DOBRE MIEJSCE.doc

(33 KB) Pobierz
DOBRE MIEJSCE

DOBRE MIEJSCE

Już od dłuższego czasu chłopiec obserwował mężczyznę z ciekawością. Mężczyzna widział go, lecz zachowywał się tak, jakby nie podejrzewał nawet jego istnienia. Wykręcał sznur na wszystkie strony.
Chłopiec postąpił krok naprzód, potem jeszcze dwa kroki. W końcu nie wytrzymał.
— Psze pana, co pan robi?
Mężczyzna chrząknął, ale nic nie odpowiedział. Nastąpiła chwila ciszy. Zdawało się, że człowiek zapomniał o istnieniu dziecka, gdy nagle przemówił nieobecnym głosem:
— Przecież widzisz, że robię węzeł. Znasz się na węzłach, chłopcze?
— Tak sobie. Po co panu ten węzeł?
— Za dużo chciałbyś wiedzieć, mały. A w ogóle co tu robisz? Powinieneś być w szkole.
— Dziś nie ma lekcji, przecież dziś czwartek. W czwartki nigdy nie chodzę do szkoły.
Mężczyzna chrząknął po raz drugi i znów zabrał się do pracy. Po chwili odetchnął z zadowoleniem. Węzeł był gotów.
— Czy zrobił pan tę pętlę po to, żeby się powiesić?
— Być może. Czemu pytasz?
— Bo myślę, że pan chce się powiesić. Wystarczy na pana spojrzeć, żeby się domyślić.
Mężczyzna podniósł głowę znad węzła i spojrzał na dziecko. Smutny uśmiech błąkał się po jego twarzy.
— Jesteś bardzo spostrzegawczy, mój mały. Dużo już widziałeś ludzi, jak się wieszali?
— Niezbyt.
— Ilu? Jednego, dwóch?
— Nie pamiętam. Dlaczego chce się pan powiesić?
Człowiek odłożył sznur. Przyjrzał się uważnie dziecku. Po chwili, jakby przestał je widzieć, wpatrzył się gdzieś w dal. Otrząsnął się jednak. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował chłopca.
— Palisz, mały?
— Owszem, chętnie.
Powoli zapalili papierosy.
— Ile masz lat, mały?
— Jedenaście, psze pana. A pan?
— Trzydzieści siedem. To dużo, co?
— Nie tak bardzo. Znam jednego faceta, który ma siedemdziesiąt sześć.
— Masz szczęście. I co on robi, ten facet?
— Nic. Przychodzi często do kawiarni napić się wina z innymi staruszkami. Gra w karty. Dlaczego pan o to pyta?
— Nie wiem. Żeby podtrzymać rozmowę.
— Nie musi pan podtrzymywać rozmowy specjalnie dla mnie. Nie chciałbym panu przeszkadzać.
— To ładnie z twojej strony. Wyglądasz na sympatycznego chłopca. Dopal papierosa i idź sobie.
— Ależ ja nie będę panu przeszkadzał. Może pan się spokojnie wieszać.
— Jesteś bardzo miły. Ale wolałbym zostać sam. Rozumiesz?
— Chce pan powiedzieć, że jeśli tu zostanę, to będzie mniej przyjemnie?
— Właśnie. Nie psuj mi przyjemności.
— Mówi pan to tylko tak sobie. W gruncie rzeczy nie ma pan wcale ochoty się wieszać. Chce pan sobie dodać odwagi. Był pan na wojnie?
— Nie, nie byłem nawet na wojnie. Widziałem niewiele więcej niż ty.
— No, jednak. Był pan żonaty?
— Tak, dwa razy.
— Zostawiły pana?
— Za pierwszym razem ona, za drugim ja.
— Miał pan tego dość?
— Chyba tak. Tak, myślę, że właśnie miałem dość.
— Ma pan dzieci?
— Nie.
— To lepiej... — stwierdził chłopiec. — Lepiej dla dzieci — dorzucił po namyśle — mogłyby się wykoleić.
Mężczyzna wybuchnął śmiechem.
— Znasz się na rzeczy.
— Nie jestem taki głupi, psze pana. Skapowało się już to i owo.
— Na przykład co?
— Och, różnie. Człowiek zawsze myśli, że będzie lepiej, ma nadzieję, a potem wcale nie jest lepiej, tylko jeszcze gorzej. Aż wreszcie przychodzi taki dzień, kiedy zadaje sobie pytanie, czy w ogóle warto się tak męczyć?
— No, nie trzeba przesadzać.
— Tak pan mówi, bo jestem młody, ale sam pan ma dość, skoro chce się pan powiesić.
— Ze mną to trochę inna sprawa. Jestem zmęczony.
— A myśli pan, że ja nie? Założę się, że jakbyśmy urządzili wyścigi, to pan by jednak pierwszy przybiegł na metę.
Mężczyzna wyrzucił niedopałek.
Chłopiec wciąż trzymał zgasły papieros w ustach, co nadawało mu dziwnie dorosły wygląd.
— Jak masz na imię? — spytał mężczyzna.
— Jakub. Niezbyt oryginalne. Lepiej niech pan do mnie mówi „chłopcze”.
— Jak chcesz.
Mężczyzna zaczął pogwizdywać. Rozglądał się dookoła. Wreszcie zatrzymał wzrok na drzewie, którego gałęzie rosły dość nisko. Przestał gwizdać.
— Tak — rzekł chłopiec — to jest najlepsze.
Podeszli do drzewa.
— Gałęzie są jednak trochę za wysoko. Nie wiem, jak przymocować sznur — mruknął mężczyzna.
— Nic łatwiejszego. Niech mnie pan weźmie na barana. Przywiążę sznur doskonale, zobaczy pan.
Mężczyzna spojrzał na niego z wahaniem, po czym wzruszył ramionami.
— Właściwie czemu nie? Dobra, zawiąż mocno. Liczę na ciebie.
Po chwili sznur był umocowany.
— Na mnie chyba już czas, chłopcze. Takich spraw nie należy odkładać.
— Słusznie. Czy mogę cos dla pana zrobić? Przekazać jakąś wiadomość?
— Miły jesteś. Nie, niczego nie potrzebuję. Chcesz resztę papierosów?
— Owszem, chętnie.
Mężczyzna przeszukał kieszenie.
— Masz, weź jeszcze nóż. I pieniądze. Niewiele, ale starczy na gumę do żucia.
— Nie lubię gumy do żucia. Wolę tytoń.
— Jak uważasz. Cześć, chłopcze.
— Do widzenia, psze pana.
Kiedy już było po wszystkim, dziecko oddaliło się powolnym krokiem robotnika wychodzącego z fabryki. Praca nie była wesoła i nie zawsze trafiało się na milionerów.
Będzie jednak wracał na tę polanę. Drzewo jest rentowne. Już sześciu wisielców w tym miesiącu, a dziś dopiero siedemnasty!

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin