Cowie Vera - Los szczęścia.pdf

(2516 KB) Pobierz
Vera Cowie - Los Szczęścia
Vera Cowie
Los Szczęścia.
Przełożył Artur Gerard.
Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1996.
Skanował, opracował i błędy poprawił Roman Walisiak.
Tytuł oryginału FORTUNES.
Copyright (c) 1989 by Vera Cowie.
Redaktor Janina Wujkiewicz.
Ilustracja na okładce Robert Pawlicki.
Skład i łamanie Felberg.
For the Polish translation Copyright (c) 1996 by Artur Gerard.
For the Polish edition Copyright (c) 1996 by Wydawnictwo Da Capo.
Wydanie I.
ISBN 83-7157-050-3.
Printed in Germany by ELSNERDRUCK-BERLIN.
Część Pierwsza.
O jedną więcej.
WRZESIEŃ.
Rozdział 1 .
Otwarcie wyznaczono na porę raczej dość późną, zmierzch nad Manhattanem zdążył
się już zagęścić do prawdziwie nocnej ciemności, kiedy ostatnia limuzyna zakręciła od
strony parku i ustawiła się na końcu długiego sznura samochodów, ciągnącego się
wzdłuż ulicy Siedemdziesiątej Szóstej Wschodniej.
Początek tej kolumny wyznaczała widoczna z daleka wielka płócienna markiza w białe i
czerwone pasy, rozciągnięta nad grubo tkanym czerwonym chodnikiem, wyłożonym od
krawężnika aż do frontowych drzwi świeżo odnowionego pięknego domu, utrzymanego w
stylu zeszłowiecznych miejskich rezydencji.
Tam właśnie zebrał się już spory tłumek ciekawskich, przyciągniętych widokiem
pilnujących porządku policjantów na koniach, tłoczących się fotoreporterów, no a przede
wszystkim szansą zobaczenia na własne oczy tych wszystkich sław i znakomitości, które
właśnie wysiadały ze swych lśniących limuzyn.
Chóralne ochy i achy cichły i znów narastały, kiedy rozpoznawano kolejnych
przybywających gości.
Był to wieczór otwarcia nowojorskiego oddziału Domu Aukcyjnego Despards.
1
W światowym rankingu firma ta sytuowała się na trzecim miejscu zaraz za sławnymi
domami aukcyjnymi Sothebys i Christies i uparcie walczyła o to, by stać się numerem
pierwszym.
Na aukcję wystawiano kolekcję dalekowschodniej porcelany ze zbiorów zmarłego przed
rokiem Willarda Dextera.
Spodziewano się, że sprzedaż przyniesie minimum pięć milionów dolarów.
Sławy i znakomitości kroczyły po czerwonym chodniku do łagodnie wznoszących się
stopni schodów głównego wejścia, skąd otwarte drzwi prowadziły wprost do lśniącego
bielą i złotem, wspaniale odnowionego hallu - jednego z najsławniejszych i najwyżej
cenionych wśród realizacji Stanforda Whitea.
Lokaj w pełnej liberii odbierał wytwornie rytowane, numerowane zaproszenia i z
namaszczeniem przekazywał je uzbrojonemu strażnikowi, który sprawdzał ich zgodność
z trzymaną w ręku listą.
W tym samym czasie zdalnie sterowana kamera wewnętrznej telewizji pokazywała
zbliżenie twarzy znakomitości, a obsługa porównywała je z posiadanym zdjęciem.
Po potwierdzeniu tożsamości goście kierowali się w stronę wspaniałych wewnętrznych
schodów; wiodły one na piętro, gdzie otwarte olbrzymie, ozdobnie rzeźbione i złocone
dwuskrzydłowe drzwi prowadziły do obszernego wnętrza, pełnego luster i jarzących się
świateł.
Wchodzących witała niewysoka i drobna, bardzo elegancka i piękna kobieta w
wytwornej sukni z czarnej satyny.
Uśmiechy i uściski dłoni, które rozdzielała, były precyzyjnie dozowane odpowiednio do
wysokości sum, jakich wydania na aukcji można było się spodziewać od poszczególnych
gości.
Pomieszczenie, w którym urządzono aukcję - od paru tygodni cały Nowy Jork tylko o niej
mówił - było niegdyś salą balową.
Zachowano z niej dawną podłogę, a także podium dla orkiestry.
Jedna ze ścian składała się teraz niemal wyłącznie z okien, sięgających od podłogi do
sufitu i wychodzących na widoczną w dole ulicę.
Część okien uchylono, aby do środka mogło dostać się powietrze ciepłej jesiennej nocy.
Przeciwległa ściana, pokryta lustrami, odbijała zgromadzony już tłum i zwielokrotniała
jeszcze wrażenie niecodziennego tłoku.
Dwa zawieszone u sufitu żyrandole w kształcie gigantycznych tortów ślubnych - tyle że
wykonanych z ciętego kryształu z Waterford -jarzyły się zalewającym salę blaskiem,
pełnym niezliczonych odbić, wielopunktowych refleksów i tęczowych załamań.
Wszystkie kobiety pojawiły się w kreacjach sygnowanych przez Norella, Oscara de la
Renta, Diora, Yvesa Saint Laurenta i Karla Lagerfelda, a kunsztowne fryzury i
olśniewające klejnoty świadczyły, że ich właścicielki zdążyły odwiedzić zarówno salony
fryzjerskie Kennetha, jak i skrytki bankowe, w których elegancki świat przechowuje na co
dzień swoje kosztowności.
Mężczyźni od czasu do czasu dotykali wewnętrznych kieszeni swych wytwornych
wieczorowych strojów, aby się upewnić, że zabrali ze sobą książeczki z czekami
gotowymi do wypełnienia.
2
Powietrze było ciężkie od oszałamiającego zapachu perfum, w cenie co najmniej
pięciuset dolarów za uncję, i od dymu niemal równie kosztownych cygar.
Ludzie przechadzali się, skupiali się w grupki i ponownie dzielili na dryfujące niezależnie
jednostki i pary tylko po to, by po chwili znów przyłączyć się do jakiejś grupy.
Kobiety przyglądały się potencjalnym rywalkom, a te, których bogactwo można było
nazwać dawnym, dyskretnie kręciły nosem na widok różnego rodzaju nowobogackich.
Inne, których specjalnością były słynne nazwiska, podejmowały grę w łączenie ich ze
słynnymi twarzami.
Tych akurat nie brakowało.
Niektóre z kobiet żywo reagowały na widok modnego prezentera, najnowszego symbolu
seksu w TV, który pojawił się pod ramię ze swą aktualną pierwszą flamą, albo
wytrzeszczały oczy na żywą legendę, która potrafiła się utrzymać na szczycie
hollywoodzkiej drabiny od - mój Boże, kto by pomyślał - 1940 roku.
Byli tam też politycy, finansiści, magnaci z Wall Street; można było dostrzec
prawdziwego indyjskiego maharadżę i dwóch milionerów z Hongkongu, a także księcia
Dimitrija Poliakowa i hrabiego Aleksieja Oniedina, którzy zaczynali tu niegdyś jako biali
emigranci z Rosji, a obecnie byli amerykańskimi miliarderami, z których
nieograniczonymi możliwościami musiał się liczyć każdy, kto chciałby z nimi rywalizować
na aukcjach dalekowschodniej porcelany.
Zebrały się tu naprawdę duże pieniądze: był praktycznie każdy liczący się dealer ze
Wschodniego Wybrzeża, wielu z Zachodniego, a do tego jeszcze niemało osób z Europy,
które przyleciały specjalnie także po to, by na własne oczy przekonać się, jak firma
Despards, ten najbardziej konserwatywny z domów aukcyjnych, poradzi sobie w tym
pełnym blasku i blichtru domu wariatów, jakim z pewnością był oszalały na punkcie
reklamy Nowy Jork.
Dwaj mężczyźni, którzy zatrzymali się w pobliżu wejścia, przyglądali się witającej gości
kobiecie w czarnej sukni.
Nie było w tym nic dziwnego: mężczyźni zawsze przyglądali się Dominique du Vivier,
gdziekolwiek się pojawiła.
- Zauważyłeś, jak wygląda?
Nawet jeśli uwzględnić tylko to, co nie jest ukryte pod tą czarną suknią, to nie jest mało...
- Jak mógłbym nie zauważyć!
I powiem ci, że z najwyższą przyjemnością nawiązałbym z tą damą jakąś entente
cordiale.
- Za późno.
Już znalazł się ktoś, kto cię uprzedził, i myślę, że nietrudno ci będzie zgadnąć dlaczego.
Blaise Chandler może sobie być w jednej ósmej Szoszonem, ale cóż znaczy drobna
domieszka indiańskiej krwi, jeśli się przy okazji jest kimś, kto któregoś dnia odziedziczy
prawie jedną czwartą naszego narodowego dochodu?
- Na razie nikogo przy niej nie widzę.
- O, Blaise będzie tu z całą pewnością.
W końcu ta nowojorska aukcja to prawdziwe święto jego żony.
3
- A więc to prawda, że głównie ona nakłoniła starego Desparda do otwarcia filii także
tutaj?
- Oczywiście.
Ona chce rządzić.
A Londyn od zawsze należał do starego.
Paryż w tym biznesie nie liczy się tak bardzo - w końcu wiesz, jak to jest w Galeries
Drouot - a Hongkong i Monte Carlo są może prestiżowe, ale jednak zbyt małe.
Tak że dopiero właśnie to - mówiący kiwnięciem głowy wskazał na otaczające ich
wspaniałości - może być tym, o co jej chodziło.
To wielki dzień Dominique du Vivier.
W dodatku udało się jej pozyskać kolekcję Willarda Dextera, a nie muszę ci mówić, że to
wręcz policzek dla niejednego z wielkich dealerów.
- Więc jak jej się to udało?
- zapytał drugi mężczyzna.
Jego rozmówca zachichotał.
- Masz chyba oczy.
Sam widziałeś, co ona ma i tu, i tu...
Jeżeli Dominique du Vivier czegoś chce, to dostaje.
A jeśli pytasz, co robi, żeby to dostać, to powiem ci, że prawdopodobnie to, o czym wielu
z nas śni podczas gorących nocy.
Kiwnął głową i spojrzał w stronę, gdzie bardzo wysoki mężczyzna o bardzo ciemnej
karnacji pochylał się właśnie z wysokości swych blisko dwóch metrów, aby musnąć
wargami policzek żony, której świetlista cera z delikatnym makijażem przypominała
płatek rozkwitającej magnolii.
- Tak, właśnie przyszedł.
To jest Blaise Chandler.
Dominique to powitanie przyjęła z satysfakcją, tym większą, że zdawała sobie sprawę,
jak uważnie jest obserwowana.
Spojrzenia mężczyzn były pełne pożądania, a kobiet - zazdrości.
- No i jak?
- zapytał Blaise z uśmiechem, pochylając się ku niej.
- Wreszcie nadszedł twój wieczór, uwieńczenie dwóch długich lat ciężkiej pracy.
Jesteś na szczycie.
- Obrócił się i popatrzył na tłum.
- I jak znajdujesz ten widok?
Ogromne oczy Dominique rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy spojrzała na męża.
- Ależ kochanie, jedyny widok tutaj to ja - powiedziała, mimo woli przechodząc na
rodzimy francuski.
Wiedziała, że Blaisea to rozbawi.
I rzeczywiście roześmiał się, a jego białe zęby zabłysły jeszcze jaśniej w zestawieniu z
ciemną indiańską cerą.
Tak, to był jej własny Indianin, jej sauvage Indien, jej największe życiowe osiągnięcie,
przynajmniej do dzisiaj.
4
Ten wieczór miał być bowiem ukoronowaniem wszystkiego.
Król nie żyje, niech żyje królowa!
I nieprawda, że było to uwieńczenie dwóch lat ciężkiej pracy.
W rzeczywistości chodziło o pełnych dwanaście lat od dnia, kiedy Charles Despard
poślubił jej matkę.
Dominique była wtedy osiemnastoletnią dziewczyną, która nie miała praktycznie nic
poza niezłym wyglądem i nie pozbawioną zdolności głową.
Oczywiście pochodzenie z Faubourg też się cokolwiek liczyło.
Teraz była już nie tylko prawdziwą gwiazdą w świecie koneserów sztuki, cenionym
ekspertem zarówno w dziedzinie własnej specjalizacji, jak i w obszarze zainteresowań jej
ojczyma - to znaczy dalekowschodniej porcelany - ale też bystrą i zręczną kobietą
interesu.
Kobietą, która świadomie i z pełną determinacją postanowiła, że zmieni dotychczasowy -
stworzony przez jej ojczyma - image firmy Despards na inny, bardziej odpowiadający
oczekiwaniom nowych czasów i nowego świata.
Jej zdaniem było to konieczne.
Londyn przestawał być jedynym i absolutnie dominującym centrum handlu dziełami
sztuki, natomiast znaczenie Nowego Jorku rosło coraz bardziej.
Nie bez powodu zarówno firmy Sothebys, jak i Christies były tu tak znacząco
reprezentowane.
Tam po prostu również to wiedzieli.
I to dlatego Dominique du Vivier tak właśnie zorganizowała tę aukcję: stroje wieczorowe,
francuski szampan, przygrywająca orkiestra, specjalny katalog, który sam w sobie był
dziełem sztuki, dorównującym sprzedawanej porcelanie, a do tego jeszcze wspaniałe
jedzenie, które śmiało można by porównać z ambrozją.
Listę zaproszonych gości opracowała starannie i postarała się, aby usadowieni na sali
stworzyli prawdziwe audytorium marzeń, a otrzymanie bądź nieotrzymanie zaproszenia
było znaczącą kwestią towarzyską.
Potrafiła umieścić odpowiednio niedyskretne przecieki w mniej lub bardziej plotkarskich
pismach, szepnąć to i owo właściwym ludziom, wzbudzić ciekawość i w rezultacie
wytworzyć atmosferę gorączkowego zainteresowania, które nieustannie narastało.
A finałowym, choć zupełnie nieprzewidzianym, elementem tej jej precyzyjnej kampanii,
który sprawił, że to wszystko tym bardziej stało się prawdziwie niezwykłym wydarzeniem
-okazał się nagły zgon ojczyma, Charlesa Desparda, który zmarł na atak serca dwa dni
przed planowanym otwarciem aukcji.
Dominique dotychczas walczyła o coś, czego, jej zdaniem, świat sztuki obecnie
potrzebował: o blask i rozgłos, choć wtedy jeszcze nie goniła za tanią sensacją.
Teraz jednak, kiedy ta rzeczywiście sensacyjna śmierć nastąpiła akurat w takim
momencie, postanowiła to bezlitośnie wykorzystać.
- Zamierzasz więc przeprowadzić aukcję tak, jak była zaplanowana?
- zapytał ją wtedy Blaise, a jego ściągnięte brwi wskazywały, że nie w pełni to akceptuje.
- Oczywiście.
- I jak chcesz to zrobić?
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin