Hotel Riwiera.docx

(288 KB) Pobierz
Microsoft Word - Document1

Hotel Riwiera

Rozdział 1

Lola

Kiedy pierwszy raz spotkałam Jacka Farrara, był koniec września, jeden z tych łagodnych, owianych lekką bryzą wieczorów na południu Fran­cji, które zapowiadają koniec lata. I choć wtedy nie mogłam jeszcze o tym wiedzieć, spotkanie to miało zapoczątkować wielkie zmiany w moim życiu.

Nazywam się Lola Laforet - no jasne, pewnie uważacie, że jestem strip­tizerką. Wszyscy tak myślą. Tak naprawdę jestem szefem kuchni i patron- ne hotelu Riwiera, i zanim wyszłam za mąż za „Francuza", byłam zwy­czajną Lolą March z Kalifornii. Ale to długa historia.

Minęło sześć lat, odkąd powitałam pierwszych gości hotelu Riwiera, choć słowo „hotel" jest zbyt szumnym określeniem tej starej willi. To po prostu zwykły, bezpretensjonalny dom tuż nad plażą. Jest tu osiem pokoi, a z każ­dego z nich wysokie, oszklone drzwi prowadzą na taras okryty bugenwillą i pachnącym nocąjaśminem. Willa stoi na porośniętym sosnami cyplu w po­bliżu szosy do Ramatuelle koło Saint-Tropez, przy długiej i wąskiej piasz­czystej drodze, którą ocieniają baldachimy sosen i ożywia granie cykad - cigales. Mamy tu małą własną plażę, na której piasek jest jasnyjak platyna i drobny jak cukier. Latem pojawiają się na nim granatowe parasole, jaskra- wożółte leżaki i złote od opalenizny ciała naszych gości. Małe dzieci biegają tam i z powrotem po drobnych falach, a dorośli sączą w cieniu mrożone drinki. W upalne popołudnia zamykają okiennice swoich pokoi, w których chronią się, by drzemać albo kochać się na chłodnej białej pościeli.

Wyobraźcie sobie rozsłonecznioną zatoczkę, spowitą w błękit i przewią­zaną tęczą jak pudełeczko od Tiffany'ego, a wyczujecie nastrój mojego

7


hoteliku. To miejsce stworzone do Romansu przez duże R. Pomijając mnie, czyli osobę, która je stworzyła.

Mój własny romans utknął gdzieś po drodze wśród winorośli. Tak się jakoś złożyło, że nigdy z moim „Francuzem", Patrickiem, nie jedliśmy kolacji we dwoje, przy świecach, na tarasie, kiedy na ciemnej wodzie lśni srebrna smuga księżycowego światła, a w wysokich kieliszkach pieni się szampan. Nigdy Patrick nie ujął mojej dłoni i nie patrzył mi głęboko w oczy. O, nie. Moje miejsce zawsze było w kuchni, gdzie szykowałam cudowne uczty dla kochanków, których spotkało w życiu coś, czego tak mocno prag­nęłam, podczas gdy mój własny „ukochany" korzystał z rozkoszy nocne­go życia w środku sezonu w Saint-Tropez.

Kiedy sześć lat temu poznałam i poślubiłam Patricka, sądziłam, że zna­lazłam prawdziwą miłość. Dziś nie wierzę, by coś takiego w ogóle istnia­ło. Owszem, przyznaję, zostałam zraniona i wiem, że zawsze miałam szczę­ście do drani, a wszyscy ci porządni, prostolinijni faceci o męskich twarzach, solidni i opiekuńczy, zdecydowanie nie byli dla mnie. Za to hołota lgnęła do mnie jak muchy do miodu.

Co znowu oznacza, że muszę wrócić do Jacka Farrara.

A więc stałam samotnie na tarasie, żeby zaczerpnąć świeżego powie­trza, zanim pierwsi goście zasiądą do kolacji. Była to moja ulubiona pora roku - kończył się długi i upalny letni sezon, tłumy turystów i urlopowi­czów już wyjechały, a życie wracało do spokojniejszego rytmu. Niebo wciąż było nieskazitelnie błękitne, bryza miękko owiewała moje nagie ramiona, a ja, pogrążona w rozmyślaniach nad własnymi problemami, patrzyłam obojętnie na śliczną zatokę, sącząc schłodzone wino rosę.

Trwam w stanie zawieszenia; zaraz wytłumaczę dlaczego. Pół roku temu mój mąż Patrick wskoczył do swego srebrzystego porsche, by pojechać, jak twierdził, po urodzinowy prezent dla mnie. Jak zwykle nie pamiętał o moich urodzinach, ale ktoś musiał mu o nich przypomnieć. Był w ciem­nych okularach, nie mogłam więc dostrzec jego spojrzenia, kiedy niedbale machnął mi na pożegnanie. Nie uśmiechał się jednak - to pamiętam.

Od tamtej pory nie dał żadnego znaku życia. Nikomu. I wygląda na to, że chyba nikt też się tym nie przejął, choć robiłam wszystko, żeby go od­naleźć. Policja, oczywiście usiłowała coś zrobić; zdjęcia Patricka, który „wyszedł i dotychczas nie powrócił", wisiały wszędzie; pojawiły się na­wet jakieś tropy prowadzące do Marsylii i Las Vegas, ale wszystko na nic. Sprawa trafiła na półkę, a Patrick powiększył grono osób zaginionych. W tych okolicach znaczy to mniej więcej „zagubiony mąż" i nie jest ni­czym nadzwyczajnym. Kiedy po plażach snują się olśniewające dziew­częta, a jachty pełne są bogatych kobiet, niejeden mąż może się zgubić.

8

Teoretycznie, coś o zaginięciu Patricka powinni wiedzieć jego przyja­ciele. Oni jednak zarzekali się, że o niczym nie mają pojęcia, poza tym byli to jego przyjaciele, nie moi. W rzeczywistości prawie nie znałam lu­dzi, z którymi spędzał czas. Byłam zbyt zajęta doprowadzaniem naszego małego hoteliku do stanu idealnego. A Patrick nie miał rodziny; powie­dział mi, że jest ostatnim z Laforetów, którzy przez dziesiątki lat mieszkali w Marsylii i żyli z połou ryb.

Skoro mowa o morzu i łodziach, muszę wrócić do Jacka Farrara.

W pole widzenia wdarł się nagle mały czarny slup. Nie lubię, kiedy spokój mojej zatoczki naruszają urlopowicze balujący do rana, nie prze­padam za łomotem disco, za krzykami i piskiem pasażerów łodzi wpycha­jących się nawzajem do wody. Z niechęcią popatrzyłam na żaglowiec. Nie był to przynajmniej żaden z tych ogromnych jachtów; szczerze mówiąc, nawet nie sądziłam, żeby coś tak małego przyjęto w Saint-Tropez, nawet gdyby jego właściciel mógł sobie na to pozwolić, w co - sądząc po sfaty­gowanej łodzi - należało wątpić. Zapewne dlatego postanowił zakotwi­czyć właśnie w mojej zatoczce, z widokiem na mój śliczny hotelik.

Czarny slup wyłonił się zza linii horyzontu, poluzował żagle i wpłynął do zatoczki, gdzie jak przypuszczałam, rzucił kotwicę.

Chwyciłam lunetę stojącą w rogu tarasu i nastawiłam ostrość na łódkę; na dziobie widniał mosiężny napis NIEDOBRY PIES. Przesunęłam odrobinę obiektyw i zobaczyłam mężczyznę. Muskularna sylwetka, szerokie ramio­na, potężna klatka piersiowa przechodząca w wąskie biodra... i mój Boże, on był zupełnie nagi!

Wiedziałam, że nie powinnam, ale no dobra, przyznaję, podglądałam- szczerze mówiąc, dość długo. Która kobieta by tego nie zrobiła? W końcu stał tam, gotowy do skoku do wody, niemal afiszując się ze swoją nago­ścią. I muszę przyznać - było na co popatrzeć. Mówię oczywiście o twa­rzy, na swój szczególny sposób pociągającej. Pomyślałam, że pasuje do łodzi: twardy, solidny, po przejściach.

Przyglądałam się, jak Nagi Mężczyzna nurkuje, a potem przecina wodę idealnym kraulem, aż do chwili, gdy została jedynie nikła piana znacząca jego ślad. Kątem oka zauważyłam ruch na łodzi: młoda kobieta, z nogami po szyję i długimi blond włosami, ubrana jedynie w jaskrawoczerwony dół kostiumu kąpielowego, leżała wyciągnięta na ręczniku, łapiąc ostatnie promienie słońca. Nie potrzebowała ich zresztą; podobnie jak mężczyzna, była doskonale przypieczona. Tylko ją posmarować masłem i dżemem, pomyślałam z zazdrością, i podać mu do schrupania na śniadanie.

Nagi Mężczyzna zbliżał się z powrotem do łodzi. Złapałam go w obiek­tyw i w tym momencie popełniłam błąd.

9


Wskoczył na pokład, strząsnął z siebie jak pies chmurę tęczowych kro­pelek, po czym wyciągnął ramiona i podniósł głowę do słońca. Stał tak przez chwilę, piękny, mocny i złoty od słońca i morskiego wiatru. Z jego postawy przebijało takie poczucie swobody, że zaparło mi dech.

Patrzyłam, jak przechodzi na rufę i sięga po coś. Lornetka. I wtedy schwy­cił mnie obiektywem i przyłapał na podglądaniu.

Przez długą chwilę patrzyliśmy na siebie połączeni silnymi szkłami so­czewek. A oczy miał niebieskie, ciemniejsze niż kolor morza i mogłam przysiąc, że widać w nich było rozbawienie.

Odskoczyłam zażenowana. Zrobiło mi się gorąco. Po wodzie przetoczył się jego drwiący śmiech. Pomachał zawadiacko w moją stronę i wciąż śmiejąc się, naciągnął szorty, po czym wolno zaczął porządkować pokład.

No więc tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Jackiem Farrarem. Następne okazało się jeszcze bardziej interesujące.

Rozdział 2

Uciekłam przez taras do jadalni. Nerwowo sprawdzałam stoły; tu prze­tarłam nóż, tam poprawiłam kieliszek. Upewniłam się, że wina się chłodzą, płócienne serwetki są prawidłowo złożone, rzuciłam także okiem w stronę lustra za barem, w jakim stanie są moje długie rude włosy, ma­rząc o tym, by można je było określić słowem miedziane, albo nawet czerwone. Niestety, były rude. Jak zawsze pomyślałam, że cudownie by­łoby mieć oczy o egzotycznym migdałowym wykroju, a nie tak strasznie okrągłe, a także pozbyć się zmarszczek i być wyższa, smukłej sza, a do tego na przykład o dziesięć lat młodsza. Brakowało mi roku do czter­dziestki i po przeżyciach ostatnich miesięcy mój wygląd całkowicie to potwierdzał.

Niespecjalnie modnie prezentowałam się też w kuchennych workowa­tych spodniach i przyciasnej białej podkoszulce, nieumalowana, a co gor­sza, bez tuszu na rzęsach. Wyglądałam jak rudy kot.

Z przerażeniem stwierdziłam, że dokładnie taki obrazek zobaczył przez lornetkę Nagi Mężczyzna. To już było niepokojące; naprawdę powinnam się nieco wysilić, ale i tak z pewnościąnie był mną zainteresowany; zapo­mniałam więc o wszystkim i udałam się do mego królestwa.

Wisząca w drzwiach zasłona z barwnych koralików zachrobotała za mną i znalazłam się w najukochańszym dla mnie miejscu na świecie - w ogrom-

10

nej, wyłożonej płytkami kuchni z wiekowymi belkami stropu i rzędem otwartych okien, wokół których wiły się kwitnące pnącza.

Pierwszego dnia, kiedy tu weszłam, wiedziałam, że to musi być moja kuchnia. Podbiła moje serce bardziej niż czarodziejski widok z tarasu, niż kręte piaszczyste ścieżki, cień sosen i szalone, bujne ogrody. Bardziej niż chłodne pokoje na piętrze o wysokich oknach i przekrzywionych okienni­cach oraz położony na parterze „salon" z imponującym kominkiem z wa­pienia, zdecydowanie za dużym jak na skromną nadmorską willę. Praw­dziwym domem, moim miejscem na ziemi stała się właśnie ona. Kuchnia.

Tutaj mogłam zapomnieć o wszelkich wymyślnych miejskich restaura­cjach, z radością wyszukiwać miejscowe produkty, sezonowe owoce i ja­rzyny. Mogłam piec ryby, które pływały niemal u stóp mego ogrodu, i przy­prawiać dania dziko rosnącymi ziołami, zbieranymi tuż obok domu. Wiedziałam, że tu odpocznę i stanę się sobą.

Wszystko zapowiadało się idealnie. Ale najpierw ulotniła się „prawdziwa miłość", potem zniknął Patrick i jedyną miłością, jaka mi pozostała, był teraz ten mały hotelik. No i jeszcze Beza, o której opowiem wam później.

Nawet jeśli w moim życiu osobistym panował chaos, w sferze kulinar­nej wszystko działo się idealnie. Na kuchni lekko „mrugały" sosy, w prze­szklonej szufladzie lodówki lśniły srebrem ryby; w gorącym piecu czekały łopatki z jagnięcia, a zapiekanki z bakłażanów i pomidorów skropione gęstą nicejską oliwą można było już wsunąć do piekarnika.

Pod oknami stał czterometrowej długości stół. Stygły na nim tarty z jabł­kami, a tuż obok, w błękitnej wazie, naciągały wermutem plastry dojrza­łych brzoskwiń. Za nimi wspomnienie po dawnych czasach moich „świet­nych" restauracji, ciasteczka z cukrowej pianki, ukoronowanie deseru, które ku mej radości zawsze chwalili goście. Aha, jeszcze własnego pomysłu czekoladowe ciastka posypane orzechami, moja amerykańska specjalność serwowana do kawy.

Nie znaleźlibyście tu ogromnych białych talerzy z maleńkimi „aranża­cjami kulinarnymi" na środku. Podajemy jedzenie proste, ale obfite, na tutejszej ceramice kolom miodu, ozdobione świeżymi kwiatami i przypra­wione listkami ziół.

W przelocie cmoknęłam w policzek Nadine, moją pomocnicę. Jest ze mną od początku, przez całe te dramatyczne sześć lat i uwielbiam ją bez­granicznie. Pochodzi stąd, ma ciemne oczy i włosy, oliwkową cerę, śmieje się głośno, a jej poczucie humoru pozwoliło nam wybrnąć z niejednej kuchennej katastrofy. Razem z siostrą zajmują się domem i pomagają w kuchni, ja natomiast przygotowuję jedzenie, robię zakupy i ustalam menu. Sprawy finansowe należały do Patricka, ale sądząc po aktualnym stanie


naszego konta bankowego, nie jestem pewna, czy rzeczywiście dobrze sobie z tym radził.

Drobna, ciemnowłosa Marit, świeżo upieczona absolwentka szkoły kuA linarnej, kroiła jarzyny, a siedemnastoletni Jean-Paul, chłopak do wszyst-* kiego, sprzątał. Sezon był już właściwie za nami; wieczór zapowiadał siA zwyczajnie. W hotelu zostało niewielu gości, mogliśmy co najwyżej spo­dziewać się jakichś przejezdnych w ostatniej chwili.

Wsunęłam do odtwarzacza płytę Barry'ego White'a, mojego aktualnego idola seksu, chwyciłam ciasteczko i zawróciłam do kuchni, tuż za zasłoną wpadając na Bezę. No dobrze - Beza nie jest psem, nie jest kotem ani nawet chomikiem. Beza jest kurą. Wiem, że to wariactwo, ale pokochałam ją od chwili, gdy wyłoniła się ze skorupki jako miękkie, żółte i puszyste? kurczątko, które ufnie wtuliło się w moją dłoń. Lubiłam myśleć, że i ona mnie kocha, choć w przypadku kury trudno o taką pewność. W każdym razie jestem jedyną kobietą, która płakała, czytając od deski do deski Ho­dowlą drobiu. Jeśli ktoś uważa, że obdarzanie miłością kury, a nie męża nie jest normalne, mogę powiedzieć, że Beza bardziej sobie na nią zasłu­żyła. Nigdy nie zdradzała, nigdy nawet nie patrzyła na nikogo innego i spała w moim łóżku każdej nocy.

Jest teraz dość duża, miękka i biała. Ma żółte nogi, rubinowy grzebień i dwa ciemne paciorki oczu. Grzebie energicznie w wielkiej terakotowej doniczce z hibiskusem, stojącej na dworze przy kuchennych drzwiach. Uznała ją za swoje mieszkanie i układa się do snu, przynajmniej do chwi­li, gdy pójdę spać i będzie mogła położyć się obok mnie, na poduszce.

Delikatnie, ale serdecznie poklepałam ją, co skwitowała solidnym dziob­nięciem.

- Niewdzięczny ptak-powiedziałam. -Pamiętam, jak byłaś tylko jajkiem.

Wracając przez taras, ostrożnie rzuciłam okiem na czarny slup. Zoba­czyłam światła i trzepoczące chorągiewki. Byłam ciekawa, co planuje Nagi Mężczyzna, czy wybierze się małą wiosłową łódką przez moją zatoczkę i dołączy do gości jedzących kolację na tarasie.

Westchnęłam. Niespecjalnie na to liczyłam.

Rozdział 3

aki piękny slup - powiedziała panna Nightingale. - To chyba dość rzadka łódź w tych stronach?

-          Rzeczywiście. Mam tylko nadzieję, że nie będą puszczać głośno mu­zyki i przeszkadzać nam w spokojnej kolacji - odparłam.

- Och, raczej nie, moja droga, to nie pasowałoby do tego rodzaju łodzi. Na czymś takim pływają prawdziwi żeglarze. Sądzę, że wie pani, co mam na myśli, prawda?

Uśmiechnęłam się do niej. Panna Nightingale, emerytowana angielska nauczycielka, a także moja przyjaciółka, była ulubionym gościem w moim hoteliku. Nigdy o tym nie mówiłyśmy, ale coś nas łączyło - można to chyba nazwać ciepłym uczuciem i wzajemnym zrozumieniem. Miała ce­chy, które zawsze ceniłam - uczciwość, subtelne poczucie humoru i po­dobną do mojej dyskrecję w sprawach osobistych. Panna Nightingale była powściągliwa, niewiele więc wiedziałam o jej życiu prywatnym; znałam ją tylko z hotelu, nic więcej. To był właśnie ten typ kobiety, jaki lubiłam.

Była moim pierwszym gościem. Zjawiła się w tydzień po otwarciu hote­lu Riwiera i odtąd wracała co rok, zawsze pod koniec sezonu, kiedy niższe ceny pozwalały jej na całomiesięczny pobyt, a potem wracała na kolejną, długą angielską zimę do swego domku w Cotswolds i miniaturowego yor- ka Małej Neli. Na razie jednak spędzała swoje wymarzone wakacje - sa­motna przy pojedynczym stoliku, nad karafką wina i z książką w ręku, witając każdego ciepłym słowem i uśmiechem.

Panna Nightingale zbliżała się zapewne do osiemdziesiątki. Była niska, krępa i masywna; tego popołudnia włożyła różową sukienkę w kwiatki. Na ramiona narzuciła biały rozpinany sweter, choć wieczory ciągle były jeszcze ciepłe. A na szyi miała jak zwykle podwójny sznur pereł.

Tak samo jak królowa Elżbieta nosiła zawsze przy sobie ogromną toreb­kę, a w niej oprócz czyściutkiej płóciennej chusteczki i pieniędzy trzymała jeszcze robótkę na drutach. I choć nie jestem pewna, czy królowa Anglii robi na drutach, panna Nightingale ze swą siwą fryzurą ułożoną w sztyw­ne fale i loczki, z przenikliwymi niebieskimi oczami zerkającymi zza wiel­kich, jasnych okularów była wierną kopią Jej Królewskiej Mości.

Zazwyczaj schodziła na kolację jako pierwsza, aby rozkoszować się szkla­neczką pastis, na którą- wiem o tym - czekała z apetytem. Mieszała likier anyżowy z wodą w wysokiej szklance, a potem aż do kolacji sączyła napój malutkimi łyczkami. Wieczorny posiłek, o czym także wiem, był główną towarzyską atrakcją jej dnia.

Przysiadłam się do niej, a panna Nightingale opowiadała mi o swej wy­cieczce do Villa Ephrussi, leżącej dalej na wybrzeżu, koło Cap Ferrat, gdzie zwiedziła stary dom Rothschildów z malowniczymi ogrodami. Zawsze z przyjemnością opowiadała mi o kolejnych odkrywanych ogro­dach; sama też miała ogród, a jej róże zdobyły nagrody na wielu lokalnych

13


konkursach. Nieraz widywano ją też w naszym ogrodzie; w głęboko nasu­niętym słomkowym kapeluszu wyrywała jakieś chwasty albo przycinała niesforny pęd kapryfolium przeszkadzający wybujałej bugenwilli.

Siedząc przy swoim stoliku, na krańcu tarasu bliżej kuchni, ze szkla­neczką pastis w ręku, rozkoszowała się malowniczym pejzażem i wzdy­chała z zadowoleniem.

Nastała właśnie ta szczególna przedwieczorna pora, gdy na Lazurowym Wybrzeżu niebo zdaje się łączyć z morzem, a cały świat pogrąża się w głę­bokim, srebrzyście połyskującym błękicie nocy. W nagłej bezwietrznej ciszy, która zapada w momencie przejścia dnia w noc, z kuchni doleciała na taras wyższa o pół tonu melodia francuskiej rozmowy. Z jakiejś szcze­liny wyłoniła się maleńka jaszczurka i stanęła, wpatrując się w nas żółtymi oczkami.

-  Cudownie - mruknęła panna Nightingale. - Wyobrażam sobie, jak to wszystko kochasz. Chyba nie umiałabyś stąd wyjechać?

Panna N. niechcący trafiła w samo sedno - tu właśnie był się mój problem.

Rzeczywiście, kochałam to wszystko. Rzecz w tym, że nie kochałam męża. Czułam do niego w tej chwili tylko nienawiść, bo byłam pewna, że Patrick, odjeżdżając tamtego ranka, doskonale wiedział, że już nie wróci. Po prostu zostawił mnie bez słowa. Jeśli chciał uciec z jakąś kobietą albo tylko wybierał się gdzieś w świat, mógł mi przynajmniej o tym powie­dzieć. A jeśli popadł w jakieś tarapaty, także powinnam o tym wiedzieć. Nie miał prawa zostawić mnie w taki sposób.

-  Hotel Riwiera to mój dom - odpowiedziałam. - Mój własny kawałek raju. Zostanę tutaj, nawet gdy będę już bardzo starą kobietą. Nadal będę gotowała, troszczyła się o gości, piła wino rosę i nadal będę się zdumie­wać, jak ciemny może być błękit nieba przed nastaniem nocy. Nie, panno Nightingale. Nigdy stąd nie wyjadę, nawet jeśli Patrick...

-  Nawet jeśli Patrick nie wróci - popatrzyła na mnie ze współczuciem przez swoje ogromne okulary. - Czy myślisz, moja droga, że on uciekł z jakąś kobietą?

Tyle razy już się nad tym zastanawiałam, gdy nocami wierciłam siew łóż...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin