baker4.pdf
(
311 KB
)
Pobierz
3758783 UNPDF
Wstęp
O
powieść Rollanda
Zawsze chciałem wierzyć w przesłanie Kazania na Górze i wypełniać je w swoim życiu.
Zazwyczaj jednak mówiono mi, że jego znaczenie nie było do końca zgodne z tym, jak ja to
odbierałem i że powinienem przyjąć bardziej praktyczne spojrzenie na tę kwestię. Czytałem więc
tęsknie Biblię, próbując sobie wyobrazić, jak wspaniale byłoby nie troszczyć się już o nic, będąc
zawsze bezpiecznym i zaspokojonym w Jezusie. Cuda byłyby wówczas na porządku dziennym.
Miłość byłaby czymś równie naturalnym jak oddychanie. Moglibyśmy zawsze dawać, a nic by nam
nie ubywało. Choćby nas okłamano, oszukano i okradziono, my i tak wychodzilibyśmy w
ostatecznym rozrachunku obronną ręką. Nie bylibyśmy nigdy zmuszeni, by kogokolwiek
wykorzystywać, a jedyną naszą motywacją byłoby błogosławienie ludziom. Zamiast obmyślać
plany awaryjne na wypadek, gdyby Jezus nic w naszej sprawie nie zrobił, moglibyśmy zawsze
liczyć na jego pomoc. Nasze życie, nauczanie i wszystko, co dajemy, nie byłoby już na sprzedaż.
My sami nie bylibyśmy na sprzedaż. Dawalibyśmy darmo, tak jak darmo otrzymaliśmy. Nasze
serca byłyby wolne od trosk, zanurzone w miłości naszego Taty w niebie, który zawsze wie, czego
nam potrzeba, a my zajmowalibyśmy się wyłącznie chwalebnym trudem szukania Jego Królestwa i
Jego Sprawiedliwości. Mielibyśmy zawsze wszystkiego pod dostatkiem!
Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że najgorsze, co mogłoby mi się przytrafić, to gdyby
mnie to wszystko ominęło. Zacząłem więc czytać wszystkie książki i czerpać z każdej posługi,
która mogła mi pomóc osiągnąć moje pragnienia w Bogu. Wielkim skarbem okazało się wtedy to,
że wychowałem się w zielonoświątkowej rodzinie misyjnej. Największy chyba wpływ na moje
życie duchowe miał dziadek, który potrafił bez końca opowiadać o przebudzeniu, objawieniu i
doświadczeniu nadprzyrodzonej mocy Bożej, które było jego udziałem w czasie wielu lat
spędzonych wśród ubogiej ludności Chin. Jego książka “Spojrzenie za zasłonę” zmieniła bieg
mojego życia.
Kiedy dorastałem, miałem okazję zapoznać się ze wszystkimi klasycznymi książkami misyjnymi i
biografiami wczesnych bohaterów wiary. Czytałem kazania Charlesa Surgeona, “Tobie,
Najwyższy” Oswalda Chambersa i cudowną historię Bożego zaopatrzenia dla sierocińca
założonego przez George'a Müllera w Anglii. Książka “Krzyż i sztylet” Davida Wilkersona
otworzyła mi oczy na to, co jest możliwe w Bogu. Pochłaniałem łapczywie wszelkie doniesienia na
temat współczesnych przebudzeń, takie jak książka Mela Tariego “Jak potężny wiatr”.
Zrezygnowałem ze stypendium i kariery naukowej na rzecz tytułu magistra nauk biblijnych,
co okazało się cennym fundamentem. Dzięki działaniu Bożej łaski, równie ważną rolę jak studia
odegrał w moim wzrastaniu w wierze przyjaciel, kierownik siłowni, Bob Zuber. Bob był prorokiem,
który po dramatycznym spotkaniu z Duchem Świętym został powalony i oślepiony na trzy dni w
sposób przywodzący na myśl zdarzenie, które miało miejsce w drodze do Damaszku. Opuścił
publiczną służbę i zajął się prowadzeniem klubu fitness oraz handlem sprzętem do ćwiczeń, do
czasu gdy Pan uwolnił go do pracy pełnoetatowego doradcy duchowego. Całe jego życie stanowiło
ilustrację tego, czym jest wiara działająca przez miłość. Bóg, w którego wierzył Bob, był silny i
potężny, a Jego drogi i mądrość dostępne były jedynie przez objawienie. Nie zgadzał się na status
quo w kościele. Dzięki łasce można poznać Boga, można Mu zaufać i podążać za Nim, a wówczas
nadprzyrodzone zdarzenia stają się częścią naszej codzienności. Bob uważał, że kulturystyka
obrazuje życie z Bogiem. Byłem regularnie, niemal codziennie, świadkiem fizycznych i
finansowych cudów w jego życiu. Bóg przez wiele lat kruszył serce Boba i wyciszał jego ducha, aż,
na przekór swojej naturalnej sile, stanął on w miejscu prawdziwej pokory i łagodności. To one
pozwoliły mu się ostać, kiedy przyszło mu stawić czoła straszliwym atakom i niesprawiedliwości.
Stanowi on wzór tego, co jest możliwe w Bogu. Dla mnie Bob jest uosobieniem Kazania na Górze.
Zacząłem chodzić w wierze, doświadczając na przemian skutków moich pomyłek i
wspaniałych zwycięstw. Wiara oznacza poznanie Boga na tyle dobrze, aby wiedzieć, czego On
chce, a to wymaga zarówno łaski, objawienia, doświadczenia, jak i znajomości Jego słowa. Byłem
jednak tak podekscytowany, że nie myślałem o odwrocie. Bardziej przejmowałem się tym, ile mam
czasu na modlitwę i szukanie Boga, niż tym, jaką mam pracę. Musiałem żyć przez wiarę. Nie
mogłem pozwolić sobie na to, aby być odłączonym od Niego – bez względu na koszty. Chciałem
tylko kochać Go i doświadczać Jego miłości. Mógł zrobić ze mną, co tylko chciał, i wysłać mnie w
każde miejsce na świecie.
Do czasu, kiedy spotkałem Heidi, nie miałem żadnego bliskiego współpracownika w
posłudze, z którym mogłem dzielić tę radykalną wiarę. Brałem udział w Poruszeniu Jezusa w
Kalifornii w latach siedemdziesiątych i byłem zafascynowany kościołami, które miały tysiące
wiernych.
W końcu jednak straciłem zainteresowanie wielkimi zgromadzeniami, ogromnymi koncertami i
bujnym życiem towarzyskim. Byłem gotowy chodzić na najmniejsze i najmniej rozreklamowane
spotkania, aby tylko doświadczyć obecności Ducha Świętego i osobiście przeżyć jego
nadprzyrodzone dotknięcie. Zacząłem uczęszczać do Dana Point Community Center, kościoła
liczącego dwustu członków, który spotykał się blisko plaży w południowej Kalifornii. Pociągało
mnie to, w jaki wspaniały sposób objawiało się wśród nich działanie Ducha Świętego.
W czasie wspólnej wyprawy na narty w góry Sierra Nevada siadłem przypadkiem koło
drobnej i bardzo ładnej blondynki i miałem okazję trochę lepiej ją poznać. Widywałem ją często w
kościele i zawsze byłem pod wrażeniem jej daru proroczego. Nie ulegało wątpliwości, że miała
intymną relację z Jezusem, choć była przecież jeszcze nastolatką. Widziałem jej pełną pasji
determinację, aby służyć Bogu. W każdy weekend i w czasie wakacji wychodziła na ulice, a by
głosić o Bogu, albo zabierała grupy ludzi na wyprawy misyjne; ufała Panu, że On sam da im
zaopatrzenie. Dzieliła się w kościele potężnymi świadectwami. Teraz Bóg posadził mnie obok niej i
mogliśmy rozmawiać przez wiele godzin, całą drogę do Mammoth i z powrotem. Później
odwiedziłem ją na uczelni, na której studiowała, a następnie w domu w Laguna Beach.
Nawet nie przyszło mi do głowy, by zaprosić ją na kolację albo do kina. W jej obecności
zapominałem się całkowicie w sprawach Bożych i tylko o nich rozmawialiśmy. Pojechałem z nią na
wielkanocną wyprawę misyjną do ubogiego regionu Hawajów na północnym stoku Oahu i mogłem
podziwiać jej zdolności przywódcze. Najbardziej jednak poruszała mnie jej dziecięca miłość do
Boga: czysta, uczuciowa siła, która przerastała wszystkie inne pasje jej życia. Śpiewała i wielbiła na
głos Boga przy każdej nadarzającej się okazji. Kiedy zbliżałem się do jej domu, słyszałem płynące
z okna jej pokoju pieśni miłosne. Potrafiła w odosobnieniu swojej sypialni godzinami klęczeć przed
Jezusem z wzniesionymi ku Niemu rękami.
Znała głos Boży, On najczęściej mówił do niej podczas uwielbienia. Miała z Nim rzadko
spotykaną i piękną więź. Zacząłem kochać tę dziewczynę, która tak bardzo ceniła te same rzeczy,
które były ważne dla mnie. Wiedziałem, że mogę razem z nią służyć i razem z nią podróżować, i
razem z nią ufać, że Bóg da nam wszystko, czego nam potrzeba. Byłem jednak od niej dwanaście
lat starszy. Byłem też przyjacielem jej byłego narzeczonego, z którym zerwała pod wpływem
Bożego prowadzenia, ponieważ mieli inne powołania życiowe. Jednak, ku mojemu zdziwieniu,
Jezus nie przestawał zbliżać mnie i Heidi do siebie, aż wreszcie stało się dla nas jasne, że Bóg
rzeczywiście chce, abyśmy spędzili razem życie i służyli mu w jedności serca i ducha. Dopiero gdy
poprosiłem Heidi, aby została moją żoną, dowiedziałem się, że Bóg już wcześniej powiedział jej, co
się wydarzy. Przemówił do niej w tej kwestii słyszalnym głosem w czasie wyprawy misyjnej do
Meksyku, kiedy jeszcze nawet nie wiedziała, jak mam na nazwisko!
Dwa tygodnie po naszym ślubie w 1980 roku wyjechaliśmy z Heidi jako misjonarze do
Indonezji, mając w kieszeni tylko bilet w jedną stronę i kilka dolarów. Nasz miesiąc miodowy sam
w sobie był cudem Bożego zaopatrzenia na ostatnią chwilę. Każdy szczegół przygotowań był
nadprzyrodzony. Wiele w nas było naiwności i musieliśmy się jeszcze dużo nauczyć, ale
odczuwaliśmy ogromną radość z tego, że polegamy tylko na Bogu – radość, której przez te
wszystkie lata nigdy nie utraciliśmy. Staraliśmy się nigdy nie wywierać żadnego nacisku na nikogo
oprócz Boga w sprawie naszego zabezpieczenia finansowego. Chcieliśmy usługiwać wśród ubogich
w mocy Bożej i zaradzić ich lękom. Teraz, lata później, chociaż niesiemy o wiele więcej
odpowiedzialności, poleganie wyłącznie na Nim nadal stanowi naszą rozkosz. Prosimy Go z całego
serca, aby nasze życie i praca nie były ciężarem dla naszych bliskich i wszystkich, którzy nas
wspierają, ale żebyście wszyscy mogli wraz z nami doświadczać zachwytu i zachęty, widząc
działanie Bożej dobroci. Obyśmy wzajemnie zachęcali się w wierze, aż wszyscy nauczymy się ufać
w każdej sprawie naszemu niezrównanemu Bogu. Pragniemy, aby wszystko, o czym myślimy, co
robimy i co czujemy było wyznaniem naszej miłości dla Niego.
Jezus nie bez powodu budował naszą wiarę przez wiele lat w różnych państwach i w
posługach. Dzisiaj powierzył On nam opiekę nad pięcioma tysiącami kościołów w jednym z
najbiedniejszych zakątków świata. Mieszkamy w Mozambiku, na południowo-wschodnim
wybrzeżu Afryki, w kraju okrutnie doświadczonym przez lata wojen i klęsk żywiołowych. Teraz
wreszcie możemy oglądać, jak miejscowa ludność z prawdziwą desperacją szuka pomocy tylko u
Jezusa. Rozprzestrzenia się przebudzenie. Na dużym obszarze Mozambiku i południowego Malawi
kościoły spotykają się w glinianych chatach właściwie w każdej wiosce. Rosną tak długo, jak długo
całe zgromadzenie jest w stanie usłyszeć głos kaznodziei. Ciągle ich przybywa, tak że prośby o
przyjazd z posługą nadchodzą także z sąsiadujących państw. Oczekują na pomoc, jako że sami chcą
zapłonąć tym samym ogniem. Ewangelii Jezusa Chrystusa wystarczy dla wszystkich. On jest dobry
i wierny, jest Mistrzem Miłości. Ci ludzie pragną tylko Jego. Byli ubodzy i godni litości, teraz mają
wszystko w Nim. Jedynie dlatego, że On za nas umarł i zmartwychwstał ze względu na nas, mamy
odwagę, by do nich iść, by głosić im Słowo, by podnosić bezsilnych, porzuconych i umierających.
Spożywamy Jego ciało i krew i dlatego nigdy niczego nam nie braknie.
Plik z chomika:
kanaan
Inne pliki z tego folderu:
Z Chrystusem w szkole modlitwy.docx
(36 KB)
post.docx
(27 KB)
BUTELKA BOŻEGO LEKARSTWA.docx
(31 KB)
JARZMO CHRYSTUSA.docx
(86 KB)
POMIEDZY_PRAWDA_A_OKULTYZMEM.pdf
(646 KB)
Inne foldery tego chomika:
droga do pełni uzdrowienia H.Wieja
Galeria
Kazania do czytania
Kazania do słuchania
ksiazki
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin