Jeffrey Archer
Stan Czwarty
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik, Danuta Sękalska
Data wydania: 2003
Michaelowi i Judith
Nota od autora
W maju 1789 roku Ludwik XVI zwołał do Wersalu Stany Generalne. Stan pierwszy reprezentowało trzystu duchownych. Stan drugi trzystu szlachty. Stan trzeci sześciuset posłów z gminu.
Kilka lat później, po Rewolucji Francuskiej, Edmund Burke spoglądając w górę na Galerię Reporterów w Izbie Gmin, rzekł: „Oto tam siedzi stan czwarty i on jest ważniejszy niż tamci wszyscy".
PÓŹNOWIECZORNY DODATEK NADZWYCZAJNY
Magnaci prasowi walczą o ocalenie swoich imperiów
I
The GLOBE
5 listopada 1991
Armstrong bankrutem
Właściwie nie miał szans. Ale Richard Armstrong dotychczas nigdy się nie przejmował brakiem szans.
- Faites vos jeux, mesdames et messieurs. Proszę obstawiać.
Armstrong spojrzał na zielone sukno. Góra czerwonych żetonów, którą ustawiono przed nim dwadzieścia minut wcześniej, zmalała do pojedynczego stosiku. Tego wieczoru stracił już czterdzieści tysięcy franków - ale cóż znaczyło czterdzieści tysięcy franków, kiedy się roztrwoniło miliard dolarów w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy?
Pochylił się do przodu i wszystkie pozostałe żetony postawił na zero.
- Les jeux sont faits. Rien ne va plus - oznajmił krupier wprawiwszy płynnym ruchem ręki koło ruletki w ruch.
Mała biała kulka zaczęła krążyć wokół, po czym podskakując wpadała kolejno w maleńkie czarne i czerwone przegródki.
Armstrong zapatrzył się w przestrzeń. Nawet wtedy, gdy kulka ostatecznie znieruchomiała, nie opuścił wzroku.
- Vingt-six - ogłosił krupier i natychmiast zaczął zagarniać żetony, które tłoczyły się we wszystkich przegródkach oprócz tej oznaczonej numerem dwadzieścia sześć.
Armstrong odszedł od stolika nawet nie patrząc w stronę krupiera. Minął powoli oblężone stoły do gry w tryktraka i ruletkę, aż dotarł do dwuskrzydłowych drzwi, wiodących do realnego świata. Wysoki mężczyzna w błękitnym surducie otworzył jedno skrzydło i uśmiechnął się do znanego gracza, oczekując zwyczajowego, stufrankowego napiwku. Ale tego wieczoru się zawiódł.
Idąc tarasowato opadającym, bujnym parkiem i mijając fontannę, Armstrong przeciągał ręką po gęstych, czarnych włosach. Upłynęło czternaście godzin od nadzwyczajnego zebrania rady nadzorczej w Londynie i zaczynał już odczuwać zmęczenie.
Mimo swej tuszy - nie sprawdzał wagi od kilku lat - kroczył żwawo promenadą i zatrzymał się dopiero przed swoją ulubioną restauracją nad zatoką. Wiedział, że wszystkie stoliki są zarezerwowane, co najmniej na tydzień z góry i na myśl o kłopocie, jaki sprawi, uśmiechnął się pierwszy raz tego wieczoru.
Pchnął wahadłowe drzwi restauracji. Wysoki, szczupły kelner zastąpił mu drogę i nisko się skłonił usiłując ukryć zaskoczenie.
- Dobry wieczór panu - powiedział. - Jak miło znów pana widzieć. Czy ktoś będzie panu towarzyszył?
- Nie, Henri.
Starszy kelner szybko poprowadził niespodziewanego gościa przez zatłoczoną restaurację do małego stolika w niszy. Gdy tylko Armstrong usiadł, kelner podał mu wielką, oprawną w skórę kartę dań.
Armstrong potrząsnął głową.
- Daj spokój, Henri. Przecież dobrze wiesz, co lubię.
Starszy kelner zachmurzył się. Europejscy monarchowie, gwiazdy z Hollywood, nawet włoscy futboliści nie peszyli go, ilekroć jednak Richard Armstrong zjawiał się w restauracji, wyprowadzał go z równowagi. A teraz jeszcze żądał, żeby dobrać mu menu. Dobrze chociaż, że ulubiony stolik sławnego gościa był wolny. Gdyby Armstrong przyszedł kilka minut później, musiałby czekać przy barze, aż mu obsługa pospiesznie ustawi stolik na środku sali.
Ledwie Henri rozłożył Armstrongowi na kolanach serwetę, kelner serwujący wina już mu nalewał do kieliszka jego ulubionego szampana. Armstrong spoglądał przez okno w dal, ale nie widział wielkiego jachtu przycumowanego na północnym cyplu zatoki. Myślami był siedemset mil stąd, przy żonie i dzieciach. Jak zareagują, kiedy usłyszą, co zaszło?
Postawiono przed nim zupę z homara, o umiarkowanej temperaturze, tak, że mógł od razu zacząć jeść. Nie lubił czekać, aż potrawa ostygnie. Już wolałby raczej się poparzyć.
Ku zdziwieniu starszego kelnera jego gość nadal wpatrywał się w dal, kiedy po raz drugi nalewano mu szampana.
Jak szybko, zastanawiał się Armstrong, jego koledzy z rady nadzorczej -.w większości figuranci z tytułami lub koneksjami zaczną wycofywać się chyłkiem i dystansować od niego, kiedy bilans firmy zostanie podany do wiadomości publicznej? Tylko sir Paul Maitland, jak przypuszczał, będzie w stanie ocalić swoją reputację.
Armstrong schwycił deserową łyżeczkę, zagłębił ją w czarce i zaczął czerpać zupę szybkimi, rytmicznymi ruchami.
Goście przy sąsiednich stolikach od czasu do czasu odwracali się i obrzucali go spojrzeniem, po czym szeptali konspiracyjnie między sobą.
- To jeden z najbogatszych ludzi świata – informował miejscowy bankier swoją młodą towarzyszkę, którą pierwszy raz zaprosił do restauracji.
Jego słowa wywarły na niej należyte wrażenie. Normalnie Armstrong upajałby się myślą o swej popularności. Ale dziś wieczór nawet nie zauważał współbiesiadników. Myślami był w sali konferencyjnej pewnego banku szwajcarskiego, gdzie zdecydowano, że przedstawienie zostanie zakończone - i to z powodu głupich pięćdziesięciu milionów dolarów.
Pusta czarka po zupie została błyskawicznie sprzątnięta, gdy Armstrong podniósł do ust lnianą serwetkę. Starszy kelner aż za dobrze wiedział, że ten gość nie lubi przerw między daniami.
Na stoliku wylądowała teraz sola z Dover, bez ości - Armstrong nie cierpiał zbędnej fatygi. Obok postawiono talerz z jego ulubionymi frytkami i butelkę pikantnej przyprawy tę jedną, jaką trzymano w kuchni dla jedynego gościa, który jej używał. Armstrong z roztargnieniem zdjął nakrętkę, przechylił butelkę i energicznie nią potrząsnął. Olbrzymia brązowa kropla spadła na rybę. Armstrong wziął do ręki nóż i równo rozsmarował sos na białym mięsie.
Tego ranka omal nie przerwano obrad rady nadzorczej, gdy sir Paul zrezygnował z prezesury. Kiedy się uporano z „innymi sprawami”, Armstrong szybko wyszedł z sali obrad i pojechał windą na dach, gdzie czekał jego własny helikopter.
Pilot stał oparty o balustradę i z lubością zaciągał się papierosem.
- Heathrow! - warknął Armstrong, nie zastanawiając się ani chwili nad uzyskaniem zgody kontroli lotów czy wyznaczeniem momentu startu. Pilot szybko zdusił papierosa i pobiegł w kierunku lądowiska. Kiedy przelatywali nad londyńskim City, Armstrong zaczął wyobrażać sobie serię wydarzeń, jakie rozegrają się w ciągu najbliższych kilku godzin, jeśli się nie uda jakimś cudownym sposobem wytrzasnąć pięćdziesiąt milionów dolarów. Piętnaście minut później helikopter wylądował na pasie dla samolotów prywatnych terminalu numer pięć, znanym jedynie tym, których stać na jego używanie. Armstrong opuścił się na ziemię i wolno skierował kroki w stronę swojego prywatnego odrzutowca. Inny pilot, oczekujący jego rozkazów, powitał go u szczytu schodków.
- Nicea - rzucił Armstrong i skierował się ku tyłowi samolotu.
Pilot znikł w swojej kabinie; przypuszczał, że „kapitan Dick" wybiera się do Monte Carlo, żeby przez kilka dni popływać na swym jachcie.
Prywatny mały odrzutowiec golfsztrom wzbił się w powietrze i skręcił na południe.
Podczas dwugodzinnego lotu Armstrong wykonał tylko jeden telefon, mianowicie do Jacquesa Lacroix w Genewie. Jednakże, chociaż prosił i nalegał, odpowiedź była niezmienna:
- Proszę pana, musi pan dzisiaj przed zamknięciem banku zwrócić pięćdziesiąt milionów dolarów, gdyż w przeciwnym wypadku będę zmuszony przekazać sprawę do naszego wydziału prawnego.
Drugą czynnością, na jaką zdobył się Armstrong w czasie lotu, było dokładne podarcie dokumentów z teczki, którą sir Paul zostawił na stole w sali obrad. Następnie poszedł do ubikacji i spuścił z wodą drobne skrawki papieru. Kiedy samolot kołował na lotnisku w Nicei, pod same schodki podjechał mercedes z szoferem. Żadne słowo nie padło, gdy Armstrong sadowił się z tyłu: szofer nie musiał pytać, dokąd ma zawieźć swego pryncypała. Armstrong nie odezwał się podczas całej podróży z Nicei do Monte Carlo - w końcu szofer nie był człowiekiem, który mógłby mu pożyczyć pięćdziesiąt milionów dolarów. Zajechali na przystań. Kapitan jachtu stał wyprężony i czekał, żeby powitać Armstronga na pokładzie. Chociaż Armstrong nie uprzedzał nikogo o swoich zamiarach, trzynastoosobowa załoga „Sir Lancelota" została zawczasu powiadomiona, że szef jest w drodze.
- Ale Bóg jeden wie, dokąd - brzmiały ostatnie słowa sekretarki.
Ilekroć Armstrong postanawiał, że pora jechać na lotnisko, błyskawicznie informowano jego sekretarkę. Tylko w ten sposób ludzie z jego personelu rozsianego po całym świecie mogli utrzymać się w pracy dłużej niż tydzień. Kapitan był niespokojny. W najbliższym czasie nikt nie spodziewał się szefa: dopiero za trzy tygodnie miał przyjechać z rodziną na dwutygodniowe wakacje. Kiedy rano zatelefonowano z Londynu, szyper był akurat w miejscowej stoczni, pilnując drobnych napraw jachtu. Co prawda nikt nie wiedział, dokąd Armstrong się udaje, ale kapitan wolał nie ryzykować. Udało mu się, sporym kosztem, odebrać jacht ze stoczni i przycumować do nabrzeża na parę minut przed przybyciem szefa do Francji.
Armstrong przeszedł pomostem obok czterech mężczyzn w nienagannych białych mundurach, którzy stali wyprężeni, z palcami przytkniętymi do czapek. Zrzucił pantofle i skierował się w dół, do pomieszczeń prywatnych. Gdy otworzył drzwi swojej kabiny, zobaczył na stoliku przy łóżku piętrzący się stos faksów; widać niektórzy przewidzieli jego przyjazd.
Czyżby Jacques Lacroix zmienił zdanie? Natychmiast odrzucił tę myśl. Od lat miał do czynienia ze Szwajcarami i znał ich aż za dobrze. Są konserwatywną i pozbawioną wyobraźni nacją; najważniejsze dla nich było saldo dodatnie, a „ryzyko" nie istniało w ich słowniku.
Zaczął przerzucać arkusze zwijającego się papieru. Pierwsza wiadomość była od nowojorskich bankierów, którzy donosili, że tego rana po otwarciu giełdy akcje Armstrong Communications nadal spadały. Prześliznął się wzrokiem po zapisanym papierze, zatrzymując się dopiero na słowach, których się najbardziej lękał: „Nikt nie kupuje, wszyscy sprzedają - stało tam bez osłonek. - Jeśli ta tendencja utrzyma się dłużej, to bank będzie zmuszony ponownie rozważyć swoje stanowisko".
Jednym ruchem ręki zmiótł na podłogę zwoje papieru faksowego i podszedł do małego sejfu ukrytego za wielką, oprawioną w ramki fotografią ukazującą jego i królową, jak wymieniają uścisk dłoni. Pokręcił tarczą w prawo i w lewo zatrzymując się na cyfrach 10-06-23. Ciężkie drzwiczki odskoczyły, Armstrong włożył obie ręce do środka i szybko wygarnął grube pliki banknotów: trzy tysiące dolarów, dwadzieścia dwa tysiące franków francuskich, siedem tysięcy drachm i pokaźny zwitek włoskich lirów. Upchnął pieniądze w kieszeniach, opuścił jacht i skierował się wprost do kasyna, nie mówiąc nikomu z załogi, dokąd idzie, na jak długo ani kiedy wróci. Kapitan polecił jednemu z majtków iść za nim i uprzedzić, kiedy będzie wracał.
Przed Armstrongiem postawiono dużą porcję lodów waniliowych. Starszy kelner polewał je gorącą czekoladą; ponieważ Armstrong go nie wstrzymywał, kelner lał dalej, póki nie opróżnił srebrnej sosjerki. Łyżeczka znów poszła w ruch, aż ostatnia kropla czekolady została wygarnięta z pucharka. Pucharek zastąpiła filiżanka dymiącej, czarnej kawy. Armstrong nadal wpatrywał się w zatokę. Gdy tylko się rozniesie, myślał, że nie stać go na zwrot tak drobnej kwoty jak pięćdziesiąt milionów dolarów, żaden bank na świecie nie będzie chciał mieć z nim do czynienia.
Starszy kelner powrócił po kilku minutach i ze zdumieniem stwierdził, że kawa jest nietknięta.
- Czy podać panu świeżej kawy? - spytał przyciszonym głosem.
- Tylko rachunek, Henri - odparł. Wychylił do dna kieliszek z szampanem. Starszy kelner pospiesznie odbiegł i błyskawicznie powrócił ze złożonym białym karteluszkiem na srebrnej tacy. Ten klient nie znosił czekania, nawet na rachunek.
Armstrong rozwinął karteluszek, ale nie wykazał zainteresowania tym, co zawierał. Siedemset dwanaście franków, service non compris. Złożył podpis, zaokrąglił sumę do tysiąca. Na twarzy kelnera po raz pierwszy tego wieczoru wykwitł uśmiech - uśmiech, który zniknie, kiedy Henri odkryje, że restauracja znajduje się na ostatnim miejscu długiej listy wierzycieli. Armstrong odsunął krzesło, rzucił zmiętą serwetę na stół i bez słowa wyszedł. Odprowadzało go kilka par oczu i czyjś wzrok śledził go jeszcze, kiedy przystanął na chodniku. Nie zauważył majtka, który puścił się pędem w kierunku „Sir Lancelota". Armstrong beknął sobie idąc promenadą, mijając dziesiątki jachtów zacumowanych na noc ciasno jeden obok drugiego. Zazwyczaj czuł przyjemność na myśl, że jego jacht jest prawie na pewno największy w zatoce, o ile oczywiście nie zawinął swoim jachtem na noc sułtan Brunei lub król Fahd. Ale tego wieczoru pochłaniała go tylko jedna myśl, jaką mianowicie cenę mógłby uzyskać, gdyby wystawił go na sprzedaż. Jednak, kiedy prawda wyjdzie na jaw, czy ktoś zechce kupić jacht, który był własnością Richarda Armstronga?
Armstrong wszedł po trapie, trzymając się lin. Oczekiwał go kapitan i pierwszy oficer.
- Natychmiast wypływamy.
Kapitan wcale się nie zdziwił. Wiedział, że Armstrong nie zechce tkwić w przystani dłużej niż to konieczne: tylko łagodne kołysanie łodzi mogło go uśpić, nawet w środku nocy. Kapitan zaczął wydawać polecenia załodze, Armstrong zaś zsunął pantofle i znikł pod pokładem. Po otwarciu drzwi kabiny ujrzał znów zwoje faksów.
Schwycił je skwapliwie, gdyż wciąż jeszcze miał nadzieję na ratunek. Pierwszy faks był od Petera Wakehama, wiceprezesa Armstrong Communications, który, mimo późnej pory, najwidoczniej nadal czuwał za swoim biurkiem w Londynie. „Proszę, pilnie zadzwoń" - brzmiała wiadomość.
Drugi nadesłano z Nowego Jorku. Akcje towarzystwa spadły jeszcze niżej i jego bankierzy „aczkolwiek niechętnie”, uznali za konieczne pozbyć się własnych udziałów.
Trzeci przyszedł od Jacquesa Lacroix z Genewy, z potwierdzeniem, że ponieważ bank nie otrzymał w godzinach urzędowych pięćdziesięciu milionów dolarów, zarząd nie miał innego wyboru, jak...
Zegary w Nowym Jorku wskazywały dwanaście minut po piątej, w Londynie dwanaście po dziesiątej i dwanaście po jedenastej w Genewie. Do dziewiątej rano nie będzie miał już wpływu na brzmienie nagłówków we własnych gazetach, nie wspominając tych, które należą do Keitha Townsenda.
Armstrong powoli się rozebrał, rzucając ubranie bezładnie na podłogę. Następnie sięgnął do szafki po butelkę brandy, nalał sobie dużą porcję i opadł na szerokie łóżko. Leżał bez ruchu, kiedy zahuczały silniki, a po chwili usłyszał szczęk kotwicy wyciąganej z dna. Manewrując, jacht z wolna wypływał z portu.
Upływała godzina za godziną, ale Armstrong się nie ruszał, tylko od czasu do czasu dolewał sobie brandy. Dopiero kiedy zegarek na bocznym stoliku wydzwonił czwartą, podniósł się, odczekał parę chwil, po czym opuścił stopy na gruby dywan. Niepewnie wstał i przez nieoświetloną kabinę przeszedł do łazienki. Dotarł do otwartych drzwi, zdjął z wieszaka obszerny kremowy szlafrok, który na kieszeni miał wyhaftowany złotymi literami napis „Sir Lancelot". Poczłapał z powrotem do drzwi kabiny, otworzył je ostrożnie i stanął boso w półmroku korytarza. Chwilę się wahał, po czym zamknął za sobą drzwi i klucz wsunął do kieszeni. Nie poruszył się, póki się nie upewnił, że nie słyszy nic poza znajomym, miarowym warkotem silnika.
Posuwał się chwiejnym krokiem wąskim korytarzem, wreszcie stanął przed schodkami wiodącymi na pokład.
Powoli zaczął się wspinać w górę, trzymając się mocno lin po obu stronach. Gdy znalazł się na pokładzie, szybko się rozejrzał na boki. Nie było nikogo. Noc była bezchmurna i chłodna, jak zazwyczaj o tej porze roku. Armstrong stąpał cicho, aż znalazł się nad maszynownią - najbardziej hałaśliwą częścią statku.
Odczekał krótką chwilę, rozwiązał pasek i pozwolił, aby szlafrok opadł na pokład.
Nagi, w czułej osłonie nocy, utkwił wzrok w spokojnym, mrocznym morzu i pomyślał: czy w chwilach takich jak ta nie powinno się człowiekowi objawić w jednym błysku całe życie?
II
The Citizen
5 LISTOPADA 1991
Townsend zrujnowany
- Jakie wiadomości? - spytał lakonicznie Keith Townsend, przechodząc obok biurka sekretarki w drodze do swojego gabinetu.
- Prezydent telefonował z Camp David na chwilę przedtem, zanim wsiadłeś do samolotu - powiedziała Heather.
- Która z moich gazet zirytowała go tym razem? - zagadnął, sadowiąc się za biurkiem.
- „New York Star". Dotarła do niego pogłoska, że zamierzasz jutro wydrukować na pierwszej stronie wyciąg z jego konta - odparła Heather.
- Raczej wyciąg z mojego konta może być materiałem na jutrzejsze czołówki gazet - rzucił Townsend. Jego australijski akcent zaznaczył się wyraźniej niż zazwyczaj. - Co jeszcze?
- Margaret Thatcher przysłała faks z Londynu. Zgodziła się na twoje warunki umowy na dwie książki, mimo że oferta Armstronga była korzystniejsza.
- Miejmy nadzieję, że ktoś zaoferuje mi sześć milionów dolarów, kiedy napiszę swoje pamiętniki.
Heather blado się uśmiechnęła.
- Jeszcze ktoś?
- Gary Deakins znów dostał pozew sądowy.
- O co tym razem?
- Na pierwszej stronie wczorajszej „Prawdy" oskarżył arcybiskupa Brisbane o gwałt.
- Prawda, cała prawda i tylko prawda - rzekł Townsend z uśmiechem. - Przynajmniej tak długo, jak długo pomaga sprzedawać gazety.
- Niestety, okazało się, że owa kobieta jest znanym świeckim kaznodzieją i od lat przyjaźni się z rodziną Jego Ekscelencji. Zdaje się, że Gary dobierał niefortunne rymy do „arcybiskupa".
Townsend rozsiadł się wygodnie w swoim krześle i zaczął się zapoznawać z niezliczonymi problemami trapiącymi ludzi na świecie; najczęściej były to, jak zwykle, skargi polityków, biznesmenów i ulubieńców mediów, oczekujących, że podejmie natychmiastową interwencję, aby ratować ich cenne, a zagrożone kariery. Jutro o tej porze większość z nich ochłonie, a na ich miejsce pojawi się kilkanaście nowych, równie gniewnych, równie wymagających gwiazd. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy ci ludzie byliby uszczęśliwieni, gdyby odkryli, że on sam znajduje się o krok od katastrofy. A to dlatego, że prezes małego banku w Cleveland zażądał zwrotu pięćdziesięciu milionów dolarów pożyczki dziś przed wieczorem. Podczas gdy Heather odczytywała kolejne wiadomości - większość od ludzi, których nazwiska nic mu nie mówiły - Townsend wrócił myślami do mowy, którą wygłosił poprzedniego wieczoru. Tysiąc redaktorów naczelnych z jego gazet z całego świata zgromadziło się w Honolulu na trzydniową konferencję. W końcowym przemówieniu powiedział im, że Global Corp jest w doskonałej formie i z łatwością sprosta wyzwaniom nowej rewolucji środków przekazu. Zakończył słowami: „Tylko Global Corp jest w stanie poprowadzić przemysł środków masowego przekazu w dwudziesty pierwszy wiek". Wszyscy wstali i urządzili mu kilkuminutową owację.
Spoglądając w dół, na ufne twarze tłumu szczelnie wypełniającego salę, zastanawiał się, ilu z tych ludzi podejrzewa, że firma stoi u progu bankructwa.
- Co mam odpowiedzieć prezydentowi? – powtórzyła pytania Heather.
- Jakiemu prezydentowi? - zdziwił się Townsend nagle przywołany do rzeczywistości.
- Stanów Zjednoczonych.
- Czekaj, aż zadzwoni jeszcze raz - odparł. - Może do tego czasu trochę się uspokoi. Ja tymczasem pogadam z redaktorem „Star".
- A co z panią Thatcher?
- Wyślij jej duży bukiet kwiatów i bilecik ze słowami: „Uczynimy pani pamiętniki bestsellerem numer jeden od Moskwy po Nowy Jork".
- Czy nie powinno się dodać Londynu?
- Nie, ona wie, że w Londynie będzie najbardziej czytana.
- A co mam zrobić w sprawie Gary'ego Deakinsa?
