Salinger Jerome.Dawid - Buszujacy w zbozu.rtf

(517 KB) Pobierz
J

Jerome David SALINGER

 

 

 

Buszujący w zbożu

 

(Przełożyła Maria Skibniewska)

 

 


1.

 

Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdury w guście "Dawida Copperfielda", ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, od razu wolę was szczerze uprzedzić. Po pierwsze nudzą mnie te kawałki, a po drugie moich staruszków krew by chyba zalała tam i z powrotem, gdybym coś napisał o ich sprawach osobistych. Okropnie są drażliwi na tym punkcie, zwłaszcza ojciec. Bardzo mili, złego słowa o nich nie powiem, ale drażliwi jak diabli. Zresztą nie zamierzam pisać całej historii swojego życia, nic w tym rodzaju. Chcę tylko opowiedzieć wariacką przygodę, która mi, się zdarzyła około Bożego Narodzenia ostatniej zimy, zanim się tak wykończyłem, że musiałem tu przyjechać na odpoczynek. Powtórzę to, co opowiedziałem D.B., a D.B. - to, rozumie się, mój brat. Mieszka w Hollywood. Niedaleko ma stamtąd do tej mojej dziury, więc przyjeżdża prawie na każdy weekend. W przyszłym miesiącu pewnie będę mógł wrócić do domu, D.B. mnie odwiezie. Ma właśnie nowego jaguara. Fajna mała maszyna, angielska, dwieście mil kropi jak nic na godzinę. Kosztowała blisko cztery patyki. D. B. Ma teraz forsy jak lodu. Dawniej było z nim gorzej. Póki siedział w domu, pisał prawdziwe książki. Wydał pierwszorzędny tom opowiadań "Tajemnica złotej rybki", możeście słyszeli. Najlepsza była właśnie "Tajemnica złotej rybki". O takim pętaku, który nie pozwalał nikomu nawet patrzeć na swoją złotą rybkę, bo ją kupił za własne pieniądze. Cholernie mi się podobało. Ale teraz D. B. siedzi w Hollywood i zaprzedał się filmowcom. Niczego na świecie tak nie nienawidzę, jak kina. Słyszeć o nim nie chcę.

Zacznę od tego dnia, kiedy wyjechałem z "Pencey". "Pencey" to prywatna szkoła średnia w Agerstown, w Pensylwanii. Słyszeliście chyba o niej. A już co najmniej musieliście zauważyć reklamę. Ogłasza się w stu ilustrowanych pismach, zawsze tym samym obrazkiem: chłopak konno skacze przez płotek. Jakby w "Pencey" nic innego człowiek nie robił, tylko grał w polo od rana do nocy. A ja tam przez cały czas nawet szkapy z bliska nie widziałem. Pod obrazkiem jest taki napis: "Od 1888 roku kształtujemy charaktery i oświecamy umysły, wychowując chłopców na wspaniałych młodzieńców".

Wszystko to bujda. Ani w "Pencey", ani w żadnej innej szkole nie kształtują charakterów. Nie spotkałem też wspaniałych młodzieńców z oświeconym umysłem itd. No, może dwóch. Najwyżej! Ale ci, zdaje się, już tacy do "Pencey" przyjechali.

Wracając do rzeczy: była tego dnia sobota i mecz piłki nożnej z drużyną z Saxon Hali. Wielki szum się robiło koło tego meczu, bo to ostatnie spotkanie w roku; taki był nastrój, że jakby ukochana szkoła nie wygrała, to chyba sobie w łeb palnąć z rozpaczy. Jakoś o trzeciej po południu wdrapałem się cholernie wysoko na Thomsen Hill, gdzie stoi rozwalona armata z czasów Wojny Rewolucyjnej. Stamtąd masz jak na patelni całe boisko, obie drużyny ganiające po polu. Głównej trybuny nie widać za dobrze, ale słyszałem wrzask; po stronie "Pencey" publika ryczała okropnie, bo tam siedziała cała nasza szkoła, mnie jednego tylko brakowało, a po stronie Saxon Hali ledwie kto miauknął, bo drużyna gości, jak zwykle, mało swoich kibiców ściągnęła.

Babek nigdy dużo na meczach nie bywa. Tylko seniorom wolno swoje dziewczęta przyprowadzać. Okropna ta nasza buda pod każdym względem. Lubię od czasu do czasu wybrać się gdzieś, gdzie można popatrzeć na dziewczęta, nawet jeżeli drapią się albo nosy wycierają, albo zwyczajnie śmieją się czy gadają między sobą. Selma Thurmer, córka naszego dyrektora, dość często pokazywała się na zawodach sportowych, ale Selma nie należała do babek, za którymi się szaleje. Zresztą bardzo była sympatyczna, kiedyś jadąc z Agerstown siedziałem przy niej w autobusie i trochę z sobą rozmawialiśmy. Dość ją lubiłem. Miała za duży nos, paznokcie obgryzione aż do krwi i przypinała sobie sztuczne piersi sterczące na pół mili, ale jakoś człowiekowi było jej żal. Co mi się w niej podobało, to że nie przechwalała się, jaki z jej ojca wielki człowiek. Pewnie sama rozumiała, że jej stary to obłudnik i fajtłapa.

Znalazłem się na szczycie Thomsen Hill zamiast na dole, na boisku, dlatego że właśnie wróciłem dopiero co z Nowego Jorku z drużyną szermierzy. Na swoje nieszczęście byłem kapitanem tej drużyny. Wyszła z tego wielka heca. Pojechaliśmy rankiem do Nowego Jorku na spotkanie z reprezentacją szkoły McBurneya. Tylko że wcale nie doszło do spotkania. Zostawiłem florety, cały sprzęt, wszystko - w kolei podziemnej. Nie moja wina. Wciąż musiałem patrzeć na plan, żeby nie przegapić stacji, na której mieliśmy wysiąść. No i wróciliśmy do "Pencey" około pół do trzeciej zamiast wieczorem na kolację. Przez całą powrotną podróż moja drużyna nie odzywała się do mnie. Nawet się nieźle ubawiłem.

Poza tym nie poszedłem na boisko z drugiej jeszcze przyczyny: chciałem pożegnać się z nauczycielem historii, starym Spencerem. Zachorował na grypę, więc myślałem, że już go nie zobaczę przed feriami gwiazdkowymi. Ale on napisał do mnie, żebym przed wyjazdem do domu koniecznie do niego zajrzał. Wiedział, że po świętach już nie wrócę do "Pencey".

Zapomniałem o tym napisać: wylali mnie z budy. Miałem już nie wracać po świętach, bo zawaliłem cztery przedmioty, nie pracowałem i w ogóle. Kilka razy mnie ostrzegali i namawiali, żebym się wziął do nauki, zwłaszcza przed egzaminami międzysemestralnymi, kiedy rodzice przyjechali na rozmowę ze starym Thurmerem - aleja nie słuchałem. W końcu mnie wylali. Często zresztą wylewają stąd chłopców. W "Pencey" pilnują wysokiego poziomu szkoły. To fakt.

Słowem przyszedł grudzień, a zimno było, szczególnie na tej głupiej górze, jak wszyscy diabli. Miałem na sobie płaszcz wiosenny, ręce gołe. Na tydzień przedtem ktoś mi ukradł z mego pokoju wielbłądzie palto, a z nim razem rękawiczki na futrze, bo były w kieszeni. W "Pencey" roi się od złodziei. Chłopcy przeważnie pochodzą z bogatych rodzin, a mimo to wciąż się trafiają kradzieże. Im droższa szkoła, tym więcej złodziei, słowo daję! Stałem więc koło tej rozwalonej armaty, patrzałem z góry na mecz i portkami trząsłem z zimna. Właściwie to nawet nie bardzo patrzałem na mecz. Naprawdę zatrzymałem się tam dlatego, że chciałem poczuć, że się żegnam z "Pencey". Bo już nieraz wyjeżdżałem ze szkół i różnych miejscowości, a wcale nie czułem, że się z nimi rozstaję. Nie cierpię tego. Wszystko mi jedno, niech pożegnanie będzie smutne albo nieprzyjazne, ale niech wiem, że się żegnam. Bez tego człowiekowi jakoś głupio.

