Robin Cook
Interwencja
Powieść niniejszą dedykuję tym rodzinom, ofiarom oraz badaczom,
którzy przyczynili się do nadzwyczajnych postępów w leczeniu nowotworów u dzieci.
Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym. Poważali go wszyscy od najmniejszego do największego: „Ten jest wielką mocą Bożą” - mówili. A liczyli się z nim dlatego, że już od dość długiego czasu wprawiał ich w podziw swoimi magicznymi sztukami. Lecz kiedy uwierzyli Filipowi, który nauczał o królestwie Bożym oraz o imieniu Jezusa Chrystusa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety przyjmowali chrzest. Uwierzył również sam Szymon, a kiedy przyjął chrzest, towarzyszył wszędzie Filipowi i zdumiewał się bardzo na widok dokonywanych cudów i znaków. Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali [Apostołowie] na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego. Kiedy Szymon ujrzał, że Apostołowie przez nakładanie rąk udzielali Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze. „Dajcie i mnie tę władzę - powiedział - aby każdy, na kogo nałożę ręce, otrzymał Ducha Świętego”. „Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą - odpowiedział mu Piotr - gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga [... ]”.
Dzieje Apostolskie 8, 9-21
Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań-Warszawa 1989
Rozdział 1
1 grudnia 2008
poniedziałek, 4.20
Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Jack Stapleton w jednej chwili przeszedł ze snu do stanu całkowitego rozbudzenia. Uciekał samochodem w dół, stromą ulicą miasta, błyskawicznie zbliżając się do grupy przedszkolaków przechodzących parami po pasach i zupełnie nieświadomych niebezpieczeństwa. Daremnie wciskał do oporu pedał hamulca; wóz pędził wręcz coraz szybciej. Jack krzyczał do dzieci, by zeszły z drogi, aż nagle zorientował się, że szeroko otwartymi oczami wpatruje się w plamy światła z ulicznych latarń rozlewające się po suficie sypialni jego domu przy Sto Szóstej Zachodniej Ulicy w Nowym Jorku. Nie było samochodu, nie było wzgórza, nie było dzieci. Był tylko kolejny koszmarny sen.
Niepewny jeszcze, czy rzeczywiście krzyczał, Jack odwrócił się do żony. W bladej poświacie padającej z niezasłoniętego okna zobaczył, że Laurie śpi głębokim snem. Najwyraźniej i krzyk był tylko częścią snu. Spojrzał znów na sufit i wzdrygnął się mimo woli, wspominając ten koszmar, który prześladował go tak uporczywie i zawsze był równie przerażający. Zaczęło się na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy jego pierwsza żona i dwie córki - dziesięcio- i jedenastolatka - zginęły w katastrofie samolotu. Leciały do Chicago, by odwiedzić Jacka, który szkolił się w patomorfologii. Był chirurgiem okulistą, nim zdecydował się na zmianę specjalizacji, by uciec przed narastającym zagrożeniem ze strony - jak mawiał - czterech jeźdźców medycznej apokalipsy: firm z sektora ubezpieczeń zdrowotnych, systemu oszczędności, niedouczonego rządu oraz obojętności społeczeństwa. Miał nadzieję, że zmieniając fach, zdoła umknąć przed zmianami w systemie opieki zdrowotnej i odzyskać poczucie altruistycznej misji oraz powołania, które kiedyś pchnęły go ku medycynie. Tak się też stało, tyle że w trakcie owej zmiany utracił ukochaną rodzinę i wpadł w spiralę poczucia winy, depresji i cynizmu. Koszmar o pędzącym samochodzie był jednym z objawów tego stanu. Kilka lat wcześniej zdołał się wyleczyć z ponurych wizji, lecz teraz, w ostatnich miesiącach, powróciły one ze zdwojoną siłą.
Jack skupił wzrok na plamach światła, które rzucała na sufit lampa uliczna. Między latarnią a budynkiem rosło samotne drzewo. Nocna bryza kołysała bezlistnymi konarami, tworząc na stropie migotliwe wzory niczym z testów projekcyjnych Rorschacha. Spoglądając na nie, Jack czuł się samotny w zimnym, bezlitosnym wszechświecie.
Dotknął swego czoła. Nie był spocony, ale przyspieszone tętno, sięgające stu pięćdziesięciu uderzeń na minutę, było jasną oznaką, że jego układ współczulny jest w stanie maksymalnego pobudzenia - zawsze tego doświadczał, gdy śnił mu się samochód bez hamulców. Wyjątkowym elementem tego koszmarnego scenariusza były dzieci. Zazwyczaj zagrożenie w nocnych zmorach dotyczyło tylko jego osoby: wątła poręcz przy ścieżce nad przepaścią, lity mur z cegły albo niezgłębiona toń pełna rekinów.
Jack spojrzał na budzik: było już po czwartej nad ranem. Wiedział, że przy takim rytmie serca nie ma żadnych szans na spokojny sen. Delikatnie - by nie zbudzić Laurie - odrzucił kołdrę i wymknął się z łóżka. Dębowe deski podłogi były zimne jak marmur. Rozciągnął zesztywniałe mięśnie. Był już po pięćdziesiątce, lecz mimo to, gdy tylko pozwalały mu na to pogoda i rozkład zajęć, grywał w uliczną koszykówkę. Tego wieczoru ćwiczył niemal do upadłego, by rozładować narastający stres. Wiedział, że rankiem przyjdzie mu zapłacić za to słoną cenę - i nie pomylił się. Przezwyciężając ból, zrobił skłon i położył dłonie płasko na podłodze. Po chwili ruszył w stronę łazienki, nie przestając rozmyślać o dzieciach z sennego koszmaru. Właściwie nie dziwił go ten nowy motyw. Najświeższą przyczyną jego przygnębienia, na nowo rozbudzonego poczucia winy i nieomalże depresji było przecież dziecko: jego syn, John Junior albo JJ, jak nazywali go z Laurie. Chłopiec przyszedł na świat w sierpniu, kilka tygodni przed terminem. Byli dobrze przygotowani na jego przyjęcie - zwłaszcza Laurie. Poradziła sobie doskonale; gorzej było z Jackiem, który po dziesięciu godzinach porodu był tak wycieńczony, jakby sam rodził. Choć swego czasu asystował przy narodzinach swoich córek, zdążył już zapomnieć, jak głęboko emocjonalne jest to przeżycie. Odetchnął z ulgą, dopiero gdy matka i dziecko w dobrym zdrowiu dotrwali do końca porodu.
Przez pierwszy miesiąc sprawy wyglądały zupełnie dobrze. Laurie dostała urlop i niezrażona nocną marudnością małego po prostu cieszyła się urokami macierzyństwa. Obawy Jacka, że dziecko może mieć jakieś wady genetyczne, ustąpiły z czasem. Nigdy nie przyznał się żonie, że gdy tylko akcja porodowa dobiegła szczęśliwego końca, pospieszył do pediatry, by ponad jego ramieniem obserwować pierwsze badanie noworodka.
W panice przyglądał się twarzyczce dziecka i w pośpiechu liczył małe paluszki. Nie był pewny, czy potrafiłby znieść brzemię upośledzonego dziecka, choć śmierć córek była dlań tak wielkim wyrzutem sumienia. Sam pomysł posiadania kolejnego dziecka budził jego wątpliwości; rodzicielstwo kojarzyło mu się z wielką odpowiedzialnością i jeszcze większym ryzykiem, zwłaszcza w wypadku niepełnosprawnego dziecka. Gdyby nie niezłomna cierpliwość Laurie i jej niesłabnące wsparcie, pewnie nie zdobyłby się na odwagę. Mimo wszystko jednak w głębi duszy wciąż żywił przeczucie, że jego przeznaczeniem jest sprowadzać nieszczęścia na tych, których kocha.
Zdjął szlafrok z haczyka za drzwiami łazienki i poczłapał do pokoju syna. Nawet w półmroku widział doskonale, z jakim przepychem urządzono wnętrze: jego teściowa, Dorothy Montgomery, nie żałowała pieniędzy na wnuka, na którego przyjście już prawie straciła nadzieję. Tylko kilka lampek umocowanych na poziomie podłogi rozświetlało pokój dziecinny. Jack ostrożnie zbliżył się do białego łóżeczka spowitego przewiewną siatką. Zbudzenie dziecka o tej porze było ostatnią rzeczą, której teraz potrzebował; ułożenie chłopca po ostatnim karmieniu było nie lada wyczynem. Światło małych lampek właściwie nie docierało do łóżeczka i Jack niewiele widział. Dziecko leżało na plecach, z rączkami rozrzuconymi na boki. Paluszki zacisnęło na kciukach. Smuga światła muskała tylko jego czoło. Oczy pozostawały w mroku, lecz Jack wiedział, że widać pod nimi ciemne półkola - jeden z wczesnych objawów choroby.
Skóra przebarwiała się stopniowo, przez kilka tygodni, i ani Jack, ani Laurie nie zauważyli zmiany. Dopiero Dorothy zwróciła uwagę na ten objaw, do którego wkrótce dołączyły kolejne. To, co niczego niepodejrzewający pediatra nazwał „marudnością” dziecka, szybko stało się powodem nieprzespanych nocy w domu Stapletonów.
Gdy wreszcie postawiono diagnozę, Jack poczuł się tak, jak gdyby nagły cios pozbawił go tchu; jakby ktoś przyłożył mu kijem baseballowym prosto w brzuch. Krew tak gwałtownie odpłynęła z jego mózgu, że musiał zacisnąć dłonie na podłokietnikach fotela, w którym siedział, by nie spaść na podłogę. Ziściły się wszystkie jego najgorsze przeczucia. Strach przed klątwą, która nieuchronnie spadała na jego najbliższych, odżył i miał się doskonale. U Johna Juniora zdiagnozowano neuroblastomę, czyli nerwiaka płodowego, chorobę odpowiedzialną za piętnaście procent zgonów wśród dzieci dotkniętych nowotworami. Co gorsza, wykryto też liczne przerzuty, w tym także do kości i ośrodkowego układu nerwowego. JJ został więc zakwalifikowany do grupy chorych wysokiego ryzyka, a zatem najgorszej z możliwych.
Następne miesiące były dla rodziców piekłem: kolejne wyniki były coraz gorsze, ale stopniowo pojawiał się też plan leczenia. Na szczęście dla Johna Juniora, w pierwszych i najważniejszych dniach Laurie zachowała jasność umysłu, podczas gdy Jack balansował na krawędzi tej samej emocjonalnej przepaści, której doświadczył kilka lat wcześniej. Uratowała go świadomość, że jest potrzebny Johnowi Juniorowi i Laurie. Wielkim wysiłkiem woli stłumił przytłaczające poczucie winy oraz gniew, by wzbudzić w sobie choć trochę pozytywnej energii.
Nie było łatwo, ale Stapletonowie mieli szczęście: skierowano ich do programu leczenia neuroblastomy w Memorial Sloan-Kettering Cancer Center, gdzie wkrótce nauczyli się polegać na profesjonalizmie, doświadczeniu i empatii utalentowanych lekarzy. W ciągu kilku miesięcy JJ został kilkakrotnie poddany indywidualnie profilowanej chemioterapii, przy czym za każdym razem przyjmowano go do szpitala w związku z nasilonymi skutkami ubocznymi. Gdy kuracja wywołała założony efekt, zalecono dziecku stosunkowo nową i bardzo obiecującą metodę leczenia, polegającą na dożylnym podawaniu przeciwciał monoklonalnych hodowanych w ciałach myszy. Przeciwciała owe, zwane 3F8, potrafią odszukać komórki rakowe i wspomóc układ odpornościowy chorego w niszczeniu ich. Tak przynajmniej głosi teoria.
Początkowo metoda leczenia przewidywała dwutygodniowe cykle podawania przeciwciał przez kilka miesięcy, a może nawet przez rok, gdyby było to możliwe. Niestety, już po kilku cyklach kurację trzeba było przerwać. Układ odpornościowy Johna Juniora zareagował alergicznie na mysie białko i wystąpiły zagrażające życiu dziecka skutki uboczne. Teraz należało więc odczekać miesiąc lub dwa, ponownie zbadać wrażliwość organizmu Johna Juniora na to białko i ewentualnie ponownie rozpocząć terapię. Innej możliwości po prostu nie było. Choroba zbyt się rozprzestrzeniła, by przeprowadzić autologiczny przeszczep komórek macierzystych, zabieg chirurgiczny albo radioterapię.
- Jest taki kochany, kiedy śpi spokojnie i nie płacze - odezwał się głos w półmroku.
Jack drgnął mimowolnie. Pogrążony w myślach, nie zauważył nawet, kiedy Laurie stanęła u jego boku.
- Przepraszam, że cię wystraszyłam. - Laurie spojrzała na męża.
- Przepraszam, że cię obudziłem - odparł współczująco. Wiedział, że jest przemęczona; opieka nad synem wymagała ogromnego wysiłku.
- Nie spałam już, kiedy się ocknąłeś. Szybko oddychałeś; bałam się, że znowu dręczy cię koszmar.
- Bo dręczył. Jak zwykle o starym pędzącym samochodzie, ale tym razem miałem rozjechać grupę przedszkolaków. Okropność.
- Wyobrażam sobie. Ale przynajmniej nietrudno to zinterpretować.
- Tak sądzisz? - mruknął Jack z odrobiną sarkazmu. Nie lubił tych psychoanalitycznych sztuczek.
- Nie irytuj się - odrzekła Laurie, łapiąc go pod ramię. - Po raz setny powtarzam ci: to nie twoja wina, że JJ jest chory. Przestań się zadręczać.
Jack odetchnął głęboko i głośno. Pokręcił głową.
- Łatwo ci mówić.
- Bo to prawda! - powiedziała z emfazą, współczująco ściskając jego ramię. - Wiesz, co powiedzieli lekarze z Memorial, kiedy pytaliśmy o etiologię choroby. Do licha, bardziej prawdopodobne jest to, że wina leży po mojej stronie! Jako patolodzy mamy kontakt z tyloma chemikaliami... W ciąży starałam się unikać rozpuszczalników, ale to po prostu nie jest możliwe.
- Nie dowiedziono, że rozpuszczalniki mogą zwiększać ryzyko neuroblastomy.
- Może i nie, ale do cholery, jest to sto razy bardziej prawdopodobna przyczyna niż ta twoja nadprzyrodzona klątwa, którą się torturujesz.
Jack niechętnie skinął głową. Nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. Nie lubił rozmawiać o klątwie. Nie wierzył w nadprzyrodzone siły i nie był specjalnie religijny - te dwie sprawy uważał zresztą za blisko ze sobą związane. Wolał stąpać twardo po ziemi, w poznaniu świata polegając na własnych zmysłach.
- A co z lekami przeciw niepłodności? - ciągnęła Laurie. - O tym też wspominał jeden z lekarzy. Pamiętasz?
- Jasne, że pamiętam - odparł cierpko Jack.
Nie chciał o tym gadać. Nie lubił przyznawać się do przesądów, które żywił; nie lubił nawet o nich myśleć.
- Prawda jest taka, że przyczyny powstania neuroblastomy nie są znane i kropka! A teraz wracaj do łóżka.
Jack pokręcił głową.
- I tak już nie zasnę. Poza tym pewnie dochodzi piąta. Wezmę prysznic, ogolę się i pojadę do pracy. Muszę czymś zająć umysł.
- Świetny pomysł - odrzekła Laurie. - Szkoda, że ja nie mogę.
...
izebel