Virginia C. Andrews - Dollanganger 03 - A jeśli ciernie.pdf
(
1348 KB
)
Pobierz
161487196 UNPDF
VIRGINIA ANDREWS
A JEŚLI CIERNIE...
(If There Be Thorns)
Przełożył Jarosław Foppke
NOTA AMERYKAŃSKIEGO WYDAWCY
Pogrążeni w głębokim smutku zawiadamiamy o niedawnej śmierci naszej ukochanej
autorki V. C. Andrews. Pozostawiła po sobie nie tylko bogatą spuściznę literacką, ale również
poniższe słowa, które powinny stać się inspiracją dla wielu z nas:
„Wychowywałam się w środowisku robotniczym. Mój ojciec kochał książki równie
gorąco jak ja. Kiedy miałam siedem lat, zaprowadził mnie do biblioteki publicznej i założył mi
pierwszą kartę. Wrócił do domu z dwiema książkami, ja zaś wypożyczyłam dziewięć.
Książki otwierały przede mną drzwi, o których istnieniu nawet mi się nie śniło.
Wyrywały mnie z mojego jestestwa. Przenosiły w przeszłość i przyszłość; przenosiły na
Księżyc, do ogromnych pałaców, w dzikie dżungle - wszędzie. Dzięki nim poznałam Londyn
i Paryż, jeszcze zanim zdążyłam tam pojechać.
Kiedy książki nie mogły dać mi tego, czego potrzebowałam, marzenia zaspokajały moje
potrzeby. Wiele lat temu marzyłam o bogactwie i sławie - wtedy właśnie zobaczyłam kwiaty
rosnące na strychu...
Marzenia można urzeczywistnić bez względu na to, jakie los zgotuje nam przeszkody,
pod którymi musimy się przeczołgać, które musimy przeskoczyć lub obejść. Mnie zawsze
udawało się przedostać na drugą stronę. To, że pomimo tak wielu przeciwności zdołałam
osiągnąć swój cel, jest tylko i wyłącznie moją zasługą. Dając kilku milionom czytelników radość
i ucieczkę od codzienności, robiłam to również dla siebie”.
PROLOG
Było już późno, więc cienie stały się znacznie dłuższe. Siedziałam nieruchomo obok
jednej z marmurowych rzeźb Paula. Słyszałam, jak posągi szepczą do siebie o przeszłości, której
nigdy nie zapomnę, i napomykają o przyszłości, którą chciałabym się nie martwić. Kiedy
błyszczały w trupio bladym świetle księżyca, były niczym wyrzut sumienia, przypominały, że
mogłam i powinnam zachować się inaczej. Jestem jednak taka, jaka zawsze byłam - jestem
osobą, którą rządzą instynkty. I chyba nigdy się już nie zmienię.
Dzisiaj dostrzegłam na głowie pierwszy kosmyk siwych włosów, który przypomniał mi,
że wkrótce i ja mogę zostać babcią. Zadrżałam. Jaką też będę babcią? Jaką właściwie jestem
matką? W nikłym świetle zmierzchu czekałam, aby przyszedł do mnie Chris i żeby jego błękitne
oczy powiedziały mi, że jeszcze nie gasnę, że nie jestem papierowym, lecz prawdziwym
kwiatem.
Przyszedł wreszcie i położył dłoń na moim ramieniu. Oparłam na nim głowę. Oboje
wiedzieliśmy, że nasza historia dobiega końca i że Bart i Jory sprawią nam jeszcze zarówno
wiele radości, jak i wiele bólu.
To ich opowieść - Jory’ego i Barta. Opowiedzą wszystko tak, jak to przeżyli.
JORY
Ilekroć ojciec nie przyjeżdżał po mnie do szkoły samochodem, korzystałem z żółtego
szkolnego autobusu, który dowoził mnie na odludny przystanek, gdzie każdego ranka ukrywałem
w zaroślach rower.
Później, aby dotrzeć do domu, musiałem pokonać spory odcinek wąskiej, krętej ścieżki,
wiodącej przez prawdziwe pustkowie. Po drodze mijałem zaledwie jedną budowlę - starą,
opuszczoną willę, która za każdym razem przykuwała mój wzrok.
Zawsze byłem ciekaw, kto tu mieszkał i dlaczego opuścił te strony. Kiedy zbliżałem się
do niej, odruchowo zwalniałem, czując bliskość domu.
Nasz dom znajdował się kilkaset jardów dalej. Stał samotnie przy drodze, która miała
więcej zakrętów niż labirynt. Mieszkaliśmy w Fairfax, w hrabstwie Marin, jakieś dwadzieścia mil
na północ od San Francisco. Nie opodal znajdowały się porośnięte sekwojowym lasem góry,
których zbocza opadały łagodnie w stronę oceanu. Było to raczej zimne i posępne miejsce.
Zdarzało się czasem, że nadciągająca od oceanu mgła przez cały dzień szczelnie spowijała
okolicę, czyniąc wszystko jeszcze bardziej tajemniczym. Było w tym jednak również coś
romantycznego.
Kochałem nasz dom, lecz mimo to pozostały we mnie jakieś niewyraźne wspomnienia
południowego ogrodu, pełnego drzewek magnolii obrośniętych hiszpańskim mchem.
Pamiętam także wysokiego mężczyznę o szpakowatych włosach; mężczyznę, który
nazywał mnie swoim synem. Niestety, nie potrafię sobie przypomnieć jego twarzy, pamiętam
jedynie poczucie bezpieczeństwa i ciepło, które znajdowałem w jego ramionach.
Chris był trzecim z kolei mężem mamy. Mój prawdziwy ojciec umarł, zanim się jeszcze
urodziłem. Nazywał się Julian Marquet i był światowej sławy baletmistrzem. O drugim mężu
mamy, doktorze Paulu Scotcie Sheffieldzie, nie słyszał prawie nikt poza mieszkańcami Clairmont
w Karolinie Południowej. W tym samym stanie, w Greenglennie, mieszkała moja babcia ze
strony ojca - Madame Marisha.
Pisała do mnie co tydzień, a każdego lata odwiedzałem ją wraz z rodzicami.
Zdawało mi się, że babcia równie gorąco jak ja pragnie, bym stał się największym
tancerzem, o jakim kiedykolwiek słyszał świat. W ten sposób udowodniłbym wszystkim, że mój
ojciec pozostawił godnego spadkobiercę swego dorobku i talentu.
Nie można powiedzieć, żeby babcia w jakiś sposób różniła się od innych staruszek.
Kiedyś była bardzo sławna i nie chciała, aby ktokolwiek o tym zapomniał.
Obowiązywała mnie pewna zasada: w towarzystwie obcych nie mogłem nazywać jej
babcią. Sądziła, iż dzięki temu nikt z postronnych nie będzie w stanie domyślić się jej wieku.
Pewnego razu szepnęła mi nawet do ucha, że nic by się nie stało, gdybym mówił do niej po
prostu „mamo”, ale wydawało mi się, że to nie jest w porządku wobec mojej ukochanej matki.
Nazywałem ją więc tak jak inni - Madame Marisha albo Madame M.
Uwielbiałem coroczne wyprawy do Karoliny Południowej, a jeszcze bardziej moment,
gdy wracaliśmy do naszej małej doliny i przytulnego domku z sekwojowego drewna.
„Bezpieczni w dolinie, gdzie nie wieją wiatry” - mawiała często mama, jakby wiatr
napawał ją lękiem.
Dotarłem wreszcie do domu. Zostawiłem rower na podjeździe i wszedłem do środka.
Psiakrew! Ani śladu Barta i mamy. Wpadłem do kuchni, gdzie Emma przygotowywała
obiad. Spędzała tam większość czasu. Nawiasem mówiąc, kuchnia pasowała do jej ujmującej
tłuściutkiej figury. Emma miała pociągłą, surową twarz, która nabierała znacznie
sympatyczniejszego wyrazu, kiedy się uśmiechała; na szczęście Emma chodziła uśmiechnięta
prawie cały dzień. Mogła kazać zrobić to czy tamto, ale jej ciepły uśmiech sprawiał, że nie
traktowało się tego jak bożego dopustu. Trochę inaczej miała się sprawa z moim bratem Bartem,
który często odmawiał wykonywania jej poleceń.
Podejrzewałem zawsze, że Emma zajmuje się nim częściej niż mną. Nie było w tym
zresztą nic dziwnego, ponieważ mój brat był strasznym niezgrabą. Rozlewał mleko, gdy
próbował nalać je sobie do szklanki. Przewracał się, niosąc kubek wody. W całym domu nie było
dosłownie niczego, na co by nie wpadł. Zderzał się z meblami, przewracał lampy. A jeśli na
podłodze leżał rozciągnięty kabel, to można było mieć pewność, że Bart zaczepi o niego butem
i albo sam się wywróci, albo pociągając kabel za sobą, rozbije radio czy też mikser.
- Gdzie jest Bart? - spytałem Emmę, która właśnie obierała pomidory, by nafaszerować
nimi pieczeń.
- Mówię ci, Jory, że będę szczęśliwa, kiedy ten dzieciak będzie siedział w szkole tak
długo jak ty. Nie cierpię, gdy włazi mi do kuchni. Muszę zaraz rzucać całą robotę i uważać na
niego. Dzięki Bogu, ma ten mur, na którym może sobie przesiadywać. A propos, co wy tam,
chłopcy, właściwie robicie?
- Nic - odparłem.
Plik z chomika:
TAKIJA1
Inne pliki z tego folderu:
Susan Amarillas - Śnieżny anioł.pdf
(1346 KB)
Marliese Arold - Angel - dziecko ulicy.pdf
(524 KB)
Virginia C. Andrews - Dollanganger 04 - Kto wiatr sieje.pdf
(1353 KB)
Virginia C. Andrews - Dollanganger 03 - A jeśli ciernie.pdf
(1348 KB)
Warren Adler - Prywatne kłamstwa.pdf
(1535 KB)
Inne foldery tego chomika:
B
C
Ć
D
E
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin