ANNE RICE
WYWIAD Z WAMPIREM
(Tłumaczył: Tomasz Olszewski)
CZĘŚĆ I
- Rozumiem - powiedział wampir z namysłem i nie spiesząc się, podszedł do okna
pokoju. Przez dłuŜszy czas stał tam, spoglądając na przyćmione światła i ruch uliczny
Divisadero Street. Teraz chłopak mógł lepiej dostrzec umeblowanie pokoju, okrągły dębowy
stół, krzesła, pod ścianą umywalkę z lustrem. Postawił swoją aktówkę na stole i czekał.
- Ile właściwie masz ze sobą taśmy? - zapytał wampir, odwracając się w tej samej
chwili, tak Ŝe chłopak widział teraz tylko jego profil. - Czy wystarczy, aby nagrać historię
Ŝycia?
- Jasne, jeśli to interesujące Ŝycie. Czasami, jeśli mam szczęście, przeprowadzam
wywiad z trzema lub czterema osobami w ciągu jednej nocy. Ale to musi być ciekawa
historia. Tylko wtedy ma to sens, prawda?
- Najzupełniej - odpowiedział wampir. - Chciałbym zatem opowiedzieć historię
mojego Ŝycia. ZaleŜy mi na tym.
- Wspaniale - powiedział chłopak, wyciągając niewielki magnetofon z aktówki.
Szybko sprawdził połączenia i baterie. - Ciekaw jestem, dlaczego sądzi pan, Ŝe moŜe to mnie
zainteresować? Dlaczego pan...
- Nie - przerwał nagle wampir. - Tak nie moŜemy zaczynać. Sprzęt gotowy?
- Taak - odrzekł zaskoczony chłopak.
- To siadaj. Włączę tylko światło u góry.
- Sądziłem, Ŝe wampiry nie lubią światła.
- Jeśli myślisz, Ŝe ciemność dodaje atmosfery, to... - Wampir przerwał nagle. Oparty o
parapet okna przyglądał się teraz młodemu chłopakowi. Ten nie mógł dostrzec jego twarzy, a
coś w jego nieruchomej postaci niepokoiło go. Chciał dalej mówić, ale się powstrzymał.
Odetchnął z ulgą, gdy wampir ruszył w kierunku stołu i sięgnął po zwisający nad nim
włącznik lampy.
Natychmiast pokój zalało ostre, Ŝółte światło. Chłopak na widok wampira nie mógł
powstrzymać się od gwałtownego wdechu. Jego palce automatycznie przesunęły się po stole i
zacisnęły na kancie blatu.
- Wielki BoŜe - wyszeptał, wpatrując się w niego uporczywie.
Wampir był całkowicie biały i gładki, jakby wyrzeźbiony z kości, a jego twarz
pozostawała nieruchoma, posągowa z wyjątkiem dwóch błyszczących, zielonych oczu, które
bacznie spoglądały w dół na siedzącego młodego człowieka, podobne do dwóch płomieni
umieszczonych w czaszce.
W tej chwili wampir uśmiechnął się, prawie z rozmarzeniem, a gładka biała skóra
twarzy drgnęła nieznacznie.
- Widzisz? - zapytał cicho.
Chłopak wzdrygnął się, podnosząc rękę, jakby w geście obronnym przed silnym
światłem. Jego wzrok przesuwał się wolno po eleganckiej, szytej na miarę czarnej marynarce,
na którą zwrócił juŜ uwagę w barze, po długich fałdach peleryny, czarnym, jedwabnym
krawacie zawiązanym pod szyją i błyszczącym białym kołnierzyku, białym jak skóra
wampira. Wpatrywał się w gęste czarne włosy, w długie loki zaczesane do tyłu za uszy,
dotykające prawie śnieŜnobiałego kołnierzyka.
- A więc, nadal chcesz tego wywiadu? - zapytał wampir. Usta chłopaka przez moment
pozostały otwarte, zanim zdolny był do podjęcia rozmowy.
- Tak - odpowiedział.
Wampir niespiesznie usiadł naprzeciwko chłopca i pochylając się do przodu dodał
cicho, niemal konfidencjonalnie:
- Nie bój się. Włącz tylko magnetofon.
Pochylił się nagle nad stołem, wyciągając do niego rękę. Chłopak wzdrygnął się
ponownie. Pot wystąpił mu na czoło. Wyciągniętą ręką wampir dotknął ramienia chłopaka.
- Wierz mi, nie zrobię ci krzywdy. Sam chcę wykorzystać tę okazję. To dla mnie
bardzo istotne, bardziej, niŜ sobie moŜesz to wyobrazić. Chcę, Ŝebyś zaczął. - Cofnął rękę i
usiadł ponownie na swoim miejscu, skupiony. Czekał. Minęła chwila, zanim chłopak przetarł
czoło i wargi chusteczką. Wyjąkał, Ŝe mikrofon wbudowany jest w magnetofon, wcisnął
klawisz nagrywania i oznajmił, Ŝe urządzenie ruszyło.
- Nie zawsze był pan wampirem? - zaczął.
- Nie - odpowiedział wampir. - Stałem się nim, gdy miałem dwadzieścia pięć lat, a
było to w 1791 roku.
Chłopak był zaskoczony dokładnością tej daty i powtórzył ją raz jeszcze, zanim zadał
drugie pytanie:
- Jak do tego doszło?
- To proste, ale nie chcę udzielać tylko samych prostych odpowiedzi. Chcę
opowiedzieć autentyczną historię...
- Tak - chłopak dorzucił szybko. Bez końca zwijał i rozwijał w zdenerwowaniu
chusteczkę. Znowu przetarł nią usta.
- Zaczęło się od tragedii - zaczął wampir. - Mój młodszy brat... umarł.
Przerwał. Chłopak odchrząknął i raz jeszcze wytarł twarz, nim nerwowo wepchnął
chusteczkę do kieszeni.
- To dla pana bolesne? - zapytał bojaźliwie.
- Czy tak to wygląda?
- Nie. - Potrząsnął głową.
- Cała sprawa polega na tym, Ŝe tę historię opowiadałem tylko raz, i było to tak bardzo
dawno temu. Ale nie, to nie jest bolesne...
- Mieszkaliśmy wtedy w Luizjanie - podjął opowiadanie. - Mieliśmy duŜą posiadłość i
załoŜyliśmy dwie plantacje nad rzeką Missisipi, bardzo blisko Nowego Orleanu...
- Aha, stąd ten akcent - wtrącił chłopak przyciszonym głosem. Przez moment wampir
patrzył bez wyrazu w przestrzeń.
- Mówię z akcentem? - zaczął się śmiać. Chłopak spłoszony dodał szybko:
- Zwróciłem na to uwagę w barze, gdy zapytałem pana, jak pan zarabia na Ŝycie. Taka
lekka ostrość spółgłosek, to wszystko. Nigdy nie domyśliłbym się jednak, Ŝe to wpływ
francuskiego.
- Wszystko w porządku - zapewnił go wampir. - Nie jestem wcale taki zaskoczony,
jak by to się wydawało. Po prostu od czasu do czasu zapominam o tym. Ale wróćmy do
rzeczy...
- Tak, proszę - dodał chłopak.
- Mówiłem o plantacjach. Miały one wiele wspólnego z moim przeistoczeniem się w
wampira. Ale dojdziemy do tego. Nasze Ŝycie było mieszaniną luksusu i prymitywnych
warunków, w jakich mieszkaliśmy, choć dla nas było to nadzwyczaj atrakcyjne. Widzisz,
Ŝyliśmy tam o wiele dostatniej, niŜ moglibyśmy to sobie wyobrazić, Ŝyjąc nadal we Francji.
MoŜe to sama dzikość Luizjany sprawiała, Ŝe tak to widzieliśmy, a moŜe rzeczywiście tak
było. Pamiętam meble, jakie były w naszym domu. Wszystkie przywiezione z Europy. -
Wampir uśmiechnął się. - A klawesyn, ten był śliczny. Moja siostra grała na nim. W letnie
wieczory siadała przy klawiaturze plecami do otwartych drzwi balkonowych. Nadal pamiętam
tę delikatną, szybką muzykę i obraz grzęzawisk rozciągający się za oknami, omszone
cyprysy, odcinające się na tle nieba. Do tego dobiegające z grzęzawisk odgłosy, chór
owadów, krzyk ptaków. Myślę, Ŝe kochaliśmy to. W tej atmosferze nasze meble z róŜanego
drzewa wydawały się cenniejsze, muzyka jeszcze delikatniejsza i bardziej potrzebna. Nawet
wtedy, gdy gałęzie glicynii wyrywały okiennice na poddaszu i wciskały się pędami w bielone
...
Rish