PANCER~1.DOC

(105 KB) Pobierz

 

Na początku czuję się w obowiązku zaznaczyć  , że główni bohaterowie

tego opowiadania po raz pierwszy spotkali się w

książce pod tytułem "'Planeta smierci" (Deathworld), w której Jason din Alt

- zawodowy hazardzista zostaje wynajęty przez Kerka - do rozbicia kasyna.

Potem jest już tylko ze strony na stronę  goręcej...

Zaowocowało to całym cyklem o tematyce ekologicznej(sic!) , ujętej w sensacyjną

fabułę. Warto sięgnąć.

                                            Grabcu

 

 

 

Harry Harrison

Pancernik w rezerwie

(The Mothballed Spaceship)

 

 

tłumaczył Radosław Kot

                                                                                

                    HTML - Grabcu

- Podejdę trochę bliżej - oznajmiła Meta, siedząca za sterami.

- Na twoim miejscu bym tego nie robił - rzekł zrezygnowanym głosem Jason,

wiedząc, że najmniejsza próba ostrzeżenia była dla Pyrrusjan niemal równoznaczna

z wyzwaniem.

- Nie ma się czego bać przy takiej odległości - wtrącił Kerk, zgodnie zresztą z

przewidywaniami Jasona. - Przyznaję, że jest ogromny; to prawdopodobnie ostatni

istniejący we wszechświecie pancernik. Ma jednak ponad pięć tysięcy lat i

jesteśmy w odległości stu trzydziestu mil...

Przerwał mu niewielki pomarańczowy rozbłysk na kadłubie odległego okrętu i

niemal w tej samej chwili ich maszyna zadygotała, a tablica przed Metą

rozjarzyła się krwistym blaskiem lampek alarmowych.

- Mówiłeś, że ile on ma lat? - zapytał niewinnie Jason. W odpowiedzi otrzymał

ponure spojrzenie milczącego nagle Kerka, a Meta zawróciła bez słowa, omijając

szerokim łukiem pancernik i sprawdzając uszkodzenia.

  - Statecznik burtowy został w znacznym stopniu zniszczony, trzy segmenty

kadłuba są rozhermetyzowane. Napraw trzeba dokonać w próżni, bo przy pierwszym

lądowaniu rozleci się w diabły - oznajmiła po chwili.

- Wspaniale! - Mruknął Jason din Alt. - Choć w sumie to dobrze, że oberwaliśmy,

może będziecie wreszcie na tyle ostrożni, by ujść z tego z życiem, no i z

obiecanymi pięciuset milionami kredytów. Dobrze, bierzemy kurs na flotę i

zajmiemy się teraz wyciągnięciem z admirała tych paru detali, które zapomniał

nam podać, proponując tę robotę.

*

Admirał Djukich, dowódca Sił Zbrojnych Ziemi, był kurduplem od wodzenia, a teraz

wyglądał jakby jeszcze się kurczył, przytłoczony osobowością i masywną sylwetką

Kerka, gdy Pyrrusjanin pochylił się nad jego biurkiem i oznajmił lodowatym

tonem:

- Możemy odlecieć, a wtedy Rim Hordes przejdą sobie spokojnie przez ten system i

posprzątają. I to będzie twój koniec!

- Nie, nie... - zaprotestował słabo oficer. - Mamy rezerwy, możemy zbudować

flotę czy kupić okręty, ale to wymaga czasu. O wiele łatwiej jest użyć tego

pancernika Imperium.

- Łatwiej? - Jason uniósł brew. - Ilu ludzi dotąd straciliście, próbując tam

wejść?

- No... łatwiej to może niewłaściwe słowo... były pewne trudności... razem

czterdziestu siedmiu.

- I dlatego wysłaliście ofertę na Felicity? - upewnił się din Alt.

- Naturalnie. Nasz przemysł ciężki od dawna kupuje od was surowce, stąd też

dowiedzieliśmy się, jak to mniej niż setka Pyrrusjan podbiła cały świat.

Pomyśleliśmy więc, że można by zaproponować wam kontrakt na wejście do tego

okrętu.

- Byliście tylko niezbyt dokładni w poinformowaniu nas, kto znajduje się na

pokładzie i dlaczego nikomu nie pozwala on zbliżyć się do okrętu, nie mówiąc już

o wejściu.

- No cóż... to właśnie jest cały problem... na pokładzie nie ma nikogo. -

Admirał uśmiechnął się sztucznie i z dość dużym wysiłkiem. - Pozwólcie mi

wyjaśnić. Otóż ta planeta za czasów Imperium była jedną z najważniejszych i

chociaż przynajmniej z jedenaście innych twierdzi, że są kolebką ludzkości, to

my tutaj, na Ziemi, wiemy, że mamy rację. Ten pancernik zresztą to potwierdza -

kiedy zakończyła się IV Wojna Galaktyczna, został odstawiony do rezerwy,

zahermetyzowany i pozostawiony tutaj, choć jeszcze niedawno nie mieliśmy pojęcia

o jego istnieniu.

- Nie wierzę, że pozbawiony załogi i odstawiony do rezerwy pancernik, liczący

sobie pięć tysiącleci, zabił czterdzieści siedem osób - burknął Kerk.

- A ja wierzę - sprzeciwił się Jason. - Ty zresztą też uwierzysz, jak się chwilę

zastanowisz. To jest ogromny, najtrudniejszy w dziejach do zniszczenia okręt

wojenny, napędzany przez najpotężniejsze silniki, jakie kiedykolwiek

wyprodukowano. Oznacza to największe pokładowe reaktory, a co za tym idzie -

działa o najdalszym zasięgu i ekrany o największej mocy, nie licząc innych

rodzajów broni ofensywnej i defensywnej. A do każdego urządzenia pasuje

określenie naj... Wiadomo, że to wszystko jest przynajmniej zdublowane, jeżeli

nie potrójne. Na pokładzie znajdują się wyspecjalizowane komputery bojowe... No,

widzę, że dociera - to marzenie każdego Pyrrusjanina: najpotężniejsza we

wszechświecie broń, zdolna praktycznie do wszystkiego. Nie uważasz, że miło

byłoby znaleŹć się za sterami takiego czegoś?

Kerk i Meta milczeli w zgodnym zachwycie, a na ich twarzach malowało się błogie

rozmarzenie: nie było wątpliwości, iż całkowicie zgadzali się z przedmówcą.

Pełne szczęścia uśmiechy zniknęły jednak, gdy ten dodał:

- Tylko że to cudo jest aktualnie w rezerwie i całkowicie zahermetyzowane, co

oznacza, że jest wyłączone, choć gotowe do akcji. Poza jednym ze stosów,

komputerem głównym i bronią defensywną, reszta jest nieczynna. Częścią

zabezpieczenia było naturalnie takie zaprogramowanie, by asekurować jednostkę

przed meteorytami czy innymi zagrożeniami z kosmosu, ale przede wszystkim przed

nie upoważnionymi do tego osobnikami, którzy mogliby dojść do wniosku, że taki

drobiazg przydałby się im do kolekcji; a w ogóle dobrze byłoby go mieć ot tak,

na wszelki wypadek. Zostaliśmy ostrzeżeni pierwszym strzałem, choć nie wątpię,

że mógł nas równie łatwo zniszczyć. Gdyby miał załogę, to należałoby dać sobie z

tym spokój; no, można jeszcze byłoby spróbować ją przekonać, że mamy wzniosłe i

słuszne cele. Ponieważ jednak jej nie ma, pozostaje nam przechytrzenie komputera

pokładowego. Nie jest to rzeczą łatwą, ale jakimś cudem mogłoby się udać. -

Jason uśmiechnął się szeroko i zwrócił do admirała: - WeŹmiemy tę robotę, ale

stawka się podwoiła: miliard. Jeden miliard kredytów.