Udało mi się tym razem. Nagle przypomniałem sobie coś, co pomogło mi odczuć, że się stąd wynoszę. Stanął mi raptem w pamięci pewien dzień, jakoś w październiku, kiedy z Robertem Tichenerem i Paulem Campbellem kopaliśmy piłkę na placu przed budynkiem szkolnym. Ci dwaj koledzy to sympatyczne chłopaki, zwłaszcza Tichener. Do obiadu zostało niewiele czasu, ciemno się już robiło, ale my bawiliśmy się dalej. Wreszcie tak już było ciemno, że nie widzieliśmy prawie piłki, ale nie mieliśmy wcale ochoty przerwać gry, W końcu musieliśmy dać spokój. Nauczyciel, który wykłada biologię, pan Zambezi, wytknął głowę z okna którejś klasy i kazał nam wracać na kwaterę, żeby się przygotować do obiadu. Jeśli uda mi się w porę przypomnieć sobie coś w tym rodzaju, mam, czego mi potrzeba: pożegnanie, jak się należy; przynajmniej zwykle to wystarcza. Skoro więc to załatwiłem, zrobiłem w tył zwrot i puściłem się biegiem w dół na drugą stronę pagórka, ku domowi Spencera. Spencer nie mieszkał w obrębie osiedla szkolnego, a przy Anthony Wayne Avenue.

Biegłem cały czas aż do głównej bramy, tam przystanąłem na chwilę, żeby odsapnąć. Trzeba wam wiedzieć, że mam dech trochę krótki. Po pierwsze - dużo palę, a raczej paliłem. Tu kazali mi rzucić palenie. Po drugie urosłem w ciągu przeszłego roku o sześć i pół cala. Tym sposobem właśnie złapałem gruźlicę i musiałem tu przyjechać na te wszystkie cholerne badania i tym podobne przyjemności. W gruncie rzeczy jestem mniej więcej zdrowy.

No, więc kiedy odzyskałem dech, przebiegłem przez drogę nr 204. Gołoledź była diabelna i omal się nie wywaliłem. Sam nie wiem dlaczego tak się spieszyłem, po prostu miałem taką fantazję. Ledwie się znalazłem za drogą, wydało mi się, jak gdybym zniknął. Było to już takie zwariowane popołudnie, ziąb okropny, słońca ani na lekarstwo, a ilekroć człowiek przeciął jakąś drogę, miał wrażenie, że znika.

Zadzwoniłem do drzwi starego Spencera jak na pożar. Przemarzłem do szpiku kości. Uszy mnie bolały, palce zgrabiały, że ledwie mogłem nimi poruszać. "Żywo, żywo! - powiedziałem niemal na głos. - Rusz się tam jeden z drugim i otwieraj!" W końcu otworzyła mi stara pani Spencer. Nie trzymali służącej, zawsze sami otwierali. Spencerowie nie mieli za wiele forsy.

- Holden! - zawołała pani Spencer. - Jak to miło, że przyszedłeś! Chodź, kochaneczku. Zmarzłeś, co?

Miałem wrażenie, że szczerze się ucieszyła. Lubiła mnie. Tak mi się przynajmniej zdaje.

Wskoczyłem migiem.

- Dzień dobry pani - powiedziałem. - Jak się czuje pan Spencer?

- Dawaj ten płaszcz, kochanku - odparła. Wcale nie dosłyszała pytania o zdrowie pana Spencera. Trochę była przygłucha.

Powiesiła mój płaszcz w schowku, a ja tymczasem przygładziłem ręką włosy. Strzygę się na jeża, więc grzebienia i szczotki rzadko mi potrzeba.

- Co u pani słychać? - spytałem tym razem głośniej, żeby usłyszała.

- Wszystko dobrze - odpowiedziała zamykając szafę. - A u ciebie?

Z tonu poznałem, że stary Spencer musiał jej powiedzieć o wylaniu mnie ze szkoły.

- W porządku - odparłem. - Jak się czuje pan Spencer? Chyba już minęła ta grypa?

- Czy minęła! Ach, Holdenie, mój mąż zachowuje się jak skończony... no, jak nie wiem co... Jest w swoim pokoju, kochanku. Możesz tam wejść.

 


2.

 

Każde z nich miało własny pokój. Oboje mieli po siedemdziesiątce albo i więcej, i mimo to umieli się cieszyć z różnych rzeczy, oczywiście trochę idiotycznie. To co napisałem, brzmi podle, ale nie chciałem być złośliwy. Chciałem tylko wyrazić, że bardzo dużo myślałem o starym Spencerze, a jeśli człowiek myślał o nim za dużo - zaczynał się dziwić, po co on, u licha, jeszcze żyje. Był strasznie zgarbiony i ledwie się w skórze trzymał, a w klasie, jeżeli mu przy tablicy upadła kreda, któryś chłopak z pierwszego rzędu musiał się zrywać, podnosić i podawać mu ją do ręki. Mnie się to wydawało okropne. Ale jeżeli człowiek myślał o nim tyle, ile trzeba, nie za dużo, wtedy jakoś się rozumiało, że staremu Spencerowi nie jest źle na świecie. Na przykład pewnej niedzieli, kiedy z paru kolegami byłem u niego, bo zaprosił nas na czekoladę, pokazywał nam stary, podniszczony kilim indiański, który wspólnie z żoną kupił od jakiegoś Navajo w rezerwacie Yellowstone. Widać było, że Spencer ma nieziemską frajdę z tego nabytku. No i o to mi właśnie chodzi: że człowiek stary jak świat umie się cieszyć z kupionego kilimu.

Drzwi były otwarte, ale i tak zapukałem, przez grzeczność. Od razu go zobaczyłem. Siedział w wielkim, obitym skórą fotelu, cały zawinięty w ten swój indiański kilim, o którym wspomniałem. Podniósł głowę.

- Kto tam? - krzyknął. - Caulfieid? Wejdź, wejdź, chłopcze!

Poza lekcjami zawsze wrzeszczał. Czasem to było nawet dość denerwujące.

Ledwie wszedłem, prawie pożałowałem, że się z tą wizytą wybrałem. Spencer czytał "Atlantic Monthly", obstawiony dokoła całą baterią butelek i proszków, a pokój cuchnął lekarstwem na katar - "kropelkami Vicksa" - które się zapuszcza do nosa; to było trochę przygnębiające. W ogóle nie przepadam za chorymi. A tutaj przygnębił mnie tym bardziej strój Spencera, bo staruszek miał na sobie okropnie smutny, zniszczony płaszcz kąpielowy, chyba jeszcze sprzed potopu. W ogóle nie lubię widoku starych ludzi w szlafrokach albo w pidżamach. Zawsze widzi się te ich zapadnięte piersi. No, a nogi! Na plaży czy w innych tym podobnych miejscach nogi starych wydają się okropnie białe i łyse.

- Dzień dobry panu - powiedziałem. - Dostałem pana liścik. Bardzo dziękuję. - Napisał, żebym do niego koniecznie wpadł i pożegnał się przed wyjazdem na wakacje, skoro już nie mam wrócić do szkoły. - Ale niepotrzebnie pan pisał. Ja bym i tak przyszedł się pożegnać.

- Siadaj tu, chłopcze - powiedział stary Spencer. Wskazał przy tym na łóżko.

Siadłem.

- A jak z pańską grypą, panie profesorze?

- Mój chłopcze, żebym się czuł chociaż trochę lepiej, to bym musiał wezwać doktora - powiedział i tak go ten dowcip zachwycił, że aż się zachłysnął ze śmiechu. Wreszcie wyprostował się i spytał: - A dlaczego to nie jesteś na meczu? O ile wiem, idzie dziś wielka gra.

- A tak. Byłem. Tylko że właśnie przyjechałem z Nowego Jorku z drużyną szermierzy - odparłem. Nie macie pojęcia, jakie twarde było łóżko Spencera.

Potem stary zrobił diabelnie poważną minę. Wiedziałem z góry, że tak będzie.

- A więc opuszczasz nas, hę? - powiedział.

- Tak, panie profesorze.

Wtedy zaczął po swojemu kiwać głową. Nie spotkałem na świecie drugiego człowieka, który by tyle kiwał głową, co stary Spencer, i nigdy nie mogłem dociec, czy on tak kiwa dlatego, że rozmyśla, czy też po prostu dlatego, że jest miłym staruszkiem, który już własnego tyłka od łokcia nie odróżnia.

- Co ci powiedział doktor Thurmer, chłopcze? Podobno mieliście z sobą długą rozmowę.

- Mieliśmy. Fakt. Chyba ze dwie godziny siedziałem w jego gabinecie.

- No i co ci powiedział?

- No... mówił o życiu, że to jest gra, i tak dalej, i że trzeba się trzymać prawideł. Bardzo był miły. To znaczy, nie rzucał się wcale, nic z tych rzeczy. Tylko mówił, że życie to jest gra, i tak dalej... Wie pan.

- Życie jest grą, mój chłopcze. Życie jest grą, której prawideł należy przestrzegać.

- Wiem, proszę pana. Wiem.

Gra, a jakże. Ładna gra! Jeżeli znalazłeś się po tej stronie, po której są asy. to i owszem, można grać, przyznaję. Ale jeżeli trafiłeś na drugą stronę, gdzie nie ma ani jednego asa - to co to za gra? Guzik. Nie ma gry.

- Czy doktor Thurmer napisał już do twoich rodziców? - spytał stary Spencer.

- Mówił, że w poniedziałek napisze.

- A ty ich zawiadomiłeś?

- Nie, proszę pana, nie zawiadamiałem, bo zobaczę się przecież z nimi pewnie w środę wieczorem, jak Przyjadę do domu.

- A jak przyjmą tę nowinę? Co myślisz?

- No... zdenerwują się bardzo - powiedziałem. - Porządnie się zdenerwują. To już moja czwarta szkoła. - Potrząsnąłem głową. - Cholera! - powiedziałem.

Często mówię "cholera". Może dlatego, że w ogóle nam niewyparzoną gębę, a może dlatego, że czasami zachowuję się dziecinnie jak na swój wiek. Wtedy miałem szesnaście lat - teraz mam siedemnaście - a czasem zachowuję się, jakbym miał trzynaście. Aż śmiesznie, bo wzrostu mam sześć i pół stopy i siwe włosy. Słowo daję, fakt. Na jednej połowie głowy - na prawej - mam tysiące siwych włosów. Miałem je od maleńkości. No i mimo to potrafię się tak zachowywać jak dwunastoletni pętak. Wszyscy mi to mówią, a najczęściej ojciec. Trochę w tym jest prawdy, ale nie cała prawda. Ludziom zawsze się zdaje, że wiedzą całą prawdę. Co do mnie, gwiżdżę na to, ale nieraz już mnie nudzi, kiedy powtarzają mi wszyscy w kółko, żebym pamiętał o swoim wieku. Czasem przecież postępuję, jakbym był znacznie starszy, niż jestem - słowo daję! - ale tego ludzie nigdy nie zauważają.

Stary Spencer zaczął znów kiwać głową. A także - dłubać w nosie. Udawał, że go tak z wierzchu podszczypuje, ale naprawdę pakował wielki paluch do komina. Pewnie myślał, że może sobie pozwolić, skoro tylko ja jestem w pokoju. Niech tam, ale wstręt bierze patrzeć, jak ktoś dłubie w nosie.

Wreszcie się odezwał:

- Miałem zaszczyt poznać twoją matkę i ojca, kiedy przed paru tygodniami przyjechali na rozmówkę z dyrektorem Thurmerem. Bardzo szanowni ludzie.

- A tak, proszę pana. Bardzo mili.

Szanowni. Nienawidzę tego słowa. Taka lipa. Rzygać mi się chce, jak je słyszę.

Nagle stary Spencer zrobił taką minę, jakby mu przyszedł do głowy jakiś wspaniały argument, ostry jak brzytwa, i myślałem, że mi go zaraz wyrąbie. Wyprostował się w fotelu, pokręcił na siedzeniu. Fałszywy alarm. Wziął tylko z kolan to swoje pismo "Atlantic Monthly", i spróbował je przerzucić na łóżko obok mnie. Spudłował. Strzelał z odległości ledwie dwóch stóp, a mimo to spudłował. Wstałem, podniosłem pismo, położyłem na łóżku, i nagle aż mnie poderwało, żeby uciekać z tego pokoju. Czułem, że zaraz usłyszę okropne kazanie. Właściwie samo kazanie może bym wytrzymał, ale słuchać morałów i jednocześnie wąchać krople na katar, i jeszcze w dodatku patrzeć na starego Spencera w pidżamie i płaszczu kąpielowym - to za wiele. Naprawdę za wiele.

Zaczęło się, jak przewidywałem.

- Co się z tobą dzieje, chłopcze? - powiedział stary Spencer. Bardzo surowo, jak na niego. - Ile miałeś przedmiotów w tym semestrze?

- Pięć, proszę pana.

- Pięć. A z ilu masz niedostatecznie?

- Z czterech. - Przesunąłem się trochę. Nigdy w życiu nie siedziałem na równie twardym łóżku. - Z angielskiego stoję dobrze - powiedziałem - bo wszystkie te kawałki od "Beowulfa" do "Lorda Randala" przechodziłem jeszcze w szkole w Whooton. Tak że właściwie wcale nie potrzebowałem się niczego uczyć, tylko od czasu do czasu pisałem wypracowania.

Nawet mnie nie słuchał. Prawie nigdy nie słuchał, co się do niego mówiło.

- Z historii obciąłem cię, bo nie umiałeś dosłownie nic.

- Wiem, proszę pana. Cholera. Wiem. Pan nie mógł postąpić inaczej.

- Dosłownie nic - powtórzył. Diabli mnie biorą, jak ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że mu się za pierwszym razem przyznało rację. Ale on powtórzył swoje po raz trzeci: - Nic a nic, dosłownie. Bardzo wątpię, czy bodaj raz w ciągu całego semestru otworzyłeś podręcznik. No co, otworzyłeś? Mów prawdę, chłopcze.

- Parę razy zaglądałem do niego - odparłem. Nie chciałem staremu robić przykrości. On ma bzika na Punkcie historii.

- Zaglądałeś, hę? - powiedział tonem wyraźnie 15 drwiącym. - Twoja praca egzaminacyjna leży tam, na bieliźniarce. Na samym wierzchu. Podaj mi ją, proszę.

To był z jego strony podły chwyt, ale nie miałem wyboru, wstałem, znalazłem swoją pracę, podałem ją Spencerowi. Potem usiadłem znowu na tym jego betonowym łóżku. Cholera, pojęcia nie macie, jak żałowałem, że wpadłem pożegnać się ze starym.

Przede wszystkim trzymał moją pracę w ręku z takim obrzydzeniem, jakby to było psie łajno, czy coś w tym rodzaju.

- Uczyliśmy się o Egipcjanach od czwartego listopada do drugiego grudnia - rzekł. - Wybrałeś sobie temat wypracowania sam. Czy chcesz posłuchać, co miałeś o tym do powiedzenia?

- Nie, panie profesorze, wolałbym nie - odparłem.

Ale on i tak zaczął czytać. Nie sposób powstrzymać belfrów, jeśli się przy czymś uprą. Na nic nie zważają i robią swoje.

 

- Egipcjanie byli starą rasą kaukaską zamieszkującą jeden z krajów Afryki Północnej. Ta ostatnia, jak wiadomo, jest największym kontynentem wschodniej półkuli.

 

Musiałem siedzieć cicho i słuchać tych bredni. Spencer zrobił mi paskudny kawał.

 

- Egipcjanie są dla nas dziś nadzwyczaj interesujący z wielu różnych powodów. Nowocześni uczeni do tej pory nie odkryli, jakich tajemniczych środków używali Egipcjanie do zawijania swoich umarłych, których twarze nie uległy rozkładowi w ciągu niezliczonych stuleci. Ta intrygująca zagadka stanowi wręcz wyzwanie dla nowoczesnej nauki dwudziestego wieku.

 

Skończył czytanie i podniósł wzrok znad mojej pracy. W tej chwili już go zacząłem prawie nienawidzić.

- Twój "esej", jeśli tak można go nazwać, na tym się kończy - rzekł Spencer, wciąż okropnie drwiącym głosem. Nigdy bym się nie spodziewał po staruszku takiego sarkazmu. - Jednakże dodałeś na dole strony mały liścik do mnie - rzekł.

- Pamiętam, pamiętam - wpadłem mu w słowa z pośpiechem, bo nie chciałem, żeby i to jeszcze głośno przeczytał. Ale nic nie mogło go powstrzymać. Rozpędził się stary na całego.

 

- Szanowny Panie Profesorze - czytał głośno. - Więcej nie wiem o Egipcjanach. Jakoś nie mogłem się do nich zapalić, chociaż wykładał Pan Profesor bardzo interesująco. Nie będzie mi przykro, jeżeli mnie Pan Profesor obleje, bo i tak już zawaliłem wszystkie inne przedmioty, z wyjątkiem angielskiego. Łączę wyrazy szacunku

Holden Caulfieid

 

Odłożył to moje idiotyczne wypracowanie i spojrzał na mnie z takim triumfem, jakby mi wlepił suchego seta w ping-ponga czy coś w tym rodzaju. Nigdy mu chyba nie daruję, że przeczytał mi głośno te wygłupy. Gdyby to on do mnie napisał, ja z pewnością nie czytałbym mu tego na głos, słowo daję. Przecież ten głupi przypis dodałem tylko po to, żeby się nie potrzebował martwić oblewając mnie na egzaminie.

- Masz mi za złe, chłopcze, że cię oblałem? - spytał.

- Nie, proszę pana, na pewno nie - odparłem. Dużo bym dał, żeby przestał wciąż mówić do mnie per "chłopcze".

Na zakończenie Spencer chciał odrzucić moją pracę na łóżko. Oczywiście tym razem także spudłował, i znów musiałem wstać, podnieść maszynopis i odłożyć go na "Atlantic Monthly". Może się uprzykrzyć takie przedstawienie bisowane co dwie minuty.

- Cóż byś ty zrobił na moim miejscu? - spytał. - Powiedz szczerze, chłopcze.

Wiedziałem, było mu naprawdę okropnie głupio, że mnie oblał. Zacząłem więc pleść, co ślina przyniesie na język, byle go pocieszyć. Mówiłem, że jestem kretyn i tak dalej; że na jego miejscu postąpiłbym tak samo jak on i że większość ludzi wcale nie zdaje sobie sprawy, jak trudna jest rola nauczycieli. Bzdury w tym guście. Stare, oklepane frazesy.

Najzabawniejsze, że plotąc tak trzy po trzy myślałem przez cały czas o czymś innym. Mieszkam stale w Nowym Jorku i myślałem o stawie w południowej części Parku Centralnego. Zastanawiałem się, czy będzie zamarznięty, kiedy przyjadę, a jeżeli zamarznie, co się stanie z kaczkami. Głowiłem się, co robią kaczki, kiedy lód ścina cały staw. Czy ktoś po nie przyjeżdża ciężarówką i zabiera je do zoo albo gdzie indziej, czy też może same po prostu odlatują?

Ma się, swoją drogą, trochę talentu. Chcę przez to powiedzieć, że gadałem jak z nut, chociaż jednocześnie myślałem o kaczkach. Nie potrzeba wysilać zbytnio mózgownicy, kiedy się mówi do belfra. Ale przerwał mi znienacka potok wymowy. Zawsze lubił mi przerywać.

- A jak ty się na to zapatrujesz, chłopcze? Bardzo mnie to interesuje. Bardzo mnie interesuje.

- Na wyrzucenie z "Pencey" i w ogóle na te sprawy? - spytałem. Wolałbym, żeby stary Spencer zasłonił tę swoją zapadniętą pierś. Widok wcale nie był piękny.

- Jeśli się nie mylę, miałeś również jakieś trudności w poprzednich szkołach, w Whooton i w Elkton Hills.

Tym razem nie brzmiało to już tylko sarkastycznie, ale jakby trochę złośliwie, - W Elkton Hills właściwie nie miałem wielkich trudności - odparłem. - Nie wylali mnie. Sam po prostu rzuciłem tę szkołę.

- A dlaczego, czy wolno wiedzieć?

- Dlaczego? To długa historia, proszę pana. Bardzo skomplikowana.

Nie chciało mi się zwierzać z tych spraw Spencerowi. I tak by nie zrozumiał. Nie jego parafia. Główną przyczyną mojego zerwania z Elkton Hills było to, że nie mogłem wytrzymać wśród tamtejszych obłudników. W tym sęk. Wszystko tam było tylko na pokaz. Równie fałszywego człowieka jak dyrektor tej budy, pan Haas, w życiu nie spotkałem. Dziesięć razy gorszy od starego Thurmera. W niedzielę, na przykład, Haas krążył między rodzicami, którzy przyjeżdżali odwiedzić chłopców, i witał się z gośćmi. Umiał czarować, ale nie wysilał się dla tych rodziców, którzy byli starzy i wyglądali biednie czy niezdarnie. Szkoda, żeście nie widzieli, jak traktował rodziców tego kolegi, z którym dzieliłem pokój. Jeżeli matka któregoś chłopca była grubą, nieszykowną kobieciną, a ojciec nosił tandetne ubranie z przesadnie wypchanymi ramionami i podniszczone czarno-białe buty - stary Haas podawał im dwa palce, uśmiechał się fałszywie i prędko przechodził dalej, żeby przez półgodziny skakać koło innych, bardziej interesujących rodziców. Ścierpieć nie mogę takich numerów. Do szału mnie doprowadzają. Tak mnie to przygnębia, że wściekam się po prostu. Dlatego nienawidziłem budy w Elkton Hills.

Stary Spencer znów mnie o coś zapytał, ale nie dosłyszałem. Zamyśliłem się o dyrektorze z Elkton Hills.

- Słucham pana? - spytałem.

- Czy nie masz jakiś konkretnych kłopotów w związku z opuszczeniem naszej szkoły?

- Trochę kłopotów mam, oczywiście. Pewnie że tek... ale nie za wiele. Przynajmniej na razie. Powiedział bym, że jeszcze to do mnie nie dotarło. Zwykle trwa dość długo, zanim się czymś przejmę na dobre. Tymczasem myślę tylko o tym, że w środę pojadę do domu. Taki już jestem głupi.

- Czy ty się wcale a wcale nie niepokoisz t) swoją przyszłość, chłopcze?

- Ależ tak, niepokoję się, proszę pana. Jakżeby inaczej. Oczywiście, że się niepokoję. - Zastanawiałem się przez chwilę. - Ale nie za bardzo. Nie za bardzo.

- Przyjdzie to z czasem - rzekł Spencer. - Przyjdzie z pewnością, chłopcze. Ale już będzie za późno!

Przykro mi było, kiedy o mnie w ten sposób mówił. Jakbym już nie żył. B...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin