Ostatnimi czasy powyższy temat dręczył mnie niemiłosiernie. Na szczęście mogę to napisać w czasie przeszłym. Ba! Odczekałem nawet odpowiednią ilość tygodni, by móc to ze spokojnym sercem opisać. Wiem ze statystyk, że nie raz już mój blog pomagał innym, chciałbym by i tym razem tak było. Mnie również nurtowało pytanie „Jak pozbyć się prusaków?”. Odpowiedzi w Internecie co nie miara, każda inna. Sprawdziłem kilka z nich. Najpierw jednak warto opisać w jaki sposób i w jakiej ilości prusaki pojawiły się u mnie…
Otóż: przyniosła je ze sobą nowa współlokatorka. Bardzo dosłownie… Swoje „gniazdo” (według wszystkich źródeł prusaki gniazd nie zakładają… a jednak!) uwiły w… tosterze. Urządzenie to kilka dni swobodnie stało sobie w kuchni, a my — niczego nieświadomi — nie zauważyliśmy zagrożenia. Najpierw był jeden trup, który wyszedł spod kapcia współlokatorki. Olałem sprawę, nawet nie przyglądałem się specjalnie kształtom robala. Następne pojawiły się jednego wieczoru, w ilości trzech sztuk. Czwartego zacząłem ganiać z butelką od szampana, a on — niechcący, zapewne — zaprowadził mnie do gniazda. Z racji rodzaju urządzenia, wytwarzającego ciepło, postanowiłem w przypływie sadystycznych myśli je włączyć. Odczekałem swoje, tosty się zrobiły, a nikt ze środka nie wychodził. Dopiero gdy zajrzałem przez dziurkę, zauważyłem, że jest tam co najmniej trzy kolejne osobniki, z czego jeden to był maluszek, a drugi dorosły wielkorobal.
W mgnieniu oka zawinąłem — we współpracy ze współlokatorką — toster w worek na śmieci. Owinęliśmy go taśmą i wystawiliśmy na balkon. Wkrótce później zabiłem ostatniego osobnika, jaki pojawił się tego wieczoru. Jednak sama myśl, że „coś” łazi po moim mieszkaniu, nie dawała mi spać. W pewnym momencie wpadłem nawet w paranoję, a wszelki podmuch powietrza powodował u mnie nerwowe sprawdzanie, czy przez przypadek nie łazi po mnie jakiś brudas. Wyobraźnię podsycały historie opowiedziane niegdyś przez siostrę, która przeszła chyba w życiu wszystkie stopnie karaczanów: przez prusaki, karaluchy na ich większych kopiach kończąc.
Tego samego wieczoru, a raczej nocy, zacząłem przeczesywać Internet w poszukiwaniu sposobów na nie. W skróce, by nie zamęczać, wymienię:
Znalezione w Internecie sposoby na pozbycie się prusaków:
· mieszanina boraksu z cukrem pudrem
· mieszanina boraksu z przegotowanymi jajami i ziemniakami
· środki chemiczne (logiczne)
· miska z piwem (to bardziej na karaluchy, które piwo uwielbiają)
Zanim przystąpimy do walki z cholernikami, warto zapamiętać: Jeżeli w budynku (bloku) występują karaluchy/prusaki, trzeba dokonać dezynsekcji całego budynku! Rzadko kiedy walka mieszkaniowa przynosi skutek, gdyż niepożądane osobniki przychodzą do nas wszelkimi możliwymi drogami. Mnie na szczęście powyższe nie dotyczyło, a poprzez walkę z robalami chciałem uchronić od zagrożenia sąsiadów.
Skuteczny sposób na pozbycie się prusaków
I tutaj, wielkie zdziwienie. Jest tylko jeden, a przynajmniej taki który u mnie był skuteczny. Nie, to nie jest reklama. Wybawca, jedyny środek, który spowodował, że prusaki zniknęły, to pasta: Schaben Paste (link) firmy Globol. Kupiłem ją na Allegro za około 20zł z kosztami przesyłki. Dla porównania: pasta innej firmy za ponad 30zł z Leroy Merlin (o ile dobrze pamiętam, to był Henkel?) nie przyniosła żadnego skutku. Prusaki omijały ją razem z wysypanymi mieszankami, które wymieniłem wcześniej.
Oczywiście, zanim pasta pojawiła się u mnie w domu, walczyłem z ustrojstwem manualnie, co niewątpliwie pomogło. Co wieczór, po zmierzchu, wchodziłem co losowy przedział czasu i rozglądałem się po naszej — niewielkiej, na szczęście — kuchni. Po kilku dniach odkryłem u siebie „Prusaczy instynkt”. Pewnego razu wróciłem do domu i „coś” (intuicja?) nie pozwoliło mi nawet ściągnąć butów. Wbiegłem do kuchni z butelką w ręku, zapaliłem światło i — chyba — rozbudziłem prusaka na mikrofali i jego kolegę w zlewie. Obydwaj dostali po razie. ;)
Kończąc: nie życzę nikomu życia ze świadomością, że po pożywieniu (i jego resztkach) chodzą w nocy odchodozostawiacze. Życzę udanych walk z intruzami. Dla spokojności polecam mojego — wypróbowanego — sposobu jako pierwszego. Jest szansa, że uda się nad zarazą zapanować. Ja użyłem pasty (która jest reklamowana jako „pasta na prusaki” [nie karaluchy]) razem z płytką przeciw owadom tej samej firmy. O ile karaluchy zniknęły, to — raptem — z herbat również zaczęły wychodzić jakieś małe stworki.
Przerąbane miała współlokatorka w poprzednim mieszkaniu. Herbaty poszły do śmietnika, a ustrojstwa zniknęły. Niemniej jednak co jakiś czas, wchodząc wieczorem do kuchni, odruchowo rozglądam się i potrząsam przedmiotami wokół ich ulubionych miejsc wypoczynku. Na szczęście, od momentu rozłożenia pasty, nikt nie zauważył nawet jednego żywego osobnika.
Piszę ten tekst na co najmniej miesiąc po walce z nimi. Chyba tyle bez pożywienia by nie przeżyły?
Dla zainteresowanych: toster, owinięty w torbę na śmieci, zabrali rodzice współlokatorki, która go przyniosła. Na dzień przed odbiorem, przez folię, zaobserwowałem w nim matkę z jajem, maluszka i średniego samca. Po lekturach tego, co jest dostępne w Internecie — i zdjęciach — wiem o nich bardzo wiele. Obym tej wiedzy już nigdy nie potrzebował…
Więcej... http://sznik.jogger.pl/2008/08/05/sposob-na-prusaki/#ixzz0yhDJXaif
pliki3