- Niemożliwe! To zbyt wielka suma, budżet nie...

- Zbliżają się Rim Hordes, mając na celu grabieli i zniszczenie. By ich

powstrzymać, potrzebujecie okrętów zamawiacie je w stoczniach, kupujecie u

innych... a jeżeli dostawy się opóŹnią? Jeżeli nie będzie tych okrętów w chwili

pojawienia się wroga? Wystarczy odrobina wyobraŹni: ota pęka obrona, ląduje

desant, wyłamuje drzwi i całe to ładne biuro tonie we krwi...

- Dość! - pisnął admirał, blady nagle niczym ściana.

Jason przewidział słusznie: był to typowy ,,oficer biurowy", który nigdy w życiu

nie brał udziału w żadnej akcji, nawet jej nie widział z bliska; a do tego był

tchórzem.

- Macie ten kontrakt - wychrypiał - ale twardo stawiam warunek: trzydzieści dni.

Jedna minuta dłużej i możecie się pożegnać z forsą; nie dostaniecie złamanego

grosza! Zgoda?

Jason spojrzał na Metę i Kerka, którzy jednocześnie skinęli głowami.

- Zgoda - stwierdził - ale ten miliard jest bez podatków i bez wydatków. Zapasy,

zaopatrzenie, pomoc waszej floty, materiały i ludzie, to wszystko jest opłacane

przez was. I żadnych oszczędności na listach zapotrzebowań, które wam

dostarczymy.

- Ale... - jęknął Djukich.

- Krew na ścianach... - szepnął Jason i czoło oficera pokryło się potem.

- Przygotuję dokumenty - pisnął słabo admirał. Kiedy zaczniecie?

- Już zaczęliśmy. Uściśnijmy sobie dłonie, a papiery załatwimy jutro. -

Potrząsnął entuzjastycznie bezwładną dłonią siedzącego, dodając: - Nie sądzę,

byście mieli coś w rodzaju instrukcji obsługi tego pancernika?

- Gdybyśmy mieli, to nie proponowalibyśmy wam tego kontraktu - prychnął

zapytany. - W archiwach nie ma nawet śladu na ten temat. Wszystko, co odkryliśmy

odnośnie tego okrętu, jest do waszej dyspozycji.

- Niewiele tego, skoro straciliście czterdziestu siedmiu ochotników. Okazuje

się, że pięć tysięcy lat to jednak długi okres, nawet dla najlepszej

biurokracji. Poza tym jedyną rzeczą, jakiej nie można skutecznie przechować,

jest praktyczna instrukcja jak wyjąć z przechowania rezerwowy okręt. Nie ma się

jednak co martwić, znajdziemy na to sposób. Pyrrusjanie nigdy nie rezygnują.

Jeżeli wyda pan rozkaz, by przesłano nam te dane, którymi dysponujecie, to udamy

się do naszych kwater i nakreślimy plan jak wykonać kontrakt przed terminem.

*

- Jak? - zapytał Kerk, ledwie zamknęły się za nimi drzwi ich kwatery.

- Nie mam zielonego pojęcia! - przyznał Jason, uśmiechając się niewinnie na

widok ich zawiedzionych grymasów. - Proponuję napić się czegoś rozsądnego i

zabrać do myślenia. Otóż jest to robota, która może skończyć się użyciem

brutalnej siły, ale powinna się zacząć od udowodnienia umysłowej przewagi

człowieka nad maszyną, którą zresztą sam wymyślił. Dla mnie podwójną z lodem,

kochanie.

- Samoobsługa - warknęła Meta. - Skoro nie masz pojęcia, jak się za to zabrać,

to dlaczego przyjąłeś kontrakt?

Zabrzęczało szkło, trunek sympatycznie zabulgotał, i Jason westchnął siadając.

- Bo jest to dla nas okazja zarobienia paru groszy wyjaśnił - których, jak

wiecie, potrzebujemy. Jeżeli nie uda nam się włamać do tej przerośniętej

konserwy, to stracimy jedynie trzydzieści dni. - Pociągnął solidny łyk i

przypomniał sobie, że rozsądna dyskusja z Pyrrusjanami to tylko strata czasu:

istniały szybsze i skuteczniejsze sposoby. - Chyba nie boicie się tego

pancernika, co?

Po czym, z anielskim uśmiechem wcielonej niewinności, obserwował dwa wściekłe

oblicza i nagłe napięcie mięśni, którym towarzyszył cichy szum serwomotorów

wysuwających, a po krótkiej chwili chowających broń do kabur.

- Lepiej weŹmy się do roboty - warknął Kerk tracimy czas, a każda sekunda się

liczy. Od czego zaczynamy?

- Od materiałów archiwalnych. Musimy najpierw zebrać maksimum wiedzy o tym

pancerniku.

*

- Nie bardzo rozumiem, co nam daje obrzucanie skałami tego okrętu - oznajmiła

Meta. - Wiemy już, że niszczy je, zanim dotrą w jego pobliże. To strata czasu, a

teraz jeszcze chcesz marnować żywność. Te tusze...

- Meta, kochanie. Zamknij się z łaski swojej. W tym szaleństwie jest metoda.

Jednostka flagowa, która mruga sobie wesoło radarem, zapisuje każdy strzał i

odległość, w jakiej cel został zniszczony, z jakiej to nastąpiło broni itd.

Trzydzieści okrętów obrzuca go w tej chwili rozmaitym kosmicznym śmieciem, a to

nie jest coś, co zwykle przytrafia się zahermetyzowanym i odstawionym do rezerwy

jednostkom, i powinno dać ciekawe rezultaty. Teraz oprócz skał wystrzelimy te

połcie mięsa opakowane w dwadzieścia kilogramów pancernego plastiku i to z

różnymi szybkościami i po różnych trajektoriach. Jeżeli któryś z nich dotrze do

okrętu, to będziemy wiedzieli, że człowiek w kombinezonie z takiego plastiku

także powinien tego dokonać. Poza tym, jeżeli to nie jest jeszcze wystarczające

obciążenie dla jego komputera, to całkiem spora planetoida jest już w drodze,

dokładnie na kursie kolizyjnym. Albo będzie musiał ją zniszczyć, a na to

potrzeba sporo energii, albo postara się zmienić kurs. Wszystko to da nam nowe

informacje, które pomogą w znalezieniu sposobu jak się do niego dostać.

- Pierwszy befsztyk w drodze - poinformował ich Kerk od drzwi. - Przy załadunku

odciąłem parę najładniejszych kawałków i chwilowo mamy pełną lodówkę. Po

kilogramie z każdego. Nie powinno to mieć znaczenia przy doświadczeniu.

- Na stare lata zaczynasz specjalizować się w kradzieży - wtrącił din Alt.

- No cóż, uczę się od ciebie. Otóż i pierwszy idzie w diabły - wskazał malutki

rozbłysk na ekranie. - Każdy ma przymocowaną flarę, eksplodującą w chwili

trafienia. Teraz drugi. Docierają do celu bliżej niż skały, ale nie osiągają go.

 

- Zatem wracamy do myślenia. - Jason wzruszył ramionami. - Na początek proponuję

steki i butelkę wina. Do przybycia planetoidy mamy jeszcze dwie godziny, a

chciałbym to spokojnie obejrzeć.

*

Do oglądania było, łagodnie mówiąc, niewiele. Miliony ton solidnej skały

umieszczono na kolizyjnej orbicie za pomocą sporego nakładu sił i środków (o

czym nie omieszkał przypomnieć im admirał Djukich). Teraz wyłaniały się one

majestatycznie z mroków kosmosu przy wtórze zaciekłego terkotania radaru

pancernika. Zaledwie komputer zdążył przeliczyć kursy i czas, silniki główne

ożyły na chwilę i planetoida przemknęła za rufą pancernika, niknąc w pustce.

- Dramatyczne jak cholera - oznajmiła Meta lodowatym tonem.

- Wiemy, że silniki są sprawne i mogą być użyte w każdej chwili - sprzeciwił się

Jason. - A to jest nowa, cenna informacja.

- A jaka z tego korzyść? - spytał ironicznie Kerk.

- Cóż, nigdy nie wiadomo co się może... - zaczął Jason, lecz przerwał mu trzask

w głośniku.

- Kontrola do Pyrrusa Jeden. Słyszycie mnie?

- Tu Pyrrus Jeden - odparł din Alt. - O co chodzi?

- Otrzymaliśmy wiadomość z pancernika na fali 183,4. Treść jest następująca:

Nederuebla al navigacio centro. Kroniku ci tin sangon...

- Nic nie rozumiem - jęknęła Meta.

- To esperanto, język urzędowy Imperium. Okręt przesłał do bazy informację o

zmianie kursu. A poza tym znamy jego nazwę: "Indestructible".

- To ważne?

- Ważne! - Jason prawie zapiał z zachwytu, dostrajając radio do nowej

częstotliwości. - Kiedy skłonisz kogoś do gadania, to prawie go przekonałeś.

Spytaj, a każdy komiwojażer potwierdzi, że to prawda. Teraz uprzejmie proszę o

ciszę - będę ćwiczył najlepsze wojskowe esperanto jakie znam. Odchrząknął,

włączył nadajnik i oznajmił:

- Halo ,,Indestructible", tu Kwatera Główna. Wyjaśnić samowolną zmianę kursu.

- Zmiana kursu zgodnie z instrukcją L-590, by uniknąć zniszczenia.

- Twój nowy kurs jest niebezpieczny dla ruchu. Wróć na poprzedni.

W milczeniu obserwowali ekran, na którym przez kilka sekund nic się nie działo,

po czym rufę pancernika rozświetliła purpurowa poświata napędu głównego.

- Udało się! - Meta entuzjastycznie uściskała Jasona, aż jego żebra ostrzegawczo

zatrzeszczały. - Słucha twoich rozkazów! Każ mu nas wpuścić i po sprawie.

- Nie sądzę, żeby to było takie proste. Spróbujmy lepiej okrężną drogą - mruknął

Jason i przeszedł na esperanto. - Zmiana kursu przyjęta. Wyjaśnij powody

wysokiego zużycia energii ostatnimi czasy.

- Deszcz meteorytów. Wszystkie znajdujące się na kursie kolizyjnym zniszczono.

- Raport mówi o użyciu pomocniczych baterii rakietowych. To prawda?

  - Tak jest.

- Stwierdzam wysoki stopień zużycia amunicji. Zostanie wysłane uzupełnienie.

- Uzupełnienie niepotrzebne. Zapasy amunicji znacznie powyżej niezbędnego

poziomu.

- Kłótliwy jak na komputer, nie? - mruknął Jason wyłączywszy mikrofon. -

Zobaczymy, jak zareaguje na użycie szarży.

- Kwatera Główna anuluje twoją decyzję co do uzupełnień. Statek zaopatrzeniowy

podejdzie do luku ładunkowego za siedemnaście godzin. Potwierdzić.

- Potwierdzam. Statek zaopatrzeniowy musi podać sygnał dehermetyzacyjny, zanim

znajdzie się w odległości stu trzydziestu mil.

- Sygnał zostanie wysłany. Jakie jest aktualne hasło? Przez chwilę panowała

cisza, która przeciągnęła się do pełnych dwóch sekund i Jason zaczynał się już

niepokoić, gdy głośnik znów ożył.

- Informacja zastrzeżona.

- Przygotować się do sprawdzenia pamięci sygnału anulującego hermetyzację. Czy

jest to wyłącznie sygnał radiowy?

- Tak.

- Czy jest to zdanie przekazane fonią? - Nie.

- Czy jest to zakodowane hasło? - Tak.

- Zrób mi drinka. - Jason wyłączył mikrofon. - Ta gra w dziesięć pytań może

zająć trochę czasu.

*

Zajęła. Dzięki zaś cierpliwości i starannemu omijaniu głównego tematu, udało się

w końcu wyciągnąć z komputera tyle, ile było można bez wzbudzania podejrzeń.

- Sygnał jest radiowy, kodowany i składa się z dziesięciu cyfr. Jeżeli uda się

nam go nadać, to program dehermetyzujący zacznie działać natychmiast i ta puszka

będzie słuchała naszych rozkazów.

- A w dodatku zainkasujemy należność - dodała Meta. - Czy można tak

zaprogramować nasz komputer, by wysyłał kolejno wszystkie kombinacje cyfr, aż

trafi na właściwy?

- Można. To samo właśnie przyszło mi do głowy. Komputer pancernika jest

przekonany, że sprawdzamy systemy łączności, i poinformował mnie, że może

przyjąć do powtórzenia i weryfikacji sto sygnałów na sekundę. Naturalnie każdy

będzie przechodził przez obwody kodujące i jeżeli wyślemy ten właściwy, to

rozpocznie się dehermetyzacja, a nasz komputer będzie przy okazji wiedział,

jakie to było hasło.

- Na to nie dałby się nabrać nawet pięcioletni gówniarz - sprzeciwił się Kerk.

- Nie doceniasz głupoty komputera i zapominasz, że jest to maszyna całkowicie

pozbawiona wyobraŹni. Sprawdzimy jak długo to potrwa - din Alt zabrał się za

klawiaturę nucąc coś pod nosem, ale już po chwili zaklął. Do kitu. Musimy wysłać

dziewięć cyfr do dziesiątej potęgi, co przy podanej przez niego szybkości zajmie

nam około pięciu miesięcy.

- A zostały tylko trzy tygodnie.

- Dzięki, Meta, ale znam się jeszcze na kalendarzu. I tak musimy spróbować.

Zacznij od 9.999.999.999. i odliczaj kombinacje w dół. PóŹniej skontaktuj się z

Wydziałem Kodów  Floty, wydostań ich szyfry i wyślij może któryś będzie pasował.

Szanse nadal mamy jak pięć do jednego przeciw trafieniu we właściwy, ale to i

tak jest lepsze niż nic. Poza tym trzeba się znowu zabrać za myślenie.

*

 

Flota przysłała niewysokiego jegomościa o nazwisku Shrenkly, który przytargał ze

sobą sporą pakę materiałów. Okazał się szefem Wydziału Szyfrów, a na dodatek

entuzjastą kodów i krzyżówek. Było to najciekawsze zadanie, jakie kiedykolwiek

otrzymał, toteż entuzjastycznie zabrał, się do roboty, gadając przy tym bez

przerwy.

- Coś wspaniałego! Cudowna okazja! Serie wstępne i zstępne nadawane są

automatycznie, więc nie ma co sobie nimi zawracać głowy. Zajmiemy się zatem

permutacjami: i podstawieniami, które...

- Świetnie, nie przeszkadzaj sobie - przerwał mu: fason klepiąc go po plecach i

radośnie szczerząc zęby. Potem zdasz mi z tego raport, ale teraz mamy ważną

naradę, więc pobaw się sam. Kerk, Meta - czas na nas...

- Jaką znowu naradę? - spytała szeptem, ledwie znaleŹli się na korytarzu.

- Normalną, właśnie przed chwilą ją wymyśliłem, by urwać się temu nudziarzowi.

Niech sobie w spokoju kombinuje; przecież i tak się na tym nie znamy. My

tymczasem spróbujemy wymyślić coś innego.

- Uważam, że mówił o ciekawych rzeczach.

- Doskonale, to idŹ sobie z nim pogadać. Tylko wtedy, kiedy będę w pobliżu.

Tymczasem wysilmy mózgownice, może przyjdzie nam do głowy coś genialnego.

*

To, co z tego myślenia wynikło, zaowocowało szeregiem najrozmaitszych

przedsięwzięć, charakteryzujących się jednak cechą wspólną: żadne się nie

powiodło. Jednym z pomysłów była miniaturyzacja robota i sprawdzenie czy i jak m

mógłby dotrzeć do pancernika. Konstruowali coraz mniejsze, wysyłali i... każdy

kończył tak samo - w ładnym wybuchu. Obsesja miniaturyzacji zaszła tak daleko,

że po robocie wielkości monety skonstruowali kamerę o wymiarach łebka od

szpilki, ciągnącą molekularną nić sterującą i doprowadzającą energię do jej

jonowego silniczka. Dotarła do okrętu na odległość dziesięciu mil, po czym

została gładko załatwiona jednym strzałem. Inne, równie genialne co

nieortodoksyjne pomysły, także nie powiodły się w praktyce. Pancerny kolos

unosił się tymczasem w przestrzeni, spokojnie przyjmując i sprawdzając nie

kończące się serie cyfr, a przy okazji odstrzeliwując wszystko, co tylko

znalazło się w pobliżu. Każda próba wymagała czasu, toteż dni mijały raczej

szybko i Jason zaczął mieć chroniczną migrenę oraz trudności z zasypianiem w

miarę kurczenia się wyznaczonego czasu. Problem wydawał się nierozwiązywalny.

*

Gdy Meta zajrzała do jego kabiny, wprowadzał właśnie odległości i cechy

zniszczonych dotąd obiektów do komputera, klnąc z cicha i bez przekonania.

- Będę u Shrenkly'ego, gdybyś mnie potrzebował oznajmiła.

- Cudownie.

- Nauczył mnie już tabel częstotliwości, a dziś zaczniemy proste kody

podstawieniowe.

- Pasjonujące!

- Dla mnie tak. Nigdy dotąd nie zetknęłam się z czymś takim, a poza tym ma to

swoją wartość. Wiadomo, że jeden z tych sygnałów jest właściwy, nie wiemy tylko

który, a to więcej niż ty osiągnąłeś, obrzucając okręt skałami. Poza tym zostały

nam dwa dni! - oznajmiła wychodząc.

Drzwi huknęły. Jason oklapł, nagle zdając sobie sprawę, jak bardzo jest

zmęczony. Nalał do szklanki trochę ,,dopalacza" (około osiemdziesięciu procent)

i zażył pierwszą dawkę leczniczą, gdy wszedł Kerk.

- Zostały nam dwa dni - oznajmił.

- Dzięki serdeczne, dopóki mi o tym nie powiedziałeś, żyłem w błogiej

nieświadomości. Wiem, że Pyrrusjanie nigdy się nie poddają, ale tak mi coś

śmierdzi, że możemy być w tej materii debiutantami.

- Jeszcze nie jesteśmy pokonani. Będziemy walczyć! - Klasyczna pyrrusjańska

odpowiedŹ, tylko tym razem głupia. Jak sobie to wyobrażasz? Abordaż?

- Dlaczego nie? Jeżeli będziemy mieli pancerne kombinezony, to małokalibrowa

broń palna i lasery słabej mocy mogą nas tylko uszkodzić, a nie zabić. Wystarczy

ominąć artylerię główną i miotacze oraz rozwalić którąś śluzę.

- I to wszystko? A może masz jeszcze jakiś pomysł jak ominąć artylerię główną?

- Nie, ale jak cię znam, to ty już coś wymyślisz. Tylko lepiej się pospiesz,

mamy...

- Wiem, dwa dni. Przypuszczam, że dla niektórych lepsza jest śmierć niż

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin