzeba mieć tyko trochę czasu, tak ze 48 godzin, żeby dobrze stwardniały obie warstwy.
Też znałem tę technikę i jeszcze dwadzieścia bardziej skomplikowanych na dodatek.
- Ale proszę spojrzeć, ile tu dziurek po kornikach - wskazałem. - Malowidła ledwo się trzymają...
- Ostrzelali deski najdrobniejszym śrutem - zasugerował. - Słyszałem, że tak się to robi...
- Kiedyś faktycznie fałszerze tak się bawili, ale od dawna już nie stosują tej metody. To byłoby zbyt łatwe do wykrycia - wyjaśniłem. - Śruciny zawsze zostają w otworach...
Wyjąłem z kieszeni komplet drobnych narzędzi. Szpilą podłubałem w dziurkach i po chwili wydobyłem szczątki owada. Pokazałem dyrektorowi.
- Użyli dech ze starej stodoły - zasugerował. - Dlatego mamy korniki...
Teraz przy użyciu lupy zbadałem szczeliny.
- Korniki przegryzły się przez spoinę między dwiema deskami. Potem drewno pękło i wypaczyło się... - mruknąłem. - Ale jeśli uwzględnimy przemieszczenia, pasują jedne do drugich. I to bardzo dokładnie.
- Co to oznacza? - zaniepokoił się.
- Musiało minąć bardzo wiele lat od czasu, kiedy wykonano tę trumnę - powiedziałem powoli. - Tak długo, że korniki zdążyły wyryć w niej swoje korytarze, a potem minęło może znowu sto lat i deski popękały, a potem zwichrowały się...
Patrzył mi spokojnie w oczy.
- Sądzi pan więc, że...
- Ten sarkofag może, choć nie musi być autentyczny. Jeśli to falsyfikat, to powstał bardzo dawno. Być może dwieście lub trzysta lat temu.
- O, do licha - zafrasował się staruszek. - I co dalej z tym fantem robimy?
- Sytuacja ulega zmianie - powiedziałem ponuro. - Nie mogę panu tego zostawić na wyposażeniu. Tak cenny zabytek muszą zbadać fachowcy. Lepsi niż my dwaj.
- Pozostaje jeszcze pytanie, skąd to się, u licha, wzięło - poskrobał się po ciemieniu. - Bo chyba nie został skradziony z żadnej kolekcji? W każdym razie u nas nikt nie zgłaszał roszczeń...
- Nie wiem. Ale to też trzeba będzie sprawdzić. Zdaje się, że uniknąłem papierkowej roboty - potrząsnąłem plikiem formularzy. - Ale czeka mnie inna... Kto wie, czy nie gorsza.
- Dobrze. Ale i tak papiery o przekazaniu trzeba będzie wypisać - westchnął. - Proszę do mojego gabinetu. Zamówić taksówkę bagażową?
- Do Warszawy? - złapałem się za głowę. - Uchowaj Boże! Wezwę z ministerstwa półciężarówkę i konwojenta... - sięgnąłem do kieszeni po telefon komórkowy. - Jak my to zapakujemy? Trzeba by folię z bąbelkami i jeszcze coś dla usztywnienia konstrukcji. Na przykład styropian albo tekturę...
- Mam w magazynie skrzynię, w której to przywieźli - powiedział. - I woreczki z granulatem styropianowym do unieruchomienia. Zaraz to możemy zapakować. Na pewno bezpiecznie zniesie nawet długą podróż. Szkoda, że nie może tu zostać. Byłby ozdobą mojego muzeum - westchnął. - I ładnie by się komponował z resztą kolekcji...
- Nie mogę nic obiecać, ale postaram się załatwić, żeby przynajmniej na jakiś czas dali go tu w depozyt - próbowałem jakoś go pocieszyć.
Żal mi się go zrobiło. To był dobry fachowiec, dbał o powierzone swojej pieczy dobro, doskonale prowadził muzeum, starał się, by ciekawe wystawy przyciągały jak najwięcej zwiedzających.
Zadzwoniłem do pana Tomasza i przedstawiłem mu całą sytuację.
- Wybacz, Pawle, ale to chyba niemożliwe - powiedział po chwili milczenia. - Skąd, u licha, wziąłby się u nas staroegipski sarkofag?! To przecież bardzo cenny zabytek.
