Julio Cortazar - Gra w klasy.rtf

(2952 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

JULIO CORTÁZAR

 

 

 

Gra w klasy

 

(Tłumaczyła: Zofia Chądzyńska)

 

 

 


TABLICA ORIENTACYJNA

Na swój sposób książka ta zawiera w sobie wiele książek, przede wszystkim zaś dwie książki.

Pierwszą należy czytać normalnie, a kończy się ona na rozdziale 56, pod którym znajdują się trzy ozdobne gwiazdki równoznaczne ze słowem “koniec”, w konsekwencji czego czytelnik bez wyrzutów sumienia może zrezygnować z dalszego ciągu.

Drugą należy rozpocząć od rozdziału 73, czytając w dalszym ciągu według numerów, które są zaznaczone pod każdym rozdziałem w nawiasach. W razie pomyłki lub też zapomnienia wystarczy zajrzeć do następującej tabeli:

73 - 1 - 2 - 116 - 3 - 84 - 4 - 71-5-81 - 74 - 6 - 7 - 8 - 93 - 68 - 9 - 104 - 10 - 65 - 11 - 136 - 12 - 106 - 13 - 115 - 14 - 114 - 117 - 15 - 120 - 16 - 137 - 17 - 97 - 18 - 153 - 19 - 90 - 20 - 126 - 21 - 79 - 22 - 62 - 23 - 124 - 128 - 24 - 134 - 25 - 141 - 60 - 26 - 109 - 27 - 28 - 130 - 151 - 152 - 143 - 100 - 76 - 101 - 144 - 92 - 103 - 108 - 64 - 155 - 123 - 145 - 122 - 112 - 154 - 85 - 150 - 95 - 146 - 29 - 107 - 113 - 30 - 57 - 70 - 147 - 31 - 32 - 132 - 61 - 33 - 67 - 83 - 142 - 34 - 87 - 105 - 96 - 94 - 91 - 82 - 99 - 35 - 121 - 36 - 37 - 98 - 38 - 39 - 86 - 78 - 40 - 59 - 41 - 148 - 42 - 75 - 43 - 125 - 44 - 102 - 45 - 80 - 46 - 47 - 110 - 48 - 111 - 49 - 118 - 50 - 119 - 51 - 69 - 52 - 89 - 53 - 66 - 149 - 54 - 129 - 139 - 133 - 140 - 138 - 127 - 56 - 135 - 63 - 88 - 72 - 77 - 131 - 58 - 131

Dla ułatwienia, u góry każdej strony figuruje numer odpowiadający danemu rozdziałowi.


Z TAMTEJ STRONY

 

Rien ne vous tue un homme comme d'être obligé de représenter un pays.

JACQUES VACHÉ - list do André Bretona

(Zabija się człowieka każąc mu reprezentować kraj).


1

 

Czy udałoby mi się spotkać Magę?

Tyle razy, gdy szedłem przez rue de Seine, wystarczało mi pochylić się nad łukiem wychodzącym na Quai Conti, aby - zaledwie szarooliwkowe światło, które unosi się nad rzeką, pozwoliło mi odróżnić jakieś formy - jej szczupła sylwetka od razu rysowała się na Pont des Arts, czasem przechodząca z jednej strony na drugą, czasem oparta o żelazną barierę, pochylona nad wodą. I wydawało się tak naturalne przejść na drugą stronę ulicy, wejść na stopnie mostu, na jego smukły kontur, zbliżyć się do Magi uśmiechającej się bez zdziwienia, przekonanej, tak jak i ja, że przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu i że tylko wyznaczają sobie rendez-vous, ci którzy pisują do siebie na liniowanym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końca tubki.

Ale teraz nie byłoby jej na moście. Jej delikatna twarz o przezroczystej cerze pochylałaby się ku starym portalom w dzielnicy Marais, może gawędziłaby ze sprzedawczynią frytek lub pogryzała parówki na Boulevard Sebastopol. Zresztą doszedłem aż do mostu, ale Magi nie było. Teraz nie znajdowała się na mojej drodze, a jakkolwiek znaliśmy nasze adresy paryskich pseudostudentów, każdą pocztówkę uchylającą okienko Bracque'a, Ghirlandaia, Maxa Ernsta pośród tanich gipsowych ozdób i krzykliwych tapet, nie szukaliśmy się w naszych mieszkaniach. Woleliśmy spotykać się na mieście, na tarasie kawiarni, w klubie filmowym lub też wspólnie pochylać się nad kotem na byle podwórzu Quartier Latin. Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć.

Och, Maga, w każdej kobiecie, która była do ciebie podobna, niby ogłuszająca cisza wzbierało jakieś wyostrzone krystaliczne oczekiwanie, klęsnące pośród smutku, jak mokry parasol, który się składa. Tak, właśnie jak parasol, Maga.

Może przypomniałabyś sobie ten, który przeznaczyliśmy na straty na wzniesieniu parku Montsouris, w lodowate marcowe popołudnie... Wyrzuciliśmy go tam, bo znalazłaś go, już trochę nadłamany, na Place de la Concorde i używałaś bardzo często, przeważnie pakując w żebra pasażerom metra czy autobusu, gdy roztargniona myślałaś o malowanych ptaszkach lub o rysunku, który muchy pozostawiają na suficie.

Tego popołudnia spadł drobny deszcz i pełna dumy chciałaś otworzyć twój parasol, kiedy wchodziliśmy do parku, a zamiast tego w ręku wybuchła ci katastrofa zimnych błyskawic i czarnych chmur, strzępów poszarpanego materiału i migotania wywichniętych drutów, i śmialiśmy się zmoknięci, przekonani, że parasol znaleziony na placu powinien godnie umrzeć w parku, nie zaś włączać się w nieszlachetny cykl koszów do śmieci i rynsztoków; więc zwinąłem go jak mogłem najlepiej i zanieśliśmy go w wysoko położoną część ogrodu, obok mostku, przez który przejeżdża pociąg, i stamtąd cisnąłem go z całej siły w dół, w głąb parowu, w mokrą murawę, ty zaś wydałaś okrzyk, w którym zabrzmiało coś niby przekleństwo Walkirii. Zatonął w głębi trawy jak statek, uległy zielonej wodzie, wodzie zielonej i burzliwej, à la mer qui est plus félonesse en été qu'en hiver[1],w perfidnej fali, Maga, zgodnie z wyszczególnieniami, którym oddaliśmy się przez dłuższą chwilę zakochani w Joinville i w parku, sami spleceni jak zmoknięte drzewa albo jak para aktorów z drugorzędnego węgierskiego filmu. A on pozostał nieruchomy wokół zieleni, niewielki i czarny niby zdeptany owad. I nie poruszył się, żadna z jego sprężyn nie powróciła do poprzedniej pozycji. Koniec. Skończone. I och, Maga, nie byliśmy zadowoleni...

Czego szukałem na Pont des Arts? Mam wrażenie, że tego grudniowego czwartku miałem zamiar iść na prawy brzeg, żeby napić się wina w kafejce na rue des Lombards, gdzie madame Leonie oglądała mi wnętrze dłoni, zwiastując podróże i niespodzianki. Nigdy cię tam nie zabrałem, aby madame Leonie obejrzała twoją rękę, może bałem się, że odczyta w niej jakąś prawdę o mnie, bo zawsze byłaś straszliwym zwierciadłem, monstrualnym, wszystko przeka­zującym przyrządem. I to, co nazywaliśmy kochaniem się, znaczyło może, że stałem przed tobą z żółtym kwiatem w ręce, ty zaś przytrzymywałaś dwie zielone świece, a wiatr wiał nam w twarze deszcz wyrzeczeń, pożegnań i biletów metra. Wobec czego nigdy cię nie zabrałem, ażeby madame Leonie, Maga... I wiem, bo mi to powiedziałaś, że nie lubiłaś, gdy widziałem, jak wchodzisz do małej księgarenki przy rue de Verneuil, gdzie pochylony staruszek wypełnia tysiące fiszek do kartoteki i wie wszystko, co można wie­dzieć o historiografii. Chodziłaś tam bawić się z kotem, a stary pozwalał ci i o nic nie pytał, zadowolony, że od czasu do czasu podasz mu jakąś książkę z wyższej półki. A ty grzałaś się przy jego piecyku o długiej, czarnej rurze i nie chciałaś, żebym wiedział, że chodzisz tam, aby usiąść koło pieca.

Tylko że trzeba było to wszystko powiedzieć we właś­ciwym momencie; ale niełatwo jest oznaczyć właściwy mo­ment dla jakiejś rzeczy i nawet teraz, gdy oparty łokciami o most, patrzę na przepływającą barkę koloru wina, piękną niby lśniący czystością karaluch, na kobietę w białym far­tuchu, która na dziobie wiesza bieliznę, na zielono pomalowane okna z firaneczkami à la Jaś i Małgosia, nawet teraz, Maga, pytam samego siebie, czy całe to krążenie miało sens i czy, aby dojść na rue des Lombards, nie należało raczej przejść przez Pont Saint-Michel i Pont au Change. Ale gdybyś tu była tej nocy, jak tyle, tyle razy, wiedziałbym, że to krążenie miało sens i że teraz ośmieszam tylko moją porażkę, nazywając ją krążeniem. Chodziło już tylko o to, żeby podniósłszy kołnierz kanadyjki iść dalej wzdłuż wy­brzeży aż do dzielnicy wielkich składów, która kończy się przy Châtelet, przejść pod fiołkowym cieniem wieży Saint-Jacques, myśląc o madame Leonie i o tym, że nie spotkałem ciebie.

Wiem, że pewnego dnia przyjechałem do Paryża, wiem, że jakiś czas żyłem na kredyt robiąc to, co robią inni, i widząc to, co inni widzą. Wiem, że wychodziłaś z kawiarni na ulicy Cherche-Midi i że zaczęliśmy rozmawiać. Tego popołudnia wszystko szło źle, bo moje argentyńskie zwyczaje nie po­zwalały mi co chwila przechodzić z jednego chodnika na drugi, ażeby oglądać nieinteresujące rzeczy na słabo oświet­lonych wystawach jakichś ulic, których nazw już sobie nie przypominam. Więc szedłem za tobą niechętnie, uważając, że jesteś niesforna i niewychowana, aż zmęczyłaś się byciem nie zmęczoną i usiedliśmy w kawiarni na Boul' Mich', gdzie nagle, między dwoma croissants, opowiedziałaś mi potężny kawał swojego życia.

Jak mogło mi przyjść do głowy, że to, co wydawało się kłamstwem, było prawdą, ów Figari w fioletach zmierzchu, twarze bez krwi, głód, bicie. Później uwierzyłem ci, później - miałem powody, znalazła się madame Leonie i patrząc na moją rękę, która sypiała między twymi piersiami, niemalże dokładnie powtórzyła mi twoje słowa: “Tkwi w niej jakieś cierpienie; zawsze tkwiło. Jest bardzo wesoła. Jej kolorem jest żółty, jej ptakiem kos, jej porą noc, jej mostem Ponts des Arts”. (Barka koloru wina, Maga, i dlaczego nie uciekliśmy nią, póki jeszcze nie było za późno...).

I popatrz - ledwie poznaliśmy się, już życie knuło, co mogło, żeby nas poróżnić. Ponieważ nie umiałaś udawać, od razu zdałem sobie sprawę, że, aby cię widzieć taką, jaką chciałem, należało zacząć od zamknięcia oczu, a wtedy najpierw coś niby żółte gwiazdy (poruszające się w aksamit­nej galarecie), potem czerwone skoki humorów i godzin, powolne wkraczanie w Mago-świat, który był niezdarnością i pogmatwaniem wszystkiego, ale równocześnie paprociami z podpisem tego pająka Klee, cyrkiem Miró, lustrem z po­piołu Vieira da Silva, światem, w którym poruszałaś się jak konik szachowy, który by się poruszał jak wieża, która by się poruszała jak laufer...

Łaziliśmy wtedy do ciné-klubów oglądać nieme filmy, ja - bo taki kulturalny, prawda? - i ty biedactwo, która nic a nic nie rozumiałaś z owego konwulsyjnego żółtego wrzas­ku jeszcze sprzed okresu twoich narodzin, z tej pręgowanej emulsji, w której biegali umarli; dopiero gdy przeszedł tamtędy Harold Lloyd, otrząsnęłaś się z wód snu, aby wreszcie uwierzyć, że wszystko to było bardzo dobre i że Pabst, i że Fritz Lang. Drażniłaś mnie trochę twoją manią doskonalenia się, podartymi pantoflami, niechęcią do przyj­mowania rzeczy przyjętych.

Jedliśmy parówki na Carrefour de l'Odéon i jechaliśmy na rowerach na Montparnasse szukać jakiegokolwiek hotelu, jakiejkolwiek poduszki. Niekiedy jechaliśmy aż do Porte d'Orléans, poznawaliśmy coraz lepiej puste przestrzenie za Boulevard Jourdan, gdzie czasami, o północy, spotykali się członkowie Klubu Węża, aby pogadać ze ślepym jasno­widzem - cóż za podniecający paradoks. Zostawialiśmy rowery na ulicy, włączając się w to wszystko powoli, za­trzymując się, aby popatrzeć na niebo, bo jest to jedna z nielicznych dzielnic Paryża, gdzie niebo piękniejsze jest niż ziemia. Siedząc na kupie śmieci paliliśmy papierosy, a Maga głaskała mnie po włosach albo nuciła pod nosem melodie nawet nie wymyślone, bezsensowne śpiewne melodeklamacje, przerywane westchnieniami albo wspomnienia­mi; korzystałem z tego, by myśleć o rzeczach nieistotnych metodą, którą zacząłem stosować kilka lat przedtem w szpi­talu, a która za każdym razem wydawała mi się skuteczniejsza i bardziej potrzebna. Z wielkim wysiłkiem, gromadząc po­mocnicze obrazy, myśląc o zapachach i twarzach, wydobywa­łem w końcu z nicości jakąś parę brązowych półbutów, których używałem w Olavarria w 1940 roku. Miały gumowe obcasy, cienkie podeszwy, tak że kiedy padało, woda przeni­kała mi do duszy. Gdy w ręku pamięci trzymałem tę parę półbutów, reszta zjawiała się sama: na przykład twarz donii Manueli albo poeta Ernesto Morroni. Ale przepędzałem ich, bo gra polegała na wyławianiu tylko tego, co najbłahsze, ukryte, przebrzmiałe.

Przerażony, że mógłbym sobie nie przypomnieć, atakowa­ny przez mole proponujące zwłokę, ogłupiały na skutek ocierania się o czas, obok półbutów widziałem wreszcie puszeczkę herbaty “El Sol”, którą mi dała matka w Buenos Aires. I łyżeczkę do herbaty, łyżeczkę-pułapkę, z której czarne myszki żywcem topione w szklance ukropu wypusz­czały musujące pęcherzyki. Przekonany, że pamięć zachowu­je wszystko, a nie tylko Albertyny i inne wielkie efemerydy serca i nerek, upierałem się, aby odtworzyć moje biurko na Floreście, niezapamiętywalną twarz dziewczyny imieniem Gekrepten, ilość piórek do tuszu w moim piórniku z piątej klasy, doprowadzony w końcu do drżenia i rozpaczy (bo nigdy nie mogłem przypomnieć sobie tych piórek, wiedzia­łem, że leżały w piórniku w specjalnej przegródce, ale nie wiedziałem ani ile ich było, ani kiedy było ich dwa, a kiedy sześć), aż do chwili gdy Maga, całując mnie i dmucha­jąc w twarz dymem i ciepłym oddechem, przywracała mnie rzeczywistości, i śmiejąc się rozpoczynaliśmy nową wędrów­kę pośród śmieci, w poszukiwaniu członków klubu. Już wtedy zdałem sobie sprawę, że szukanie jest moim znakiem, emblematem łażących po nocy bez określonego celu, racją bytu tych, którzy niszczą kompasy.

Z Magą do umęczenia mówiliśmy o metafizyce, bo to samo zdarzało się jej (i nasze spotkanie tym było, i tyle innych rzeczy, tak ciemnych jak zapałka), sytuacje wyjąt­kowe, znajdowanie się w jakichś innych szufladkach niż normalni ludzie, a wszystko to mimo że nie gardziliśmy nikim i nie czuliśmy się żadnymi wyprzedażowymi Maldororami ani też błądzącymi Melmothami.

Nie wydaje mi się, aby świetlik czerpał specjalną satysfak­cję z niezbitego faktu, że jest jednym z największych cudów tego cyrku, a przecież wystarczy przypuścić, że ma świado­mość, aby zrozumieć, że za każdym razem, kiedy mu się zapala brzuszek, musi czuć coś w rodzaju dumy z powodu wyjątkowego przywileju. W ten sam sposób Magę zachwyca­ły najnieprawdopodobniejsze komplikacje, w które z powo­du bankructwa wszelkich życiowych praw zawsze była wplą­tana. Należała do tych, pod którymi most potrafi się załamać wyłącznie dlatego, że na niego weszli, do tych, co szlochają, gdy wspomną los loteryjny, na który właśnie padło pięć milionów, a który przecież dopiero co widzieli na wystawie... Ja byłem raczej przyzwyczajony do tego, że zdarzają mi się rzeczy umiarkowanie wyjątkowe, i nie uważałem za nic przerażającego, gdy wszedłszy do ciemnego pokoju po al­bum płyt, nagle poczułem na ręce ciało olbrzymiej stonogi, która jego grzbiet wybrała sobie jako miejsce do spania, ani tego, ani dużych zielonych lub szarych kłaków w paczce papierosów, ani gwizdu lokomotywy dokładnie w tym momencie i tonacji, które były potrzebne do włączenia się ex officio do jednego z pasaży symfonii Ludwika van, ani incydentu w pisuarze przy rue Médicis, gdzie zobaczyłem człowieka, który siusiał z namaszczeniem, potem zaś, wy­chodząc ze swojej przegródki, odwrócił się ku mnie i pokazał na rozwartej dłoni, niby jakiś sprzęt liturgiczny i bezcenny, członek niewiarygodnej wielkości i koloru, i w tym samym momencie uświadomiłem sobie, że ten człowiek jest absolut­nie identyczny z tamtym (jakkolwiek nie był tamtym), który dwadzieścia cztery godziny przedtem w Salle de Géographie rozwodził się na temat totemów i tabu i pokazywał publicz­ności, unosząc je starannie na rozwartej dłoni, pałeczki z kości słoniowej, pióra ptaka-liry, rytualne monety, magicz­ne sierpy, gwiazdy morskie, zasuszone ryby, fotografie króle­wskich konkubin, dary myśliwych i olbrzymie zabalsamowa­ne skarabeusze, na których widok niezawodne panie drżały z pełnej lęku rozkoszy.

W sumie niełatwo jest mówić o Madze, która o tej porze z pewnością spaceruje po Belleville albo Pantin, pilnie wpa­trując się w ziemię, aż do chwili, gdy znajdzie strzępek czerwonego materiału. Jeżeli go nie znajdzie, będzie tak chodziła przez całą noc - oczy szklane - przeszukując kosze do śmieci, pewna, że jeżeli nie trafi na ten symbol okupu, ten znak przebaczenia albo niechby już odroczenia, zdarzy jej się coś okropnego. Wiem, co to jest, bo ja także posłuszny jestem takim znakom, także od czasu do czasu poszukuję czerwonych szmatek. Od dzieciństwa, kiedy mi coś upadło, musiałem to podnieść za wszelką cenę, bo jeżeli bym nie podniósł, spotkałoby nieszczęście nie mnie, lecz kogoś, kogo kocham, a czyje imię zaczyna się na taką samą literę, jak nazwa upuszczonego przedmiotu. Kiedy coś spada mi na podłogę, zupełnie nie mogę się opanować, w dodatku nic nie pomaga, jeżeli podniesie to ktoś inny, zły czar bowiem będzie działał nadal. Z tego powodu wielo­krotnie brano mnie za wariata, zresztą rzeczywiście jestem wariatem, kiedy to robię, kiedy pospiesznie podnoszę ołó­wek albo kawałeczek papieru, które wypadły mi z ręki, tak jak tego wieczoru było z kawałkiem cukru w restauracji na rue Scribe, szykownej restauracji pełnej dyrektorów, kurw w srebrnych lisach i dobrze prosperujących małżeństw. Byliś­my tym razem z Ronaldem i Etienne, i spadł mi na ziemię kawałek cukru, który potoczył się aż do sąsiedniego stolika, daleko poleciał, bo normalnie kawałki cukru zatrzymują się, zaledwie dotkną ziemi, zgodnie z rzeczywistymi obyczajami sześcianów. Ale ten zachowywał się jak kulka naftaliny, co tylko zwiększyło moją obawę, bo prawie uwierzyłem, że faktycznie wyrwano mi go z ręki. Ronald, który mnie zna, rzucił okiem, gdzie zatrzymała się kostka i zaczął się śmiać, co jeszcze bardziej przestraszyło mnie i rozzłościło. Podszedł kelner, który pewnie pomyślał, że upadło mi coś wartoś­ciowego, “parker”, a może sztuczne zęby, ale tylko mnie zgniewał, tak że nie mówiąc “przepraszam” rzuciłem się na ziemię i zacząłem szukać pomiędzy butami zaciekawionych gości, pewnych - i słusznie - że chodzi o coś ważnego. Przy stole siedziała jakaś gruba ruda i druga trochę mniej gruba, ale też kurwowata, i ze dwóch dyrektorów czy coś w tym rodzaju. Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że kostki nie widać, a przecież sam widziałem, jak skakała pomiędzy butami, które poruszały się jak niespokojne kury, po drugie, na podłodze leżał dywan i jakkolwiek był zupełnie znisz­czony, widać zdołała ukryć się w jego załamaniach, bo nie mogłem jej znaleźć. Kelner rzucił się na ziemię z drugiej strony stołu i już byliśmy parą czworonogów poruszających się między kurami-butami, które ponad nami gdakały jak oszalałe. On ciągle przekonany, że chodzi o “parkera” albo o luidora, kiedy już na dobre zadomowiliśmy się pod stołem w intymnej, mrocznej atmosferze, zapytał mnie - a gdy mu odpowiedziałem, zrobił minę nadającą się do uwiecznienia, ale mnie nie było do śmiechu, strach zamknął mi żołądek na dwa spusty i w końcu ogarnęła mnie zupełna rozpacz (kelner podniósł się wściekły), i zacząłem chwytać za damskie pantofle i patrzeć, czy pod wzniesieniem podeszwy nie przyczaił się cukier, a kury gdakały, dyrektorzy-koguty dziobali mnie w plecy, Ronald i Etienne pokładali się ze śmiechu, ja zaś miotałem się od stolika do stolika aż do chwili, gdy znalazłem moją kostkę ukrytą za nóżką Drugiego Cesarstwa.

I wszyscy wściekli, nawet ja, z cukrem w zaciśniętej pięści, czując jak topnieje, jak ohydnie rozłazi się w coś w rodzaju lepkiej mazi.

I codziennie zdarzenia w tym stylu.

(2)


2

 

Najpierw to było coś w rodzaju wykrwawiania się, biczowania, potrzeba, aby czuć ten idiotyczny, grana­towo oprawny paszport w kieszeni marynarki, aby wiedzieć, że klucz od pokoju spokojnie wisi na hotelowej tablicy. Strach, nieświadomość, olśnienie; to się nazywa tak a tak, o to się prosi tak a tak, teraz ta kobieta uśmiechnie się, za tą ulicą rozpoczyna się Jardin des Plantes, Paryż, pocztówka z rysunkiem Klee obok brudnawego lustra.

Maga zjawiła się pewnego dnia na ulicy Cherche-Midi; kiedy odwiedzała mnie w moim pokoju na rue de la Tombe-Issoire, zawsze przynosiła jakiś kwiatek, jakąś kartkę Klee albo Miró, a jeżeli była bez grosza - podniesiony w ogro­dzie liść platanu.

W owym czasie o świcie zbierałem na ulicy druty i puste skrzynki i fabrykowałem mobile, sylwetki kręcące się nad kominkami, niepotrzebne przedmioty, które pomagała mi malować. Nie byliśmy zakochani, spaliśmy ze sobą z niedbałą i krytyczną wirtuozerią, zapadając później w straszliwe mil­czenia, a piana z piwa kładła się jak pakuły, grzała i ścinała, podczas gdy patrzyliśmy na siebie czując, że już czas. Wresz­cie Maga podnosiła się i zaczynała bezsensownie krążyć po pokoju. Nieraz widziałem, jak podziwia w lustrze własne ciało, na wzór syryjskich statuetek brała piersi w dłonie, długim pieszczotliwym spojrzeniem obrzucała swoją skórę. Nigdy nie mogłem oprzeć się pragnieniu, aby zawołać ją, poczuć, jak powoli opuszcza się na mnie i raz jeszcze otwiera po tej chwili, w której była tak bardzo sama, tak zakochana w wieczności swojego ciała.

Za tamtych czasów nie mówiliśmy wiele o Rocamadourze, rozkosz była egoistyczna, jęcząc waliła nas swym wąskim czołem, wiązała pełnymi soli rękami. Wreszcie zaakceptowa­łem nieporządek Magi jako naturalny warunek każdej chwili, przechodziliśmy od wspomnienia Rocamadoura do talerzyka odgrzewanych klusek, mieszając wino, piwo i lemoniadę, zbiegając pędem, aby stara z rogu otworzyła nam tuzin ostryg, grając na rozstrojonym pianinie pani Noguet pieśni Schuberta i preludia Bacha, tolerując Porgy and Bess pod befsztyk z rusztu i kwaszone ogórki. Nieporządek, w którym żyliśmy, to znaczy porządek, w którym bidet naturalnym, choć niedostrzegalnym sposobem przemienia się w płytotekę i archiwum listów do odpisania, wydawał mi się czymś w rodzaju nieodzownej dyscypliny, jakkolwiek nie chciałem przyznać się do tego Madze. Szybko zrozumiałem, że należa­ło jej przedstawiać rzeczywistość za pomocą metodycznych określeń, pochwała nieporządku oburzałaby ją w takiej samej mierze, jak i jego potępienie. Dla niej nie istniał nieporządek (zrozumiałem to w momencie, w którym zapoznałem się z zawartością jej torebki, było to w kawiarni na rue Reau­mur, padało i zaczynaliśmy mieć na siebie ochotę), co w końcu zaakceptowałem, a nawet polubiłem; z takich niewygód składały się moje stosunki niemal ze wszystkimi; wiele razy wyciągnięty na nie słanym od kilku dni łóżku - słuchając płaczu Magi, której jakieś dziecko w metrze przypomniało Rocamadoura, albo patrząc jak się czesała po spędzeniu wielu godzin naprzeciw portretu Eleonory Ak­witańskiej i umierała z pragnienia, żeby być do niej podobną - myślałem z czymś w rodzaju umysłowej czkawki, że całe ABC mojego życia było przykrym idiotyzmem ograniczają­cym się po prostu do posunięć dialektycznych, do wyboru złego zamiast dobrego zachowania, do umiarkowanej nie-przyzwoitości zamiast wielorakiej przyzwoitości. Maga cze­sała się, rozczesywała i znów czesała. Myślała o Rocamadourze, nuciła (źle) Hugo Wolfa, całowała mnie, pytała, jak mi się podoba uczesanie, bazgrała coś na kawałku żółtego papieru i wszystko to było absolutnie nią, podczas gdy ja w naumyślnie brudnym łóżku, popijając naumyślnie letnie piwo, byłem zawsze sobą i moim życiem, sobą i moim życiem w przeciwstawieniu do życia innych. Ale równocześ­nie w jakiś sposób dumny z tego, że jestem świadomie rozlazły między chandrą a chandrą, między niewiarygodnymi perypetiami Magi, Ronalda, Rocamadoura, klubu, ulic, cho­rób duszy i wszystkich innych choler, i Berthe Trépat, a czasami głodem, i starym Trouille, który nie raz i nie dwa wyciągał mnie z kłopotów, pod akompaniament rzygających muzyką i dymem nocy, i małych świństewek, i wszelkich kombinacji, ponieważ gdzieś pod czy też nad tym wszyst­kim nie chciałem, jak przedstawiciele typowej cyganerii, udawać, że ten kieszonkowy bałagan jest wyższym nakazem duchowym albo inną równie przegniłą etykietą, ani godzić się na to, że wystarcza minimum przyzwoitości (przyzwoito­ści, młodzieńcze!), aby wyplątać się z nie kończących się ilości brudnej waty. I w ten sposób właśnie zetknąłem się z Magą, która była świadkiem mym i szpiegiem nic o tym nie wiedząc, i wściekłość, że nie mogłem przestać myśleć o tym, i świadomo...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin