Nietzsche - Z genealogii moralności.pdf

(716 KB) Pobierz
8859051 UNPDF
Aby rozpocząć lekturę,
kliknij na taki przycisk ,
który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.
Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym
LITERATURA.NET.PL
kliknij na logo poniżej.
8859051.001.png 8859051.002.png
FRYDERYK NIETZSCHE
Z GENEALOGII
MORALNOŚCI
PISMO POLEMICZNE
PRZEŁOŻYŁ LEOPOLD STAFF
2
Tower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000
3
PRZEDMOWA.
1.
Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sami samym sobie; ma to słuszną przyczynę.
Nie szukaliśmy siebie nigdy, – jakże stać się miało, byśmy się kiedyś z n a l e ź l i? Słusznie
powiedziano: »gdzie jest wasz skarb, tam jest i serce wasze«; n a s z skarb jest tam, gdzie
stoją ule naszego poznania. Jako skrzydlaki z urodzenia i duchowi zbieracze miodu, dążymy
zawsze do tego, troszczymy się z serca właściwie tylko o jedno – »by coś przynieść do do-
mu«. Co się poza tem tyczy życia, tak zwanych »wydarzeń przeżytych«, – któż z nas bierze to
choćby tylko dość poważnie? Lub kto ma dość czasu na to? W tych rzeczach, lękam się, byli-
śmy zawsze »od rzeczy«: nie przykładamy tam właśnie swego serca, ani nawet swego ucha!
Raczej, jak jakiś boski roztrzepaniec, lub w sobie zatopiony, któremu dzwon z całą siłą
wdzwonił właśnie w ucho dwanaście uderzeń południa, budzi się nagle i pyta siebie »cóż to
właściwie tu biło?« tak i my niekiedy przecieramy sobie j u ż p o w s z y s t k i e m uszy i
pytamy, ogromnie zdumieni, ogromnie zmieszani, »cóżeśmy to właściwie przeżyli?« co wię-
cej: »czem j e s t e ś m y właściwie?« i liczymy, już po wszystkiem, jak się rzekło, te wszyst-
kie dwanaście uderzeń swego wydarzenia przeżytego, swego życia, swego i s t n i e n i a...
ach! i przeliczamy się przytem... Pozostajemy sobie z konieczności obcy, nie rozumiemy sie-
bie, musimy brać siebie za kogoś innego, dla nas pewnikiem jest po wszystkie wieki: »Każdy
jest samemu sobie najdalszy«, – względem siebie nie jesteśmy wcale »poznającymi« ...
2.
– Myśli moje o p o c h o d z e n i u naszych przesądów moralnych – bo o nie chodzi w tem
piśmie polemicznem – znalazły swój pierwszy, skąpy i tymczasowy wyraz w owym zbiorze
aforyzmów, który nosi nagłówek »Ludzkie, arcyludzkie. Książka dla duchów wolnych«. Spi-
sywanie jej rozpoczęło się w Sorrento podczas pewnej zimy, która mi pozwoliła zatrzymać
się, jak się zatrzymuje wędrowiec, i przebiec spojrzeniem krainę rozległą i niebezpieczną,
przez którą duch mój dotychczas wędrował. Działo się to w zimie 1876—1877; same myśli są
wcześniejsze. Były to w głównej treści już te same myśli, które w niniejszych rozprawach na
nowo podejmuję. Miejmy nadzieję, że długi przedział czasu wpłynął na nie dobrze, że stały
się dojrzalsze, jaśniejsze, silniejsze, doskonalsze! Że jednak dziś jeszcze trwam przy nich sil-
nie, że one same tymczasem coraz silniej trzymały się siebie, wrastały w siebie i zrosły się z
sobą, to wzmacnia we mnie radosną ufność, że od początku powstawały we mnie nie luźnie,
nie dowolnie, nie sporadycznie, lecz ze wspólnego korzenia, lecz z władnącej w głębi, z
przemawiającej coraz pewniej, z żądającej coraz większej pewności z a s a d n i c z e j w o l i
4
poznania. Tak bowiem jedynie przystoi filozofowi. Nie mamy żadnego prawa w czemkolwiek
iść pojedynczo. Nie wolno nam błądzić pojedynczo, ani też pojedynczo natknąć się na praw-
dę. Raczej z koniecznością, z jaką drzewo wydaje owoce, rodzą się z nas myśli nasze, nasze
wartości, nasze »tak« i »nie« i »jeżeli« i »czy« – pokrewne sobie i we wzajemnych do siebie
stosunkach, świadectwa jednej woli, jednego zdrowia, jednej ziemi, jednego słońca. – Czy
one w a m smakują, te nasze owoce? – Lecz cóż to obchodzi drzewa! Cóż to n a s obchodzi,
nas filozofów!...
3.
Przy pewnem właściwem mi wątpieniu, które niechętnie wyznaję – stosuje się ono miano-
wicie do m o r a l n o ś c i, do wszystkiego, co dotąd na ziemi jako moralność było czczone –,
przy wątpieniu, które w mem życiu wystąpiło tak wcześnie, tak niewzywanie, tak niepo-
wstrzymanie, tak sprzecznie z otoczeniem, wiekiem, przykładem, pochodzeniem, żebym miał
prawie prawo nazwać je swem »a priori«, – musiała ciekawość moja, równie, jak moje podej-
rzenie, zatrzymać się zawczasu przy pytaniu: j a k i p o c z ą t e k ma właściwie nasze dobro i
zło. W istocie już jako trzynastoletniego chłopca prześladował mnie problemat początku zła.
Poświęciłem mu w wieku, gdy się ma »na pół igraszki dziecinne, na pół Boga w sercu«,
pierwszą swą literacką igraszkę dziecinną, pierwsze swoje filozoficzne ćwiczenie pisemne. A
co się tyczy mego ówczesnego »rozwiązania« problematu, to oddałem, jak słuszna, Bogu
cześć i uczyniłem go o j c e m zła. Czy t a k właśnie chciało ode mnie me »a priori«, to nowe
niemoralne, co najmniej bezmoralne »a priori« i ten przemawiający z niego, ach! tak anty-
kantowski, tak zagadkowy »imperatyw kategoryczny«, któremu tymczasem użyczałem coraz
więcej posłuchu i nietylko posłuchu?... Na szczęście nauczyłem się zawczasu odróżniać prze-
sąd teologiczny od moralnego i nie szukałem już źródła zła p o z a światem. Nieco historycz-
nego i filologicznego wyszkolenia, wliczając w to wrodzony wybredny zmysł w zakresie za-
gadnień psychologicznych wogóle, zmieniło wkrótce mój problemat na inny: wśród jakich
warunków wynalazł sobie człowiek owe oceny wartości: »dobrze« i »źle« i j a k ą w a r t o ś
ć m a j ą o n e s a m e? Wstrzymywałyż one, czy też popierały rozwój człowieczy? Czy są
oznaką niedostatku, zubożenia, zwyrodnienia życia? Lub przeciwnie, czy zdradza się w nich
pełnia, siła, wola życia, jego odwaga, jego ufność, jego przyszłość? – Na to znalazłem i zdo-
byłem się w sobie na zuchwałość różnych odpowiedzi, odróżniałem czasy, ludy, stopnie we-
dle rangi indywiduów, specyalizowałem swój problemat, z odpowiedzi rodziły się nowe py-
tania, badania, przypuszczenia, możliwości. Aż wkońcu zdobyłem własną krainę, własną
ziemię, cały milczący rosnący kwitnący świat, jakby tajne ogrody, których nikt nie śmiał
przeczuwać... Och, jakże s z c z ę ś l i w i jesteśmy, my poznający, pod warunkiem, byśmy
jeno dość długo milczeć umieli!...
4.
Pierwszy bodziec do odezwania się ze swemi hipotezami o pochodzeniu moralności dała
mi jasna, przejrzysta i mądra, nawet starczo mądra książeczka, w której po raz pierwszy uwy-
datnił mi się jasno pewien na wspak i wywrót idący rodzaj genealogicznych hipotez, ich wła-
ściwie a n g i e l s k i rodzaj, i która mnie pociągała – tą siłą pociągu, którą posiada wszystko
przeciwległe, wszystko antypodyczne. Tytuł książeczki brzmiał »Pochodzenie uczuć moral-
nych«; jej autor dr. Paweł Rée; rok jej wyjścia 1877. Nigdy może nic nie czytałem, czemu-
bym, zdanie po zdaniu, wniosek po wniosku, tak w sobie przeczył, jak tej książce. Lecz zgoła
bez przykrości i zniecierpliwienia. W powyż oznaczonem dziele, nad którem wówczas pra-
cowałem, uwzględniałem przy sposobności i niesposobności twierdzenia owej książki, nie
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin