!Tomasz Mann - Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla.pdf

(759 KB) Pobierz
24905244 UNPDF
TOMASZ MANN
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla
Przełożył ANDRZEJ RYBICKI
Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 1998
Tekst według wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1976 roku
Tytuł oryginału niemieckiego Bekennlnisse des Hochslaplers Felix Krull
Posłowie JAN KUROWICKI
Redaktor
Zofia Smyk
Opracowanie graficzne «.•
Renata Pacyna , ".
Redaktor techniczny
Marek Krawczyk j, , '* " "*
Natalia Wielęgowska * *,
© Copyright 1954 by Thomas Mann. *
Alle Rechte bei S. Fischer Yerlag GmbH, Frankfurt am Main
© Copyright by Wydawnictwo Dolnośląskie, Sp. z o.o., Wrocław 1998
Wydawnictwo Dolnośląskie, Spółka z o.o.
ul. Strażnicza 1-3 50-206 Wrocław
ISBN 83-7023-631-6
KSIĘGA PIERWSZA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Vv chwili gdy ujmuję pióro, aby w niezmąconej swobodzie i odosobnieniu, zdrów
zresztą, choć i zmęczony, bardzo zmęczony (tak iż zdołam posuwać się naprzód
jedynie krok po kroku i odpoczywając często), gdy zatem sposobię się do tego,
aby właściwym mi czystym i przyjemnym pismem przelać na cierpliwy papier moje
wyznania, nachodzi mnie przelotna wątpliwość, czy też wykształcenie wyniesione z
domu i szkoły pozwoli mi dorosnąć do tego intelektualnego przedsięwzięcia. Z
drugiej jednak strony, ponieważ na moją opowieść składają się najbliższe mi i
najbardziej osobiste doświadczenia, zbłąkania i namiętności, i dzięki temu w
pełni panuję nad tematem, mogłaby owa wątpliwość dotyczyć co najwyżej taktu i
układności wyrazu, na jakie mnie stać; te zaś zalety nie tyle zależą od nie
przerwanych i chlubnie ukończonych studiów, ile raczej, i to w znacznie wyż-
8 TOMASZ MANN
szym stopniu, od wrodzonego uzdolnienia i poprawnego wychowania w dziecięctwie.
Nie brakło mi go, gdyż wywodzę się z wykwintnego, choć i nieco swawolnego
mieszczańskiego gniazda; moją siostrą Olimpią i mną opiekowała się przez szereg
miesięcy jakaś pannica z Vevey, która musiała potem •— rzecz prosta — zejść z
pola, ponieważ doszło do kobiecej rywalizacji z moją matką, mianowicie na
punkcie ojca; chrzestny zaś ojciec mój, Schimmelpreester, z którym wiązała mnie
serdeczna zażyłość, był wielce cenionym artystą, nazywanym przez całe miasteczko
„panem profesorem", chociaż ów piękny i pożądany tytuł formalnie, być może,
wcale mu nie przysługiwał; mój ojciec zaś, choć był gruby i tłusty, miał wiele
osobistego wdzięku i zawsze bacznie zważał na wyszukany i przejrzysty styl mowy.
Miał po babce w żyłach trochę krwi francuskiej, lata nauki spędził we Francji i
jak zapewniał, znał Paryż jak własną kieszeń. Chętnie ubarwiał swą mowę zwrotami
takimi, jak „c'est fa", „epatant" albo „par-faitement"*, wymawianymi zresztą
wyśmienicie; mawiał też często „sawuruję" — i do końca życia pozostał ulubieńcem
kobiet. Ale na razie wspominam o tym tylko mimochodem. Co się zaś tyczy mego
wrodzonego talentu do zachowywania poprawnych form, mogłem z góry być go aż
nadto pewny, jak tego dowodzi cały mój oszukańczy żywot; wierzę też, że bez
zastrzeżeń wolno mi polegać na nim i przy niniejszym występie pisarskim.
Postanowiłem zresztą stosować w swych zapiskach jak najdalej posuniętą
otwartość, nie lękając się ani zarzutu, żem pyszałek, ani posądzenia o bezwstyd.
Jakąż wartość moralną i jaki moralny sens można by przypisać wyznaniom zrodzonym
pod innym słońcem niż słońce prawdy!
Wydała mnie na świat ziemia Rhełngau, ów błogosławiony zakątek, łagodny, wolny
od szorstkich kaprysów pogody i wrogich człowiekowi właściwości gleby, usiany
gęsto
Tak jest, nadzwyczajnie, doskonale, (fr.)
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla 9
miastami i wioskami, pełen wesołych ludzi — jeden z najmilszych zaludnionych
skrawków ziemi. Osłonięte przed surowymi wichrami nadreńskim łańcuchem górskim i
rozpostarte pod promienny blask południowego słońca rozkwitają tu owe sławetne
osiedla o nazwach, na których sam dźwięk śmieje się serce pijusa: tu Rauenthal,
Johannisberg, Rudesheim, a oto też czcigodna mieścina, w której ujrzałem światło
dzienne w niewiele lat po pełnym chwały założeniu cesarstwa niemieckiego.
Osiedle to, położone nieco na zachód od kolana, jakie tworzy Ren w pobliżu
Moguncji, a słynne swymi wytwórniami win, stanowi główną przystań dla parowców
płynących w górę i dół rzeki; mieszkańców liczy mniej więcej cztery tysiące.
Nader blisko była więc wesoła Moguncja, a także wytworne kąpieliska w paśmie
Taunus, jak Wiesbaden, Homburg, Langenschwalbach i Schlan-genbad; do ostatniego
z nich można było dojechać kolejką wąskotorową w ciągu pół godziny. Jakże często
w miesiącach pięknej pogody urządzaliśmy, rodzice moi, moja siostra Olimpia i
ja, wycieczki statkiem, powozem lub koleją, i to we wszystkich kierunkach:
wszędzie bowiem nęciły nas powaby i osobliwości, stworzone przez przyrodę i
ludzką wynalazczość. Widzę jeszcze mego ojca, jak w wygodnym ubraniu letnim w
drobną kratę siedzi z nami w jakimś restauracyjnym ogródku — nieco z dala od
stołu, gdyż brzuch przeszkadzał mu przysunąć się bliżej — i z nieskończoną
błogością zajada potrawę z raków, popijając złocistym winnym sokiem. Nierzadko
bywał także z nami mój chrzestny ojciec Schimmelpreester; bystro i badawczo
spozierał przez swe okrągłe okulary malarza na ludzi i świat, wchłaniając w swą
duszę artysty wszystko, i to, co wielkie, i to, co małe. Biedny mój ojciec był
właścicielem firmy Engelbert Krull, wytwarzającej wino musujące Lorley Extra
Cuvee, którego sława niestety mocno już podupadła. W dole nad Renem, opodal
przystani, mieściły się składy firmy i nierzadko uganiałem jako chłopak po
chłodnej przestrzeni piwnicz-
10 ' TOMASZ MANN
nej lub zamyślony wałęsałem się kamiennymi korytarzami wiodącymi wzdłuż i wszerz
pośród wysokich rusztowań i przyglądałem się armiom butelek, lekko ukośnie
ułożonych tam warstwami jedna nad drugą. „Leżycie tutaj — myślałem sobie,
jakkolwiek nie umiałem jeszcze, rzecz prosta, nadać swym myślom tak trafnego
wyrazu — leżycie tu w podziemnym półmroku, a w waszym wnętrzu klaruje się w
cichości i wzbiera ów szczypiący, złocisty sok, który przyśpieszy uderzenia
niejednego serca i niejedną parę oczu rozbudzi do żywszego lśnienia. Jeszcze
wyglądacie bezbarwnie i niepozornie, ale oto pewnego dnia wzniesiecie się,
przystrojone wspaniale, w wyższy świat, aby w czasie uroczystych przyjęć na
weselach czy w oddzielnych gabinetach restauracyjnych miotać w sufit wasze korki
z zuchwałym trzaskiem i szerzyć wśród ludzi upojenie, rozkosz i lekkomyślność".
Tak lub prawie tak mówił do siebie chłopiec; było w tym tyle przynajmniej
słuszności, że firma Engelbert Krull kładła niezwykły nacisk na wygląd
zewnętrzny swych butli, na owo ostateczne ich przystrojenie, które w zawodowej
gwarze nazywano koafiurą. Wtłoczone korki przytrzymywał drut srebrny,
przeplatany pozłacanymi nitkami, a purpurowy lak pieczętował je od góry; co
więcej, na złotym sznurze zwisała jeszcze uroczysta okrągła pieczęć, z rodzaju
tych, jakie widnieją na bullach i dawnych dokumentach państwowych; szyjki
przystrajała bogato lśniąca cynfo-lia, na brzuchach zaś flasz pyszniła się
złocistymi esami-flo-resami nalepka skomponowana dla firmy, dzieło mego ojca
chrzestnego, Schimmelpreestera, na której obok roju gwiazd i herbów, tuż przy
podpisie mego ojca i wydrukowanej złotą barwą marce fabrycznej Lorley Extra
Cuvee, jawiła się postać kobieca, strojna tylko szpilami i naszyjnikami, która
na czubku skały siedząc i udo założywszy na udo, a ramię podniósłszy wzwyż,
czesała grzebieniem swe faliste włosy. Zdaje mi się zresztą, że jakość wina
niezupełnie odpowiadała tym olśniewającym ozdobom. „Krullu — mawiał
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla 11
zapewne do ojca chrzestny mój, Schimmelpreester — szanuję pańską osobę, ale
pańskiego szampana powinna by zabronić policja. Przed tygodniem uległem pokusie
wychylenia pół butelczyny i jeszcze do dziś dnia nie otrząsnąłem się z tego
całkowicie. Jakąż to drętwotę, wyznaj no pan, domieszałeś do tej cieczy? Była to
nafta czy fuzel? Krótko mówiąc, truje pan ludzi, drzyj więc przed prawem!"
Słysząc to mój biedny ojciec popadał w zakłopotanie, albowiem człek był z niego
miękki, na ostre słowa nieodporny. „Łatwo panu drwić, Schimmelpreester —
odpowiadał niepewnie, z przyzwyczajenia leciutko gładząc koniuszkami palców swój
brzuch — muszę jednak produkować tanio, każe tak przesąd, niechętny wytworom
krajowym: krótko mówiąc, dostarczam klienteli tego, w co ona wierzy. Poza tym,
drogi przyjacielu, konkurencja siedzi mi na karku, sytuacja staje się wprost nie
do zniesienia". Tyle o moim ojcu.
Nasza willa była jedną z owych uroczych pańskich siedzib, które tuląc się do
łagodnych pochyłości panują nad widokiem reńskiego pobrzeża. Opadający dość
stromo ogród zdobiły obficie karły, grzyby i liczne inne stwory, do złudzenia
podrobione z fajansu; na cokole spoczywała jasna jak zwierciadło kula szklana,
wykrzywiająca nader zabawnie twarze; a była tam również harfa eolska, liczne
groty i fontanna rzucająca w powietrze wymyślną grę wodnych promieni, z
sadzawką, w której pływały złote rybki. Aby zaś rzec coś niecoś o domowym
wnętrzu, było ono zgodnie z upodobaniem mego ojca zarówno przytulne, jak i
pogodne. Fotele w zacisznych wykuszach zapraszały, aby usiąść, a w jednym z tych
wgłębień stał nawet prawdziwy kołowrotek. Niezliczone drobiazgi: świecidła,
muszle, błyszczące szkatułki i flakony z pachnidłami, poustawiano na półeczkach
i stolikach pluszowych; mnóstwo poduszek puchowych powleczonych jedwabiem lub
wielobarwną wyszywanką leżało, gdzie spojrzeć, na sofach i tapczanach, gdyż
ojciec mój lubił wylegiwać się miękko; portiery wisiały na halabardach,
12
TOMASZ MANN
w obramieniach zaś drzwi rozpięto owe powiewne zasłony z trzciny i pstrych
paciorków, które tworzą na pozór zwartą ścianę, można je jednak przekroczyć nie
podnosząc ręki, przy czym rozsuwają się z cichym szmerem lub chrzęstem i w tejże
chwili ponownie zwierają. U frontowych drzwi umieszczono mały, pomysłowy
przyrząd, grający cichutkimi dzwoneczkami początek pieśni Radujcie się życiem, w
czasie gdy powstrzymywane pneumatycznie drzwi powoli zapadały w zamek.
J,, <:..,
RO202IAŁ DRUGI
l aki oto był dom, w którym pewnego ciepławego, dżdżystego dnia — a maj to był,
miesiąc rozkoszy! — pewnej, dla dokładności, niedzieli przyszedłem na świat. Od
chwili tej nie zamierzam już wybiegać naprzód, trzymając się raczej starannie
następstwa czasowego. Narodziny moje dokonały się, o ile mnie o tym trafnie
powiadomiono, wielce powolnie i nie bez sztucznej pomocy naszego ówczesnego
lekarza domowego, doktora Mecuma, a to głównie dlatego, że ja sam — o ile słowem
„ja" wolno mi oznaczyć ową młodziu-chną i obcą istotę — zachowałem się przy tym
fakcie wyjątkowo bezczynnie i niespołecznie, nie wspomagając prawie zupełnie
usiłowań mojej matki i nie okazując najmniejszej gorliwości, by dostać się na ów
świat, który miałem potem pokochać tak namiętnie. Mimo to byłem zdrowym, dobrze
zbudowanym dzieckiem i rosłem jak najbardziej obiecująco
14
TOMASZ MANN
przy piersi wybornej niani. Nie mogę jednak, po wielokrotnym i wnikliwym
namyśle, nie wiązać swego opieszałego i niechętnego zachowania się przy
narodzeniu, tego jawnego wprost wstrętu do zamienienia mroków matczynego łona na
jasność dzienną — z niepowszednią skłonnością i talentem do snu, znamiennymi dla
mnie od maleń-kości. Opowiadano mi, że byłem dzieckiem spokojnym, żadnym
krzykaczem i wichrzycielem, lecz raczej zwolennikiem'snu i półsnu, w stopniu
nader wygodnym dla piastunek; a jakkolwiek ogarnąć mnie miało później tak
potężne pożądanie świata i ludzi, żem mieszał się niejednokrotnie w ich ciżbę
pod rozmaitymi nazwiskami i wiele czynił, aby pozyskać ich dla siebie, to
przecież noc i sen pozostały mi nadal ojczyzną najmilszą i nawet bez cielesnego
zmęczenia zasypiałem łatwo i chętnie, zatracałem się głęboko w zapomnieniu
wolnym od widziadeł i budziłem po przebyciu długiej, dziesięcio-, dwunaste-, a
nawet i czter-nastogodzinnej otchłani sennej orzeźwiony i bardziej zaspokojony,
niż mogły to sprawić powodzenia i radości, jakie niósł z sobą dzień. Można by
dopatrywać się w tej niezwykłej śpiączce sprzeczności z ożywiającym mnie
potężnym pędem życiowym i miłosnym, o którym w odpowiednim miejscu będzie
jeszcze mowa; co prawda, napomknąłem już, żem temu zagadnieniu poświęcił
niejedno usilne rozmyślanie, a wiele razy zdawałem się pojmować wyraźnie, że
zachodzi tu nie przeciwieństwo, lecz raczej ukryta łączność i zgodność. Teraz
mianowicie, gdy — choć dopiero po czterdziestce — jestem już postarzały i
znużony, gdy nie pcha mnie już ku ludziom żadne pożądanie i wlokę swój żywot
wycofawszy się całkowicie w głąb samego siebie, teraz dopiero odrętwiała również
moja wydolność senna, teraz dopiero stałem się poniekąd wygnańcem z krainy snu;
zacząłem sypiać krótko, płytko i przelotnie, podczas gdy ongiś w więzieniu,
gdzie nie brakło po temu sposobności, wysypiałem się, bywało, je-
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla 15
szcze lepiej niż w mięciutkich łożach hotelu „Palast". — Ale popadam znowu w
stary nałóg wyprzedzania zdarzeń.
Słyszałem często z ust swej rodziny, że jestem dzieckiem niedzielnym, i
jakkolwiek wychowano mnie z dala od wszelkich zabobonów, przecież przypisywałem
zawsze tajemnicze znaczenie tej właśnie sprawie, podobnie jak i swemu imieniu:
Feliks (nazwano mnie tak po moim chrzestnym ojcu, Schimmelpreesterze) oraz
delikatności i powabom swego ciała. Tak, wiara w moje szczęście i w to, że
jestem benia-minkiem nieba, żyła zawsze w najgłębszym mym wnętrzu i mogę
zapewnić, że na ogół w wierze tej nie doznałem zawodu. Bo też znamienną
osobliwością mego życia okazuje się to, że wszystkie cierpienia i udręki
zjawiały się w nim jako coś obcego i nie zamierzonego pierwotnie przez
Opatrzność, i stale przebijała przez nie niezmienna słoneczność mego właściwego
przeznaczenia. Po tym manowcu, odwodzącym w stronę zagadnień ogólnych, dalej w
grubych zarysach odmalowuję obraz swej młodości.
Jako dziecko o nader żywej wyobraźni, przysparzałem współdomownikom niezwykłymi
pomysłami i urojeniami wiele powodów do wesołości. Zdaje mi się, że przypominam
sobie wyraźnie, co też często mi opowiadano, że nosząc jeszcze dziecinną
sukienkę odgrywałem chętnie rolę cesarza i że przez wiele godzin trwałem nader
uporczywie w tym złudzeniu. Siedząc w małym wózku, w którym moja piastunka
toczyła mnie po podwórzu lub po ogrodowych ścieżkach, na widok byle czego
wykrzywiałem usta, ile się tylko dało, ku dołowi, tak że moja górna warga
rozciągała się niepomiernie, i łypałem powoli oczyma, które wnet czerwieniły się
i napełniały łzami, nie tylko na skutek zezowania, lecz również pod wpływem mego
wewnętrznego wzruszenia. Milczący i przejęty swą sędziwością oraz wysokim swym
dostojeństwem, siedziałem w wózeczku; natomiast moja niańka miała obowiązek
powiadamiania każdego napotkane-
16 TOMASZ MANN
go przechodnia o tym, co się tutaj dzieje, ponieważ zlekceważenie mego kaprysu
rozgoryczyłoby mnie do ostateczności. „Wiozę tu oto cesarza na spacerek" —
oznajmiała służ-biście, salutując nieumiejętnie rozpostartą ręką, a każdy
okazywał mi dworną cześć. Zwłaszcza mój chrzestny ojciec, Schimmelpreester,
zawsze skory do psot, naginał się przy takich spotkaniach do mych uroszczeń i
umacniał mnie, ile się tylko dało, w moich kapryśnych marzeniach. „Patrzcie, oto
jedzie bohaterski starzec" — mawiał gnąc się w niepomiernie głębokim ukłonie. A
potem, grając rolę ludu, zastępował mi drogę i z okrzykiem: „Niech żyje!",
podrzucał wysoko swój kapelusz, laskę, a nawet okulary po to, by na-śmiać się
prawie do utraty zdrowia na widok łez spływających mi po rozciągniętej w
zachwycie górnej wardze.
Takie igraszki uprawiałem jeszcze i w późniejszych latach chłopięcych, w okresie
zatem, w którym, rzecz prosta, nie mogłem już wymagać współdziałania osób
dorosłych. Mimo to nie poniechałem owych urojeń, radując się raczej
niezależnością i samowystarczalnością mej wyobraźni. Budziłem się na przykład
pewnego rana z postanowieniem, że będę dzisiaj osiemnastoletnim księciem
Karolem, i z całej mocy przywierałem do tego marzenia na cały dzień, a nawet na
przeciąg kilku dni; nieoceniona bowiem zaleta takiej zabawy polegała na tym, żem
nie musiał jej przerywać ani na chwilę, nawet w czasie niezmiernie uciążliwych
godzin nauki szkolnej. Przybierając ton jakiejś łaskawej i uprzejmej wyniosłości
chadzałem tu i tam, odbywałem ożywione i wesołe rozmowy z którymś z ministrów
czy adiutantem, którego mocą wyobraźni przydałem swej osobie, a nikt nie opisze
dumy i szczęścia, jakimi napełniała mnie tajemnica mojej wytwornej i dostojnej
egzystencji. Jakimże wspaniałym darem jest fantazja i jakiej może użyczyć
rozkoszy! Jak głupimi i upośledzonymi wydawali mi się inni chłopcy w naszym
miasteczku, którzy najwidoczniej nie zaznali owej potęgi, nie mieli zatem
udziału w tajemnych radościach, jakiem ja
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla 17
z niej sączył bez trudu, bez zewnętrznych przygotowań, prostym aktem woli! Co
prawda, tym pospolitym chłopczy-skom o druciastych włosach i czerwonych łapach
głupio i śmiesznie by z tym było do twarzy, gdyby zechcieli sobie uroić, że są
książętami. Ja natomiast miałem włosy jedwabisto miękkie, nader rzadko spotykane
u płci męskiej, a przy tym blond, co w połączeniu z szaroniebieską barwą oczu
kontrastowało czarująco ze złotawą śniadością mej cery, tak że trudno było
poniekąd rozstrzygnąć na pierwszy rzut oka, czym właściwie jestem, blondynem czy
brunetem, i z równym prawem można było brać mnie za jednego i drugiego. Moje
ręce, które wcześnie zacząłem pielęgnować, były, nie grzesząc nadmierną
wąskością, miłe w zarysie, nigdy nie spotniałe, lecz w miarę ciepłe, suche,
kończyły się paznokciami o ładnym wykroju — na same te ręce przyjemnie było
spojrzeć. Mój głos dźwięczał już przed mutacją mile jakoś i pieszczotliwie dla
ucha, toteż będąc sam ze sobą w owych szczęśliwych gawędach z niewidzialnym
ministrem, pełnych przesadnych min, bezmyślnego pytlowania i udanych aluzji,
pozwalałem mu rozbrzmiewać do woli. Na takie zalety osobiste najczęściej się nie
zważa, ocenić je można dopiero w skutkach i nawet przy niepospolitej wymowie
trudno je zamknąć w słowa. W każdym razie nie mogło zataić się przede mną, że
powstałem ze szlachetniejszego tworzywa lub też, jak to się mówi, że ulepiony
jestem z lepszej gliny niż moi bliźni — wcale przy tym nie boję'się zarzutu
zarozumiałości. Całkiem mi obojętne, czy ten lub ów oskarży mnie o błogie
zadowolenie z siebie, musiałbym bowiem być głupcem lub obłudnikiem, gdybym
chciał uchodzić za twór tuzinkowy; zgodnie też z prawdą powtarzam, żem z lepszej
ulepiony jest gliny.
Wzrastając samotnie (gdyż moja siostra Olimpia wyprzedziła mnie o dobrych kilka
lat) odczuwałem skłonność do niezwykłych pomysłów i zajęć — przytoczę zaraz dwa
przykłady. Po pierwsze, wpadłem na kapryśną i dziwaczną
18 .' TOMASZ MANN
myśl, aby ćwiczyć i poznawać na sobie siłę ludzkiej woli, owej potęgi
tajemniczej i często zdolnej do niemal nadprzyrodzonego działania. Wiadomo, że
nasze źrenice zależą pod względem ruchów swych, polegających na zwężaniu się lub
rozszerzaniu, od natężenia padającego na nie światła. Otóż wbiłem sobie w głowę,
aby nagiąć pod wpływ swej woli ów mimowolny odruch samoczynnych mięśni. Stojąc
przed zwierciadłem i starając się o wyłączenie wszelkiej innej myśli, skupiałem
całą moc wewnętrzną w dawany swym źrenicom rozkaz, aby kurczyły się lub
rozszerzały wedle mojego upodobania; upewniam, że uporczywe te próby uwieńczył
niezłudny skutek. Pod wpływem wysiłków wewnętrznych, zraszających me skronie
potem i przyprawiających mnie na przemian o bladość, to znowu o rumieniec, moje
źrenice zaczynały zrazu nierównomiernie tylko drgać; potem posiadłem jednak
istotną władzę zwężania ich w drobniutkie punkciki albo też rozszerzania w duże,
czarne, błyszczące kręgi; zadowoleniu, jakie sprawiło mi to osiągnięcie,
towarzyszyło uczucie bliskie przerażenia i jakby dreszcz trwogi na widok
tajemnic ludzkiej natury.
Inna znowu zagadka zaprzątała wówczas i bawiła nieraz mój umysł i do dziś dnia
nie utraciła dla mnie uroku i sensu. Oto, na czym polegała. „Co jest
pożyteczniejsze — pytałem sam siebie — widzieć świat małym czy wielkim?" Tkwiła
zaś w tym następująca myśl: wielcy ludzie, dumałem, wodzowie naczelni wojsk,
suwerenne głowy państw, zdobywcy i władcy wszelkiego pokroju, wyniesieni
przemocą nad pospólstwo, muszą już tak być stworzeni przez naturę, że świat
wydaje im się mały jak szachownica; inaczej zabrakłoby im bezwzględności i
zimnej krwi, niezbędnej do tego, aby rządzić światem zuchwale, wedle z góry
powziętych planów, nie zważając na dobro lub krzywdę jednostki. Z drugiej jednak
strony, może taki zacieśniający pogląd łatwo i niechybnie sprawić, że się w
życiu w ogóle niczego nie osiągnie; kto bowiem ma świat i ludzi za hetkę-pętelkę
albo
Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla 19
też za nic zgoła i kto przepoi się wcześnie poczuciem ich nieważności, ten
będzie skłonny ugrzęznąć w zobojętnieniu i gnuśności oraz przekładać wzgardliwie
absolutny bezruch nad jakiekolwiek oddziaływanie na umysły; pomijając już, że
Zgłoś jeśli naruszono regulamin