- Nie wiem - westchnąłem. - Ba, nie mam nawet stuprocentowej pewności, czy jest autentyczny. Ale jeśli tak...
- ... to trzeba sprawę wyjaśnić - dokończył za mnie. - Bierzemy się ostro do roboty.
Zadzwoniłem, by zamówić transport.
Muzeum Narodowe w Warszawie zajmuje ogromny, szary budynek, wzniesiony jeszcze w okresie międzywojennym. Gdyby popatrzeć na nie z góry, przypomina literę „E”. Jedno skrzydło, to położone od wschodu nad opadającą do Wisły skarpą, od lat zajmuje Muzeum Wojska Polskiego. Od lat też toczy się cicha wojna o przeniesienie go w inne miejsce. Długo mówiło się o Cytadeli, ale ostatnio ucichło.
Samo Muzeum Narodowe planuje wzniesienie nowego nowoczesnego gmachu, gdzieś od tyłu. Na to jednak tradycyjnie brak funduszy.
Jeśli wejdziemy głównym wejściem, znajdziemy się w rozległym holu. Na wprost widać monumentalną klatkę schodową. Można wdrapać się po schodach i na długie godziny zagłębić w labirynt sal ekspozycyjnych. Znajdziemy tam rozmaite cuda, średniowieczne i barokowe drewniane rzeźby, wyroby dawnych jubilerów, obrazy flamandzkie oraz ogromną kolekcję dzieł najznamienitszych polskich mistrzów. Od czasu do czasu organizuje się tu wystawy tematyczne i wtedy budynek oblegają tłumy zwiedzających.
W specjalnej sali pod samym dachem wisi jeden z największych polskich obrazów - „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki. Dla równowagi niejako w gablotach można znaleźć dziełka najmniejsze - miniatury malowane na kości słoniowej.
Aby nacieszyć oczy pięknem, nie trzeba wcale wdrapywać się po schodach. Na lewo od wejścia na parterze znajdziemy galerię, w której są eksponowane freski z Faras, odkryte przez zespół profesora Kazimierza Michałowskiego. Kilkadziesiąt średniowiecznych chrześcijańskich malowideł wydartych piaskom Pustyni Nubijskiej, uratowanych przed zalaniem wodami Jeziora Nasera robi niezwykłe wrażenie. A co znajdziemy po prawej stronie? Galeria sztuki starożytnej kryje w sobie rozmaite zabytki greckie, rzymskie, asyryjskie, etruskie oraz oczywiście egipskie. Granitowe kolumny wysokie na kilka metrów, wazy, monety, amulety, naszyjniki... Można się tu włóczyć godzinami.
Muzeum posiada w swoich zbiorach 49 tysięcy eksponatów i oczywiście udostępnia zwiedzającym tylko niewielką ich część. Budynek mieści więc ogromne magazyny, a także bibliotekę i pracownie naukowe. W podziemiach umieszczono kawiarnię (choć, szczerze powiedziawszy, nigdy nie widziałem, aby była czynna) i salę kinową.
Betonowy loch pod salą egipską wyglądał ponuro jak grobowiec. Wrażenie to pogłębiały kamienne, ważące dwie tony, ślepe wrota mastaby oparte o jedną ze ścian. Pośrodku pomieszczenia na niskim stole spoczywał przywieziony z Płocka sarkofag. Profesor Andrzej N. oglądał go długo przez lupę.
- To robota prowincjonalnego warsztatu - orzekł wreszcie. - Dlatego postaci kiepsko trzymają się kanonu. Niemniej jednak ten, kto wykonał te napisy - wskazał długie rzędy hieroglifów zdobiące wieko - umiał pisać. Całość jest bardzo zniszczona i są to zniszczenia typowe raczej dla naszego klimatu.
- To znaczy, że ten sarkofag jest autentyczny? - wolałem zdobyć pewność.
- Oczywiście. Prawdopodobnie pochodzi z okresu XXI dynastii - wyjaśnił ekspert.
- Jaki typ uszkodzeń ma pan na myśli? - zapytał pan Tomasz, wracając do poprzedniego wątku.
- W pierwszej kolejności butwienie drewna. Proszę zwrócić uwagę na ten obszar zniszczeń - wskazał na „burtę” dolnej połowy. - Przez jakiś czas musiał stać na wilgotnym podłożu. Polichromie namalowano na podkładzie z gipsu lub wapna. Pod wpływem wody spęczniał i odpadł... Potem wysuszono go, co spowodowało pękanie werniksu, ale zahamowało proces niszczenia.
- Może uległ zamoczeniu podczas transportu do Europy? - zadumałem się.
- Niewykluczone. Do tego jeszcze korniki. Biorąc pod uwagę, jak długo i intensywnie go podgryzały, możemy przypuścić, że przez wiele lat stał w miejscu, gdzie mogły to bez przeszkód robić.
- Na przykład zamurowany w piwnicy?
- Musiałaby być bardzo sucha. Korniki lubią wilgoć, ale jej nadmiar im szkodzi. Zresztą, gdyby stał w piwnicy, zniszczenia byłyby znacznie poważniejsze.
- Jak pan sądzi, skąd on pochodzi? - zapytał szef.
Zmęczonym ruchem zdjął okulary i przecierał teraz zapocone szkła chusteczką.
- Myślę, że z jakiegoś niewielkiego ośrodka, na przykład Dendery. Może na to wskazywać obecność aż trzech przedstawień bogini Hathor - wskazał rysunki na wieku. - I jak sądzę, jego twórca był kapłanem - świadczy o tym ten symbol.
- Bardziej mi chodziło o to, czy domyśla się pan, jak znalazł się w Płocku? - westchnął Pan Samochodzik.
- Tego nie potrafię powiedzieć - pokręcił głową. - Myślę jednak, że może stanowić egzemplarz z jakiejś przedwojennej kolekcji. W czasie okupacji takie zbiory często ulegały rozproszeniu. Choć nie kojarzę, żeby zginęło nam coś takiego - poskrobał się po głowie. - Ale wie pan, w prywatnych zbiorach mogły być różne cuda...
- Trzeba będzie postudiować listę strat kultury polskiej - mruknąłem.
- Może tam natrafimy na jakiś trop. Czy nie mógł zostać przemycony z Egiptu?
- Raczej mało prawdopodobne - pokręcił głową. - Obowiązuje zakaz wywozu egipskich dzieł sztuki i jest on zdumiewająco dokładnie respektowany od ponad 120 lat. Zresztą korniki... W Egipcie występują owady niszczące drewno, ale są zupełnie inne niż te występujące w naszym klimacie. Ten sarkofag musiał trafić do Europy na przykład w połowie XIX wieku albo wcześniej.
- Trzeba ściągnąć kogoś z laboratorium Komendy Głównej Policji - zasugerowałem. - Niech zbadają wszystko, co się da, zrobią analizę kurzu, mikrouszkodzeń i tak dalej...
- Jedno mogę powiedzieć wam od razu - profesor przeczesał palcami dno skrzyni. - W tym sarkofagu jeszcze niedawno spoczywała mumia jego właściciela - pokazał nam kilka kawałków żółtawej nitki, które przykleiły się do jego palców. - I warto by ją odnaleźć... Nie mamy ich w kraju wiele. Każda może być źródłem bezcennych danych naukowych. Zwłaszcza że możemy zastosować dziś najnowsze zdobycze nauki dla jej zbadania.
- Zrobimy co w naszej mocy - obiecałem.
- Jeszcze jedno - odezwał się szef. - Mógłby nam pan przygotować tłumaczenie tych napisów? Sądzę, że będzie pomocne w identyfikacji.
- Oczywiście. Najważniejsze będzie imię zmarłego. Jeśli się nie mylę... - wziął lupę do ręki - brzmiało Nebamon - wskazał miejsce, gdzie na żółtej powierzchni czerniało kilka dziwnych znaczków. - Oczywiście po zdjęciu wszystkich śladów należałoby to dokładnie oczyścić i zakonserwować...
- Chyba tak - kiwnąłem głową. - Ale na razie niech to obejrzą policyjni technicy. A ja wybiorę się do więzienia... Muszę sobie uciąć dłuższą pogawędkę z Vytautasem...
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZMOWA...
Marcin1712