Duncan Dave - Czlowiek ze slowem 03 - Grozne wiry morza.pdf

(1339 KB) Pobierz
Duncan Dave - Czlowiek ze slowe
Dave Duncan
Groźne Wiry Morza
(The Gilded Chain)
Człowiek ze słowem tom 03
Przełożył Michał Jakuszewski
 
Rozdział I
SPRZYJANIE UŁUDZIE
1
W całym Imperium nie było prowincji, która bardziej niż wyspa Kith
zasługiwałaby na miano kwitnącej. Odkąd podbito ją w epoce ekspansji za panowania
dziesiątej dynastii, stanowiła najważniejszy impijski bastion na Morzach Letnich.
Miała bogate kopalnie i żyzne ziemie uprawne. Była też liczącym się ośrodkiem
transportu morskiego. Od czasu do czasu tajfun powodował pewne szkody bądź też
smoki mogły spustoszyć północno-wschodni brzeg, lecz zachodniego wybrzeża
podobne klęski nie nawiedzały już od stuleci. Położone tam miasto Finrain było
najludniejsze i najbogatsze na wyspie. Stanowiło też jej największy port.
W portach można było spotkać wielu marynarzy, a najlepszymi z nich byli
jotnarowie. Impowie nie bez powodu nie czuli się pewnie w obecności
przedstawicieli tej rasy, stanowczo więc zachęcali członków załóg zawijających do
Finrain statków, aby zatrzymywali się na stałe w Durthingu, który leżał o parę godzin
drogi na południe – wystarczająco blisko, by byli pod ręką, lecz na tyle daleko, aby
ich gwałtowne instynkty nie wyrządzały szkody samemu Finrain ani jego
obywatelom.
Durthing był również domem dla garstki trollów. Większość z nich stanowili
potomkowie niewolników sprowadzonych z Gór Rozległych, a to dlatego, że na
wyspie ta rasa praktycznie wyginęła po nastaniu rządów Imperium. Osiedliło się tam
też trochę mieszańców oraz, rzecz jasna, gnomów, którzy dbali o kwestie sanitarne,
a nawet mieszkała garstka impów. Niemniej każdy imp, który decydował się na życie
w jotuńskiej osadzie musiał mieć do tego bardzo istotne powody – takie, o jakich
lepiej było nie mówić.
Ostatnio zamieszkał tam młody marynarz mieszanego, faunio-jotuńskiego
pochodzenia. Choć nabył go za olbrzymią sumę jako niewolnika Gathmor, nowy
kapitan Tancerza Burzy, później marynarza obdarzono wolnością... W pewnych
granicach. Choć może byłoby przesadą twierdzić, że jego towarzysze na zmianę mieli
na niego oko, ale... Cóż, był dobrym chłopakiem i nigdy nie brakowało mu
towarzystwa. Co prawda nie okazywał zainteresowania ucieczką, ale był stanowczo
zbyt cenny, by pozwolić mu na znalezienie okazji. Ponadto z Durthingu wiódł tylko
jeden lądowy trakt i przechodził on obok posterunku imperialnej armii. Impowie
słynęli ze wścibstwa.
Nawet najbardziej zaślepiony z jego mieszkańców nie mógłby nazwać Durthingu
 
miastem. Zaledwie zasługiwał na miano wioski, gdyż jego chaty i walące się
domostwa były rozrzucone bezładnie na zboczach płytkiej kotliny o kształcie misy.
Jedyne zakłócenie jej symetrii stanowiła przełęcz, przez którą dawno temu – przed
czasami najstarszych Bogów – wdarło się morze. Czysta, spokojna woda i gładki
piasek, na który można było wyciągać statki, czyniły z niemal zupełnie okrągłej
zatoki jeden z najlepszych portów w całej Pandemii. Ze zboczy spływały trzy małe
strumienie, morze obfitowało w ryby, a klimat był idealny. Z reguły około tuzina
statków zarzucało tu kotwicę lub spoczywało wyciągnięte na brzeg. Na ogół też
jeszcze dwa lub trzy były w budowie.
W Durthingu nie obowiązywały żadne formalne prawa dotyczące własności
gruntów, gdyż w ogóle nie było tu formalnych praw. Morze stawiało wysokie
wymagania i gdy tylko zabrało mężczyznę jakiejś rodzinie, jego dom szybko
porzucano na pastwę zielska; z czasem połykał go skarłowaciały las.
Owdowiała kobieta musiała natychmiast znaleźć sobie nowego opiekuna. Jej
dzieci na ogół i tak wkrótce umierały. Nawet wśród jotnarów niewielu mężczyzn było
zdolnych zabić dziecko z zimną krwią, lecz jeszcze mniej było takich, którzy dbaliby
zbytnio o bachory spłodzone przez poprzednika. Sprawę załatwiały zaniedbanie
i obojętność albo ataki bezmyślnego, pijackiego szału. Wdowę, która nie znalazła
sobie nowego obrońcy, szybko przepędzały inne kobiety, by pochłonęły ją koszmarne
slumsy Finrain.
Każdemu złu odpowiadało jednak jakieś dobro, jak mówili kapłani, i dzięki temu
nowo przybyli nie mieli trudności ze znalezieniem lokum. Mogli wybrać sobie miłe
miejsce w pobliżu jednego ze strumieni i wybudować tam dom swych marzeń albo po
prostu wprowadzić się do któregoś z opustoszałych budynków. Wybór był duży:
impijskie drewniane chaty, niskie, mroczne, pokryte darnią nory nordlandzkiego typu,
jakie lubili jotnarowie, albo bezładne skupiska murów wznoszone przez trollów. Było
też trochę porzuconych gnomich jam, lecz tych unikały nawet szczury.
Faun wybrał sobie starą, oddaloną od innych chatę z bali. Wziął się do roboty, by
uczynić ją zdatną do zamieszkania. Wdrażał się jednocześnie do życia marynarza. Po
każdym rejsie wprowadzał nowe udoskonalenia. Miesiące mijały niepostrzeżenie
w tym błogim, łagodnym klimacie. Po wiośnie nastąpiło lato.
2
Daleko na wschodzie, pod okrutniejszym słońcem, szlak karawan biegł
z wielkiego portu Ullacarn na wschód przez podgórze Progistów, po czym skręcał na
północ, by rozgałęzić się, podzielić i przerodzić w gmatwaninę ścieżek wiodących na
Pustynię Centralną. Jedyne przejście prowadzące między piaskiem a górami znane
 
było kupcom jako Rękawica. Ich strażnicy nazywali je Rzeźnią. W niektórych
miejscach szlak był tak wąski, że poganiacze jadący ku morzu mogli wykrzykiwać
obelgi bądź słowa pozdrowienia do tych, którzy kierowali się ku wnętrzu kraju,
podczas gdy dzwonki ich wielbłądów odgrywały wspólnie małe rondo. Przechodziło
tędy wiele kupieckich karawan, choć nie aż tyle, ile próbowało tego dokonać, gdyż
w całym regionie podstawową formę zatrudnienia stanowił bandytyzm. Nazwy
przełęczy mówiły same za siebie: Przełęcz Kości, Ucho Igielne, Jednego Mniej,
Krwawe Źródło, Wysoka Śmierć, Niska Śmierć, Mielec Myszołowa i Osiem Ofiar.
Na obu końcach Rękawicy można było wynająć dodatkowych strażników, w ich
żyłach mogła jednak nie płynąć prawdziwie królewska krew. Autentyczni zabójcy
lwów nie ufali im w najmniejszym stopniu i mieli do tego poważne powody.
Po wielu tygodniach podróży przez pustkowia Zarku karawana prowadzona przez
czcigodnego szejka Elkaratha dotarła wreszcie do Rękawicy. O kilka dni
niebezpiecznej podróży przed nimi znajdowało się piękne miasto Ullacarn
oznaczające odpoczynek, zysk i zasłużone wygody. Wielbłądy, które uprzednio
niosły artykuły pierwszej potrzeby dla skromnych mieszkańców wnętrza kraju –
łopaty i oskardy z mocnej krasnoludzkiej stali, cudowne elfie barwniki czy mocną
lnianą przędzę – teraz obładowane były produktami witanymi przez resztę Pandemii
jako luksusy: wełną z górskich kóz oraz utkanymi z niej jaskrawymi dywanami,
nieoszlifowanymi szmaragdami czy wytrzymałymi strojami ze skóry bądź
wielbłądziej sierści, które wyrabiali biedni, często głodni ludzie, poświęcający tej
pracy cały swój czas. Jego nieograniczone zasoby były ich jedynym bogactwem.
W ciągu długiego życia szejka jego orszak wiele razy przechodził przez
Rękawicę. Spotykał się tam niekiedy z przemocą, lecz nigdy dotąd władca nie poniósł
żadnych strat w ludziach czy dobytku. Jeśli nalegano, by wytłumaczył swe godne
uwagi szczęście, uśmiechał się tylko tajemniczo pod śnieżnobiałą brodą i mówił coś
o czujności oraz przestrzeganiu przykazań świętych ksiąg. Był przekonany, że tym
razem podróż okaże się równie spokojna. Jego grupa nie była liczniejsza czy bogatsza
niż zwykle.
Korpulentny i dostojny szejk Elkarath siedział wysoko na wielbłądzie,
przyglądając się prażonemu słońcem krajobrazowi spod przypominających śnieżne
zaspy brwi. Wiódł swą długą karawanę ku Oazie Wysokich Żurawi. Znajdował się
teraz w samym środku Rękawicy, na najbardziej niebezpiecznym odcinku drogi.
Wśród otaczających go nagich turni kryło się około tuzina mrocznych parowów
znanych jedynie tubylcom. W każdym z nich mogła czaić się grupa uzbrojonych
bandytów. Wyszczerbione szczyty Progistów rysowały się na północno-zachodnim
horyzoncie.
Na maleńką osadę leżącą w dolinie pod nimi składało się kilka tuzinów domów
 
z nie wypalanej cegły, staw z czystą wodą oraz około setki smukłych palm. Nie było
tam kopalń, a ziemia nie dawała zbyt obfitych plonów. Mimo to ludzie z Wysokich
Żurawi byli dobrze odżywieni i zamożni. W ich stadach widziało się wiele pięknych
wielbłądów. Wśród innych ludów wszyscy dżinnowie mieli opinię perfidnych, lecz
między mieszkańcami samego Zarku z tej cechy słynęli ludzie z Wysokich Żurawi.
Kierując się wieloletnim doświadczeniem, szejk Elkarath przewidywał wieczór
korzystnego handlu. Zawsze przywoził ze sobą do Wysokich Żurawi złoto, ponieważ
tamtejsza starszyzna nie przyjmowała nic innego w zamian za oferowane przez siebie
klejnoty, luksusowe przedmioty oraz inwentarz. Dopytywanie się o źródło ich
bogactwa byłoby ordynarną nieuprzejmością oraz obłąkaną lekkomyślnością.
Za szejkiem, równie wysoko w siodle, podążał dowódca jego strażników.
Zgodnie ze starożytną tradycją wielbłądzich szlaków zawsze tytułowano go
Pierwszym Zabójcą Lwów. W tym przypadku anonimowość była szczególnie cenna,
albowiem ów okazały młody człowiek był sułtanem Arakkaranu, Azakiem, i można
było za niego uzyskać – dosłownie – królewski okup. Jadąca znacznie bliżej końca
karawany młoda kobieta podająca się za jego żonę była królową Inosolan
z Krasnegaru. Ona jednak nie przyniosłaby przeciętnemu porywaczowi nic poza
krótkotrwałą cielesną satysfakcją. Dla opiekunów, czworga nadprzyrodzonych
strażników świata, przedstawiała najwyraźniej znacznie większą wartość.
Szejk Elkarath nie zamierzał jednak podczas wizyty w Oazie Wysokich Żurawi
rozmawiać o magii czy polityce.
3
– Ahoj, towarzyszu! – zawołał Ogi zbliżając się do chaty fauna. Słońce zaszło
dopiero przed chwilą. Impa łatwo było dostrzec wśród niskich krzewów
i wrzecionowatych drzew, lecz życie w jotuńskiej osadzie, takiej jak Durthing,
czyniło ostrożność drugą naturą człowieka. Jeśli zaskoczyło się jotunna, mógł
najpierw zabić, a przepraszać później. Niektórzy nie przeprosiliby nawet wtedy.
Walenie młotka ustało. W chwilę później w oknie pojawiła się oblicze Rapa –
nieładna twarz spoglądająca spod strzechy brązowych włosów przywodzących na
myśl gęstwinę suchych paproci. Faun otarł czoło nagim ramieniem.
– Mam parę karpi – wrzasnął Ogi, unosząc je ku górze. – I wino!
– Wino? Z jakiej okazji?
– Pomyślałem sobie tylko, że pracującemu człowiekowi przyda się chwila
wytchnienia.
Faun zademonstrował swój zwykły, nieśmiały uśmieszek.
– Świetnie! – zawołał i zniknął.
 
Zgłoś jeśli naruszono regulamin