8. Najtrudniejsza część.pdf

(213 KB) Pobierz
49059172 UNPDF
Rozdział VIII
Najtrudniejsza część
Powietrze w Paryżu pachniało dusznym kadzidłem, palącymi się knotami i więdnącymi kwiatami.
Zmierzałam szybkim krokiem na Pčre-Lachaise 1 . Były Zaduszki. Dzień pamięci o zmarłych, opłakiwania,
rozsypywania starych prochów. Zapalania światełek, sprzątania miejsc spoczynku, modlitw. Sama
zamierzałam to zrobić, wykluczając tylko płakanie i rozsypywanie. Nie byłam też w nastroju na modły w
niewiadomym kierunku. Zostanę tylko przy kwiatach. Jednym z szalonych pomysłów Renée był wieczny
spoczynek na najbardziej romantycznym z cmentarzy. Phil się zgodził. Nie miała nagrobka, żadnego
anioła czuwającego nad nią, ławeczki. Była jedną z tablic na ścianie. Nigdy zbytnio nie przejmowałam się
tym, gdzie kto leży, czy jest zamieniony w proszek, czy rozkłada się na pył. Chodziło bardziej o pamięć, o
to, co pozostało w nas ze zmarłych. W związku z tym Renée będzie żyła wiecznie, co nawet mi się
podobało. Problem w tym, że nie byłam pewna, ile jej zostało we mnie. Wszystko wydawało mi się takie
odległe. Renée nie należała do tej części mojego życia, do bycia wampirem, Isabell. Ona była zwariowaną
matką Belli, rozsądnej i nieśmiałej nastolatki. Co nie zmieniało faktu, że szłam teraz na jej grób z naręczem
świeżych kwiatów.
Tęskniłam strasznie z Tony’m. Brakowało mi jego złośliwości, poczucia humoru, rad, rozmów i przede
wszystkim tego, jak dobrze mnie znał, jak potrafił się dostosować do mnie i moich potrzeb. Wiedziałam,
że w każdej chwili mogę do niego pójść i pozornie będzie tak jak dawniej. Odzyskam przyjaciela. Nie
będę sama. Wrócę do dawnej siebie.
Dobre sobie.
Dodatkowym problemem było jeszcze to, że nie mogłam używać mojego „talentu”. Może nie tyle nie
mogłam, ile nie chciałam. Za każdym razem, gdy myślałam o Montenegrze, kiedy chciałam zobaczyć po
prostu, kto jest w domu, od razu wiedziałam, gdzie są Cullenowie i Tony. Iskry tych wampirów
pulsowały jasno, nie dały się zignorować. Więc Edward z Alice byli z cztery tygodnie temu w Luizjanie, a
Tony w Londynie. Nie potrzebowałam tej wiedzy, nie życzyłam sobie jej mieć. Więc przestałam szukać
umysłem innych. Niepokoiło mnie trochę to, że widzę ich tak jasno. Cullenów. Zwłaszcza tą dwójkę,
może trójkę, razem z Carlisle’em. Byli tak samo widoczni jak Tony. A nie powinni. Spotkałam ich tylko
raz, a Anthony’ego znałam przez prawie całe życie. Może to wpływ emocji, którym uległam tamtej nocy.
Liczyłam, że mi to przejdzie, że następnym razem, gdy będę zmuszona trafić na kogoś, to będą już
bladymi punkcikami, a z czasem zupełnie znikną.
Znając siebie i moje zdolności do niszczenia w sobie różnych uczuć – marne szanse.
Słyszałam prowadzone blisko mnie rozmowy, dotyczące głównie atmosfery unoszącej się dookoła. Dla
1 Jeden z najsłynniejszych cmentarzy na świecie, pochowane są na nim osoby znane i zasłużone, ale także
zwykli ludzie.
wielu była ona magiczna, pełna światełek, łun na niebie i poczucia spełnienia dobrego obowiązku.
Irytowało mnie to, ale zakładałam, że wynika to z faktu, iż od dłuższego czasu nie byłam na polowaniu;
najwyższy czas na małą przerwę. Nie było tutaj za wiele lasów z jakimiś interesującymi drapieżnikami,
same łosie, sarenki z białymi ogonkami i szare zajączki. Może powinnam przenieść się w dziksze rejony?
Taka północna Ameryka. Albo Afryka. Azja. Trochę dużo słońca, ale zniosłabym. W dzień mogłabym
robić coś pożytecznego jak na przykład… pomagać chorym na trąd, dżumę, gruźlicę, czytać książki
umierającym na Alzheimera. I zadziwiać wszystkich dookoła małą potrzebą snu. A może wróciłabym na
studia? Jakiś czas temu myślałam o filozofii. Sinologii lub czymś takim. W sumie może powinnam,
zajęłoby mi to czas. Ostatnio czułam jakby jego nagromadzenie, powoli czołgał się dookoła mnie, nie
chciał przyspieszyć. Czułam, jakby kpił sobie ze mnie, odkąd wyjechałam z Wenecji i zostawiłam tam
Tony’ego. I Cullenów. Nie widziałam się z żadnym z nich od tego czasu. Nikt nie próbował nawiązać
kontaktu, ale prawdopodobnie to było dlatego, że nie dałam nikomu szansy. Często zmieniałam
dokumenty, używałam przypadkowych nazwisk, nic, co mogłoby się jakoś ze mną kojarzyć. Nie
spędzałam w żadnym miejscu więcej czasu niż miesiąc, nawiązywałam za to dosyć przypadkowe
kontakty, starając się, by to były wampiry, których nigdy wcześniej nie widziałam chociażby na oczy.
Żadnej powtórki z rozrywki, żadnego powrotu do tego, co było. Wszystko nowe.
Doszłam już w końcu do cmentarza. Było tutaj dosyć tłoczno, ale nie mogłam się tego nie spodziewać.
Jednak nikt nie garnął się, aby przeciskać się obok mnie, dotykać. Przeszłam szybkim krokiem w
kierunku kolumbarium i weszłam tam. Prawie każda płyta miała specjalny uchwycik na małą świeczkę
lub bukiecik. Ja moje naręcze kwiatów ułożyłam pod płytą Renée. Rozłożyły się one jak czerwony
wachlarz, główki zaczęły ześlizgiwać się z wysokiej kupki na lewo i prawo. Nie było tutaj elektryczności,
jedynym źródłem światła było te parę ogarków na ścianach. Tworzyło to poczucie dyskretności,
intymności, możliwości powiedzenia sekretów. Mama miała prostą tablicę, bez zdjęcia, samo imię,
nazwisko, data urodzenia i śmierci, żadnej inskrypcji. Podobała mi się. Nie sądzę, bym znalazła
odpowiedni cytat mogący odpisać ją lub podsumować jej życie.
Postałam tam jeszcze chwilę. Myślałam o tym, jak czasami żałuję, że już jej ze mną nie ma, jak czasami za
nią tęsknię, jak często moje myśli do niej wędrują, jak bardzo żałuję, że nie mogę być tam z nią czy w
ogóle mieć taką opcję do rozważania. Za każdym razem na każde pytanie była taka sama odpowiedź: za
mało. Czułam się w tej chwili, jakbym była zrobiona ze stali. Nie chodziło o jej twardość, bardziej o wagę i
o to, jak niewiele może ona zrobić. Ani poruszać się, ani wyrażać emocji. Po prostu sobie jest, istnieje,
trwa, jest prawie niezniszczalna. Nawiedziła mnie nagle głupia myśl, że się stąd nie ruszę, że nie dam
rady poruszać nogami, wykonać kroku naprzód. Tylko tu utknę.
Oczywiście nie miałam najmniejszych problemów z szybką ucieczką ze cmentarza.
***************
Szłam w kierunku pewnego paryskiego mieszkania znajdującego się w arystokratycznej okolicy. Na
godzinę dziewiątą miałam umówione spotkanie z dobrym fałszerzem dokumentów, dzięki któremu będę
mogła opuścić Francję bez większych kłopotów. Chciałam to załatwić jak najszybciej i stąd wyjechać.
Paryż nagle zaczął mnie dusić, czułam się tu fatalnie, jakbym była chora, słaba. Chyba chcę pojechać do
Afryki. Popracować w organizacjach humanitarnych, pomóc innym, zrobić coś. I tak przecież nie umrę,
żadna choroba mi nie zaszkodzi. A studia mogą poczekać. Nie spieszy mi się przecież, nie muszę
poszukiwać pracy, rozwijać się, zdobywać doświadczenia. Innym są one bardziej potrzebne.
Przyspieszyłam kroku, stukanie obcasów zaczęło donośniej rozchodzić się po brukowanej ulicy. Mocniej
zaciągnęłam kapy białego płaszcza, wręcz jarzące się w kłującej ciemności. Kolor materiału był prawie nie
do odróżnienia w porównaniu z moją skórą. Szybko naciągnęłam rękawiczki; widok tych dwóch rzeczy
blisko siebie dziwnie mnie zirytował. Nareszcie. Stałam przed brązowymi drzwiami, miały wyrzeźbione
liście winnej latorośli na sobie. I kołatkę. Kto teraz używa kołatki? I to do tego z lwią głową. I grzywą.
Strasznie pretensjonalne. Rozejrzałam się czy nie ma gdzieś sprytnie zakamuflowanego dzwonka.
Żadnego śladu przewodu, wypustki, niczego. W końcu poddałam się i zakołatałam. Trzy razy, niech facet
ma tak, jak w starych powieściach. Zazwyczaj trzy pospieszne puknięcia oznaczały kłopoty,
nieznajomego we mgle, tajemnicę. Chce, to ma.
Otworzyła mi przerażająco szczupła i jeszcze bardziej przerażająco kompetentna sekretarka lub ktoś taki.
Zarządzająca nielegalnymi interesami, zdecydowanie nie czymś, z czego można się spowiadać w
urzędzie skarbowym. Powinna być tutaj jeszcze burza z piorunami. Nadała by całej sytuacji smaczek.
Ciekawe, czy ten fałszerz przyjmie mnie w purpurowym, pikowanym szlafroku ze złotą ramówką i
rubinowymi szpilkami w krawacie. I ciepłych kapciach. I w ogóle otworzyć drzwi powinien mi stary,
lojalny służący z bokobrodami, binoklami, pachnący naftaliną z szafy.
I to jest dowód, że przydałby mi się wyjazd. Z powodu kołatki zaczynam zupełnie bredzić. Co, jakby nie
patrzeć, nie jest żadnym dowodem, bo bredzę prawie bez ustanku. Tylko że teraz jeszcze bardziej bez
sensu.
- Madame…
- Mademoiselle.
- Pardon. Mademoiselle. Nie wyszli jeszcze poprzedni klienci, zechciałaby panienka zaczekać przy
kominku?
- Nie ma sprawy – rzuciłam.
- Podać cokolwiek do…
- Nie, dziękuję.
Kiwnęła lekko głową i wyciągnęła rękę po mój płaszcz. Przez przypadek nasze dłonie się musnęły. Nie
wydawała się zadziwiona moim chłodem. Dziwne, bo powinna. Temperatura na dworze była dodatnia, a
poza tym widzi moje rękawiczki, wie, że miałam je na rękach. A może przesadzam. Ludzi czasami są
bezmyślni, nie zastanawiają się nad każdym chłodniejszym dotykiem, złotym okiem, nienaturalną
bladością twarzy. Rejestrują fakty, ale nie wyciągają już wniosków. Może była zmęczona. Spieszy się
gdzieś i nie ma ochoty na roztrząsanie głupich faktów, jak o kilka stopni chłodniejszych dłoni podejrzanej
klientki swojego wysoce podejrzanego szefa.
Opuściła cicho pokój, zostawiając mnie samą. Usiadłam na wielkim, czerwonym fotelu i wyciągnęłam
ręce w stronę ognia. Dobrym pomysłem będzie je trochę ogrzać; im mniej podejrzeń, tym lepiej. Nie
dawać żadnych punktów zaczepienia. Słyszałam przytłumione głosy dochodzące z pokoju obok, co
oznaczało, że drzwi są dźwiękoszczelne. Całkiem sensownie. Przytknęłam dłonie do twarzy; wydawały
mi się nienaturalnie gorące, jeszcze bardziej sztuczne i nieludzkie, niż kiedy zachowywały swoją
zwyczajną, wampirzą lodowatość. Słyszałam lekkie trzaski gałęzi obijających się o okno, szumiące liście,
cichy świst wiatru. Było bardzo ciemno, nie świecił księżyc ani gwiazdy. Czułam się jak zamknięta w
kartonowym pudełku. Powinno mi być przyjemnie w cieple, spokoju, ciszy, a zamiast tego byłam coraz
bardziej podenerwowana i z każdą mijającą sekundą zbliżałam się do tego, by opuścić to mieszkanie
nawet bez papierów i pobiec przed siebie, aż dotrę do… Cóż, czegoś. Lepszy jest ciągły ruch niż stanie w
miejscu. Zaczęłam wybijać nerwowo palcami nieregularny rytm na poręczy fotela. Za moimi plecami
cicho kliknął zamek. Nareszcie.
- …na przyszłość. Mam nadzieję, że będą państwo zadowoleni z mojej pracy.
- Nie wątpię, że tak będzie.
Przestałam wybijać palcami rytm, zupełnie zamarłam. Marzyłam o tym aby zniknąć, a najlepiej w ogóle
nie istnieć.
O ile pamięć mnie nie myliła i moja głowa nie kpiła sobie znowu ze mnie, albo nadmiar samotności,
wyrzutów sumienia i depresji nie poprzestawiał mi czegoś w mózgu, właśnie słyszałam głos Jaspera
Cullena.
Bardziej podoba mi się i zachęcająca jest opcja ze stratą rozumu, co dobitnie dowodzi tego, że już go nie
mam. Co prowadzi nas do konkluzji, że mogę się spokojnie odwrócić, bo nie będzie tam nic takiego,
przed czym mogłabym uciekać albo odczuwać ataki paraliżującej paniki.
- Życzę panu miłego wieczoru, panie Cullen.
Mózg potrafi kreować naprawdę przekonujące halucynacje, co właśnie mi się przytrafia.
Nie wiem, czy istnieje na tym świecie osoba, która może mieć większego pecha niż mam ja. Biję
wszystkich na głowę. Na Ziemi jest za dużo ludzi, wampirów, zombie, gołębi, psów, jednorożców, małp,
ryjoskoczków, tworów Frankensteina, borsuków, myszy, latających kotów, czegokolwiek, a ja trafiam na
jedną z dziewięciu osób na świecie, których nie chcę widzieć na oczy.
Wciąż nie dałam żadnego znaku, że tu jestem, chociaż wiedziałam, że musieli mnie zauważyć. Parę moich
kończyn wystawało za ram fotela, a poza tym wydzielałam zapach. Modliłam się, by Jasper albo miał
kiepską pamięć (chciałabym), albo mój zapach do niego nie dotarł. Żeby nie rozpoznał mnie po żadnej
części ciała, włosach. Albo… albo po tym, że nie wyczuje żadnych emocji płynących z fotela. Może nie
zwróci na to uwagi? Na pewno się spieszy. Poczekam sobie tutaj przed kominkiem aż wyjdzie, a potem
szybciutko odbiorę dokumenty i się zmyję.
- Mademoiselle?
Już po mnie.
- Mademoiselle , proszę wybaczyć tę zwłokę. Mam nadzieję, że panienka się nie gniewa.
Nawet jeśli bym wyskoczyła przez okno, Jasper domyśli się, że to ja. Założę się, że nie każda wampirzyca
na jego widok tłucze szklane tafle i w panice biegnie przed siebie. Lub na boki.
Żeby już wyszedł, żeby już wyszedł, a te dwa oddechy, które słyszę, to tylko szum wiatru… Żeby go nie
było tutaj…
Wstałam zwinnie z fotela, moje dłonie automatycznie zwinęły się w pięści, twarz nienaturalnie
wygładziła się.
Wciąż tutaj był, miał kamienny wyraz twarzy, nie drgnął mu żaden mięsień. Nie odrywał wzroku ode
mnie, wręcz czułam, że mnie nim przyszpila.
- W najmniejszym nawet stopniu. Zależałoby mi jednak na pośpiechu, więc jeśli panu to nie przeszkadza,
przeszłabym już do dalszej części naszego spotkania.
Facet miał na sobie elegancki garnitur, szlachetny profil, przypominający dawne wizerunki królów na
bitych monetach i szare, szpakowate trochę, włosy.
- Ależ oczywiście. Zapraszam do gabinetu.
Skinęłam mu głową, ignorując zupełnie Jaspera. Szybko przeszłam do wskazanego pokoju. Wszystkie
okna były zamknięte na zasuwę, otwarcie ich spowodowałoby trochę hałasu, który niewątpliwie ściągnął
by tu właściciela i jego gościa, a ja wyszłabym na idiotkę. Do diabła.
Fałszerz wszedł do pokoju, uśmiechając się ciepło. Podszedł do mnie, wziął za rękę i złożył na mojej dłoni
pocałunek. Jej chłód w ogóle go nie przejął. To wiele wyjaśniało, z jego usług musiało korzystać już parę
osobników takich jak ja, to dlatego sekretarka nie wzdrygnęła się, nie zrobiła znaczącej miny, po prostu
dotykała już takich dłoni nie jeden raz.
- Papiery są najwyższej jakości. Bez najmniejszego problemu przejdzie panienka przez każdą kontrolę,
nawet najbardziej surową. Zgodnie z panienki życzeniami wiek panienki wynosi dziewiętnaście lat,
urodziła się panienka w Atlancie, obywatelstwo francuskie, pochodzenie amerykańsko-francuskie. Mam
nadzieję, że się wszystko zgadza.
- Tak, dziękuję.
- Pozwolę sobie zaznaczyć, że są to najlepsze fałszywe dokumenty jakie można otrzymać w Paryżu.
Dlatego ich cena jest…
- W tym przypadku pieniądze nie mają znaczenia. Zależy mi tylko na jakości i pośpiechu. Obydwa
warunki są spełnione. Dziękuję.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panienko.
Ta cała „panienka” zaczynała mnie na poważnie wkurzać. W pokoju było duszno, gorąco. Tapeta była
ciemna, meble też, pełno było dookoła poustawianych bibelotów. Strasznie przytłaczająco. Okna też
musiały być dźwiękoszczelne, bo odgłosy ulicy dochodziły do mnie bardzo stłumione. Istny bunkier,
odgradzający i trzymający nas z dala od świata. Podałam mu szybko gotówkę, nie przejmował się
przeliczaniem, tylko samym wzrokiem oszacował kwotę. Była dokładna. Transakcja się zakończyła, a ja
już prawdopodobnie nigdy więcej miałam tego człowieka nie zobaczyć. Koniec historii.
Pożegnaliśmy się, a on opuścił pokój bocznymi drzwiami. Zostałam sama. Miałam do wyboru albo tu
Zgłoś jeśli naruszono regulamin