I.
- Nie masz szlachectwa ani rodowodu. Nie chcesz zajmować się kuchnią ani babską magią. Mówisz o dalszej nauce i o tym, że nie zamierzasz dać się dotknąć w alkowie.
Jak w ten sposób znajdziesz sobie patrona?- wyrzucał jej mistrz szkoły. Była jego najlepszą uczennicą i przedstawiał ją wielu mistrzom- słysząc ciągle odmowy.
- Niedługo przyjadą naczelnicy wiosek. Nie chcę, byś została wioskową babką od rozbitych łbów i krwawych porodów! Wtedy z twojej nauki i tak nic nie będzie!
Machinalnie kiwała głową. Czuła tak głęboki spokój, tak silne przeczucie, że nie próbowała się opierać. Niepokój mistrza docierał do niej jak zza zasłony.
Wysłuchawszy reprymendy wróciła na salę, gdzie nastrój stawał się coraz bardziej swobodny. Adeptki zapoznawały się ze swoimi nowymi mistrzami nawet dość frywolnie. Nie ma w tym nic złego, gdy obie strony przypadły sobie do gustu. Skinęła więc głową swej koleżance, wyraźnie zadowolonej na kolanach przystojnego czarodzieja. Szczerze życzyła jej, by nie przeobraził się rano w zaniedbanego starca, bo i to potrafili zrobić. Ale jeśli Basa nie chce nosić amuletu prawdy właśnie tej nocy....
Ega nadsłuchiwała.
- Szkoda, że Reven się nie pojawił. Rozpił się już zupełnie. Szkoda go. Robił jakieś ciekawe badania. Gdyby przyjechał, byłoby naprawdę wesoło....
Wydawało jej się, że wszyscy o nim mówią. Jednak zapytani bezpośrednio z trudem uświadamiali sobie, o kim mowa. Od kiedy przestał przyjeżdżać, dlaczego się rozpił. Nie można mu pomóc. Korzeń można podać potajemnie człowiekowi, nie czarodziejowi pokroju Revena!
Po czarodziejach mieli przyjechać ludzie-najpierw możni, pragnący przyjąć do swego dworu uzdrowicielkę lub zaklinaczkę- to zadanie dla dziewcząt lubujących się w walce- a następnie naczelnicy wiosek.
Pobyt w wiosce oznaczał wolność, ale też i nędzę, którą dobrze znała z dzieciństwa. Ludzie nękani chorobami czy plagami szukali pomocy u czarownicy, lecz równie łatwo obarczali ją winą za te klęski. Z dworu groziło jedynie wygnanie. Wioski częściej stosowały samosąd. Ega nie czuła jednak, by miała trafić do wioski. Nie teraz.
Z powodu natłoku gości zamek mistrza zmienił swe wymiary. Załomy korytarzy, wnęki i nisze stały się komnatami. Ega musiała często wyglądać przez okno, by ustalić, gdzie jest. Na dodatek nie spała w swej dotychczasowej sypialni- i tego ranka długo stała w oknie patrząc na dziedziniec. Właśnie przyjechał kolejny gość. Zsunął się z konia i podszedłszy do rowu naprędce wykopanego obok wychodków- ich ilość jakoś nie zwiększyła się i musiano wykopać czy też wywołać ten rów- walczył ze skutkami wczorajszej uczty.
Poszedł potem do studni, gdzie rozstawiono dzbany, lecz jego żołądek nie przyjął zimnej wody. Mógł jedynie zanurzyć w niej głowę.
Dlaczego tak przyciągnęła jej uwagę ta banalna scena? Schodząc już po stopniach- cały czas była przecież w skrzydle kuchennym- uświadomiła sobie jej nielogiczność. Skoro upił się na wczorajszej uczcie, nie mógł dzisiaj przyjechać!
Schodząc niżej usłyszała słowa mistrza:
- A co stało się z twoją poprzednią dziewczyną? Wziąłeś taką brzydulę, że długo powinna ci być wdzięczna!
- Uciekła z trubadurem. Ponoć opiewając wdzięki pięknych kobiet mógł być tylko z – nie piękną- wyjaśnił spokojny głos.
- Nie znałem tego sposobu zdobywania łask niewieścich- parsknął mistrz. Popatrzył do góry więc zeszła niżej.
- A to moja najlepsza w tym roku uczennica. Nie Reven, nie jest dla ciebie! Chce się uczyć, nie zajmować kuchnią!
- Mistrz Reven?- zapytała idealnie obojętnym głosem.
- Dotarł w końcu do nas- gubiąc tylko jeden dzień w jakiejś gospodzie- jej mistrz był zdenerwowany, poznawała to po jego złośliwościach.
Reven doskonale panował nad sobą. Mimo podkrążonych oczu i pożółkłych białek zachował bystre spojrzenie i czujną uwagę. Niepewny kaprysów żołądka zwilżał tylko spękane usta resztą mdłej, letniej herbaty z wczoraj.
Podeszła do pieca i nastawiła czajnik. Nie myśląc co robi wrzuciła do dzbanka gałązkę mięty i dziurawca. Reven mimo woli przełknął ślinę.
- Ega nie zajmuje się kuchnią, ale może nam poradzi. Która z dziewcząt zajęła by się domem i babską magią, by odciążyć mistrza?- czyżby ostatnie słowo zabrzmiało nieco ironicznie?
- A dzieci?- zapytała, zostawiając dzbanek na brzegu płyty.
- Nie, dzieci nie- zrozumiał ją i zaprzeczył Reven.
Zastanowiła się.
- Te, które chcą zajmować się domem, chciałyby też mieć dzieci...
- Ktoś przyjechał, wybaczcie. Ega, poradź mu coś- rzucił mistrz, zniecierpliwiony, stojąc w drzwiach i nadsłuchując, czy ktoś wybawi go z kłopotu.
- Mogę się tym poczęstować?- podszedł do pieca Reven.
- Tak, za mocne dla siebie zrobiłam.
Nalał sobie kubek, opanowując drżenie rąk, i stanął pod światło, by nie widziała, jak bardzo był spragniony. Stłumił westchnienie ulgi.
- W jakiej okolicy mieszkasz, panie?- zapytała, by przedłużyć rozmowę. Obowiązki, jakie miała na dziś nagle stały się nieważne. Ona i tak wyjedzie, więc niech radzą sobie sami.
- To jest miejsce, gdzie wielka rzeka przełamuje się przez góry. Są tam trzy piętra roślinności i wiele odkrywek skał, które badam- wyjaśnił Reven, jakby zapominając, że mówi do dziewczyny.
- Chciałabym to wszystko zbadać- ośmieliła się Ega, lecz Reven powrócił do rzeczywistości.
- Nie szukam ucznia, lecz kogoś, kto odciążyłby mnie od banalnych porad i zadań.
- Ile ich jest?- zapytała rzeczowo.
- Dzień targowy potrafią zająć cały. Co 2 tygodnie. A w ciągu dnia- kilka wizyt o różnych porach.
- Zapłata za to byłaby czyja?
- Zapłata zwykle wystarcza na utrzymanie.
- Dwóch osób?
- Oczywiście. Jest jeszcze służba- ludzka, taka rodzina z wioski do grubszych robót.
- Dobrze- więc płaciłbyś mi lekcjami. Codziennie, w wybranym przez ciebie czasie i na wybrany temat?
- Hm- Reven zastanawiał się przez chwilę.
- Będziesz miał spokój od natrętów a ja lekcje- podsuwała.
- Nie będziesz próbowała dosypać mi korzenia do jedzenia. Wyczuję to i będę wściekły- zdecydował.
- Dobrze. Ale to ja decyduję, z kim i kiedy sypiam.
- O nie, żadnych romansów z asystentkami! Ja nie wchodzę do twej sypialni a ty do mego laboratorium. W porządku?
- W porządku- wstała zdecydowanym gestem.
- Możemy jechać zaraz? Zanim się tu wszyscy zbiegną i zatrzymają mnie na kilka następnych dni?- zapytał, ciesząc się jej gotowością.
- Jestem spakowana- przytaknęła.
Poszli do mistrza spisać umowę.
- Nie, nie zupełnie nie pasujecie do siebie! Za rok przyjedziesz mi tu znowu, a ona będzie wściekła! – oponował.
- Może odejść, kiedy zechce- spokojnie mruknął Reven. To mistrz zachowywał się dziwnie niespokojnie w jego obecności.
- No, przez rok, do następnego wyboru, musisz ją utrzymać!
- Znam zasady- westchnął cierpliwie Reven.
- Co, już chcesz jechać? Nie darują mi, że cię nie zatrzymałem!
- Pewnie, woleliby patrzeć, jak wpadam pod stół. Nie mam dziś na to ochoty- cierpko uciął Reven. Bezustannie wymykał się dominacji mistrza i chyba to tak tamtego irytowało.
Reven miał konia a koń Egi opatrzony zaklęciem przez mistrza miał potem sam wrócić do zamku.
Przejechali przez miasteczko zakupując kilka niezbędnych rzeczy. Na posiłek zatrzymali się na polanie pod lasem. Reven odzyskał już formę i chleb z serem oraz koszyk jabłek szybko przestawały ciążyć w ich bagażu.
- Ile u ciebie wytrzymują dziewczyny?- zapytała. Potrafiła milczeć przez dłuższy czas, ale nie bezustannie.
- Ze dwa lata. Chyba za bardzo nie lubią samotności- mruknął Reven.
II.
- Po raz ostatni ratuję cię przed skandalem! Czy ty naprawdę nie możesz...- irytował się książę na swojego barda. Szanował jego wielki talent, ale inne zachowania artysty sprawiały coraz większy kłopot.
- Wybacz panie. Opiewam wdzięki pięknych kobiet. Z wielkim uczuciem, bo na tym polega istota mej sztuki. Nie mogę być niewrażliwy na moje słowa! Czasami i ja muszę wyjść na chwilę- na ciemny korytarz! I tak muszę doczekać do końca pieśni..- żalił się poeta bezradnie.
- Damy okazują mi wiele względów. Muszę być jednakowo nienaganny wobec każdej z nich- tłumaczył dalej. To książę rozumiał doskonale. Babskie intrygi mogą wywołać nawet zamieszki i bankructwa.
- Są przecież służące- bąknął.
- Zbyt dobrze znam los bękarta- zaprzeczył artysta. O chorobach z gospód nie mówiąc. Pozostaje samotność i ciemny korytarz.
- Na którym zaraz znajdzie cię jakaś podstarzała niewiasta i narobi krzyku!- westchnął książę.
- Musisz się ożenić. Nakazuję ci to!- zdecydował wreszcie. Wezwał nawet swatkę- i usłyszał od niej, jakie to trudne zadanie. Żadna z utytułowanych dam nie wyjdzie za barda. Inne lękały się czy zdołają go utrzymać- nie posiadały takiej urody jak damy, którym śpiewał, albo też nic nie rozumiały z jego rozmów z możnymi i mędrcami. To nie taka prosta sprawa. Trzeba znaleźć damę zarówno o niebanalnym podejściu do życia, jak i o nienagannej opinii zarazem. Swatka prosiła o więcej czasu. Książę wysłał więc swego barda na trochę do odległego zamku znajomego czarodzieja.
I.Wjechali w las. Ega rozejrzała się badając mijane rośliny- i obudziła się z oszołomienia przed bramą budowli.
Owszem, zamek jej nowego pana mógł znajdować się w innej części świata albo i w innej strefie czasowej, ale...
- Mogłeś mnie uprzedzić, zanim zacząłeś nas przenosić- zaoponowała.
- Przepraszam! Zgodziłaś się jechać ze mną i myślałem, że to wystarczy!- odparł i miał rację.
- Czy będę mogła wychodzić z zamku? – zajęła się kolejnym zagadnieniem.
- Tak, zaraz tego dokonamy. Możesz nawet wyjechać, choć wolałbym wiedzieć o tym wcześniej- kazał jej zaraz dotknąć murów i wypowiedział odpowiednie zaklęcia.
Wysoki kamienny mur krył ciepły drewniany dwór z gospodarczymi zabudowaniami.
- Tu jest kuchnia, wyjście na podwórze gospodarcze i ogród. W tamtej sieni przyjmujemy ludzi, przychodzą tą ścieżką z boku lasu. Ludziom stającym przed główną bramą otwieram ja. Tu na dole są izby mieszkalne, wybierzesz sobie jaką chcesz, ile ci trzeba słońca czy księżyca. Na górze jest moja pracownia. Muszę tam teraz pójść, nie mogę zostawiać tego na długo, dlatego zresztą tak szybko musieliśmy wrócić. Gospodyni dziś jeszcze nie przyjdzie, więc jakby ci się udało przygotować coś ciepłego, byłbym wdzięczny- powiedział sucho, kryjąc pod szorstkością słów ogromne zmęczenie kilkudniowym trzeźwym przebywaniem w świecie ludzi. Resztę sił oszczędzał dla kryształów. Rosły i zmieniały barwę w zaskakujący sposób. Po fascynujących obserwacjach nie musiał już wzmacniać swych sił z ukrytej butelki.
Było już całkiem ciemno, gdy potykając się ze zmęczenia z zaschniętym gardłem i pustym żołądkiem zszedł na dół.
Ega zmusiła do posłuchu zastygłą lampkę i wygasły piec. Krąg światła rozjaśniał wyczyszczony róg stołu. Reven sięgnął po dzbanek i pił chciwie ciepły, słodki napój.
- Sądząc z warstw kurzu twoja gospodyni ma bardzo słaby wzrok- cierpko stwierdziła Ega.
- Nie boi się pracować w domu czarodzieja i nie rozpowiada bzdur o tym, co tu zobaczyła- przedstawił swoje racje Reven.
Nieufnie spróbował trochę zupy.
- Wszystkie jadalne resztki, jakie znalazłam- wyjaśniła.
- Ogrodu nikt tu nie uprawiał?- dodała.
- Ostatnio nie. Nie musisz tego robić, jak nie chcesz.
Szybko ustalił się ich bieg dnia. Rano Reven pracował w swej pracowni. Ega wychodziła po zioła, krzątała się w ogrodzie, nadzorowała służbę, przyjmowała ludzi. Opowiedział jej o miejscowych oryginałach i prawdziwie chorych, jednak pozostawił jej swobodę w ich traktowaniu.
Popołudniami siadali do nauki. Uczył ją o substancjach występujących w ziemi, ich odnajdywaniu, badaniu i właściwościach. Opowiadał z zapałem, rysując modele, przepoławiając kamienie i budując przykładowe konstrukcje.
Zapamiętywała to z takim samym zainteresowaniem.
Czasami wieczorami wymykał się do gospody.
- Nie próbuj na mnie czekać. To moja sprawa, kiedy wrócę.
- Jak utkniesz w błocie przed domem to też ma mnie nie obchodzić?- zapytała rzeczowo.
- Nudno to z tobą nie jest- westchnął cierpko. Przeważnie potrafił dotrzeć pod próg domu.
Rano też mu nie pomagała. Sam szykował sobie zioła.
II. Znużony zszedł z promu. Było już dość ciemno. Jednak na niego i górę bagaży czekała z małym kucem krępa, niska pomocnica czarodzieja.
- Mistrz Aron?- szepnęła nieśmiało. Miała wielkie, zdziwione zielone oczy.
- Teraz jestem tylko zmęczonym podróżnym- odparł niecierpliwie. Dawno nie czuł się tak źle. Byle ruch wierzchowca, powozu, łódki przewracał mu wnętrzności.
- Jak zabierzemy się z tym wszystkim? – spojrzał niechętnie na stos pakunków.
- Część się zmniejszy a część tu zostawi i zabezpieczy- dziewczyna sprawnie zabrała się do pracy i wkrótce wyruszyli. Szedł za wierzchowcem potykając się, aż podała mu rękę i przeszedł ją dreszcz.
- Jesteś chory, panie!
- Jestem tylko zmęczony!- burknął.
- Czuję, że cierpisz- upierała się ta wścibska kobietka.
Milczał.
- Coś ci zaszkodziło po drodze? To tak często się zdarza!- powiedziała po chwili rzeczowo. Wiedziała, że mężczyźni nie lubią opowiadać o swych dolegliwościach, zwłaszcza, jeśli dotyczyły one pewnych okolic żołądka.
- Uhm, pewnie tak- odparł, by skończyć temat. Zaraz jednak spotka się z mistrzem a jego nie sposób oszukać.
Mistrz na szczęście był zajęty a dziewczyna nie zmuszała go do jedzenia. Wypił tylko jakieś zioła i upadł na posłanie. Bolały go wnętrzności, lecz było mu wszystko jedno.
Nazajutrz nie miał sił wstać z posłania. Nie pozwolił jednak zbadać się mistrzowi.
- Będzie pił tylko wodę. Żadnych leków ani jedzenia, dopóki się nie zdecyduje!- orzekł mistrz.
- Byle ciepłą- poprosił cicho. Besa usłyszała go jednak. Przyniosła kubek wrzątku i czekała, aż ostygnie.
- Skoro tak się ukrywasz- to musi to być wstydliwa choroba- powiedziała.
- Ja nigdy...- zająknął się Aron.
- Tylko jeden jedyny raz- i od razu pechowo- przytaknęła.
- Ale i takie choroby się leczy- dodała.
- Nie powiem nic mistrzowi- dorzucała kolejne argumenty. Na swoim gruncie- pomagania chorym- odzyskała pewność siebie.
- Nie dam się zbadać- burknął.
- Nie, tylko mi opowiesz. Albo ja będę tylko pytać-
Wymienił parę dolegliwości.
- Coś mi tu nie pasuje. Mogę na ciebie spojrzeć?
Odwrócił się do niej. Dotknęła węzłów na jego szyi i poleciła mu zbadać pozostałe. Wreszcie dotknęła obolałej wątroby, aż podskoczył.
- Żółtaczka. W twej sytuacji to najmniejsze zło- stwierdziła spokojnie.
- Więc to nie...
- Może być i z tego. Z wody, z jedzenia, albo od przygody- leczy się tak samo. Kilka tygodni głodówki i ziół- orzekła.
Żadnych spojrzeń, komentarzy. Nie powiedziała też nic mistrzowi.
- Na razie wiem, co mu jest i jak go leczyć- zaoponowała nieśmiało, lecz stanowczo. Wcale nie była taka nieśmiała. Raz za razem wracała do sprawy, na której jej zależało, aż ją załatwiła. Nagle Aron uświadomił sobie istnienie wielu niedostrzegalnych kobiet. Kuchnie, kredensy, infirmerie kierowane były przez zubożałe szlachcianki. Kobiety ciche, skromne, znające się na rzeczy, życzliwe, troskliwe, smutne. Ileż razy korzystał z ich pomocy w dzień po uczcie! Zwłaszcza niestrawnej. Ileż razy docierał do celu zmarznięty i skostniały! Niewiasty te potrafiły przerwać przygotowania do uczty i zatroszczyć się o niego tak, by mógł wieczorem zaśpiewać. Miały nieraz szybką rękę dla niezdarnych pokojówek i kuchcików i ostry język w natłoku spraw- ale zwykle mógł liczyć na ich złote serca.
Wszyscy przychodzili do nich po pomoc. To one ratowały suknie i urodę pięknych panien, dyskretnie przekazywały bileciki, strzegły drzwi i schodów. Nie były zapraszane na uczty, choć często słuchały jego śpiewu z kuchennych korytarzy. I one miały swoje mroczne korytarze, które ukrywały ich łzy.
Rozmawiał teraz wiele z Besą. Układał nowe poematy i słuchał jej ciekawych uwag. Pokazywała mu ściany wysokich lasów. Odległe zarysy gór. Bezkres łąk. Skromne kwiaty. Odkrywał nowe tematy do swych pieśni, nie tylko duszne miłosne udręki. Ale piękno, przyjaźń, stare historie, urok domu, pracy, radość z dzieci....
Postanowił poprosić swatkę o oferty takich właśnie kobiet. Miałby własną kuchnię, ciepłe zioła, pewność, że niepokoje jego ciała zostaną ugaszone- za każdym razem, gdy będzie tego potrzebował.
Ożenić się tylko dlatego, że potrzebował ciepła, jadła i łoża? Z kobietą z kuchni, co prawda szlachcianką z pochodzenia, lecz gospodynią na co dzień?
Ale te kobiety też słuchały jego pieśni z drżeniem serc. Jakie są tajemnice ich serc?
Poprosi jednak o ich oferty.
Ofert przyszło wiele. Biedził się nad nimi bezradnie. Mistrz nie chciał mu pomóc. Mimo woli zaczął rozmawiać z Besą, choć ona też nie chciała drążyć tego tematu.
- To twoja sprawa, kogo wybierzesz- mruknęła odwracając się.
- Boję się, że to jedynie ciekawość, a nie poważne oferty- wyjaśnił swoją wątpliwość.
- Pewnie, że jesteśmy ciekawe!- parsknęła.
- Wiem, że siedzicie w kuchniach gdy są uczty- zrozumiał ją.
- Gdzież którejś z nas być żoną barda! Nie znamy waszych uczonych słów- ciągnęła.
- Ale ja nie tego od żony chcę. Od pięknych słów mam górne sale....
- A dla nas zostawiasz zmęczenie, niestrawność i przepocone koszule? Dziękuję! Nie po to chciałoby się wyjść za barda, żeby swoje dobre maniery zostawiał na górze!
- Rozumiem- zaczął oszołomiony.
- Rozumiesz? Jak to jest, gdy przychodzą do ciebie z problemami, bólami, brudami, a potem nikt nawet nie podziękuje? Potem brzydzą się ciebie bo za wiele o nich wiesz! Nie raz trzeba walczyć całe noce o czyjeś zdrowie czy życie, nie raz oddać kawał serca...
- Wiem, wiem jak to jest śpiewać im o miłości. Wzruszać ich. Ale samemu nie wolno mieć uczuć. Ich te uczucia obrażają- dodał.
- Nareszcie się rozumiemy!- stwierdził. Besa uspokoiła się i usiadła.
- Więc jakie masz te oferty?- zapytała cicho, zakłopotana swoim wybuchem.
- Same takie- handlowe. Jak referencje do pracy.
- Czy nie tego chciałeś?
- Nie. Teraz wiem, że nie- nie tylko. Nie zniósłbym braku uczuciowej bliskości. To byłoby jak chodzenie do gospody, czego nie chcę robić- właśnie dlatego.
- Dużo chcesz- i kucharki, i kochanki naraz.
- Daję całe swoje serce. To prawdziwe. Całą swoją słabość.
- Dołóż jeszcze wdzięczność- upomniała go.
- Tak, wiem, mam zachowywać się jak wobec dam.
- Jesteśmy bardzo wrażliwe na brak szacunku. Nie zniosłabym, żeby mój mąż kpił ze mnie jeśli nie rozumiem jakiegoś słowa- i pozwalał na to innym. Może mnie uczyć- ale po dobroci.
- Rozumiem.
- Nie zniosłabym też oczywiście, gdyby mój mąż obdarzał uczuciem inną kobietę- bardziej niż pozostałe.
- Rozumiem. Tutaj dochodzimy znowu do uczuciowej bliskości.
- O której nie dowiesz się z listów- odsunęła się od stołu ucinając dyskusję. Pomogła mu tak wiele a teraz chciała się wycofać? Chyba jednak zaczął ją rozumieć.
- Nie. O tym można się dowiedzieć inaczej. Zacznę od tej oferty- położył na stole błękitny rulon. Besa zarumieniła się. Aron delikatnie wziął ją za rękę. Nie cofnęła jej, gdy podniósł ją do ust...
Tak, jak zaczął się domyślać, wśród tych niewiast kryło się wiele namiętności. Mocno trzymanej na wodzy, bo te, które jej uległy, kończyły niechlubnie. Te, które chciały utrzymać swoją pozycję, musiały zrezygnować z namiętności. Chyba, że ktoś chciałby je poślubić....
- Skąd wiedziałeś, że to moja oferta? – zapytała potem, sztucznie obojętnym tonem, gdy porządkowała fartuch po namiętnym pocałunku.
- Wszystkie listy nasiąkły zapachem przypraw z juków kupca. Ten był zbyt czysty. Nie oszukałaś mnie, moja mała czarownico.
- Nie przeszkadza ci, że nią jestem?
- Nie rzuciłaś na mnie uroku, prawda?
- Nie. Tą rzecz chciałam po ludzku....
- Bardzo po ludzku..- zbliżył się znów do niej.
I. Najbardziej niepokoiły Egę odwiedziny obcych. Ich stanowczy krok pełen pogardy do otaczającego świata. Nie było to miękkie wymijanie sprzętów lecz prucie do celu pomimo wszystkiego. Mocne głosy krojące ciszę, nie dbające o uszy innych. Zabłocone buty i ostrogi raniące podłogę.
Nachodzili mistrza i godzinami krążyli po jego części domu mówiąc głośno.
Zamykała się w kuchennej części. Jeśli tak rzeczy się mają, nie chce wiedzieć nic o nich ani o laboratorium. Reven nie uczył jej o kryształach, lecz nie było lekcji, na której nieświadomie by o nich nie napomniał.
Po takich wizytach schodził trzeźwy, lecz bardziej wyczerpany niż po przepiciu. W dzbanku na brzegu pieca znajdował ciepłe zioła z miodem. Ręce drżały mu tak, że upuścił kubek. Wyjrzała ze swej komory.
- Chcą, żebym coś dla nich zrobił- powiedział bardziej do swoich myśli.
- Coś trudnego?- zapytała powoli.
- Niebezpiecznego.
Nalała następny kubek i podtrzymała go, gdy pił powoli. Poczuła jego silną, skoncentrowaną moc. Co czarodziej takiego formatu robi w nędznej wiosce? W błocie przed gospodą?
Właśnie- upija się publicznie, zamiast trzymać karafką w laboratorium? Może właśnie dlatego- żeby wszyscy to widzieli? Jaki jest do niczego?
- Czy oni nie wiedzą, jak przepiłeś swój talent?- parsknęła z pogardą, puszczając jego drżącą rękę.
Zrozumiał ją i uśmiechnął się z wysiłkiem.
Kolejna pijatyka była dłuższa niż zwykle. Rano, szukając mistrza, Ega dotarła aż do gospody. Jego koń stał uwiązany. Mistrz zniknął. Wczoraj była tu jakaś pijatyka i jacyś obcy, ale nikt nic nie pamiętał. W dziwnie magiczny sposób.
Powinna teraz zniknąć i ona.
I bać się potem przez całe życie? Ucieczka to najlepszy dowód, że coś wie.
Więc zniszczyć laboratorium? Obcy nie posunęli się nigdy do tego wiedząc, że tylko nim mogą szantażować Revena.
Następnego dnia weszła do laboratorium. Skoro już jest w to uwikłana, niech wie, o co chodzi.
Kolekcja była piękna, choć Ega nie wiedziała, do czego służy. W dziwnych naczyniach i płynach rosły kolorowe, gładkie i strukturalne kryształy. Teraz dopiero rozumiała jego mimochodem rzucone uwagi.
Na tabliczkach Reven spisywał swoje uwagi. Na szczęście je rozumiała. Mogła je teraz uzupełnić. Dolać z butli dziwnych substancji, dopóki ich starczy.
Teraz ona schodziła często do gospody, nadsłuchując wieści. Przedłużające się milczenie mogło znaczyć, że Reven opiera się prześladowcom. Szkoda, że nie zaufał jej bardziej. Mogłaby teraz zaaranżować jakiś wybuch w laboratorium i nie byłoby czym go szantażować.
Zgłosiła zaginięcie Revena w kolegium czarodziejów. Zjawiło się paru niby to chcących pomóc. Nie wiedzieli nic o mistrzu, ale chcieli zajrzeć do jego laboratorium. Twierdziła, że chronione jest zaklęciem, którego nie zna. Zaklęciem, które dobrze znała zabezpieczyła też pieniądze na ewentualny okup. Mógł je jedynie odnaleźć Reven używając jednego ze swych ulubionych powiedzeń, które zapamiętała.
Obcy nie wydusili nic z Revena. Wrócili do zamku.
Jej wybuch- pułapka w laboratorium zadziałał. Kłęby dymu, wyrwane okna, połamane półki i stoły, pełno kolorowego szkła.
Uwięzili ją. Na to była przygotowana. Pogrążyła swój umysł w letargu, prezentując jedynie naiwny zachwyt wiejskiej dziewczyny wobec kolorowych szkiełek. Reven nie żyje, ona nic nie wie, nie ma żadnego powodu, by żyć. Przesypiała czas w lochu, w chwilach przesłuchań patrząc na swych oprawców tępym wzrokiem. Nie starała się zrozumieć ich pytań. Nie czuła nawet bólu. Dobra sztuczka. Udawało jej się odsuwać od siebie każdą myśl i niepokój.
Któregoś razu jednak obudziło ją ciepłe dotknięcie na szyi. Nie myśląc o niczym przytuliła się do Revena i płakała, płakała, gdy gdzieś ją niósł.
Obudziła się w nieznanym pomieszczeniu. Reven przypatrywał jej się z uwagą, podając kubek ciepłego napoju.
- Gdzie jesteśmy?- zapytała czujnie.
- W spokojnym miejscu- to na razie jej wystarczyło.
- Jestem brudna- stwierdziła.
- Kąpiel jest gotowa- uśmiechnął się mistrz. W sąsiednim pomieszczeniu odzyskała większość sił. Zbadał ją potem znowu, delikatnym, ciepłym dotknięciem, i przyniósł lekki posiłek.
- Myślałam, że coś ci zrobili- zaczęła rozeznawać się w sytuacji Ega.
- No, próbowali, ale jestem starym wygą- odparł niedbale. Wyglądał szczuplej i bladziej, ale dysponował pełnią sił.
- Ty też dobrze sobie poradziłaś.
- Sama nie wiem, jak mi się udało. Nie mów mi jeszcze, ile czasu tam byłam. Jak tobie się udało- wyjść z tego?
- Zdenerwowali mnie- więżąc ciebie. Co jak co, ale mistrzem jestem dobrym. Nie pozwolę krzywdzić niewinnych. Więc się trochę zdenerwowałem. Nawiązałem kontakt z kimś i zaoferowałem swe usługi. Chciałem to robić sam, ale to bez sensu. Jesteśmy teraz w jego zamku. Szkoda, że hodowla przepadła, zabrała mi kilka lat życia, muszę zaczynać od nowa.
- Była piękna, to prawda- przytaknęła.
- Widziałaś ją?
- Przecież nie ty założyłeś tam pułapkę.
- Wybuch, tak. To było dobre, al...
Illias