- Zatelefonuj do arcybiskupa i powiedz mu, że zafunduję mu ten nowy dach, tak bardzo potrzebny jego katedrze. Poczekaj miesiąc, a potem wyślij mu czek na dziesięć tysięcy dolarów
Heather skinęła głową, zamknęła notes i zapytała:
- Czy mam cię z kimś łączyć?
- Tylko z Austinem Piersonem. - Zamilkł. - Natychmiast, jak zadzwoni - dodał.
Heather odwróciła się i wyszła z pokoju. Townsend obrócił się z krzesłem i spojrzał przez okno. Usiłował przypomnieć sobie rozmowę z doradczynią do spraw finansowych, która zatelefonowała do niego, kiedy leciał swoim prywatnym odrzutowcem z Honolulu.
-Właśnie widziałam się przed chwilą z Piersonem - oznajmiła. - Nasze spotkanie trwało ponad godzinę, ale kiedy odchodziłam, on jeszcze nie podjął decyzji.
- Nie podjął decyzji?
- Nie. Musi jeszcze zasięgnąć opinii bankowej komisji finansów.
- Ależ z pewnością teraz, kiedy wszystkie pozostałe banki chcą pójść mi na rękę, Pierson nie może...
- Jak najbardziej może. Pamiętaj, że on jest prezesem małego banku w Ohio. Nie jest zainteresowany tym, co uzgodniły inne banki. A po tych wszystkich kąśliwych artykułach prasowych, jakie ukazały się na twój temat w ciągu kilku ostatnich tygodni, on myśli tylko o jednym.
- Mianowicie?
- Jak ratować własną skórę - odparła.
- Ale czy nie zdaje sobie sprawy, że wszystkie inne banki wycofają się, jeśli on nie zastosuje się do ogólnego planu?
- Owszem, ale kiedy mu to powiedziałam, wzruszył ramionami i oświadczył: „W takim razie będę musiał zaryzykować z wszystkimi innymi".
Townsend zaczął kląć.
- Ale jedno mi obiecał - dodała E. B.
- Co takiego?
- Że zatelefonuje, jak tylko komisja podejmie decyzję.
- To pięknie z jego strony. Co mam zatem zrobić, jeśli decyzja będzie negatywna?
- Opublikować oświadczenie, które uzgodniliśmy - padła odpowiedź.
Townsendowi zrobiło się niedobrze.
- Czy nie mam innego wyjścia? - spytał.
- Nie, żadnego - powiedziała stanowczo pani Beresford. - Po prostu siedź i czekaj na telefon Piersona. Jeśli mam zdążyć na następny samolot do Nowego Jorku, to muszę się spieszyć. Powinnam być u ciebie około południa. - Połączenie się przerwało.
Townsend wstał i zaczął krążyć po pokoju nadal rozważając to, co mu powiedziała E. B. Zatrzymał się przed lustrem wiszącym nad kominkiem, żeby poprawić krawat.
Nie miał czasu, aby się przebrać po wyjściu z samolotu - i było to widać.
Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że wygląda starzej niż na swoje sześćdziesiąt trzy lata. Ale po tym wszystkim, co w ciągu ostatnich sześciu tygodni musiał wykonać pod dyktando E. B., trudno się było dziwić. To prawda, że gdyby zwrócił się do niej po radę trochę wcześniej, nie musiałby teraz czekać z drżeniem na telefon od prezesa małego banku w Ohio.
Wpatrywał się w telefon, zaklinając go w duchu, żeby zadzwonił. Ale telefon milczał. Townsend nawet nie próbował uporać się ze stosem listów, które Heather zostawiła mu do podpisu. Z zamyślenia wyrwało go otwarcie drzwi i pojawienie się Heather. Podała mu pojedynczy arkusz papieru; zawierał on spis nazwisk w porządku alfabetycznym.
- Pomyślałam, że może ci się to przydać - powiedziała.
Pracowała dla niego od trzydziestu pięciu lat i wiedziała, że był ostatnim człowiekiem na świecie, który siedziałby z założonymi rękami i czekał.
Townsend bardzo wolno przejechał palcem w dół listy. Żadne z nazwisk nic mu nie mówiło. Przy trzech znajdowały się gwiazdki oznaczające, że w przeszłości te osoby pracowały w Global Corp. ...
Hoo